FRANKFURT AM MAIN

Frankurt am Main

Trochę czasu spędziłem w swoim życiu w Niemczech, tyle razy leciałem przez Frankfurt, a wstyd się przyznać, że nie miałem czasu odwiedzić tego miasta. Tym razem stop-over pozwala chociaż wyrwać się z lotniska i wpaść na chwilę do miasta. Tyle się człowiek nasłuchał i naczytał o niemieckiej stolicy biznesu. Kilka historii dotyczących innych niemieckich miast znajdziecie tutaj: http://7mildalej.pl/kilka-chwil-w-berlinie/ oraz tutaj: http://7mildalej.pl/stop-over-w-monachium/ – Frankfurt gości na tych stronach pierwszy raz.

DOJAZD Z LOTNISKA

Nieważne, na którym terminalu lądujesz, najszybszą drogą dotarcia do centrum miasta będzie S-bahn z lotniskowego dworca. Kolejka jedzie do centrum zaledwie około 20 minut. Najlepiej wysiąść na Hauptwache – praktycznie starówka. Do Mainhattanu również blisko. Do wybory macie dwie linie S-8 oraz S-9. Ciekawostką jest fakt, że możecie nimi również dojechać do pobliskiego Mainz (Moguncja), a także do Wiesbaden. Kolejną zaletą jest fakt, że cena dojazdu do miasta nie zrujnuje Ci budżetu. Nie jest to takie oczywiste w przypadku innych europejskich metropolii. Dojazd na lotnisko w Monachium to cenowy koszmar. Za Tageskarte zapłaciłem ok. 8 EUR, a więc stosunkowo niewiele jak na niemieckie warunki. Jest też autobus, ale nie korzystałem z tej opcji dojazdu do centrum.

FRANKFURT AM MAIN – TROCHĘ HISTORII

Dzisiaj Frankfurt am Main znany jest jako jeden z największych ośrodków biznesowych i finansowych w świecie i Europie. A na pewno największy w Niemczech. Miasto ma przebogatą historię, której to początki sięgają roku 794. Wtedy to cesarz Karol Wielki nadał osadzie nazwę: FRANCONOVUD. Od 843 roku miasto było siedzibą królów Państwa Wschodniofrankijskiego. W rezultacie czego Frankfurt wielokrotnie gościł cesarzy i przybyłych na odbywające się tamże sejmy Rzeszy. Od czasu koronacji Fryderyka Barbarossy na króla Niemiec w 1152 roku miasto stało się zwyczajowym miejscem koronacji kólów niemieckich.

Od tamtego czasu Frankfurt niejednokrotnie zapisywał się w dziejach Niemiec i Europy. W trakcie wojny trzydziestoletniej zachował neutralność. Wkrótce później otrzymał status Wolnego Miasta. To we Frankfurcie urodził się w 1749 roku Wolfgang Goethe i we Frankfurcie napisał – w 1774 roku – swoje największe dzieło: “Cierpienia młodego Wertera”. W latach 1810-1813, w czasie wojen napoleońskich istniało, zależne od Francji – Wielkie Księstwo Frankfurtu (Großherzogtum Frankfurt).

Frankfurt zwano też Jerozolimą nad Menem, z uwagi na liczną ludność pochodzenia żydowskiego. W 1933 roku pierwszego, żydowskiego burmistrza usunięto po dojściu faszystów do władzy. W końcowym okresie, 1944, II wojny światowej miasto było systematycznie bombardowane przez alianckie lotnictwo. Zniszczeniu uległo co najmniej 70% substancji miasta. Stare miasto jeszcze mocniej doświadczyło zniszczeń – zostało prawie zmiecione z powierzchni ziemi.

Po wojnie odbudowano je tylko częściowo, a dopiero w ostatnich latach przystąpiono do rekonstrukcji starówki. W międzyczasie Frankfurt wyrósł na finansową stolicę Niemiec, a były nawet plany umieszczenia tam siedzib rządu Niemiec.

CO ZWIEDZIĆ BĘDĄC KILKA GODZIN WE FRANKFURCIE?

Swój spacer po mieście zaczął od Haupwache. Jadąc S-bahną z lotniska to chyba najlepsze miejsce miejsce, gdzie można zacząć znajomość z Frakfurtem.

St. Katharinenkirche (Kościół św. Katarzyny przy HauptWache)

Tak w ogóle to frankfurcki Altstadt powinien nosić nazwę neue-alte-stadt. Starówka po wojennych zniszczeniach przez wiele lat nie była odbudowana, a kiedy już zaczęto ją odbudowywać wiele starych kamienic restaurowano kreatywnie.

Seufzerbrücke czyli Most Westchnień

Przy Bethmanstrasse znajdziecie uroczy most westchnień (Seufzerbücke) zwany przez miejscowych pieszczotliwie Wenecją. Łączy on dwa rządowe budynki i prowadzi na Paulsplatz. Stąd wystarczy już przejść przez ulicę, aby znaleźć się w samym centrum starego Frankfurtu: Römerberg

Römerberg to miejsce przy którym warto się zatrzymać. Najpiękniejszy z frankfurckich placów znany był już w XII wieku ponieważ właśnie tutaj odbywały się liczne targi oraz kiermasze. Od XV zabytkowe kamienice pełnią rolę siedziby władz miejskich.

Ciekawostką jest flaga i herb Frankfurtu nad Menem – orzeł ze złotym dziobem oraz szponami i biało czerwona flaga. Podobne do naszych barw narodowych..? Prawdopodobnie oba orły mają swoją genealogię w rzymskich orłach, a flaga jest zgodna z zasadami weksykologii. Tło godła to dolna barwa, natomiast godło stanowi górny pas flagi.

Rathaus, a na nim flaga Frankfurtu

Po wschodniej stronie placu, naprzeciwko ratusza znajduje się Ostzeile – rząd sześciu ciekawych półdrewnianych kamienic, które są rekonstrukcjami zbudowanych na przełomie XV oraz XVI wieku domów. Kamienice mają swoje nazwy: Zum Engel, Goldener Greif, Wilder Mann, Klainer Dashberg-Shlussel, Grosser Laubenberg, Kleiner Laubenberg.

Sześć charakterystycznych kamienic przy Römerbergu

Na środku placu znajduje się Gerechtigkeitsbrunnen, czyli Fontanna Sprawiedliwości, którą zbudowano w 1543 roku. Temida nie zawsze jest ślepa – Bogini Justitia, która stoi na środku fontanny, trzyma wagę i miecz, ale nie ma jednak, w przeciwieństwie do wielu innych posągów, zakrytych oczu.

NAD NIEMNEM..? NIE – NAD MENEM!

Men (Main) to rzeka która niekoniecznie dzieli miasto na dwie niezależne części. Miasto “żyje” nad rzeką, zarówno część północna, jak też południowa. Wzdłuż rzeki, oczywiście po obu jej stronach liczne bulwary, skwery, a także parki zachęcają do spacerów. Rozciągający się po północnej stronie Nizza Park jest ewenementem ze środziemnomorską roślinnością.

Rzeka Men (Main)

Przez rzekę przerzucono kilka mostów, z których oczywiście najbardziej znane to: Eisener Steg, Untermainbrücke, a także Holbeinsteg.

Eisener Stego to kładka dla pieszych i rowerzystów

Eisener Steg to piesza kładka o długości 170 metrów, która łączy centrum Frankfurtu z południową dzielnicą dzielnicą zwaną Sachsenhausen-Nord. Most pierwotnie powstał w 1868 roku, a swój (prawie) docelowy kształt zawdzięcza przebudowie w 1911 roku. Oczywiście w końcowych latach II wojny światowej został zniszczony, a odbudowany już w 1946 roku.

Eisener Steg

Most to nie tylko wdzięczny obiekt do foto-story, ale też wspaniały punkt widokowy, z którego można podziwiać panoram miasta.

Mainhattan widziany z Eisener Steg

Południowy brzeg Menu to raj dla fanów muzeów. Na odległości niecałego kilometra, jaki dzieli Eisener Steg od Holbeinsteg znajdziecie ich około 10! I to tak różnorodnych, że zaspokoją gusta każdego wielbiciela sztuki i nie tylko.

Bulwary nad Menem

Nabrzeże Menu w Sachsenhausen w niczym nie ustępuje jego odpowiednikowi po drugiej stronie rzeki. Bulwary to doskonałe miejsce na spacery i podziwiania miasta. Po II wojnie światowej rozważano nawet przeniesienie tutaj stolicy Niemiec. Swoją drogą dobrze się stało – dzisiaj możemy doświadczyć pewnego rodzaju miejskiego spokoju, który zniknąłby w przypadku każdego capital city.

I’LL TAKE… MAINHATTAN

Być we Frankfurcie i nie odwiedzić Mainhattanu..? Przede wszystkim najlepiej uczynić to wjeżdżając windą na ponad 200-metrowy wieżowiec zwany po prostu Main Tower. Winda rozpędza się do prędkości ok. 18 km/h w rezultacie czego w przeciągu kilkudziesięciu sekund jesteś na dachu jednego z najwyższych budynków Europy, a po drodze mijasz 56 pięter. Main Tower jest chyba 16-tym najwyższym budynkiem Europy.

Cała podróż na wyświetlaczu

Mainhattan położony jest praktycznie w centrum Frankfurtu. Oczywiście blisko stąd nad Men (Main) oraz innych śródmiejskich atrakcji miasta. Czy rzeczywiście jest podobny do swojego bardziej znanego kuzyna? Nie mnie oceniać… Zresztą nie lubię tego typu porównań – Mainhattan jest tylko jeden jedyny w swoim rodzaju.

Pierwsze wysokościowce, od których wszystko się zaczęło były budowane na początku lat 60-tych XX wieku. Na dzień dzisiejszy we Frankfurcie znajdziemy 10 najwyższych budynków w Niemczech, a także 19 z 30 jakie rozsiane są po niemieckich metropoliach. 20 frankfurckich wieżowców liczy sobie co najmniej 127 m, a 14 z nich ponad 150 m!

Będąc we Frankfurcie nie pozostaje więc nic innego, jak zobaczyć ten cud budownictwa z samej góry.

A oto i on – Main Tower (200 m), z którego będziemy podziwiać Mainhattan

NAD DACHAMI FRANKFURTU

Pierwszy look na Frankfurt am Main – najbliżej Commerzbank Tower (259 m, a 300 łącznie z antenami i masztami). Najwyższy budynek Europy do 2003 roku, najwyższy w UE do 2011 roku i najwyższy w Niemczech do dzisiaj. W oddali siedziba EBC – 184 m (7. pod względem wysokości we Frankfurcie).

Commerzbank Tower (259) i siedziba EBC (184)

Nad brzegiem Menu (najdalej na foto) Westhafen Tower (112 m). Bliżej, po prawej Silberturm (166 m) oraz Skyper (154 m).

Silberturm (166 m – numer “10”) i Skyper (154 m), za Menem i lasem w oddali FRA (airport)

Tym razem widok na jedne z najwyższych. Od lewej Westendstrasse 1 (208 m) – numer “3” we Frankfurcie, obok Turm 185 (200 m) – numer “5”. Dalej prezentuje się numer “2” czyli Messeturm (256,5 m). Na pierwszym planie mamy Trianon (numer “6” – 186 m), a po prawej Deutsche Bank I oraz II (155 m).

Jeśli natomiast spojrzymy na dawny Vorstadt (przedmieście) Frankfurtu, czyli Sachsenhausen, to zobaczymy 88-metrowy wieżowiec Main Plaza, jak widać odstaje od Bankviertel.

HISTORIA FRANKFURTU WIDZIANA Z GÓRNYCH PIĘTER MAINHATTANU

Neorenesansowy budynek opery we Frankfurcie (Alte Oper) został w 1944 roku doszczętnie zniszczony przez Aliantów w wyniku bombardowań. Przez całe dziesięciolecia nie był odbudowywany zyskując miano najpiękniejszej ruiny Niemiec. Pierwszy koncert po wojnie odbył się dopiero w 1981 roku.

Opera we Frankfurcie, a obok Operturm (170 m – numer ósmy)

Budynek Giełdy we Frankfurcie (Börse Frankfurt) jest jednym z największych budynków giełdowych świata. Wybudowany w 1843 roku jest dzisiaj dziesiątym, największym budynkiem giełdy. To właśnie w tym miejscu rządzi nowy król Frankfurtu – DAX! Indeks, który jest jednym z najważniejszych wskaźników giełdowych w Europie. Giełda we Frankfurcie to przecież druga największa po London SE giełda europejska (nie licząc konglomeratu EURONEXT).

Frankurcka giełda – królestwo DAX-a 🙂

FRANKFURTER KüCHE

Tradycją są oczywiście znane na całym świecie frankfurterki (Frankfurter Würstchen). Tym razem nazwa nie jest myląca. Te wieprzowe kiełbaski znane były we Frankfurcie co najmniej od XVII wieku, jak nie wcześniej. Od 1860 roku nazwa jest chroniona jako produkt regionalny. Nie mylcie tego z powszechnie dostępnymi w Polsce frankfurterkami – niewiele mają wspólnego z pierwowzorem z Hesji.

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował lokalnej kuchni. Frankfurt am Main ma jednak to do siebie, że przy jego kosmopolitycznym charakterze, ciężko było wejść do pierwszej knajpy i zjeść coś z lokalnej kuchni. Nie miałem czasu na zwiedzanie odległych dzielnic, a centrum oferuje niestety jedzenie z całego świata i korporacyjny szajs zamiast tradycji.

KLOSTERHOF – NIEMIECKA KUCHNIA W CENTRUM FRANKFURTU

W końcu jednak znalazłem – KLOSTERHOF! Wyglądała na knajpę serwującą lokalne i niemieckie specjały i tak rzeczywiście było.

Chyba jedna z niewielu knajp serwujących w centrum Frankfurt am Main regionalną kuchnię

Wnętrze, jak to w niemieckich knajpach, trochę przytłaczające i ciężkie, ale taki ma już urok. Obsługa sprawna i miła. Około godziny 13-tej nie było zbyt wielu klientów, ale przed 15-tą trzeba było odstać swoje w kolejce.

Wnętrze KLOSTERHOF

Na przystawkę dzban lokalnego APFELWEIN. No właśnie – czy to wino, czy cydr..? Nazwę ma winną, ale posmak cydrowy. Przede wszystkim jest zbliżony do moich cydrów. A jestem zwolennikiem cydrów wytrawnych, bez cukrowej nuty, która zabija wszystko, co możemy wyciągnąć zapakowanych do balona owoców. Robiony jest z wyciskanych (lub prasowanych) jabłek przy użyciu drożdży – a więc: cydr! Taka jest podobno rceptura. No więc ten cydr, zwany apfelwein’em jest w Hesji napojem tradycyjnym, pija się go równie często jak piwo. Ten, w Klosterhofie, przypadł mi do gustu. Owocowy, lekko kwaśny i cierpki na języku, finiszował swoistą łagodnością. Do cydru – entschuldigung – apfelwein’a kolejny lokalny specjał i ciekawostka: handkäse mit Musik! Z nazwy ręcznie wyrabiany ser, ale podawany – o zgrozo! – w ostrej octowej marynacie z cebulą. Niezłe połączenie, ale na tyle ciekawe, że warto spróbować. Ale dlaczego… mit Musik..? Ano dlatego, że po spałaszowaniu większej ilości tego specjału zaczynają grać… jelita 🙂

Tradycja kulinarna Hesji i Frankfurtu: apfelwein und handkäse mit Musik

SPECJAŁY KUCHNI “KLOSTEROF”

Po przystawce czas na dania główne – w pierwszej odsłonie wjeżdża specjalność kuchni: “Klosterhof” Wurstsalat mit Bratkartoffeln. Danie na zimno – sałatka z przypominającej tagliatelle wołowej mortadeli z pieczonymi ziemniakami. Specyficzny był towarzyszący temu sos: musztardowy winegret z korzennymi ogórkami, papryką oraz czosnkiem dętym zwanym też cebulą siedmiolatką. Pyszne, ale po takiej porcji można tylko rzec: Ich bin satt und riesig…

“Klosterhof” Wurstsalat mit Bratkartoffeln

Druga odsłona to: Rösti mit frischem Pilzgemüse in Rahm. Cóż to jest tak apetycznie brzmiące..? No więc Rösti to nic innego jak tarte zapiekane kartofle, czyli “bratkartofle”. To wszystko podane w towarzystwie świeżych grzybów w sosie śmietanowym. Całość wygląda jak ziemniaczany placek posadowiony na pieczarkach w mocno śmietanowym sosie. Jak smakuje..? Przepysznie! Proszę nie liczyć kalorii, ponieważ nie wszystko da się przeliczyć na jednostki energii.

Rösti mit frischem Pilzgemüse in Rahm

PODSUMOWANIE

Frankfurt am Main jest często pomijany jako turystyczny cel wyjazdu. Nie jest to może miasto tak bogate w zabytki jak chociażby Rzym czy Paryż. Daleko mu do atmosfery uliczek i galerii na przykład Lizbony czy Madrytu. Z tego względu nie jest ulubionym celem nawet weekendowych city-break’ów. Powstaje pytanie czy słusznie..? Weekendowe dni wystarczą w zupełności na poznanie miasta, ale mogą się okazać jednak zbyt krótkim czasem jeśli chcemy zobaczyć okoliczne miasta, do których warto zajrzeć.

Kilkadziesiąt minut zajmie nam podróż do Mainz (Moguncja) czy Wiesbaden, jak również miasta braci Grimm czyli Hanau. Frankfurt to również największy las śródmiejski w Europie – zajmuje większą część dzielnicy Sachsenhausen.

Niestety samolot do IST nie chciał czekać, zabrakło więc czasu na zwiedzanie uroczych uliczek północnej części Sachsenhausen – cydrowej dzielnicy Frankfurtu, czy też Bornheim – stanowiącej chyba najwierniejszą namiastkę tego jak Frankfurt wyglądał chociażby 100 lat temu.

KILKA PRAKTYCZNYCH WSKAZÓWEK

  • najdogodniejsza podróż do centrum miasta z lotniska FRA do centrum Frankfurt am Main to linie S-8/S-9
  • bilet dzienny (Tageskarte) – 8,50 EUR
  • wjazd na platformę widokową Main Tower – 8 EUR
  • ogród botaniczny (Palmengarten) Siesmayerstrasse – można dojść na pieszo – ok 1,5 km z centrum
  • dojazd do Mainz – S-8 – ok. 40 min
  • dojazd do Wiesbaden – s-1 – ok. 45 min
  • oficjalna strona miasta: https://frankfurt.de/

PUGLIA MIA…

Puglia mia… tęsknota za włoską sjestą i południowym karnawałem

Od czego zacząć by wspomnienie z przepięknej zimowej Puglii..? Obcas włoskiego buta to ten fragment Włoch, do którego przed sylwestrem 2019 roku nie dane było jeszcze zajrzeć. Na lotnisku w stolicy Apulii – Bari wylądowaliśmy po półtoragodzinnym, opóźnionym locie z Monachium w ostatnim dniu 2019 roku. Plan był taki, żeby przywitać nowy rok na południu Europy, odpocząć po trudach świąt i całego roku. Puglia wydawała się do tego celu idealna – w tym okresie niewielu turystów, spokój, słońce, morze i doskonała kuchnia. Miała być Puglia, a pozostała – per sempre Puglia mia…

LĄDUJEMY W PUGLII CZY APULII..?

No właśnie – w Polsce mówi się na ten region Apulia, włoski oryginał brzmi: Puglia. Ten bardziej mi odpowiada, a nie będę bawił się w purystę językowego i bronił zaciekle języka polskiego w przypadku obcej nomenklatury. Dla mnie Rzym zawsze będzie Romą, Genua Genovą, a Palermo… Palermo (w tym przypadku chyba za daleko zabrnąłem).

Nazwa nazwą, a są ważniejsze sprawy, które opisują tak piękny region. Wystarczy wspomnieć chociażby o kuchni, którą opisałem tutaj: http://7mildalej.pl/kuchnia-puglii/. Nie sposób zapomnieć o przepięknych landszaftach i wspaniałych, gościnnych ludziach zamieszkujących ten kraniec Włoch.

Puglia stała się “bliska” Polakom, gdy na lotnisko w Bari oraz Brindisi zaczęły latać low-costy (brandów nie będę reklamował) z kilku polskich lotnisk. Lotnisko w Bari nosi imię Karola Wojtyły (ot, taka miłość Włochów do polskiego papieża). Jest dość poręczne, szczególnie od strony przylotów. Jeśli chodzi o odloty i na lotnisko docieracie metrem/kolejką, to weźcie pod uwagę fakt, że dotarcie do odprawy zajmie Wam trochę czasu. Idzie się dłużej niż w Monachium, czy też we Frankfurcie.

Jak się dostać do Bari i dalej na południe..? Najlepszą opcją jest oczywiście wspomniana kolejka, którą można dostać się do Stazione Bari Centrale. Jedzie około 15-20 minut i wysiada na dworcu głównym, z którego już nie jest problemem dotarcie do innych miast tego pięknego regionu.Przesiadamy się więc w pociąg i ruszamy na podbój Apulii. Mamy około 1,5h opóźnienia, a ta jedyna w roku noc czeka na nas w Monopoli – czyli niecałe 50 km na południe od Bari.

PUGLIA MIA… WITA NAS SJESTĄ

Do celu dojeżdżamy w najgorszej możliwej porze – porze popołudniowej sjesty. “Na ulicach cichosza” jak śpiewał Grzegorz Turnau.

Monopoli wita nas sjestą

Z jedzenia więc nici. A plan był prosty – najpierw zapoznajemy się z lokalną kuchnią i winnicą, a dopiero później hotel. Czasem zdarza się, że priorytety trzeba odwrócić – tak było niestety tym razem, zwłaszcza, że na ulicach poza psem, który wyciągnął swojego Pana na spacer niewiele się dzieje. Nawet miejscowe koty, które oczywiście w tych rejonach stanowią nieodłączny element życia miasta śpią. Również nad pięknym, modrym, oczywiście, że nie Dunajem, tylko Adriatykiem ludzi brak.

Ktoś tam niby jest…

To chwila przed burzą… Nie zapominajmy, że za 10 godzin przywitamy nowy 2020 rok! Póki co – musimy znaleźć CASA PALMIERI – nasz…

NOCLEG W MONOPOLI

W ostatniej wręcz chwili – 3 dni przed wylotem – korzystając uprzejmości naszego poprzedniego hosta zmieniamy nocleg z Polignano a Mare na Monopoli. Decydujemy się na pensjonat B&B CASA PALMIERI prowadzony przez fantastycznych właścicieli – Marię i Filippo. Przede wszystkim sama miejscowość sprawiła, że poczuliśmy się jak w starych Włoszech. Jeśli do tego dorzucicie gościnność właścicieli pensjonatu, to czego chcieć więcej…?

Po kluczeniu wąskimi uliczkami starówki Monopoli w końcu odnajdujemy nasz domek na najbliższe dni. Przyjmuje nas Filippo – nasz host, z którym ucinamy (nie)krótką pogawędkę na temat Puglii, Monopoli i nie tylko. Wspaniale nam wszystko wyjaśnia i zaprasza na śniadanie następnego dnia. Tylko jak my wstaniemy na to śniadanie po uciechach vigila di capodanno..?

Casa Palmieri – w końcu trafiliśmy

Wszystko się zgadza z opisem, a jest nawet lepiej. Apartament ma sypialnię, aneks kuchenny, łazienkę – wszystko z pełnym wyposażeniem. Czystość – pierwsza klasa! W urządzeniu lokum widać kobiecą rękę i myśl przewodnią. Jak się okaże – to zasługa Marii.

Nowy apartament w drugim budynku

Nie zabrakło niczego – ręczniki, kosmetyki, suszarka do włosów, mały “welcome”, a nawet codzienna dostawa wina (odpłatna) do pokoju.

Wyposażenie, czystość – wszystko super!

Cisza (niekoniecznie w sylwestrową noc;), bliskość morza – wręcz czuć bryzę. Ocena – 5/5!

Nawet mały balkonik się znalazł

Śniadania typowo włoskie serwowane przez Marię i Filippo w sali śniadaniowej umawiane są na określoną godzinę. Na słodko, kawa, herbata, woda, ale też ser, szynka, pieczywo – skromnie ale smacznie. Do tego wypieki (dolce) własnoręcznie przygotowywane przez Marię. Kobieta ma talent! Nawet taki “anty-dolce” jak ja skusił się na jej kulinarne rękodzieła. Oboje wkładają w swoją dimorę serce, czas i profesjonalizm. Są przy tym ujmującymi i sympatycznymi ludźmi. Jeśli ktoś szuka noclegu w Monopoli – polecam gorąco!

MONOPOLI – PRAWDZIWA WŁOSKA PEREŁKA

Nie tylko nocleg, ale również miasteczko można zareklamować. Tylko po co..? Z turystycznym egoizmem powinienem powiedzieć: Nie jedźcie tam, niczego tam nie ma – jakby rzekł klasyk. A jednak jest to coś, co przyciąga i każe tam wrócić. Monopoli to nadmorska mieścina położona pomiędzy Bari a Brindisi. Pociągiem z Bari jedzie się albo 30 minut, albo 50 minut – to w zależności jaki il treno wybierzecie. Pamiętać trzeba oczywiście, że nie każdy skład zatrzymuje się w Monopoli, a i cena biletu różni się o ok. 10 EUR 😉

Jeśli mówimy o mieście, w którym mieszka 16 tysięcy mieszkańców, z których połowa utrzymuje się z rybołóstwa, to niewiątpliwie trafiacie w środek kulinarnego, rybnego edenu. Sprawdzone i potwierdzone. W marinie, jak zwał, tak zwał stary port zamiast jachtów – kutry i łodzie rybackie. Zdaje się więc to potwierdzać tezę Filippo.

Porto vecchio – przystań monopolijskich rybaków

Łodzie, łódki – na ogół w kolorze azzurro stanowiącym dopełnienie barwy opływającego miasto morza tworzą właśnie ten klimat, którego nie sposób opisać, ale trzeba “dotknąć” na miejscu.

I te niebieskie łodzie i kutry…

O rybnych, ale nie tylko specjałach kuchni Monopoli przeczytacie tutaj: http://7mildalej.pl/kuchnia-puglii/. Co więcej – w okresie sylwestrowo-noworocznym – na ulicach dominował język włoski. Znakomita część gości to Włosi odwiedzający Monopoli. Stranieri byli w tym czasie w całkowitym odwrocie.

Momentami miasteczko wydawało się wręcz senne. Nie tylko w czasie sjesty, czy też noworocznego odsypiania sylwestrowej nocy, ale też w ciągu dnia. Ożywało wieczorami, w dzień spacer zarówno uliczkami starówki, jak też nadmorską promenadą i wybrzeżem pozwalał cieszyć się ciszą przepięknymi widokami.

Porta przy via Porto, czyli brama przy ulicy portowej

Monopoli ma to do siebie, że przyciąga człowieka swoją naturalnością, nie jest przesadnie skomercjalizowane. Poza sezonem jest tutaj cicho i pusto. Jest to o tyle dziwne, że w każdym przewodniku ta puglijska mieścina traktowana jako “must see”. A jednak pusta lungomare nadaje miastu leniwy klimat.

Widok z Bastione S. Maria na zamek Karola V

Co ciekawe, w tym południowo-włoskim miasteczku odnalazłem klimaty jakby marokańskie i hiszpańskie. Zamek (nazwa trochę na wyrost) Karola V swoją nazwę otrzymał od władcy Hiszpanii (i nie tylko) – króla Karola V Habsburga.

Lungomare Santa Maria

UROKLIWE ULICZKI…

w Monopoli, które odkrywasz i którymi się zachwycasz to kolejna atrakcja, dla której warto odwiedzić to miasto. Niby podobne, a każda inna. Biel ścian na zmianę z kolorem piaskowca przeplata się co krok. Jest wąsko, czasem tak wąsko, że ciężko się minąć. Ale też klimatycznie i nostalgicznie.

Wieczorem – cicho i pusto
Tylko leniwe gatti (koty) spacerują uliczkami Monopoli

Kościół św. Teresy to jeden z monopolijskich zabytków. Wybudowany w stylu barokowym został ukończony w 1735 roku. Ma wapienną fasadę z wklęsłą i wypukłą powierzchnią, charakterystyczną dla architektury barokowej. W środku znajdziecie wiele dzieł malarskich różnych autorów i epok, cenny krucyfiks z XV wieku z kościoła San Salvatore w złoconym drewnie.

Chiesa di Santa Teresa

Dwa dni tam siedział i nawoływał; zaniosłem mu smakołyki ale nie zszedł…

Urok centro storico to tylko jedna z zalet Monopoli. Drugą jest niewątpliwie jego wybrzeże.

OD STRONY MORZA

Urozmaicone, nadające się zarówno do kontemplowania bezkresu morza, jak też spacerów, a także błogiego wypoczynku na niewielkich plażach jakich wiele zwłaszcza na południe od centrum miasta.

Centro storico od strony morza
Początek roku przywitał nas cielo azzurro oraz mare azzurro
Pomimo tych fal prawie wcale nie odczuwało się wiatru

Pierwszą plażę, którą napotkacie schodząc z miasta będzie Cala Porta Vecchia

Najbliżej centrum – Cala Porta Vecchia

Spacer wybrzeżem w Monopoli dostarczy też takich widoków – następna plaża Cala Cozze widziana od innej strony. Cozze to mule, więc nazwa plaży pewnie od tych mięczaków. Swoją drogą wyobrażacie sobie plażę nad Bałtykiem zwaną plażą omułków..?

Wybrzeże typowe dla okolic Monopoli

Dalszy spacer i zbliżamy się do Cala Porto Bianco rozciągającą się pomiędzy Ristorante Lido Bianco a Grotta della Cala Santa Miseria.

Cala Porto Bianco

Kilka minut spaceru i lądujemy na Cala Rosso. Dlaczego rosso..? Nie wiem…

Cala Rosso

Na koniec docieramy w okolice Grotta di Porto Verde oraz Cala Paradiso.

Te plaże są przepiękne, zwłaszcza po sezonie, gdzie przy optymalnej jeszcze pogodzie można spacerować rozkoszując się pięknymi widokami. Polecam!

VIGILIA DI CAPODANNO

Zamierzałem napisać jeszcze parę zdań o monopolijskim sylwestrze – zwanym we Włoszech vigilia di capodanno. Ale – co było w Monopoli, zostaje w Monopoli. Kilka fotek jednak wrzucam.

Piazza Palmieri – 31.12.2019 – 21.25
Bar Alchemico – 31.12.2019 – 22.01
Piazza Garibaldi – 31.12.2019 – 23.49
Gdzieś w Monopoli – 31.12.2019 – 23.59
Pod niebem Monopoli – 01.01.2020 – 00.01
Nad dachami Monopoli – 01.01.2020 – 13.01

I to byłoby na tyle z najdłuższej nocy roku w Monopoli. Przed nami – (Fiesta) di capodanno!

POLIGNANO A MARE W ŚWIĄTECZNEJ ILUMINACJI

Niewiele czasu mamy, ale jedno popołudnie poświęcamy na zwiedzenie pocztówkowego Polignano a Mare. W przeciwieństwie do Monopoli miasteczko najechane jest przez hordy turystów. Z Monopoli jedzie się pociągiem nie dłużej niż 10 minut. Jednocześnie Filippo polecał świąteczne iluminacje, z których Polignano słynie w całej Italii. I rzeczywiście – trafiamy w środek rozświetlonego setkami, jeśli nie tysiącami świecących figur i kompozycji. Żeby nie trzeba było sobie tego wyobrażać, to świąteczne Polignano wygląda tak:

Polignano a Mare ubrało się w świąteczne dekoracje

…i tak…

Nie zabrakło foczki 😉

…i tak…

Brama dla zakochanych 😉

…tak również…

Ogon wieloryba…???

…i na wiele innych sposobów…

Króliczek czy zajączek..?
Muchomorek jest, ale gdzie się podział Żwirek..?
Pszczółka Maja!!!
Biały miś… ten z piosenki
To już prawie zwierzyniec

Nie tylko miasto, ale również sławnej Lama Monachile udzielił się świąteczny nastrój:

Lama Monachile bez tłumów..? W sezonie to niemożliwe!
Całe miasto to jedna wielka iluminacja
Christmas tree a’la Polignano a Mare

POLIGNANO – RAJ ZADEPTANY…

Filippo miał rację… W tym okresie Polignano a Mare prezentuje się olśniewająco. Miasteczko ma więc swoje pięć minut w roku nie tylko latem, ale też zimą. Turystów i zwiedzających – okropne ilości. A my – wśród nich 😉

Natomiast sławetna Lama Monachile Cala Porto – najbardziej fotogeniczna plaża Apulii jest o tej porze pustawa… I to był największy sukces odwiedzin Polignano. Niektórzy instagramerzy mogliby więc zazdrościć. Strzelać fotosy w samotności (…aż tak bym nie przesadzał) na Lama Monachile!

Tłumów nie ma
… więc cała Lama Monachile jest moja !!!

Nawet spoglądając na zawieszony, a raczej wsparty na kamiennych przęsłach most – Ponte Borbonico (zwany też Ponte Lama Monachile) odnosi się wrażenie, że dla zwiedzających nie jest to must see.

Widok z mostu górującego nad plażą jest piękny

Polignano to jedna z perełek Puglii. Perełka, ale niestety perełka, która stała się ofiarą własnego sukcesu. Jedno z tych pięknych miejsc, gdzie turystyka i komercja wzięła górę. Cóż… Żyjemy w takich czasach, że każdy ma prawo stać się posiadaczem (choć przez krótką chwilę) tego pięknego miejsca…

Co poza tym w Polignano warte jest jeszcze zobaczenia..? Piękna starówka z wąskimi uliczkami.

Czasami jest wąsko i pusto, ciemno i do domu daleko

A ponadto groty, do które najpiękniej prezentują się od strony morza (można dopłynąć statkiem), a także pomnik Domenico Modugno – tego od: Volare… Gość podobno wyparł się swego miejsca urodzenia, ale się chyba zreflektował, skoro mieszkańcy postawili mu monument.

Przy via Pompeo Sarnelli trafiamy jeszcze na świąteczno-karnawałowy jarmark, gdzie próbujemy regionalnych specjałów. Pozdrawiamy z tego miejsca sympatycznego gospodarza z okolic Gargano, który raczył nas swoimi pysznymi wyrobami i grzanym winem 🙂 Niestety czas wracać do Monopoli – następnego dnia czeka na nas Alberobello – kraina trulli, a może Hobbiton..? (o tym miasteczku z listy UNESCO tutaj: http://7mildalej.pl/alberobello-swiat-hobbita/).

PUGLIA MIA…

pozostanie moją ukochaną Puglią. Wiem, że wrócę tutaj. Włochy poznałem w młodości dość dobrze, ale do Puglii było mi nie po drodze, mimo że niedalekie regiony zwiedziłem. Cóż… młodość kieruje się swoimi prawami 🙂 Gdybym wiedział… byłbym już wcześniej bogatszy o wspaniałe doświadczenia kulinarne, krajoznawcze i międzyludzkie. W Puglii doświadczyć można jeszcze starej, południowej włoskiej gościnności. Jeśli ktoś zwiedzał ten raj 25 lub 30 lat temu – wie o czym mówię. W Puglii – tym przez lata zapomnianym przez turystów zakątku Włoch – można doświadczyć jeszcze Italii, którą znam z lat młodości.

Subiektywnie o puglijskich miasteczkach można rzec:

  • Monopoli – to jest puglijska perełka! Nie ma takiego tłoku jak w Polignano czy też w Alberobello. Chciałem pobyć we włoskim (rozumianym na wszystkie strony świata) klimacie i to się właśnie udało – Monopoli było strzałem w “10”. Atmosfera, klimat, morze, kuchnia – wszystko zdecydowanie na “tak”. W sezonie pewnie niezmiennie oblegane, ale na wiosenny, czy też jesienny wypad – idealne. Kilka info o mieście na stronie www: http://www.comune.monopoli.ba.it/
  • Polignano a Mare – niewątpliwie piękno, Lama Monachile, groty; ja jednak wolę mniej turystyczne Monopoli. Po wizycie w Polignano pozostał nam pewien, rzekłbym niedosyt. Trochę krótko, nie wszystko więc udało się zobaczyć. Ale nie ma tego złego… może uda się następnym razem.
  • Alberobello – czy czuję rozczarowanie…? Wcale nie – domki trulli, ba… cała dzielnica domków trulli to miejsce co prawda skomercjalizowane, ale jednak urocze, a w samym Alberobello też je znajdziecie – zamieszkane, używane, takie prawdziwe. Jeśli nie wybierzecie się tam w szczycie sezonu, to sądzę, że będziecie ukontentowani.

Poza miejscem Puglia to przede wszystkim wspaniała kuchnia. Wszystko, co z morza, oliwa, wino – czego można chcieć więcej..? To jest, jak dla mnie, awangarda la cucina italiana. Każdy region Włoch, a zwiedziłem ich znakomitą większość, niósł ze sobą nowe, niezapomniane smaki. Tym razem smaków tych starczy na wiele wieczorów, gdy przy puglijskim primitivo będę je odtwarzał.

ALLA FINE – RINGRAZIAMENTI SPECIALI

Szczególne podziękowania dla naszych hostów (padroni di casa): Maria e Filippo – ancora una volta voglio ringraziare per vostra ospitalita, per ottimi pasticini di Maria, per tutto. Abbiamo intenzione di ritornare a Puglia. Ricorderemo piacevolmente il nostro soggiorno con voi. Alla prossima volta! Spero, che ci vediamo quest’anno.

ALBEROBELLO – ŚWIAT HOBBITA

Alberobello – świat Hobbita

Autobus z Piazza San Antonio w Monopoli jedzie do Alberobello ok. 50-60 minut. Za oknami przewija się typowy dla Puglii krajobraz lekkich wzniesień, na których dominują oliwne gaje. Nic dziwnego, ale to właśnie z tego właśnie regionu Włoch pochodzi duża część włoskiej oliwy i oliwek. Jadąc autobusem, w oddali można dostrzec nawet puglijskie wybrzeże Adriatyku, o którym przeczytacie w oddzielnym poście.

Alberobello to jedno z 47 włoskich miejsc wpisanych na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, a konkretnie Città dei Trulli jego dzielnica zabudowana domkami trulli. Znaleźć się tam, to jakby przenieść się w ubiegłe stulecia. Ba… Nie tylko w ubiegłe stulecia, ale mamy wręcz tolkienowski Hobbiton! Przenosimy się więc na Rione Monti, które z il Balcone di Santa Lucia prezentuje się wspaniale!

Widok na dzielnicę Trulli

WKRACZAMY W ALBEROBELLO – ŚWIAT HOBBITA

Domki trulli to miedzy innymi świadectwo wojny fiskalnej – sprytnego narodu z machiną biurokracji. Legend jest kilka. Jedna mówi o złym księstwie Neapolu, druga natomiast o Ferdynandzie I Sprawiedliwym, obdzielał podatkami wszystkich, tylko nie siebie… FIS? skąd my Polacy, w XXi wieku to znamy..? Niby “sprawiedliwi”, a też nas łupią.. Zaczęło się to, tak czy inaczej, w XV/XVI wieku, kiedy to nałożono wysokie podatki (katastrat?) od każdego wybudowanego domu z cegły. Ludność rolniczego regionu Apulii może nie dysponowała zbytnimi zasobami gotówki, za to głowę nosiła na miejscu. Dało się ówczesnym królewskim poborcom wmówić, że to tylko domek tymczasowy z łupka wapiennego. Taki on niewielki, prawie tam okien nie ujrzysz i drzwi niewielkie… Pewnie, gdyby już wtedy istniała Guradia di Finanza, ten numer by nie przeszedł. Na szczęście ten twór powołano dopiero w 1881 roku, więc dzisiaj możemy delektować się klimatem puglijskiego miasteczka sprzed wieków.

Biel ścian, łupek na dachu

Mieliśmy to szczęście, że w pierwszych dniach stycznia 2020 roku pogoda była piękna, a turystów (stosunkowo) niewielu. Kierując się więc podróżniczym “szowinizmem” zwiedzaliśmy włoski Hobbiton z uśmiechem na ustach. Trafić tam puste uliczki to prawie jak wygrać w lotto! Nam się udało!

Taki podróżniczy egozim – jak nie ma innych to lepiej 🙂
Ale gdzie się podział Hobbit..?
Tutaj też mieszkają Trullijczycy 🙂
Część tych domków to nie tylko komercja, ale też codzienność

A lokalne koty – nierozłączna część krajobrazu południa, również wyglądają okazale i głodne na pewno nie chodzą 🙂

Gatto di Trullo – rasa kotów z Alberobello :))

Jak już dojdziecie do końca wzgórza to ujrzycie Chiesa a Trullo Parrocchia Sant’Antonio di Padova. Mówiąc w skrócie i uciekając od bogatej włoskiej nomenklatury sakralnej kościół św. Antoniego. Też można rzecz stylizowany na trullo.

Chiesa a Trullo Parrocchia Sant’Antonio di Padova

HIEROGLIFY NA DACHACH

Wiele z domków, nie tylko na wzgórzu trulli ma na dachach dziwne symbole.

Wieczorami podobno miasteczko lśni świątecznymi lampionami
Na części domów znajdziecie znaki hieroglificzne

W sklepach można kupić tablice z tłumaczeniem i objaśnieniem znaków. Te hieroglify mają swój początek w… ciężko mi jednoznacznie określić w czym. Część tych znaków to magiczne symbole, część ma swój początek w prymitywnych wierzeniach, ale też część to znaki chrześcijańskie. Tak więc nie znajdziecie jednej odpowiedzi.

Nurtowało mnie pytanie dlaczego nie na wszystkich domach można je znaleźć? Jedna z legend mówi, że ma to swój początek w fakcie, iż od domów tymczasowych nie było podatku. A dachy tych budynków były budowane bez użycia zaprawy; łupek był natomiast układany na zakładkę i trzymał się pod wpływem własnego ciężaru. Z łatwością przychodziło więc jego zburzenie w razie wizyty królewskiego poborcy.

TRULLI TO NIE TYLKO RIONE MONTI

Nie tylko Città dei Trulli, ale też w pozostałej części Alberobello oraz okolicy znajdziecie domki trulli. Są wśród nich takie, w których mieszkają lokalsi…

Trullo na dzisiejsze czasy, lekko wypasione

Ale znajdziecie też takie…

Trullo z dwuspadowym dachem, to jeszcze trullo..?

Nie mówiąc o trullo przerobionym na garaż (!).

Trullo dla rumaków, stalowych rumaków

Poza trullo Alberobello to też kilka pięknych miejsc, które warto odwiedzić. Niedaleko od Rione Monti znajdziecie Basilica Santuario Parrocchia Santi Medici Cosma e Damiano.

Basilica Santi medici Csoma e Damiano

Po drodze miniecie Piazza municipio, który jest miejscem spotkań mieszkańców miasta.

Vasca dei Pesci na Piazza municipio

ALBEROBELLO TAK CZY NIE..?

W związku z faktem, iż jesteśmy w miejscu z listy światowego dziedzictwa UNESCO, to należy spodziewać się tłumów. Styczeń 2020 był łaskawy – zwiedzających stosunkowo niewielu, dało się przejść i spokojnie podziwiać myśl “architektoniczną” z ubiegłych wieków. W cieplejszych porach roku może być tłoczniej. Miejsce przypominające świat Hobbita na pewno warte jest zobaczenia. Ale jeśli ktoś liczy, że jest to dziewicze i spokojne, to raczej jest z tych naiwnych. Rione Monti to dzisiaj komercja i turystyczny przemysł. Większą frajdę sprawiło mi wyszukiwanie domków trulli rozsianych po mieście. Też fajne, zwłaszcza te w bocznych uliczkach, zamieszkane i dostosowane do dzisiejszych czasów. Czy Alberobello to świat Hobbita..? Niech każdy sam odpowie sobie na to pytanie po powrocie.

Na koniec…

Domek trullo to prosta budowla. Niewiele okien on ma, a jeśli już ma, to całkiem niewielkie, drzwi również wpisują się w tę myśl konstruktorską. W środku na ogół jedna izba, może dwie. Łatwiej (i taniej) to zburzyć i postawić na nowo, niż wyremontować. Podobno latem djae chłód, a zimą trzyma ciepło. Co ciekawe… Od dewelopera już nie kupicie, ale rynek wtórny trzyma cenę! Ruiny, które mijaliśmy na trasie Alberobello – Monopoli zaczyna się od +/-20 tysięcy EUR!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Z Monopoli do Alberobello zabierze Was autobus linii AUTOLINEE LENTINI. Bilet kosztuje ok. 3 EUR
  • W Alberobello możecie przenocować w tych domkach, zarówno na wzgórzu, jak też w mieście. Only for fans! Drogo.
  • Komercyjne pamiątki kupicie wszędzie, na wzgórzu wcale nie jest drożej, ale różnice w cenach w poszczególnych sklepach potrafią zaskakiwać (nawet 1EUR na magnesie).
  • Knajpkę, którą możemy polecić znajdziecie tu: http://7mildalej.pl/kuchnia-puglii/ a zwie się Ristorante Trattoria “Largo Trevisani”. W googlach niedoceniona, a jedzenie i obsługa jak dla mnie zasługują na więcej. Strona www: https://www.ristorantelargotrevisani.it/.
  • 5-6 godzin to minimum jakie trzeba poświęcić na spokojne zwiedzanie, chętni mogą zostać nawet dłużej i też nie będzie to czas stracony.

PEREŁKI MAJORKI

Majorka – (nie)odkryte królestwo piękna

Perełki Majorki. Największa wyspa Balearów to nie tylko plażing. Czy to w ogóle jest możliwe..? Na wyspie znanej jako wakacyjny i urlopowy cel połowy Europy..? Jak to zwykle bywa… Czasem wystarczy zejść z uczęszczanych szlaków i odkryć oczywiste piękno oraz pozbyć się tłumów okupujących każde wolne miejsce. Utarta opinia o Majorce – mekkce plażingu oraz baringu nie do końca odzwierciedla charakter tej pięknej śródziemnomorskiej wyspy.

Największa z Balearów liczy sobie ponad 3.600 km2, a wystarczy opuścić imprezowe nadmorskie kurorty i pojechać w głąb wyspy. Ciągnące się w północno-zachodniej części wyspy pasmo gór zwane Serra de Tramuntana zaskakuje pięknem. Przepiękne widoki, wąskie górskie drogi, z których wiele wiedzie nad równie przepięknym wybrzeżem. Najwyższy szczyt – Puig Major wznosi się na wysokość 1.445 m.n.p.m. Jeśli do tego dodamy fakt, że w linii prostej w leży on tylko 3 kilometry od wybrzeża, to mamy wyobrażenie piękna tej części wyspy.

W Palmie godne uwagi jest oceanarium, a więc po jego porannym odwiedzeniu (więcej: https://palmaaquarium.com) udajemy się na zwiedzanie majorkańskiego interioru.

VALDEMOSSA – NIESPEŁNIONA MIŁOŚĆ CHOPINA

Niecałe pół godziny jazdy samochodem od Palma de Mallorca wjeżdżając w Serra de Tramuntana wciśnięta w wąską dolinę leży Valdemossa.

W piękną pogodę z Valdemossy widać Palmę

Fenomen Valdemossy – miasteczka z jednej strony obleganego przez turystów, a z drugiej epatującego swoistym spokojem jest dla mnie zagadką. Z pewnością wizyta w Valdemossie to miła odmiana od tłumów na wybrzeżu wyspy. Ze względu na historię tego miejsca język polski jest, jak mi się wydaje drugim najczęściej słyszanym, po hiszpańskim oczywiście.

Zimą na przełomie 1839 oraz 1840 roku, Fryderyk Chopin wraz ze swoją paryską przyjaciółką – George Sand odwiedził Majorkę. Celem było podreperowanie wątłego już zdrowia. Przypłynęli na wyspę licząc przede wszystkim na kojącą piękną pogodę, ale zima tego roku była deszczowa i wietrzna. Na dodatek celnicy w Palmie “aresztowali” jego fortepian i żądali cła w wysokości prawie połowy wartości instrumentu. Jakby tego było mało, ze względu na chorobę kompozytora, zostali również wyrzuceni przez właściciela pensjonatu, w którym się zatrzymali.

Upamiętnienie Chopina w ogrodach klasztoru

Ostateczne schronienie na kilka tygodni pobytu na Majorce znaleźli w prawie opustoszałym ówcześnie klasztorze kartuzów. Ponieważ XIX-wieczni Majorkańczycy byli raczej konserwatystami, to “dziwna” para z Paryża nie przypadła im do gustu. Oboje byli poddawani społecznemu ostratyzmowi. Niewątpliwie właśnie te przeżycia spowodowały, że Chopin napisał w Valdemossie swoje 24 najpiękniejsze preludia. W Valdemossie znajduje się największa, po Warszawie, kolekcja jego twórczości. Podczas gdy ówcześni mieszkańcy miasteczka nie pałali miłością do Chopina i jego towarzyszki, dzisiaj raczej są dumni z faktu, iż gościli jednego z największych światowych kompozytorów.

W celach klasztoru kartuzów Fryderyk Chopin spędził zimę 1839/40

Chopinowskie muzeum mieści się w celi klasztoru kartuzów będącego największym zabytkiem miasta. Graniczy z Palau del Rei Sanç, czyli pałacem króla Sancho I, który z kolei był fundatorem miasta. Dzisiaj na terenie pałacu i klasztoru w sierpniu organizowany jest festiwal szopenowski. We wnętrzach zaś mieści się muzeum poświęcone naszemu kompozytorowi.

Klasztor kartuzów to główna atrakcja miasta

VALDEMOSSA – POŁUDNIOWA SJESTA

Druga strona Valdemossy to przede wszystkim wszechogarniający spokój. Poczucie południowej sjesty dominuje, puste uliczki sprzyjają leniwym spacerom. I to właśnie urzekło w tym majorkańskim mieście.

Nasłonecznione stoki Serra de Tramuntana oto właśnie Valdemossa

Trafiliśmy na lokalne święto plonów – podobnie do naszych, swojskich dożynek. Klimat jakby podobny, ale myślę, że nawet znacznie bardzie celebrowany.

Dożynkowe dekoracje w Valdemossie

Wystarczy odejść od głównych atrakcji i znajdujemy się w środku śródziemnomorskiej sielanki.

Valdemossa – z dala od turystycznych szlaków
Valdemossa – z dala od turystycznych szlaków

DEIA – MIEJSCE, GDZIE POWSTAWAŁY DZIEŁA ROBERTA GRAVESA

Deià to nawet nie miasteczko, a wręcz wioska położona stokach masywu Puig de Teix. Urokliwa górska mieścinka znana jest przede wszystkim z domu Roberta Gravesa. Angielskiego pisarza urzekło piękno lokalnych gór i majorkański klimat. Zresztą pochowano go w Dei, na miejscowym cmentarzu. Tutaj stworzył swoje największe dzieła – powieści: “Ja Klaudiusz” oraz “Klaudiusz i Messalina”.

Od lat 60-tych XX wieku urokowi okolic poddało się wielu artystów. W Dei natchnienia szukali Pablo Picasso, Mike Oldfield czy nawet Mick Jagger. Wielu mieszkańców Dei jest obcokrajowcami, a swoje domy w okolicy mają Michael Douglas oraz Richard Branson.

Deià – malowniczo położona u stóp masywu Puig de Teix

Przede wszystkim nie dziwię się im. Kilka godzin spędzonych w tym miasteczku sprawia, że człowiek znajduje się jakby w świecie alternatywnym. Dookoła czuć klimat artystycznej bohemy. Knajpki, w których pija się kawę, wino czytając książki… Wąskie strome uliczki prowadzą do zbocza pasma gór z jednej strony, a z drugiej można nimi zejść na Cala Deya – miniaturową, kamienistą plażę.

Deia – ukwiecona w sierpniowym słońcu

Jest tutaj coś kojącego, uspokajającego zmysły. Nikt się nie spieszy, czy mieszkańcy, czy turyści… Wydaje się, że czas się zatrzymał, chociaż jesteśmy w pędzącym XXI wieku…

Czyż nie jest tu pięknie..?

PERŁY MAJORKAŃSKIEGO WYBRZEŻA

Połączenie gór i morza potrafi dać wspaniałe efekty. Są to takie “pocztówkowe” widoki, które cieszą oglądających. Północno-zachodnie wybrzeże daje w rezultacie symbiozę gór i morza. Połączenie niewątpliwe niezapomniane, i taką właśnie Majorkę będę pamiętał.

Na drodze pomiędzy Valdemossa a Deia warto zatrzymać się przy Son Marroig. W miejscu, w którym habsburski książę Ludvig Salvator nabył w 1867 roku ziemie, dziś znajduje się muzeum. Rzec by można przede wszystkim – muzeum poświęcone pierwszemu ekologowi i hipisowi Majorki. A może nie tylko Majorki, ale też świata. Książę Ludvig kochał przyrodę i dbał o nią wyprzedzając nawet dzisiejsze czasy. Dlatego też na jego terenach nie wycięto ani jednego drzewa, nie zabito żadnego dzikiego zwierza. A całą wiedzę spisał w 6000-stronicowym dziele zatytułowanym “Wyspy Balearów”.

Punta Prima widziana właśnie z Son Marroig

Dalsza podróż drogą Ma-10 w kierunku Banyalbufar również niesie ze sobą przepiękne widoki.

Gdzieś przed Banyaalbufar
Okolice Banyalbufar – widok z Torre de Verger w kierunku Snat Elm
Okolice Banyalbufar – widok z Torre de Verger w kierunku Port Soller

Za Banylabufar znajdziecie ruiny wieży strażniczej z XVI wieku – Torre de Verger (czasami zwanej też Torre de Ses Animes). Można więc wspiąć się na szczyt baszty (ostatnie piętro po drabinie) i szukać pirackich galeonów zmierzających ku wyspie. Sorry… jesteśmy już w XXI wieku, a nie XVI.

Torre de Verger w całej okazałości

Na południowo-zachodnim krańcu Majorki znajduje się Mirador Del Cañón Islas Malgrats. Miejsce idealne przede wszystkim do podziwiania zachodów słońca. Nie tylko można, ale nawet trzeba zaliczyć taki spacer będą gdzieś w okolicach Santa Ponsa o noclegu w Santa Ponsa – czytaj tu: http://7mildalej.pl/aparthotel-na-majorce/.

Sunset na Mirador Del Cañón Islas Malgrats
Sunset na Mirador Del Cañón Islas Malgrats

INNA TWARZ MAJORKI

Wyspa niesie ze sobą atrakcje nie tylko dla miłośników plażingu i niekończącej się zabawy. Patrząc jednak na jej piękno i ciszę w miejscach, które jak się wydaje powinny być oblegane można odnieść wrażenie, że wielu przyjezdnych zadowala się tylko słońcem, plażą i drinkiem. Tak też można, ale czasem warto wyrwać się z nadmorskiego tłumu i podziwiać (prawie) w samotności przepiękny zachód słońca. Fajne było to, że wieczorny spacer z butelką wina na jakiś wspaniały punkt widokowy pozwalał rozkoszować się taką chwilą w pełni – bez obecności innych. Tych kilka miejsc, to nie wszystkie, ale na pewno są to perełki Majorki.

¡Salud!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Odcinek Palma de Mallorca – Valdemossa to zaledwie ok. 20 kilometrów – mając na uwadze nawet drogi (wąskie, kręte) wystarcza ok. 20-30 minut.
  • Parkingi w Valdemossie nie są drogie, można parkować również na ulicy – ok. 1 EUR za 1h.
  • Ciężko zaparkować w Dei – to miasteczko jest jak japoński hotel kapsułowy – ale wszędzie można dojść per pedes.
  • Na objazd zachodniego wybrzeża wystarczy jeden dzień, a wygospodarować można nawet 1h na słodkie dolce far niente na jednej z uroczych małych i niejednokrotnie pustych plaż.
  • Stacje benzynowe znajdziecie w miastach i tylko przy głównych drogach, ale wyspa nie jest wielka – 100 km z jednego na drugie wybrzeże nie pozwoli wracać o pustym baku.

PALMA – STOLICA MAJORKI

Już sama nazwa stolicy największej z wysp Balearów rodzi pytanie… Palma czy Palma de Mallorca…? Podobno to piętnaste na świecie najliczniej odwiedzane miasto przez turystów. W rankingu (2018) jest zaraz za tajlandzką Pattayą, a wyprzedza włoski Mediolan. 9,3 mln odwiedzających musi robić wrażenie, zwłaszcza, że mówimy o mieście, które liczy 200 km2 powierzchni i ponad 400 tysięcy mieszkańców. Teoretycznie powinno mnie to odrzucić od wtopienia się w ciągnący się ulicami tłum. Być jednak na Majorce i nie odwiedzić Palmy..?

Wracając do nazwy – nikt z miejscowych nie używa nazwy Palma de Mallorca. W lokalnym obiegu funkcjonuje więc nazwa Palma. Również oficjalna, obowiązująca od grudnia 2016 roku nomenklatura, mówi o stolicy Balearów jako o Palmie. Ale to tylko takie rozterki lingwistyczne.

LA SEU – NAJDŁUŻSZA BUDOWA ŚREDNIOWIECZNEJ EUROPY

Palma położona jest nad zatoką, na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy. Z Santa Ponsa do Palma de Mallorca autobus jedzie około 30 minut. Zwiedzanie stolicy wyspy zaczynamy od katedry – Catedral de Mallorca. Piękna i majestatyczna, zwana również La Seu gotycka budowla robi wrażenie już na zewnątrz. Położona na niewielkim wzgórzu jest również doskonale widoczna nie tylko od strony morza, ale również – jak się przekonałem – również ze pokładu samolotów.

Ciekawostką jest fakt, że jest to chyba najdłużej budowana katedra Europy – powiedzmy, że może się ścigać o… palmę pierwszeństwa w tym aspekcie z barcelońską Sagrada Familia. Budowę katedry rozpoczęto w 1229 roku, a jej poświęcenie w 1601 roku wcale nie było zwieńczeniem prac, które jeszcze ciągnęły się około 20 lat. 400 lat to niezły wynik. Pamiętajmy jeszcze, że w 1851 La Seu doświadczyła trzęsienia ziemi, co natchnęło ówczesne władze do jej face liftingu. Jakby nie patrzeć Jakub I, które zaczął jej budowę nie przypuszczał, że będzie to najdłuższa sakralna budowla Europy.

La Seu – widok od strony morza

Katedra położna na niewielkim wzgórzu, doskonale widocznym z portu, stanowi klasyczny, rzekłbym, przykład gotyku śródziemnomorskiego. Wrażenie niezapomniane, acz już skomercjalizowane.

Największa z witrażowych rozet nad wejściem do katedry

Jedną z cech charakterystycznych są olbrzymie rozety, z których największa ma średnicę ponad 13 metrów, a jej powierzchnia liczy ok. 100 m2. Trzeba przyznać, że spora… Również główna nawa świątyni licząca sobie 44 metry wysokości zalicza się do najwyższych w Europie. Wyższa znajduje się tylko w Beauvais, mieście, które znane jest wielu podróżującym z low-costowego lotniska obsługującego Paryż.

Od domniemanego czasu zakończenia budowy katedry w 1601 roku, doczekała się ona licznych modyfikacji. Jej wnętrza to zasługa również Antonio Gaudiego, który w XIX wieku dołożył swoją cegiełkę do jej wnętrza.

Fontanny w Parc de la Mar

Pomiędzy katedrą a brzegiem morza rozciąga się Parc de la Mar – ze sztucznym jeziorem ozdobionym fontannami i pięknie podświetlonym w wieczornej scenerii. Idealne miejsce do leniwego spaceru i ochłody w upalne dni.

SPACER ULICZKAMI PALMY

Oddalając się od La Seu uliczkami Palmy natkniemy się na polski akcent – Plaça de Frederic Chopin. Niedaleko stąd do Plaça de Cort – miejsca, gdzie przede wszystkim kwitnie życie towarzyskie o wszelkich porach dnia i nocy.

Plaça de Cort

Jak dla mnie jedyną wartą uwagi było tam stare drzewo oliwne. Pewnie nie pamięta czasów oliwki w Starym Barze w Montenegro, ale w pięknie nie ustępuje absolutnie.

Stare drzewo oliwne na jednym z placów w Palma de Mallorca

Spacer uliczkami Palmy w sierpniowym słońcu ma tę niezaprzeczalną zaletę, że pozwala odetchnąć od otaczającego skwaru. Zabudowy starej Palmy to kamienice i wąskie uliczki, które dają trochę cienia, a położenie miasta na morskim brzegu niesie ze sobą lekką, orzeźwiającą bryzę.

Typowa zabudowa starej Palmy

Kilka minut spaceru i znajdujemy się na najważniejszym z rynków Palma de Mallorca – Plaça Major.

Plaça Major

Plaça Major to oczywiście, jak nazwa wskazuje, główny plac w mieście. Zbudowany na prostokątnym rzucie otoczony jest kamienicami o żółtych elewacjach. Dzisiaj okupują go głównie lokalni artyści oferujący, w bardzo skomercjalizowanej opcji nakierowanej oczywiście na turystów, swoje artefakty. Poza tym trochę barów i kafejek…

Jedna z licznych rzeźb, których w Palmie znajdziecie wiele

Jako, że czas naglił, jeżeli takie zjawisko w śródziemnomorskim klimacie w ogóle istnieje, kierowaliśmy się ku Estació Intermodal – głównej stacji kolei, metra oraz autobusów jeżdżących po mieście i okolicach. Przed stacją oczywiście kolejna “placa”, czyli Plaça d’Espanya. Tym razem oczywiście z uhonorowaniem jednej z najważniejszych osób w historii miasta – Jakuba I Zdobywcy (Jaime I el Conquistador). To właśnie jemu zawdzięczamy odbicie Majorki z rąk Maurów, za co został koronowany na króla Majorki, a chwilę później podbił również sąsiednie wyspy: Minorkę oraz Ibizę.

Pomnik króla Jakuba I Zdobywcy

Dla fanów meteo – na Plaça d’Espanya znajdziecie też zabytkowy barometr i termometr. Warto podejść na chwilę.

NA ZAKOŃCZENIE

Palma de Mallorca nie zrobiła na mnie jakiegoś oszałamiającego wrażenia – miasto o dość bogatej historii, dzisiaj czerpie zyski głównie z turystyki. Nie zwiedziliśmy wszystkich ważniejszych “sehenswürdigkeiten”, ale też niewiele tego tam znaleźć można. Ot, takie przyjemne, fajnie zlokalizowane śródziemnomorskie miasto. Jeden dzień w zupełności wystarczy. Na tak na pewno: katedra La Seu oraz Parc de la Mar. Reszta bez szału. Aczkolwiek być na Majorce i nie być w Palmie…

KUCHNIA PUGLII

Kuchnia Puglii i jej prawdziwe bogactwo: frutti di mare

Puglia, a jak mówi się często w Polsce Apulia to region południowych Włoch słynący z owoców morza, ryb, ale również z oliwy i wina. Region rozciąga się na leniwych wzniesieniach wzdłuż południowo-wschodniego krańca Italii. Od północy jego kraniec wyznacza półwysep Gargano, a kończy się obcasem włoskiego buta zwanym półwyspem Salento. Kuchnia Puglii i jej tradycja kulinarna to niezaprzeczalne bogactwo regionu. O podróży do Puglii przeczytacie tutaj:

W takim miasteczku jak przeurocze Monopoli z 16 tysięcy mieszkańców co najmniej połowa utrzymuje się z rybołówstwa. Znaczy to, że stoły muszą wręcz uginać się od darów morza w postaci ryb, mięczaków i skorupiaków.

TYTUŁEM WSTĘPU…

Jeśli przemierzasz autobusem trasy w głąb lądu widzisz za oknem autobusu niekończące się gaje oliwne i winnice. To właśnie z Puglii pochodzi większość produkowanej w Italii oliwy. Ziemie nasączone z jednej strony słońcem, smagane lekkim wiatrem od morza, a także żyzne gleby dają bogate plony. Zaskoczeniem może być fakt, że stąd pochodzi również znaczna część włoskiej pszenicy.

Winnice, których wzgórza obsadzone są winnoroślą, wśród której dominują szczepy Primitivo oraz Negroamaro. Niewielka mieścina zwana Locorotondo słynie natomiast z apelacji DOC pod tą samą nazwą, która dla mnie była ponownym odkryciem białego wina. Ziemie Puglii dają prawie 20% łącznej produkcji włoskiego wina. Niegdyś wysyłano je na północ, gdzie było mieszane z innymi szczepami. Dzisiaj coraz częściej gości na stołach nie tylko regionu, ale całych Włoch czy Europy.

Swoją kulinarną wędrówkę przez stoły Apulii zaczęliśmy od… sjesty. Niestety do celu, czyli niewielkiego miasteczka zwanego Monopoli dotarliśmy po godzinie piętnastej. A to sprawiło, że na pierwszy puglijski przysmak przyszło nam poczekać. Pierwszą otwartą knajpką był prosty bar-cafeteria Barumba. W Barumba dostaliśmy apulijską kanapkę zwaną puccia z… lokalnym czerwonym winem w szkle czyli al calice. Puccia lub pucce, to nic innego jak niewielki chlebek lub podłużna bułka wypiekana na ogół z semoliny z dowolnym farszem. Spróbowaliśmy z tonno czyli tuńczykiem, sałatą, pomidorem oraz z lokalną szynką i octową marynatą z grzybami (funghi). Puccia to tradycyjna farmerska kanapka nadziewana tym co akurat puglijscy chłopi mieli pod ręką.

VIGILIA DI CAPODANNO

Jako że wylądowaliśmy w Puglii w vigilia di capodanno – przepięknie Włosi nazywają ostatni dzień roku – to wszędzie w knajpach trafialiśmy na menu fisso – typowo sylwestrowe. W końcu w jednym z barowo-muzycznym przybytków (Alchemico Bar e Cose) usiedliśmy przy prostym antipasti, na które składały się: oczywiście butelka wina, butelka prosecco, a także deska lokalnych serów i wędlin, oliwki, focaccia i sałatka.

Nasze sylwestrowe menu w “Alchemico”

Szału nie było, w końcu do Alchemico przychodzi się posłuchać muzyki, czasem potańczyć. Czasem co najwyżej posiedzieć przy kieliszku wina (lub drinku). Prosecco się lało, lekko jazzowa (na zmianę z pop-rockiem) muzyka leciała. Było sylwestrowo!

PRANZO DI CAPODANNO

Jeśli ktoś się we Włoszech budzi po gorączce sylwestrowej nocy z post sbronza, czyli po prostu… kacem, to z pewnością po zjedzeniu pranzo di capodanno będzie jak nowonarodzony! Zgodnie z noworoczną tradycją Włosi całymi rodzinami – w knajpach lub domach – witają nowy rok wspólnym biesiadowaniem. Często zaczyna się taki obiad w południe, a kończy wieczorem. Wszystko na bogato! W restauracjach obowiązuje wtedy tzw. menu fisso – stały zestaw, z którego nie sposób zrezygnować, a pochłonąć jeszcze trudniej. Uczucie post sbronza (lub post sbornia) ustępuje uczuciu przejedzenia i nie pomaga nawet butelka jednego z doskonałych włoskich win. Jedna z życiowych teorii mówi, że człowiek rodzi się sybarytą. Skoro więc rodzi się nowy rok, to rodzi się nowa okazja na kultywowanie tego stanu umysłu (i ciała).

Gdy wybiła godzina ich noworocznej fiesty przechodziliśmy akurat wzdłuż Cala Porta Vecchia obok Osterii Gallo Nero (czyli Czarnego Koguta).

Osteria Gallo Nero przy via Largo Portavecchia 22

Noworoczne menu fisso obejmowało przystawkę, dwa (!) pierwsze dania, drugie danie, deser oraz wino i wodę. Uff!!!

Startujemy z pranzo di capodanno

Zaczęliśmy od małż, sardelli, sałatki, ciekawej, wariacji na temat caprese, zapiekanych kiełbasek w cieście – a to dopiero był początek!

PRIMO PIATTO…

(pierwsze danie) to dwie pasty: capunti in guazzetto con scorfano e molluschi oraz calamarata ai profumi di bosco.

Noworoczne primo piatto

Capunti to nic innego jak podłużny makaron z charakterystycznym nacięciem. Widywałam go w wersji znacznie dłuższej. Tym razem nabrał kształtu niewielkiego ziarna. Guazzetto to specyficzny włoski sos – najczęściej na bazie ryb, a lo scorfano to przesmaczna ryba zwana po polsku karmazynem. Pytanie tylko czy to na pewno był to karmazyn, a nie zwykła krewetka..? We włoskim slangu czasem “niezbyt rozgarniętą” osobę określa się mianem krewetki. Nie wdając się w szczegóły pasta była przepyszna, zwłaszcza że jej smak nadawały przede wszystkim małże.

Jeśli chodzi o drugą pastę, to calamarata, jak sama nazwa wskazuje musi mieć coś wspólnego z kałamarnicami. Jako że Włosi uwielbiają połączenie głowonogów z makaronem, to wymyślili makaron w kształcie podawanych kałamarnic zwany właśnie calamarata. A żeby było zabawniej, to mający swoje morskie korzenie makaron ubrano w smaki lasu (profumi di bosco). W ten sposób w sosie można było odnaleźć grzyby. Całość również poprawna, właściwie skomponowana.

SECONDO PIATTO

Secondo piatto – orata e gamberone

Gdy człowiek już odpoczął przepiwszy pierwsze danie odpowiednią ilością wina i wody, na stół wjechało secundo piatto – a jakże – o czysto morskim pochodzeniu. Dorada (l’orata) jest dla nas rybą szczególną, tym razem była świątecznie udekorowana przepiękną krewetką. Rodzajów krewetek jest podobno ponad 2000! Mieliśmy okazję spróbować tej odławianej gdzieś u brzegów Puglii. W tym przypadku mam pewną wątpliwość – była tak świeża, że kucharz zapomniał chyba przetrzymać ją odpowiedni czas na ruszcie… Jak dla mnie zbyt mało wyprażona, w przeciwieństwie do delikatnej i miękkiej dorady. A może tak miało być..?

WŁOSKIE DOLCE…

Ananas in barca – pierwsze i moje ostatnie “dolce”

…to oczywiście historia deserów.

Skończyłem na pierwszym z deserów ananasie w łódeczce (ananas in barca), choć mili właściciele dorzucili od siebie jeszcze jeszcze drugie dolce – kremówki. Sorry – po prawie czterogodzinnej uczcie nie miałem już siły jeść. Trochę miejsca zostawiłem sobie jeszcze na wspomagacza trawienia, czyli wino!

Noworoczny obiad we Włoszech to okazja do rodzinnego spotkania, długich rozmów przy jedzeniu. Wiele godzin spędzonych nie tylko nad talerzem, ale przede wszystkim na wspólnym biesiadowaniu stanowi o sile tej tradycji.

PIZZA ROKU 2014

Jest w Monopoli, przy Piazza Garibaldi knajpka, której właściciele muszą być fanami tego boskiego dzieła Felliniego. Zwie się oczywiście La Dolce Vita.

La Dolce Vita przy Piazza G. Garibaldi 29

Na ścianach, a jakżeby inaczej fotosy z filmu, sala pokaźnych rozmiarów, a jedną z jej ścian zdobią półki z winem.

Fotosy w La Dolce Vita jak widać tematyczne

Koniec z wystrojem wnętrz – przejdźmy do konsumpcji! Zamawiamy pizzę pod romantycznie brzmiącą nazwą: “Puglia mia”, która to pizza została wybrana najlepszą pizzą 2014 roku.

Tak właśnie wygląda najlepsza pizza 2014 roku

W tym miejscu właśnie odczuwam dysonans… Rzadko kiedy staram się przenieść na papier smak pizzy. Z niejednego pieca je jadłem – również te domowe, tworzone przez włoskie matrony w domowym zaciszu. Zdjęcie tego nie odda, ale pierwszy raz od wielu lat zachwyciła mnie właśnie pizza! Ciasto..? Cienkie, jak prawdziwe sycylijskie lub kalabryjskie, na których się “wychowałem”. Przy tym jednakże miękkie i puszyste – ottimo! Doskonale skomponowane “nadzienie” – szynka w typie crudo z suszonymi pomidorami. Do tego – tarty na grubo – lokalny ser w typie mozzarelli. Burrata wytwarzana jest z krowiego mleka i jest jednym z lokalnych przysmaków – lekko kremowy ser o puszystej konsystencji. Gdybym miał wybierać pomiędzy mozzarellą, a tym puglijskim przysmakiem – bez wątpliwości wygrywa burrata! Wracając do pizzy – całość przybrana oczywiście świeżą rukolą. Coś wspaniałego! Dla mnie powrót do młodości.

W OBIADOWEJ PORZE ODWIEDZAMY “DAMARE”…

…przy via Garibaldi 15. Knajpka o lekko barowym wnętrzu – skrojona według modernistycznego stylu. Ale jedzenie..? Zgodne z najlepszymi, kulinarnymi tradycjami Apulii. Zamawiamy oczywiście monopolijskie przysmaki – frutti di mare z vino al calice. Kieliszek białego lokalnego doskonale był skomponowany z tym co było na talerzu. W smaku wino było lekkie, cytrusowe i orzeźwiające – takie w typie apulijskich szczepów bombino bianco.

Damare przy via Giuseppe Garibaldi 15

Innamorato cotto znaczy po włosku tyle co zakochany bez pamięci. Mottem DAMARE jest innamorati della nostra cucina – zakochani w lokalnej kuchni. Powiem krótko – motto zgodne z tym, co otrzymacie na talerzu.

Pasta no.1 to spaghetto alle cozze. W karcie stało: spaghettone di grano duro con cozze, battuto di prezzemolo e pomodorini ciglielinio. Makaron w typie spaghettone z pszenicy durum zaserwowano z mulami w towarzystwie pietruszki i wiśniowych pomidorków. Kolejna knajpa, kolejny zestaw fantastycznie skomponowany. Nie spodziewałem się tego w barowej restauracji. Fakt – była pełna, a przy stolikach tylko Włosi. Rzeczą, która przede wszystkim mnie uderzyła we wszystkich knajpkach w Monopoli, to świeżość ryb i mięczaków. Te proste pasty które udekorowano owocami morza to majstersztyk!

Spaghetto alle cozze

Druga pasta zwana była równie krótko, bez zbędnych dodatków: Tortellone.

Tortellone (al gambero)

Tortellone ripieno al gambero con ragu di crostacei, olio al basilico e mandorle tostate. Nic innego jak: pierożki w kształcie tortellone nadziewane krewetkowym ragu z oliwą bazyliową oraz prażonymi migdałami. Również w tym przypadku połączenie pierożka z morskim nadzieniem w pełni współgrało ze sobą. Danie, rzekłbym stanowiące połączenie dwóch symboli agrokultury regionu – bogactwa otaczających region mórz oraz równin obsianych pszenicą, z której powstają najsmaczniejsze makarony.

GDZIE ZJEŚĆ W ARBELOBELLO?

Gdy człowiek odwiedza Puglię, to nie sposób nie pojechać do Alberobello. Mieścina znana z bajkowych domków trulli wpisanych na listę dziedzictwa UNESCO. Pytanie gdzie zjeść coś dobrego nabiera znaczenia z każdym krokiem wykonanym po wzniesieniach dzielnicy “trulli”. Tym razem przegooglowaliśmy okolice wzgórz “trulli” w poszukiwaniu czegoś interesującego, ale nie zawsze internetowa ocena odpowiadała naszemu tzw. pierwszemu wrażeniu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na ocenianą zaledwie na googlach “3,8” Ristorante Trattoria “Largo Trevisani”. Nietrudno ją odnaleźć, usadowiła się w narożnej kamienicy przy Largo Martellotta u stóp białego miasteczka trulli.

Danie, które między innymi zamówiliśmy zwało się: Strascinate con cime di rape e pan grattato fritto. Zabawmy się znowu w tłumacza przysięgłego języka włoskich kucharzy. Ta niby skomplikowana nazwa mówi, że właśnie za chwilę na stole wyląduje makaron typu strascinate (wyglądający jak odcisk palucha kucharza) z rzepą brokułową oraz zasmażaną tartą bułką. Proste połączenie – makaron, lokalne warzywo, z którego słynie Puglia i… zasmażka! Cima di rape chociaż uprawiana jest w całych południowych Włoszech, to właśnie w Puglii stanowi produkt regionalny. Swoją drogą warzywa prawie nieznane w Polsce, a szkoda, bo z pastami i sosami komponuje się znakomicie.

Jak się międzyczasie dowiedzieliśmy od lokalsa – cibo dobrze wybrałem – to popisowe danie szefa kuchni. Perfetto! Tak skwitował je wspomniany wyżej Włoch siedzący przy sąsiednim stoliku, a mnie pozostało tylko się z tym zgodzić – D’accordo!

Strascinate con cime di rape

W przypadku drugiej pasty zwanej Orrechiette e braciole takie szału już nie było, ale danie poprawne. Pod nazwą braciole we Włoszech kryje się cała masa niespodzianek z jednym tylko wspólnym mianownikiem – jest to jakiś kawałek mięsa. Na północy będzie to dorodny (często wieprzowy) sznycel, w Neapolu również słusznych rozmiarów zraz z wołowiny. Apulia w swojej tradycji kulinarnej oferuje pod tą nazwą maleńkie zraziki w gęstym pomidorowym sosie. Jak widać co… region, to obyczaj.

Orrechiette e braciole

Tak więc, jeśli ktoś chce posilić się w Alberobello po zwiedzeniu sławnych, białych domków, to w Trattorii “Largo Trevisani” polecam przede wszystkim pastę z cima di rape.

ŻEGNAMY SIĘ KUCHNIĄ PUGLII W “IL BRIGANTE”

Przedostatniego dnia pobytu, na pożegnalną (ale zamierzamy wrócić) kolację odwiedzamy Trattorię Il Brigante przy via Cavaliere 17. Lokal słynący z morskich dań. Jako wielbiciele włoskich (i nie tylko) makaronów zamawiamy: linguine con vongole (okazały się genialne) – oraz strascinate rape – również doskonałe tym razem z prażonymi okruchami chleba oraz pod pierzynką z sera w rodzaju burraty. Te pyszności przepijaliśmy pochodzącym z półwyspu Salento lokalnym, białym winem ze szczepu Malvasia. Wytrawne, pochodzące z Salento wina Malvasia mają lekki orzeźwiający smak, w którym bez przeszkód doszukacie się nuty owoców cytrusowych, ale też wanilii czy też jabłek. Zapach intensywny, lekko kwiatowy. Do owoców morza – jak znalazł!

Strascinate rape seppi

PROSTE WIEJSKIE PUGLIJSKIE JEDZENIE

Odwiedzając w Polignano a Mare karnawałowy festyn można było natknąć się na kilka stoisk z najprostszym, wiejskim jedzeniem. W ten sposób trafiliśmy na Pana, który przygotowywał farmerskie kanapki, takie jak ta na zdjęciu poniżej. Panini con porchetta – lokalny specjał – to solidna bułka z pieczoną wieprzowiną. Region Apulii to również żyzne ziemie i hodowle, a więc rolnictwo. Jedzenie więc bywa również proste i syte.

Przemiły Pan pochodzący z pogranicza Puglii oraz Abruzzo częstował nas też miniszaszłyczkami zwanymi arrosticini – już za free. Im dłużej tam staliśmy przed jego stoiskiem, tym więcej smaków poznawaliśmy. Na koniec nasze niedojedzone bułki wysmarował jeszcze domowej roboty pastą truflową. My się dobrze bawiliśmy, on też, tylko mina jego żony mówiła co innego – jakby zaraz miała wybuchnąć… południowa kłótnia! Do tego obowiązkowo nalewał grzanego wina zwanego tutaj vin brulè. O ile po polskich grzańcach miewam zgagę, to tego grzanego wina mógłbym nawet nadużyć bez konsekwencji dla żołądka.

Panini con porchetta

Poza tym co z morza Puglia generalnie słynie z także z mięs. Właśnie takie kanapki jak powyższe panini, czy puccia, o której wspominałem na początku stały się lokalną tradycją kulinarną.

KUCHNIA PUGLII

Bogactwo lokalnej kuchni jest oczywiście determinowane położeniem regionu i jego bogactwami. W przypadku Apulii ciężko jest cokolwiek wyróżnić, gdyż region ten nazywany jest włoskim spichlerzem. Jeśli znakomita część produkcji wina, oliwy, pszenicy pochodzi z tego obszaru, to muszą za tym podążać wspaniałe tradycje kulinarne. I to mnie nie zawiodło. Wręcz przeciwnie dawno we Włoszech nie zjadłem tylu dań, które mnie urzekły i połechtały moje kubeczki smakowe. Jeżeli do tego dodamy bogactwo morskich głębin, to otrzymamy niezapomniane kompozycje, które będziemy wspominać latami. I marzyć o jak najszybszym powrocie na puglijskie wybrzeże.

W Monopoli praktycznie każde miejsce, w którym jedliśmy można wpisać na listę “must eat”! każdą z restauracji można nagrodzić:

  • La Dolce Vita – za wspaniałą pizzę Puglia mia,
  • Il Brigante – za przecudne owoce morza,
  • Damare – za genialne połączenie tradycji i nowoczesności, http://www.cucinadamare.it/
  • Gallo nero – za rodzinną atmosferę i uprzejmość.

Jest też jedna sprawa, którą u mnie Puglia zmieniła – jako zagorzały fan czerwonych win zwykłem nie dostrzegać win białych. Odwiedziny w Puglii sprawiły, że częściej spoglądam w kierunku jasnych trunków, a te w Puglii były doskonałe!

APARTHOTEL NA MAJORCE

Plaża w Santa Ponsa

Wybierając się na letni rekonesans na Majorkę należało zapewnić sobie dach nad głową; chociaż na noce. Jaki aparthotel na Majorce wybrać?

Pomimo, że ciepłe i imprezowe, to zasnąć w wygodnym łóżku czasami jest przyjemniej niż na plaży. Znaleźć na Balearach niedrogą i fajną miejscówkę nie jest łatwo. Wie o tym prawie każdy, kto postanowił odwiedzić jedną z najgorętszych hiszpańskich wysp.

LOKALIZACJA

Szczęście zapanowało, gdy przez czysty przypadek wpadła nam promocyjna oferta ONA SURFING PLAYA APARTHOTEL. To jeden z 6 hoteli sieci ONAHOTELS na Majorce. Nasza lokalizacja była OK – w Santa Ponsa – na zachodnio-południowym wybrzeżu Majorki. Blisko zarówno do Magaluf – jednej z największych imprezowni na wyspie, jak również do Port d’Andratx, malowniczej i spokojnej mariny. Taxi z Aeroporto Palma de Mallorca (PMI) dojeżdża w 30-40 minut. Dojazd autobusem jest również prosty – dwa autobusy – jeden do Palma de Mallorca, drugi do Santa Ponsa. Jedynie czym się różni, to czasem dojazdu – in minus – około 1-1,5h i ceną – in plus – znacznie taniej niż taksówką.

ONA SURFING PLAYA to kompleks apartamentów w drugiej linii od morza

No to spróbujmy zrecenzować odwiedzony aparthotel na Majorce… ONA SURFING PLAYA to kompleks trzech czteropiętrowych budynków położony w drugiej linii od morza. Architektura hotelu jest typowa dla hiszpańskiego południa. Do każdego apartamentu przynależy niewielki taras lub balkon. Natomiast pomiędzy budynkami wygospodarowano miejsce na basen. Dodatkowo na poziomie basenu znalazło się miejsce na salę śniadaniową i niewielki bar.

Basen czynny od 10.00 do 20.00 – w ciszy można było zjeść wcześniej śniadanie

Same śniadania były wartością dodaną. Wręcz senna atmosfera nad basenem, który o tej godzinie był jeszcze nieczynny dla gości, pozwalała cieszyć się codziennym śniadaniem. Nie tylko miejsce i atmosfera, ale też bufet śniadaniowy. Oferta szwedzkiego stołu była przeciętna. Dostępne były zarówno ciepłe dania (fasolka, kiełbaski, bekon, itp.) jak też deska serów oraz wędlin + owoce. Brakowało warzyw. Jak na południowe standardy śniadań wydaje się jednak, że nie było najgorzej, a może nawet lekko powyżej standardu.

Kawa nad basenem po śniadaniu… bezcenne

APARTAMENT

Sypialnia – klima, TV, szafa i dwie szafki – prosto i wygodnie

Zarezerwowany apartament miał ok. 40 m2. Sypialna, niewielki salon z aneksem kuchennym, do tego łazienka z prysznicem, a także niewielki taras. Double-bed w sypialni wygodne. Materac średnio twardy pozwalał na odpoczynek po trudach dnia i wieczoru. Dodatkowo – na wyposażeniu żelazko oraz deska do prasowania.

Livingroom z aneksem – na 2-3 osoby optymalnie

Salon to niewielka sofa, która mogła być wykorzystana jako miejsce do spania, nawet dla dwóch osób. Do tego stół z 4 krzesłami. Kuchnia z pełnym wyposażeniem – komplet naczyń, szkła, a przede wszystkim kuchenka, zmywarka, mikrofala, ekspres do kawy – wszystko ułatwiające urlopowe życie.

Łazienka – funkcjonalna z kompletem wyposażenia

W łazience komplet, łącznie z ręcznikami i przyborami do mycia. Wymiana ręczników – co dwa dni. Suszarka do włosów.

Niewielki taras / balkon

Na tarasie komplet mebli ogrodowych – stół + 4 krzesła, a także poręczna suszarka na pranie – niewątpliwie przydatna w wakacyjnym życiu. Chociażby do wykorzystania na plażowe ręczniki.

HOTEL TO NIE TYLKO POKÓJ…

…hotel to również, a może przede wszystkim, atmosfera, którą tworzą ludzie. W tym przypadku nie można ONA SURFING PLAYA niczego zarzucić. A trzeba wręcz pochwalić! Począwszy od check-inu – szybko, miło i sprawnie. Przez cały pobyt recepcja służyła szeroką pomocą w każdej sprawie. Taxi, rent-a-car, wskazówki dotyczące dojazdu, restauracji – obsługa służyła szeroką pomocą. Podobnie standard obowiązywał na śniadaniach – miło, dyskretnie i spokojnie. Właśnie kadra i obsługa wydaje się być największą wartością tego hotelu.

PODSUMOWANIE I OCENA

Wrażenia z pobytu w ONA SURFING PLAYA są jak najbardziej pozytywne. Główną zaletą hotelu jest panująca tam, stworzona przez obsługę, atmosfera. Można poczuć się wspaniale, można być pewnym pomocy w przypadku, gdy jej potrzebujemy.

Strona hotelu: https://www.onahotels.com/es/apartahotel-surfing-playa-mallorca/

Oceniając jedyny znany mi aparthotel na Majorce wziąłem pod uwagę następujące czynniki:

  • obsługa – 5/5 (bez uwag, z pochwałą; właściwi ludzie na właściwym miejscu),
  • śniadania – 4-/5 (bogaty szwedzki stół – dla mnie zabrakło jednak świeżych warzyw – nie było np. pomidorów), trochę monotonii, ale tydzień można wytrzymać
  • lokalizacja – 4+/5 (w skali Santa Ponsa – OK, trochę w centrum, trochę na uboczu – spokój; dostęp do komunikacji – przystanek autobusowy przed hotelem); bliskość dwóch plaż – jedna oddalona 4 minuty spacerem od hotelu – druga (większa) około, 10 minut spaceru,
  • parking – 1/5 (brak parkingu hotelowego) – może być minusem dla gości zmotoryzowanych; dostępny tylko parking publiczny,
  • apartament/pokój 4/5 – wielkość 40-metrowego apartamentu optymalna dla 2-3 osób, dla 4 gości wydaje się być już ciasno; łóżko wygodne; indywidualna klima dostępna zarówno w sypialni, jak też w salonie; jedna szafa – optymalna na 2 osoby; dostępny sejf pokojowy,
  • czystość – 4-/5 – zmiana pościeli, ręczników, sprzątanie – co 2 dni – wystarczająco jak na aparthotel; można byłoby znaleźć pewne niedociągnięcia, ale generalnie czysto – szczególnie w kuchni oraz w łazience, sprzątanie nie obejmowało podłóg i mebli,
  • wyposażenie – 5/5 – było praktycznie wszystko, czego może oczekiwać gość wiodący urlopowe życie; zaczynając na basenie, a kończąc na wyposażeniu kuchni.
  • wi-fi – 1/5 – niestety płatne – brak free wi-fi, to największy minus – w tym przypadku hotel ma jeszcze nad czym pracować!

Ogólnie rzecz biorąc ONA SURFING PLAYA to dobry wybór zarówno dla par, jak również dla rodzin. Dostępne są także większe apartamenty. Położenie w dość spokojnej części kurortu, ale jednocześnie niedaleko od głównych atrakcji. Bliskość dwóch plaż oraz licznych restauracji. Brak niestety pokoi z widokiem na morze, co w przypadku pięknego wybrzeża Majorki jest słabą stroną hotelu. Jeśli aparthotel na Majorce, to ONA SURFING PLAYA może być ciekawą propozycją!

KILKA CHWIL W BERLINIE

Berlin dla mnie był, jest i będzie miastem szczególnym. Spędziłem w nim wiele wspaniałych dni. Pozostanie dla mnie tym miastem, które urzekło mnie swoją swoją różnorodnością. Jest jakby miastem kompletnym – pod każdym względem. No… może zimą brakowało mi śródziemnomorskich klimatów, ale jednak życie – zarówno dzienne i nocne będące mocną stroną stolicy zjednoczonych Niemiec chociaż częściowo wynagradzało braki słońca. Więc tym razem krótko – Kilka chwil w Berlinie – kulinarnie i patetycznie.

O Berlinie mógłbym pisać godzinami. Każda dzielnica ma swój specyficzny klimat i urok, każda ma też swój jasny i ciemny charakter. Chcecie najlepszego kebaba w Niemczech – jedź na Mehringdamm do Mustafy. Regierungsviertel zaoferuje dotyk niemieckiej państwowości, Wannsee da Wam poczucie relaksu (i najlepszej Kartoffelsalat, jaką zdarzyło mi się zjeść). Zwolennicy zadym, zwanych Krawalle nie ominą ulic Kreuzbergu. Można wymieniać w nieskończoność. W końcu, jeśli ktoś chciałby tanio lecieć, choćby za ocean, nie ominie lotniska Tegel. Zimą natomiast doświadczycie atmosfery bożonarodzeniowych jarmarków niemniej wspaniałych i kolorowych niż te w Bawarii lub Wirtenbergii.

Można wymieniać w nieskończoność. W końcu, jeśli ktoś chciałby tanio lecieć, choćby za ocean, nie ominie lotniska Tegel. Zimą natomiast doświadczycie atmosfery bożonarodzeniowych jarmarków niemniej wspaniałych i kolorowych niż te w Bawarii lub Wirtenbergii.

Tym razem musiałem zadowolić się tylko kilkoma wolnymi chwilami. Okolice Tiergarten są mi znane doskonale, tam też zatrzymałem się na kilka chwil w Berlinie. Gdy w odległej młodości zaczytywałem się w książce Christiny F. “Dzieci z dworca Zoo”, byłem już po wizycie w dzielnicy, która stanowiła odbicie literackich wspomnień autorki. Dzisiaj, choć okolice dworca trochę ucywilizowano, to wciąż jeszcze zapach zioła jest nieodłącznym elementem lokalnego folkloru.

CURRYWURST TIERGARTEN

Wysiadasz z autobusu 109 lub X9, który przywiózł Cię z lotniska Tegel, albo wysiadasz z pociągu, który dowiózł Cię na Tiergarten Bahnhof i zastanawiasz się co dalej zrobić…? Nie ma lepszego momentu na zapoznanie się z niemiecką kuchnią i street-foodem! Zaraz przy dworcu znajdziecie Curry 36, która uraczy Was jedną z ulubionych przekąsek nie tylko Berlińczyków, czy też Niemców, ale też amatorów ulicznego jedzenia z całej Europy czyli legendarnym currywurstem.

Berliner Klassiker – Currywurst

Niemiecki street-food to właśnie historia currywursta. Pierwsze kiełbaski z curry podawała Herta Heuwer, która ewakuowała się z Prus Wschodnich do Berlina. Upiekła, a może usmażyła wieprzowe kiełbaski i przyrządziła sos ze składników podarowanych przez żołnierzy z brytyjskiej strefy okupacyjnej. Ten pierwszy, który niemiecka restauratorka przygotowała, składał się z ketchupu, curry oraz sosu Worcestershire. A działo się to podobno 4. września 1949 roku w Berlinie. Dziesięć lat później Frau Heuwer opatentowała swój wynalazek i nazwała go “chillup”, a następnie wynajęła lokal przy Kaiser-Friedrich-Straße 59, gdzie do 1974 roku prowadziła z sukcesem swoją knajpę. Obecnie tradycje currywursta przejęło między innymi CURRY 36, z którego wiedzy, umiejętności i doświadczenia skorzystałem. Odnaleźć może się każdy – klasycznie z bułką, lub po angielsku z frytkami. Można trafić na każdą niemiecką kiełbaskę – białą, wieprzową, mieszaną. Dazu (do tego) otrzymacie dowolny dodatek. Polecam koniecznie z ulubioną niemiecką kapustą!

KUCHNIA WŁOSKA CZY BERLIŃSKA…

Jedno, co dla fana Włoch, a także włoskiej kuchni było dla mnie w Berlinie wspaniałe, to włoskie restauracje. Bywałem w różnych miastach Europy, ale włoskie jedzenie w Berlinie jest jednym z najlepszych poza granicami Italii. Wiele lat temu na Tempelhofie odkryłem knajpę zwaną TRATTORIA TOSCANA – kilku dań, które tam podawano, nie wstydziłyby się najlepsze znane mi knajpy Rzymu, Mediolanu, Genui czy Neapolu.

Przy Meinekestrasse niedaleko Ku’dammu odkryłem RISTORANTE ARLECCHINO. Tym razem na stół wjechała między innymi pasta, konkretnie tagliatelle z wołowiną i kurkami. A wszystko w sosie grzybowo-pomidorowym. Coś wspaniałego. Jedna z lepszych past jakich przyszło mi spróbować poza Italią.

Tagliatelle z Arlecchino można polecić z czystym sercem i… podniebieniem

Niemniej naszą uwagę przykuł jeszcze sposób przyrządzania serowego spaghetti z truflami. Wielki blok parmigiano reggiano (lub grana padano) wydrąża się w środku a następnie zalewa wysokoprocentowym alkoholem i podpala, a następnie intensywnie miesza zeskrobując ser z wewnętrznych ścianek bloku dodając pastę z trufli.

“Flambirowanie” parmezanu

W kolejnym etapie dodaje się spaghetti i nadal intensywnie miesza.

A wszystko to na oczach oczekujących klientów…

Pozostaje więc już tylko nałożyć tak przyrządzoną pastę na talerze!

Bellisimo e gusto!

Zapach i aromat niósł się po całej knajpie, więc nie omieszkam następnym razem, jeśli będę miał sposobność, zamówić tego najprostszego z dań. Prostota w kuchni potrafi pozytywnie zaskoczyć.

LEGENDA BERLIŃSKIEGO KEBABA

Tam gdzie Tempelhof spotyka się z Kreuzbergiem, z południa na północ prowadzi ulica zwana Mehringdamm. Pod numerem 32 znajdziecie jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą w tej części Europy kebabownię. MUSTAFA’S GEMÜSE KEBAP. Niestety kolejka przed budką na Mehringdamm 32 sprawia, że tym razem jestem zmuszony zrezygnować z legendy street-foodu. MUSTAFA oferuje dwa rodzaje kebaba: z kurczaka oraz vege. Jeśli chodzi o wersję mięsną, to zaserwują Wam w bułce, albo durum. A co w środku..? Standardowo: cebulka, pomidor, sałata, ogórek, ale również kartfofel. Natomiast niestandardowo – am Ende – biały ser solankowy – wygląda jak feta, ale w smaku bardziej przypomina sery bałkańskie.

Kolejkę przed Mustafą należało liczyć w kwadransach – co najmniej 3-4. To co można zrobić, to pojechać sześć stacji U-bahną w kierunku Mariendorfu i wysiąść przy Westphalweg. Przy samym wyjściu ze stacji metra jest niewielki turecki imbiss-bar BASILEUS PIZZA & BIRGüL DöNER. I jest to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza z kebabowni Tempelhofu i Mariendorfu.

Adres wart zapamiętania: Mariendorfer Damm 64

Proste wnętrze, kilka stolików, jednoręki bandyta, TV – sprzęty i akcesoria typowe dla tureckiego baru, jakich wiele. Tym niemniej, od swojej pierwszej wizyty w Basileus, jest to niezmiennie jedno z moich ulubionych miejsc na street-foodowej mapie Berlina.

Bar jakich wiele..?

Podawany tam kebab jest jednym z najlepszych w Berlinie. Ten na cieście – durum jest doskonale przyrządzony. Mięso – świeże i dobrej jakości, podobnie warzywa. Wielkość również odpowiednia, tak, że można zaspokoić głoda 😉

Jeden z moich ulubionych kebabów

BERLIN – TROCHĘ NAJNOWSZEJ HISTORII…

Słowa te piszę w 9. listopada – dzień dla Berlina i jego mieszkańców nie tylko symboliczny, ale również ważny. Tego dnia, w roku 1989, upadł mur berliński (Berliner Mauer). Nic nie stało na przeszkodzie, aby przejść za “żelazną kurtynę”. Zimnowojenny podział miasta przeszedł do historii. Historia muru i jego zburzenia to również historia podziału i zjednoczenia Niemiec.

Jeśli zacząć zwiedzanie tego fragmentu miasta, to należy udać się metrem (U6) na Kochstarsse. Tam, przy Friedrichstarsse, odnajdziecie Checkpoint Charlie. Miejsce znane z historii, gdyż mieściło się tam jedno z przejść granicznych pomiędzy Berlinem wschodnim i zachodnim. Przejście było dostępne tylko dla tzw. nie-Niemców. Amerykanie opuścili ostatecznie ten punkt kontrolny dopiero w 1991 roku. Dzisiaj punkt graniczny stanowi atrakcję turystyczną, a wokół kwitnie typowy dla takiego miejsca przemysł gadżetowy.

Niegdyś miejsce pilnie strzeżone, dzisiaj atrakcja turystyczna

Powyższe zdjęcie ma też już swoją wartość historyczną. Niedawno, w październiku 2019 roku, władze miasta zakazały przedstawień z “żołnierzami amerykańskimi”. Każdy mógł sobie zrobić zdjęcie, każdy mógł otrzymać pieczątkę w paszporcie z amerykańskiej (i nie tylko) strefy okupacyjnej.

Mur Berliński miał około 156 kilometrów długości, do dzisiaj pozostało niewiele jego fragmentów. Najdłuższy znajdziecie przy stacji metra U8 przy Bernauer Strasse, najmniejszy natomiast przy Liesenstrasse. Ten najbardziej znany znajduje się natomiast przy Niederkirchnerstrasse – w pobliżu Checkpoint Charlie.

Fragment Berliner Mauer przy Niederkirchnerstrasse

Nieopodal znajduje się okryty ponurą sławą budynek, w których mieściła się siedziba Gestapo oraz SS. Odnaleźć tam można dzisiaj wystawę Topografia Terroru.

BERLIN PATETYCZNIE…

20-minutowa piesza wycieczka doprowadzi do jednych z najbardziej znanych budowli Berlina: Bramy Branderburskiej, Reichstagu oraz Pomnika Holokaustu.

Pomnik holokaustu zwany też pomnikiem pomordowanych Żydów w Europie (Denkmal für die ermordeten Juden Europas lub Holocaust-Mahnmal) stanowi 2711 betonowych bloków ustawionych geometrycznie na obszarze 1,9 ha nieopodal Bramy Brandenburskiej. Najwyższe stele mają ponad 4 metry wysokości, a pomiędzy nimi labirynt przejść o szerokości około 1 metra. Pomnik to dzisiaj również największe niemieckie muzeum holokaustu.

W 2005 roku plac przy Ebertstrasse zamienił się w monumentalny pomnik holokaustu

Bramę Brandenburską (Branderburger Tor) zna prawie każdy. Pomimo, że znana jest głównie z czasów wojennych, to w 1791 roku, była przede wszystkim symbolem pokoju z okazji zakończenia wojny siedmioletniej pomiędzy Francją a Prusami. Dzisiaj stanowi symbol zjednoczenia Niemiec.

Pamiętam z lat 80-tych XX wieku, że nie było wtedy żadnych szans na przejście pomiędzy jej kolumnadą. Brama znajdowała się na ziemi niczyjej, na terenie muru berlińskiego, pomiędzy jego wschodnią i zachodnią granicą. Po 30 latach od upadku muru tak się oto prezentuje od strony dawnego Berlina Wschodniego…

Za bramą – Straße des 17. Juni – ulica Berlina Zachodniego nazwana dla upamiętnienia powstania w Berlinie wschodnim w 1953 rku.

a tak od strony Berlina Zachodniego…

Za bramą – Unter den Linden – w latach 80-tych najbardziej prestiżowa ulica wschodniej części miasta

Reichstag znajdziecie go pomiędzy (nie takim już nowym) Haupbahnhofem, a Bramą Brandenburską. Wybudowany w latach 1884-1894 w noerenesansowej formie jest od roku 1998/99 siedzibą niemieckiego Bundestagu. Udostępniony do zwiedzania przyciąga turystów głównie swoją górującą nad budynkiem szklaną kopułą. Czasy gdy można było tam po prostu wejść głównym wejściem niestety minęły. Czy bezpowrotnie.? Przyszłość pokaże… Dzisiaj należy się zarejestrować i przejść odpowiednią procedurę, a jeszcze 12 czy 15 lat temu było prościej oraz przyjemniej.

DEN DEUTSCHEN VOLKE napis poświęcony niemieckiemu ludowi pojawił się na gmachu w 1916 roku

Wracając na Ku’damm nie sposób nie zauważyć charakterystycznej dla dzielnicy Charlotenburg budowli kościoła Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche. ten ewangelicki kościół został zbombardowany przez aliantów w listopadzie 1943 roku (“dziwne”, bo według goebelsowskiej propagandy nie było w tym czasie żadnych nalotów na Niemcy). W wyniku publicznej dysputy zdecydowano, że zniszczona główna wieża pozostanie jako symbol antywojenny.

KILKA SŁÓW O BERLINIE

Kilka chwil w Berlinie to stanowczo zbyt krótki czas na to aby zwiedzić miasto, ale wystarczający aby poczuć atmosferę miasta i powrócić do niego. Zwiedzałem to miasto w czasach, gdy jeździłem do Niemiec biznesowo, i w czasach, gdy mieszkałem w tym mieście. Dla mnie Berlin ma wartość nie tylko sentymentalną, ale również odkrywczą. Berlin uczył mnie otwarcia na świat, na różnorodność, na innych ludzi. To miasto, to nie tylko niemiecki Ordnung, to miasto to również wspaniałe życie nocne, ale o tym oraz innych stronach stolicy Niemiec, może w (niejednym) następnym odcinku… sorry – poście,

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA – KILA LINKÓW

WEEKEND W HARRACHOVIE – CZEMU NIE…

Czeskie Karkonosze

Majówka w Czechach…? Może weekend w Harrachovie… To nie tylko dobra opcja dla mieszkańców Wrocławia. Dojazd jest całkiem przyjazny, nawet z Warszawy odległość prawie 500 km nie powinna być problemem. W lipcowy 2014 roku pakujemy się, siadamy w auto i za niecałe 5 godzin wysiadamy po czeskiej stronie Sudetów. Cel: Harrachov!

Harrachov to pierwsza miejscowość zaraz za przejściem granicznym w Jakuszycach, zaledwie 4 kilometry od granicy. W XVII wieku zostaje założona tu wieś o nazwie Dörfl. Niedługo później wieś trafia w ręce szlacheckiego rodu pochodzącego z Dolnej Austrii i zmienia nazwę na Harrachsdorf. Nazwę swą bierze oczywiście od nazwiska rodu Harrachów. Harrachowie pisali historię nie tylko austriacką, ale również czeską, słowacką, a także węgierską. Nie tylko odległą historię, ale również tę najnowszą. Péter Harrach pełnił rolę ministra rządu węgierskiego w latach 1998-2002, a także kilkukrotnie wiceprzewodniczącego węgierskiego parlamentu.

Harrachov, to niewielka miejscowość. Jeśli już tam dotrzecie, to można zostawić samochód na hotelowym parkingu, a na zwiedzanie miasta i okolic udać się na własnych nogach.

Droga 01021 ciągnie się wzdłuż miejscowości

Poza okolicznymi szlakami górskimi jest kilka miejsc, w które z pewnością warto dotrzeć. Spróbujemy je wypunktować, a zaczniemy od pierwszego odwiedzonego:

1. ČERT’AK

Čerťák to nie tylko górujące nad miasteczkiem wzniesienie, na które wiedzie malowniczy szlak, ale przede wszystkim kompleks skoczni narciarskich. 1.020 m.n.p.m. to niewiele, a warto wejść, chociażby dla pięknej panoramy miasta i okolicznych gór.

Čertova Hora znaczy tyle, co Czarcia Góra
Widok z Čertovej Hory

Punkt konstrukcyjny skoczni na Čert’aku mieścił się na 185 metrze, co predysponowało ją do zaliczenia do tzw. skoczni mamucich. Jej rozmiar, czyli tzw. hill-size ulokowano natomiast na 205 metrze. Ciekawostką jest fakt, że była to skocznia naturalna, której tory zjazdowe umieszczono na zboczu góry, a nie była wynikiem wyrafinowanej myśli konstrukcyjnej.

Nie tylko lata świetności tej, wybudowanej w 1980 roku, skoczni mamy już za sobą, ale również jakiekolwiek zawody czy treningi nie są już tam organizowane. Po około 35-tu latach rozgrywania zawodów pucharu oraz mistrzostw świata nadszedł dzień 15. marca 2014 roku. Ostatnie rozegrane zawody – Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich wygrał Severin Freund, a 5. miejsce padło łupem Kamila Stocha.

Čert’ak w lipcu 2014 roku
Widok ze skoczni na Harrachov

Z kibicowskiego punktu widzenia przypomnę tylko kilka interesujących faktów:

  • Na skoczni dwa razy triumfował Adam Małysz (13-14.01.2001 roku), a 8.01.2011 roku zdobył trzecie miejsce.
  • Rekordzistą skoczni jest Matti Hautamäki – 214,5 m (9.03.2002); rekord wyrównał Thomas Morgenstern w 2008 roku.
  • 18. lutego 1983 roku czeski skoczek Pawel Ploc ustanowił rekord Świata skacząc na odległość 181 metrów; dzisiaj w Harrachovie były skoczek prowadzi pensjonat i restaurację pod nazwą PAVEL PLOC PENSION RESTAURANT.
  • 13. lutego 2013 roku Jurij Tepeš skoczył 220 metrów, ale niestety skoku nie ustał.

Niestety od roku 2014 mamut na Čerťáku niszczeje. Skocznia, z tego co pamiętam, znajdowała się co prawda w kalendarzu FIS, ale za każdym razem odwoływano planowane zawody. W 2017 roku powstał komitet reaktywacji obiektu pod nazwą “na mamuta”. Miejmy nadzieję, że uda im się przywrócić skocznię do życia.

2. MUMLAVSKE VODOPADY

Mumlava to niewielka górska rzeka o długości około 12 kilometrów, która przepływa przez Harrachov i stanowi dopływ Izery. W odległości około 2 kilometrów od centrum miasta w kierunku wschodnim znajdują się Mumlavské vodopády.

Mumlavské vodopády
Mumlava tworzy 10-metrową kaskadę

Rzeka, w dolinie zwaną Mumlavský důl tworzy liczne kaskady, z których największa ma 10 metrów wysokości. Zresztą cała trasa jest malowniczo położona wzdłuż rzeki i widoki są przepiękne.

Mniejsze kaskady na Mumlavie
W porze letniej Mumlava przypomina bardziej potok niż rzekę
Wzdłuż rzeki znajdziecie “tarasy” widokowe
Mumlava w Harrachovie

W knajpce, znanej jako “Srub U Lišáka”, a którą znajdziecie nieopodal vodopadów zjadłem chyba najlepsze w Czechach knedle z jagodami… Nie prawdopodobnie, a z pewnością istna poezja smaku. Z czeskim piwem smakują wybornie.

Knedlíky s borůvkami

Zresztą… wszystkie knedle (z piwem) smakowały tam wspaniale!

Klasyka czeskiej kuchni

3. HORNICKE MUZEUM

Nieopodal południowej ścieżki wiodącej do Mumalvskich vodopadów znajdziecie lokalne muzeum górnictwa. Niestety było nieczynne – wcześnie jest zamykane. Już w 1947 roku podjęto prace wydobywcze, ale złoża były eksploatowane przede wszystkim w latach 1957-1992. W kopalni wydobywano rudy kwarcu, barytu, fluorytu oraz baleny. Z ponad 21 kilometrów chodników wydobywczych do zwiedzania udostępniono trasę o długości ponad 1 kilometra.

Hornicke muzeum to historia kopalni rudy w Harrachovie

4. BOBOVA DRAHA

Gdy już zmęczą nas okoliczne trasy i zapragniemy powrotu do miasta, to możemy skierować swoje kroki nad drugą z rzek zwaną Kamenice. Tam znajduje się Bobova draha czyli tor saneczkowy, na którym można poszaleć w również w letnie dni.

Tor – da Wam z pewnością ponad 1000 metrów frajdy z jazdy. 38 metrów różnicy przy średnim nachyleniu 6%, a przede wszystkim 17 zakrętów w doskonały sposób łączy adrenalinę z radością. Miejsce z pewnością warte odwiedzenia.

Chwila rozrywki na letnich bebslejach

5. MINIBROWAR I HUTA SZKŁA “NOVOSAD A SYN”

Kiedy wrócimy już z górskich spacerów albo wyszalejemy się na “bobovce” możemy zaspokoić nasze zmysły w jeszcze jednym fantastycznym miejscu. Przy wjeździe do Harrachova znajduje się założona jeszcze przed rokiem 1712 rokiem huta szkła.

Jednym z najciekawszych miejsc w hucie jest bezsprzecznie szlifiernia szkła funkcjonująca do dzisiaj w oparciu o metody sprzed 300 lat. Urządzenia i maszyny nadal napędzane są turbiną wodną. W hucie znajduje się minibrowar, w którym godne uwagi są dwa artefakty:

  • ciemne piwo – Čerťák oraz…
  • lager František

obydwa, jak mówią Czesi, “dvanáct-ki”. Doskonałe, a może sobie również vzít pryč (na wynos) w czteropaku. Niestety nie zachowały mi się żadne foty z wizyty w hucie, ale szkło, które nabyliśmy w hucie, w przeciwieństwie do piwa, od wielu już lat jest namiętnie używane.

WRAŻENIA Z HARRACHOVA

Ta niewielka mieścina położona na wysokości 700 m.n.p.m. – pierwsza w Czechach po przekroczeniu granicy w Jakuszycach jest z pewnością dobrą miejscówką nawet na krótki weekendowy wypad nie tylko dla mieszkańców Dolnego Śląska, ale wydaje się, że również dla tych mieszkających dalej.

Co mnie urzekło poza sezonem narciarskim..? Z pewnością brak tłumów oraz… ceny. Harrachov na weekend to dobra opcja, jeśli ktoś zapragnąłby się wyciszyć i pooddychać górskim powietrzem. Nie ma może tam zbyt wielu atrakcji, ale weekend z pewnością da się spędzić zarówno relaksacyjnie, jak też aktywnie. Jeśli ktoś lubi czeską kuchnię i tradycyjne czeskie piwo, to również się nie zawiedzie.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Dojście do Mumlavskich Vodopadów – najlepiej – szlakiem niebieskim z centrum Harrachova w kierunku schroniska Labská bouda lub żółtym szlakiem . W pobliżu znajduje się schronisko Mumlavská bouda a także restauracja “Srub U Lišáka”. Droga ta jest częściowo asfaltowa wzdłuż północnego brzegu Mumlavy – w przeciwieństwie do leśnej ścieżki po południowej stronie rzeki.
  • Więcej o letnim torze saneczkowym przeczytacie przede wszystkim tutaj: http://www.bobovka.cz
  • Nie powinno być problemów z zakwaterowaniem nawet “last minute” – hoteli i pensjonatów jest wystarczająca ilość (jak na letnią porę) i znajdzie się coś na każdą kieszeń.
  • Zimową porą Harrachov zamienia się w narciarski kurort. Nie byłem, nie wypowiadam się, ale bywalcy mówią, że tym bardziej warto odwiedzić to miasteczko.

VERONA – 4 GODZINY DO ODLOTU

Verona – Piazza delle Erbe

W Weronie zaczęła się nasza czerwcowa, włoska przygoda, w Weronie też zakończyła. Wracając znad Lago di Garda nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Verona musi poczekać na inną okazję, bo kilka godzin to czas zbyt krótki, aby zapoznać się z tym pięknym miastem. Jednakże najsławniejszy balkon świata zdążyliśmy zobaczyć.

VILLAFRANCA AIRORT

Lotnisko Villafranca (VRN) nosi imię Valerio Catullo. Patrząc z punktu widzenia Werony jako miasta poezji i miłości patron nie mógł być inny jak ten pochodzący z Verony rzymski poeta znany szerzej jako Katullus. Port lotniczy znajduje się na południowy wschód od miasta. Pas startowy dzieli z bazą włoskich sił powietrznych.

Port Lotniczy Verona-Villafranca widziany od strony płyty postojowej

Lotnisko obsługuje prawie 3,5 miliona pasażerów rocznie. Posiada jedną drogę startową o długości ponad 3.000 metrów. Zarówno przyloty, jak też odloty znajdują się w jednym długim parterowym budynku. Zaletą jest szybkość poruszania się, wyjścia do miasta, natomiast minusem ciasnota na odlotach. Brak jest rękawów, dlatego też boarding odbywa się za pośrednictwem lotniskowych autobusów. Samochodem dojazd z centrum miasta zajmuje nie więcej niż 15-20 minut. Do miasta można dotrzeć autobusami linii nr 199 (na stację kolejową) oraz nr 164 (na Piazza Bra). Orientacyjny czas dojazdu – ok. 30 minut. Na lotnisko dotarliśmy liniami AIR DOLOMITI; o wrażeniach z lotu tymi liniami czytaj tutaj: http://7mildalej.pl/air-dolomiti-recenzja-z-lotu/

Do Werony docieramy niecałe 4 godziny przed odlotem do Frankfurtu. Czasu nie będziemy więc mieć zbyt wiele, a jeszcze trzeba oddać auto w lotniskowej wypożyczalni. Ustalamy krótki plan – balkon, ścisłe centrum, koloseum i standardowo: zapoznanie się z lokalną kuchnią.Parkujemy na parkingu przy Tribunale di Verona. Miejscówka dobra, jak wszystkie zresztą, które są poza Porta Nuova czy też Porta Palio. To praktycznie już centrum miasta.

CASA DI JULIETTA

W niedzielne, czerwcowe popołudnie miasto wygląda prawie na wymarłe. Podczas spaceru z Tribunale di Verona do Domu Julli spotykamy co najwyżej kilku spacerowiczów. Dla tubylców to godzina obiadowa, ale gdzie się podziali turyści tak tłumnie odwiedzający to romantyczne i piękne miasto?

W takich warunkach to ja lubię zwiedzać… prawie jak ghost city!

Będąc w Weronie i nie zobaczyć najsłynniejszego balkonu świata…? Fikcyjny balkon, fikcyjnej panny rozsławiony przez Williama Shakespeare’a, który nigdy nie odwiedził Werony. Średniowieczna historia tragicznej miłości Julii Capuleti oraz Romeo Montecchi sprawiła, że Werona pojawiła się na mapie najbardziej romantycznych miast świata. Wykorzystali to Włosi w latach międzywojennych, kiedy to w domniemanym domu rodziny Capuletich dobudowano balkon, który stał się miejscem pielgrzymek zakochanych i nie tylko.

Jeśli ulice miasta były puste, to XIII-wieczna kamienica uznana przez wyznawców kultu Romea i Julii była oblegana bardziej niż sklep z pralkami za czasów słusznie minionych.

Balkon Julii w Casa di Julietta przy via Capello

Wyjaśniły się więc pustki na ulicach miasta. Wszyscy chyba turyści byli przede wszystkim tłoczyli się w bramie kamienicy przy via Capello 23. Istna wieża Babel. W wejściu do kamienicy całe ściany zapisane są oraz oblepione są karteczkami z miłosnymi wyznaniami i pragnieniami zakochanych z całego świata.

Na ścianie kamienicy przy via Capello ludzie chyba sobie drabiny podstawiali żeby wyznać miłość

Co ciekawe, miłość to największa siła świata, więc mamy na tych ścianach wyznania również międzygatunkowe, a w szczególności do ukochanych… klubów piłkarskich!

Na dziedzińcu kamienicy stoi też posąg Julii Capuleti. Podobno potarcie jej piersi ma przynosić szczęście w miłości. Stąd też jest to najbardziej wypolerowana część jej pomnika. Miliony rąk głaskały te piersi w nadziei, że będzie to zbawienne dla ich miłości i uchroni ich to przed tragicznym losem patronki. Zakrawa to prawie na religię 🙂

Posąg najsłynniejsze 14-latki świata

PIAZZA DELLE ERBE

Dużo mniejszym powodzeniem cieszy się natomiast domniemany dom partnera Julii – Romea. Mieści się on przy via Arche Scaligere 2. Niestety nie da się zagiąć czasoprzestrzeni i do odlotu pozostały niewiele ponad trzy godziny. Casa di Romeo musi poczekać.

Swoje kroki kierujemy ku spotkaniu z lokalną kuchnią, bez tego żadem wyjazd nie byłby pełen. Wrażenia z kuchnia di Verona pozostały na kubeczkach smakowych na długo. W związku z tym, że bigoli oraz tagliolini były wyśmienite, to kulinarna strona Werony będzie miło wspominana. Z pastami werońskimi zapoznaliśmy się w LOCANDINA CAPELLO: http://7mildalej.pl/kulinarna-wedrowka-dookola-gardy/ nieopodal Piazza delle Erbe.

Piazza delle Erbe to najstarszy plac miasta, powstał w miejscu starożytnego forum romanum. Ślady po rzymskim rynku można znaleźć już na via Capello.

Wykopaliska archeologiczne – czemu nie..?

Plac wyłożony jest marmurowymi płytami.

Piazza delle Erbe – widok od strony południowo-wschodniej

Na środku znajduje się Fontanna Madonna Verona – najstarszy, gdyż pochodzący z 1368 roku, zabytek placu. Zwieńczenie północnej pierzei placu to z kolei 84-metrowa Torre dei Lambretti.

Torre dei Lambretti

Jedną z najpiękniejszych rzeczy na Piazza delle Erbe są freskowane fasady budynków. Wiele wieków temu Werona była zwana “pomalowanym” miastem. Część tych malowideł pozostała na ścianach. I właśnie te freski były dla mnie najpiękniejszą stroną tego placu.

Typowe dla Werony freskowane elewacje kamienic na Piazza delle Erbe

PIAZZA BRA

Piazza Brà to największy plac Werony. Zorganizowany na planie trapezu z zadrzewionym skwerem w jego centrum, przy którym usytuowanym pomnikiem króla Wiktora Emanuela II. Jedną z jego pierzei zamyka starożytny amfiteatr – Arena di Verona, zwieńczenie kolejnej stanowi Comune di Verona, czyli miejski ratusz. Od strony południowej dostrzec można mury miejskie zaprojektowane przez Viscontiego w XIV wieku.

Skwer na Piazza Brà

ARENA DI VERONA

Amfiteatr w Weronie to jedna z największych tego typu budowli we Włoszech. Zbudowany w I wieku naszej ery funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Arena di Verona jest również trzecim pod względem wielkości, po rzymskim koloseum i amfiteatrze w Kapui niedaleko Neapolu. Natomiast jest jedynym, który do dnia dzisiejszego jest wykorzystywany użytkowo. Jeden z najsławniejszych festiwali operowych świata, organizowanych od 1913 roku, ma miejsce między innymi w werońskim amfiteatrze.

Arena di Verona

Początkowo walki gladiatorów mogło oglądać w nim 30.000 widzów, dzisiaj eventy oraz koncerty jest w stanie obserwować nie więcej niż 15.000. Trzeba wspomnieć, że dwie kondygnacje zachowały się w stanie pierwotnym. Reszta uległa poprzez wieku zniszczeniu. Ale tylko te dwie kondygnacje to 44 rzędy siedzeń na widowni.

Niestety nie starczyło już czasu na zwiedzenie werońskiego koloseum

Gdyby nie trzęsienie ziemi w XII wieku moglibyśmy podziwiać również trzecią kondygnację amfiteatru.

PODSUMOWANIE

Verona – 4 godziny do odlotu… a miasto przecież piękne. I znowu pozostanie niedosyt. Nie ma szczęścia u mnie. Wiele lat temu również byłem w nim tylko przejazdem. Może kiedyś, w przyszłości poświęcę chociaż weekend na uporządkowanie swoich wspomnień i uda się choć weekend spędzić zatracając się w uporządkowanym labiryncie uliczek średniowiecznego centrum jednego z piękniejszych miast włoskiej północy.

Werona nie jest też miastem, które może Cię pochłonąć na wiele wizyt. Starówka jest dość mocno kompaktowa, na jej zwiedzanie jeden dzień w zupełności wystarczy. Drugi dzień można przeznaczyć na Castelvecchio i jedno z muzeów, lub dokładniejsze zapoznanie się z Areną. Weekend to czas optymalny, aby wczuć się w klimat miasta i skosztowanie lokalnej kuchni oraz “leżakowanych” plonów okolicznych wzgórz porośniętych winoroślą. A pamiętać trzeba, że pobliskie okolice to znana apelacja Valpolicella, która słynie z włoskich czerwonych win!

Bardziej niż zatłoczona kamienica przy via Capello zachwyciły mnie romantyczne uliczki miasta literackiej miłości. Spacerując po ich bruku można poczuć się mieszczaninem średniowiecznej Werony.

Romantyczne uliczki stanowią o klimacie miasta
Kościół San Fermo Maggiore

Właśnie ten dyskretny urok średniowiecznych kamieniczek i uliczek starego centrum miasta stanowi o uroku Werony. Zagłębiając się w tereny wewnątrz miejskich murów poprzez jedną z licznych bram, jak chociażby poniższa Porta Cittadella, można na spacerze nimi spędzić długie godziny.

Ilość zachowanych murów miejskich oraz bram jest imponująca

Od przyjazdu mieliśmy 4 godziny do odlotu. Ponad 3 godziny wystarczyły tylko na pobieżne zapoznanie się ze średniowiecznym centrum miasta. Miasto tak nas pochłonęło, że na lotnisku zameldowaliśmy się niewiele ponad 30 minut przed odlotem. Tym razem zdążyliśmy…

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • z całą pewnością jako tani i praktyczny parking mogę polecić parcheggio Tribunale di Verona – wjazd od Via dello Zappatore
  • koszt – ok. 1 EUR za 1h – tyle nas kosztowało parkowanie w niedzielę
  • w ścisłym centrum również są parkingi, ale głównie podziemne; koszty jednak już znacznie wyższe
  • wejściówka na balkon Julii przy via Capello kosztuje 6 EUR, ale zaopatrując się w VERONA CARD (koszt = 18 EUR) jest chyba darmowy
  • VERONA CARD upoważnia do szeregu zniżek, a nawet darmowych wejściówek – warto się w nią zaopatrzyć przyjeżdżając do miasta na minimum 2-3 dni
  • wejściówka na Arenę di Verona kosztuje 10 EUR
  • w niedzielę stacje benzynowe we włoskich miastach są standardowo zamknięte; można próbować tankować na automatycznych, ale nie wszędzie chciały zaakceptować nasze karty – wniosek jest jeden – jak widzisz otwartą stację tankuj do pełna 🙂