STAMBULSKIE OPOWIEŚCI – CZĘŚĆ I – HISTORIA

Stary, historyczny Stambuł – widok z wieży Galata

W lutym roku covidowego 2020 wylądowaliśmy w Stambule. Lot z przygodami – opóźniony, gdyż na lotnisku Sabiha rozbił się B737 należący do Pegasus Airlines lecący z Izmiru do Stambułu. Jedna osoba zginęła, a 157 zostało rannych. Katastrofy niestety wciąż stanowią bardzo niewielki, ale jednak fragment lotniczych podróży. Na lotnisku we Frankfurcie nie wpuszczają na pokład paxów, którzy w ciągu ostatnich 2 tygodni byli w Chinach… Pandemia już się rozkręca, ale dzieci na stokach włoskich Alp śpiewają – Virus – ciao, ciao!

O stambulskich kotach pisałem już tutaj: KEDI – KOTY ZE STAMBUŁU, o stambulskich historycznych spacerach będzie ten post.

NOWE LOTNISKO – ISTANBUL YENI HAVALIMANI (IST)

Lądujemy nie na Atatürku, ale na nowym – docelowo – chyba największym lotnisku Europy – IST. Położone na północnym zachodzie, ok. 35 km od centrum Stambułu, nad Morzem Czarnym i jest (jeszcze) jednym z trzech stambulskich lotnisk. Przejęło rolę flagowego portu lotniczego miasta od lotniska imienia Atatürka, które docelowo będzie zamknięte. IST to 4 drogi startowe z aktualną przepustowością na poziomie 80 mln paxów. Możliwości rozbudowy sięgają podobno ponad 100 mln pasażerów – miejsce jest, terminale również mają rezerwę. Otwarcie nastąpiło w kwietniu 2019 roku, a przeprowadzka nastąpiła w ciągu kilku dni! Mają rozmach… Turcy!

Wrażenia niezapomniane – przestrzeń, odległości – wszystko wybudowane zgodnie z panującą obecnie nową manią wielkości.

Wielkość, odległość, nowość – nowe lotnisko w Stambule
To jedno z tych lotnisk, kiedy warto uwzględnić rezerwę czasu gdy przylatujemy lub odlatujemy

Gdy przybywaliśmy do Stambułu COVID19 dotarł już do Europy. Turcy wprowadzili ograniczenia dla podróżnych z Chin lub turystów wracających z Chin. Po prostu był zakaz wejścia już na pokład samolotu! Na lotnisku w Stambule żadnych dodatkowych procedur bezpieczeństwa jeszcze nie odnotowaliśmy.

Czas na odprawę paszportową – ok. 30-40 minut, a była godzina 23.00. Free duty czynne, a do Stambułu jeżdżą albo taksówki albo autobusy. Dworzec autobusowy wielkości “Zachodniego” w Warszawie daje mniej więcej wyobrażenie wielkości lotniska. Decydujemy się ostatecznie na taxi – oczywiście po negocjacjach. W Turcji nie ma nic bez targowania. Za 2 osoby door-to-door – do naszego hotelu – wyszło ok. 80 PLN. W nocy, za 40 km – chyba nieźle..?

Każda podróż zaczyna się i kończy na lotnisku, więc…

ISTANBUL AIRPORT wita!
IST widziany w świetle dnia

FATIH

Hotel jest położony w Kumkapi stanowiącym część jednego z 27 dystryktów miasta zwanego Fatih. W trakcie 5-dniowego pobytu zdołamy zwiedzić zaledwie niewielką część tego pięknego i rozległego miasta, a także jak bardzo bogatego w historię. Fatih to ten fragment miasta, gdzie znajdziecie zarówno Hagia Sophia, Błękitny Meczet, Wielki Bazar, Meczet Sulejmana, Topkapi Muzesi, ale również stambulską codzienność z tragarzami, kotami, tłumem spieszącym do pracy lub leniwie odpoczywającym nad słodką herbatą w ukrytej za rogiem knajpce. Fatih to dzisiaj zarówno reprezentacyjna dzielnica Sultanahmet, jak też bazarowa Eminönü, czy też Kumkapi skąd można popłynąć do stambulskich (i nie tylko) przedmieść.

SULTANAHMET

Sultanahmet to esencja historii miasta, Właśnie w tych okolicach znajdziecie zabytki, które rozsławiają miasto. Hagia Sophia, Blue Mosque, Topkapi i nie tylko. Wychodzisz z hotelu i już czujesz atmosferę Stambułu. Wąskie uliczki, knajpki, leniwe koty i atmosfera sjesty. Pogoda może nie rozpieszcza, ale luty w Stambule zwykle bywa kapryśny. Jest +13’C i pochmurno. Charakterystyczna niska, drewniana zabudowa nadaje swoistego klimatu po którym ciężko się zorientować, że znajdujecie się prawie w centrum największej europejskiej metropolii. Tak – największej, ponieważ liczy sobie ponad 15 milionów mieszkańców.

Pierwsze kroki w Stambule

Niewiele wysiłku trzeba włożyć, aby dotrzeć do małej Ayasofya, czyli Küçük Ayasofya jak zwą Kościół św. Sergiusza i Bakchusa. Dzisiaj meczet, ale meczet w stylu bizantyjskim – 10 wieków chrześcijaństwa i 5 wieków islamu. Historia Stambułu w pigułce, a raczej w murach świątyni zawarta.

Küçük Ayasofya
Okolice Küçük Ayasofya

Gdy idziesz i izastanawiasz się gdzie skierować pierwsze kroki dylematy stają się tym większe, im bliżej celu jesteś. Hagia Sophia, Blue Mosque czy może Cysterna Bazyliki..? Zwycięża:

HAGIA SOPHIA

zwana też Ayasofya. Żeby zrozumieć Stambuł trzeba odwiedzić właśnie ten kościół / meczet / muzeum. Tak przynajmniej jest jeszcze w lutym 2020 roku…

Hagia Sophia Ayasofya) – kiedyś Kosciół Mądrości Bożej

Hagia Sophia to historia Stambułu, jej mury były świadkiem wszystkich zmian tego wspaniałego miasta. A było ich przecież co niemiara. Gdy cesarz Justynian I Wielki ją fundował, a było to ponad 1500 lat temu Stambuł zwano Konstantynopolem. Były to czasy Cesarstwa Bizantyńskiego, w którym Konstantynopol, wcześniej znany jako Nova Roma pozostaje na wieki stolicą Bizancjum. Jego kres nastąpi dopiero w 1453 roku po serii długich wojen, powolnej uraty kolejnych ziem i kurczenia się potęgi cesarstwa. Może właśnie ostatnich dni maja wspomnianego już 1453 roku właśnie na tych ulicach śmierć poniósł Konstantyn XI walecznie walczący o swoją stolicę.

Dzisiaj meczet, wcześniej chrześcijańska świątynia

Do tego czasu Hagia Sophia pełniła rolę chrześcijańskiej katedry, zwanym też Wielkim Kościołem. Była zarówno miejscem kultu reigijnego, jak również miejscem koronacji i symbolem wschodniorzymskiego cesarstwa.

HAGAI SOPHIA – JESZCZE JAKO MUZEUM

Wchodzisz i przenosisz się w inny wymiar – świat burzliwej historii, murów i malowideł, które wydają się wręcz ekumeniczne – niosące nie tylko porozumienie pomiędzy różnymi odłamami chrześcijaństwa, ale też różnych religii.

Hagia Sophia

To miejsce jest ważne zarówno dla chrześcijan, jak też dla muzułmanów. Muzeum, do którego pielgrzymują wyznawcy obu religii. Pierwsze wrażenie po wejściu – Przestrzeń, wielkość wręcz przytłacza. Na wysokości balkonów zawisło 8 wielkich medalionów z przepiękną arabską kaligrafią.

Jeden Bóg jest zarówno dla chrześcijan, jak też muzułmanów

Miejsce, gdzie unosisz głowę i widzisz chrześcijański fresk oraz inskrypcje z widniejącym napisem opisującym Allaha. Takie rzeczy tylko w Stambule, tylko w Hagia Sophia!

Do szczytu kopuły – 55 metrów
Miejsce koronacji nie tylko władców Bizancjum, ale też sułtanów

W 1934 jeden z najwspanialszych nowożytnych władców Turcji – Mustafa Kemal Atatürk – dążąc do laicyzaji życia przekształcił meczet w muzeum. Muzeum, które przetrwało do 24.07.2020 roku, kiedy to odbyło się pierwsze nabożeństwo muzułmańskie… W ten sposób Ayasofya na powrót stała się meczetem… Pomimo sprzeciwu całego świata, nie tylko chrześcijańskiego. I tylko dumna kotka-kustoszka pewnie nadal będzie wiodła życie na terenie tej przepięknej świątyni gdyż koty w tureckich zabytkach i meczetach mają się naprawdę dobrze.

Czy nadal tam mieszka ta kotka-strażniczka świątyni..?

BŁĘKITNY MECZET

Sultan Ahmet Camii, gdyż tak właśnie Turcy mówią na Blue Moasque jest zaledwie kilka kroków od Hagia Sophia. Krótki spacer nie pozwala jeszcze zrzucić z siebie wrażeń z jej odwiedzin, a czeka już następna piękność architektury.

6 minaretów zdobi jeden z najwspanialszych tureckich meczetów

Ahmed I zbyt długo nie porządził, ale na rok przed śmiercią zdążył ukończyć meczet, który dzisiaj jest jedną z najpiękniejszych budowli religii islamskiej i od 1616 roku cieszy oko zwiedzających i służy wyznawcom Mahometa. Pytanie jednak skąd te 6 minaretów..? Przecież większość ma jeden lub dwa (mescit) lub cztery minarety (camii). Nawet gdyby muzzein chciał z każdego z nich zawezwać do kolejnych modłów – od fajr do isha, to i tak z jednego by już nie ogarnął tego szóstego…

Niestety w lutym 2020 roku trwał tam remont, więc nie dana mi była chwila zadumy nad jego wielkością i prostotą piękna.

Wewnętrzny dziedziniec wsparty jest na 26 kolumnach
Półkopuła więcząca Błękitny Meczet

Zastanawiam się skąd u mnie taki pęd do zwiedzania budowli sakralnych..? Jako osoba niewierząca zawsze podziwiam katedry, kościoły, meczety, pagody… Z religii najbardziej pociąga mnie architektura. To i tylko to!

Skoro jesteśmy już w Sultanahmet, to zobaczmy jeszcze jeden z cudów Stambułu. Wracamy w okolice Ayasofya. Tym razem spacerem przez

SULTANAHMET MEYDANI

czyli Plac sułtana Ahmeda. Przechadzając się po placu pamiętajmy, że właśnie w tym miejscu znajdował się starożytny hipodrom, po którym ścigały się konie i rydwany. Na placu wyłożonym dzisiaj kostką brukową 1500 lat temu wzniecały się tumany kurzu spod końskich kopyt i kół rydwanów. Każde miejsce ma swój czas w historii…

Sultanahmet Meydani – w oddali obelisk Teodozjusza

Gdy spojrzałem na ten starożytny obelisk – pomyślałem skąd ja to znam? Nie – nie z Egiptu… Takie same budowle znajdziecie chociażby w Rzymie. Taka była wtedy moda na ograbianie Egiptu z obelisków. To samo uczynił też cesarz Teodozjusz w 390 roku, który zajumał jeden z obelisków ze świątyni boga Amona w Karmaku niedaleko Luksoru i przeniósł go do ówczesnego Konstantynopola.

Wracając w pobliże Hagia Sophia schodzimy w podziemia Sultanahmetu, a tam otwiera się

YEREBATAN SARNICI i… JAMES BOND

Yerebatan Sarnici to nic innego jak powszechnie znana Cysterna Bazyliki. Takie podwodne zbiorniki wody w czasach cesarstwa były standardowym rezerwuarem wody dla tej części Stambułu z pałacem na czele. Wybudował ją oczywiście Justynian I. Ale co z tym wspólnego ma James Bond?

Yerebatan Sarnici – 336 kolumn

31.10.2020 roku zmarł nieodżałowany Sean Connery (R.I.P.), który 7 razy zagrał w agenta 007. Właśnie jako James Bond pływał łodzią pomiędzy kolumnami Yerebatan Saray w drugim filmie z serii przygód agenta MI6 – “Pozdrowienia z Rosji” w 1963 roku.

Zejście do cysterny po 55 schodach w dół nie oddaje jeszcze uroku tego miejsca

Ok, a teraz coś z technicznego punktu widzenia – zawsze miałem kłopot z określeniem siebie – bardziej pociągały mnie nauki humanistyczne, czy ścisłe? Pewnie jedno i drugie! Inżynierskie zacięcie każe sprawdzić mi dane tego cudu techniki. Tak więc ten wielki, podziemny zbiornik mógł pomieścić nawet 100.000 m3 wody doprowadzanej do niego przez akwedukt. Powierzchnia tego cudu to 140×70 metrów wsparta na 336 kolumnach, z których jedna jest szczególnie warta zobaczenia. Ta kolumna zwana głową meduzy.

Głowa Meduzy
Głowa Meduzy – ta najbardziej znana

Podobno cesarz Justynian kazał ulokować wszystkie kolumny z głową meduzy ustawić w najbardziej odległej części cysterny – wszystkie głową w dół. Skąd więc ta jedna ułożona na boku? Turcy mówili nam, że prawda jest bardziej prozaiczna – była to złośliwość niewolników budujących tą największą z zachowanych do dzisiaj starożytnych cystern.

PAŁAC TOPKAPI i GÜLHANE PARKI

Rozglądając się po okolicach Sultanahmet ciężko zdecydować się na kierunek zwiedzania; z każdej strony świata przyciąga Cię historia, która swym bogactwem potrafiłaby wypełnić wiele dni zwiedzania. Może nie 7 mil dalej, ale niewiele ponad 7 minut spaceru odkrywa przed nami swe podwoje Pałac Topkapi (Topkapı Sarayı) wraz z przylegającym do niego Gülhane Parki.

Pałac Topkapi jest dla mieszkańców Stambułu tym samym, co Zamek Królewski dla mieszkańców Warszawy, czy Wawel dla mieszkańców Krakowa. Przez wieki, od Mehmeda II (1465) do Mahmuda II (1839) służył nie tylko za rezydencję, ale też ośrodek władzy władców Imperium Osmańskiego. W roku 1839 Mahmud II przeniósł jednak swój ośrodek władzy do Pałacu Dolmbahcze (Dolmabahçe Sarayı) położonego nad brzegirm Bosforu w dzielnicy Beşiktaş.

Zamkowe Ogrody

W zamkowych ogrodach znaleźć można ciekawostkę – oto Hagia Eirene. Niby nic, ale interesujący jest fakt, iż właśnie ten bizantyjski, pochodzący z IV wieku n.e. kościół nigdy nie zamieniono na meczet. A to pod tą szerokością geograficzną jest niezmierną rzadkością. Jej historia jest jednakże burzliwa – pełniła rolę arsenału, dzisiaj – sali koncertowej.

Hagia Eirene

Przed bramą Topkapi jest miejsce, w którym warto się zatrzymać i nacieszyć się zielenią. Gülhane znaczy tyle w języku tureckim i Gulkhāna w perskim, co “dom kwiatów”. Dekret o założeniu miejskiego ogrodu był jednym z pierwszych, jakie Sułtan Abdülmecid wydał gdy objął władzę.

Gülhane Park

Jak prawie w każdym tureckim parku nie może zabraknąć pomnika Atatürka.

Pomnik Atatürka w Gülhane Parki

EMINÖ

Eminönü to z kolei fragment dzielnicy Fatih położony w pobliżu mostu Galata. Usiany licznymi wzgórzami, na których znajdziecie między innymi meczet Sulejmana, a niżej jeden z najbardziej znanych stambulskich przybytków czyli Wielki Bazar, czy też ten, który pociąga mnie bardziej – swoimi zapachami i aromatem przypraw – Bazar Egipski. Stąd też dostaniecie się za Złoty Róg tramwajem, autobusem lub jednym z promów.

MECZET SULEJMANA (SÜLEYMANIYE CAMII) A SPRAWA POLSKA..?

Jeden z czterech wielkich meczetów wielkiego Imperium Osmańskiego dumnie wznosi sią na wzgórzach Eminönü nad Złotym Rogiem. Aby do niego dotrzeć należy opuścić reprezentacyjne aleje Sultanahmet i zapuścić się w uliczki Eminönü. Tutaj z każdym krokiem wczuwam się w atmosferę Stambułu. Choć zadaję sobie pytanie – jaki jest właściwie Stambuł? Tak naprawdę to miasto o stu twarzach. Gdzie jest ten prawdziwy Stambuł – chyba w każdej z tych dzielnic jest jego cząstka, do której będę tęsknić. Wdrapując się na wzgórze, na którym znajduje się meczet Sulejmana.

Widok na Złoty Róg i Bosfor z ogrodów meczetu Sulejmana

9 lat przed śmiercią sułtana, w 1557 roku nadworny architekt – Sinan ukończył jeden z najwspanialszych tureckich meczetów nazwany imieniem swego fundatora – Sulejmana Wspaniałego.

Süleymaniye Camii w całej swej okazałości

Nie wiem który z nich jest większy – czy Błękitny Meczet, czy Meczet Sulejmana? Nie odpowiem, który jest wspanialszy. Ten ostatni wydał mi się bardziej naturalny, może dlatego, że mniej turystów w nim było. Może dlatego, że trafiliśmy na chwilę po popołudniowych modłach. Wszystko było takie jak w każdy mijający dzień.

Dziedziniec meczetu Sulejmana Wspaniałego

Blue Mosque trafił nam się w remoncie, w meczecie Sulejmana można było podziwiać prostotę i nienachalne piękno, wielkość i średniowieczną myśl architektoniczną.

A wspomnieć trzeba, że w związku ze wzmożoną sejsmicznością miejsca, meczet posadowiono na podziemnych cysternach z wodą aby łagodzić skutki trzęsień ziemi.

Wnętrze meczetu

OGRODY MECZETU

W ogrodach meczetu znajdują się mauzolea: sułtana oraz jego żony – Hürrem, znanej w Europie jako Roksolana. I tutaj dochodzimy do sprawy Rzeczpospolitej Jagiellonów w powstaniu meczetu Sulejmana.

Mauzoleum Sulejmana I

Niebagatelny wpływ na jego powstanie miała żona sułtana, którą porwano w jasyr w okolicach Rohatyna koło Lwowa. Była więc z racji zamieszkania poddaną korony polskiej, ale z racji pochodzenia prawdopodobnie Rusinką. Nie miejsce tu aby rozprawiać na jej temat, ale była w owym czasie najbardziej wpływową kobietą w imperium otomańskim i zostawiła po sobie znaczący ślad w historii Turcji.

STAMBULSKIE OPOWIEŚCI

Napoleon podobno powiedział, że gdyby świat miał być jednym państwem, to Stambuł byłby jego stolicą. Miasto położone na styku kontynentów – Europy i Azji, na styku kultur – chrześcijańskiej oraz muzułmańskiej po prostu zachwyca. Nawet jeżeli znajdziemy się tam tylko na chwilę, mając do dyspozycji tylko jednodniowy stop-over i poświęcimy go na tylko na zabytki obszaru starego Konstantynopola, to wyjedziemy bogatsi o wspomnienia, które z pewnością zaprowadzą nas z powrotem nad Bosfor.

A przecież Stambuł to nie tylko zabytkowe Fatih. To również mieszanka folkloru, aromatu kawy i herbaty oraz leniwie spędzanego czasu w knajpkach – o tym będzie w drugiej części stambulskich opowieści.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Wstęp do wszystkich meczetów, poza Hagia Sophia był darmowy – aktualnie nie wiem jaki jest status po zmianie muzeum na meczet w lipcu 2020 roku
  • Pamiętajcie o tym, że w islamie jest pięć spotkań modlitewnych dziennie: przed wschodem słońca (fadżr), w południe (zuhr), po południu (asr), po zachodzie Słońca (maghrib) i wieczorem (isza) i unikać w tym czasie wejścia do meczetu.
  • Pamiętajcie też o stroju oraz zdjęciu butów.
  • Wszystkie w/w stambulskie przybytki są w zasięgu spaceru i możliwe do odwiedzenia w jeden dzień, aczkolwiek na Fatih można zarezerwować nawet 2 dni i będzie mało.
  • Strona internetowa Stambułu: ibb.istanbul/en

KALAMATA SUITES

Kalamata Suites – wieczorem aż się nie chce wychodzić na miasto

Wyjazd do Kalamaty organizowałem w ostatniej chwili (o urokach tego miasta i okolic czytaj tutaj: KALAMATA). Odwołane loty, kwarantanny, zamknięte granice – tak wyglądało pamiętne lato 2020 – lato pod znakiem Covidu19. Kraje, w których turystyka tworzy 10%, 20%, 30% PKB odczuły to szczególnie. Na ogół, w takim regionie jak Kalamata nie można było liczyć na last minute w hotelach, gdyż po prostu nie było miejsc. Tego lata ludzie często bali się latać, a niepewność co do zaplanowania powrotu jeszcze wzmagała tę niepewność. Skąd więc taka trudność w rezerwacji fajnego noclegu..? Znaczna część hoteli, pensjonatów czy też gastronomii nie odważyła się otworzyć swoich wrót z obawy na brak podróżnych.

Dwa dni przed wylotem wpadłem na apartamenty zwane:

KALAMATA SUITES

Okazały się fantastycznym wyborem – pod warunkiem, że… masz auto. Ale po kolei!

KALAMATA SUITES to trzy niezależne apartmenty stanowiące oddzielne domy. Można trafić na: ELEKTRA SUITE, THEONI SUITE lub APHRODITE SUITE. Nam trafił się ten ostatni apartament – największy, doskonale wyposażony i przede wszystkim pięknie położony.

Aphrodite Suite

Położone w Verdze na wschodnich stokach gór otaczających Zatokę Mesyńską. Do centrum Kalamaty samochodem dojedziecie w 10 minut. Plaża w Verdze to odległość niewiele ponad 2 km. Widoki, które można co najmniej określić jako przepiękne. Słońce, które wschodzi nad górami, w południe rozświetla zatokę i Kalamatę, wieczorem znika za zachodnim brzegiem zatoki.

Kalamata Suites – widok na plażę w Verdze
Poniżej Verga, w oddali Kalamata
Zachód słońca

Największą wartością jest jednak wieczór… Jak korzystać z uroków nocnego życia, gdy się ma taką oto alternatywę!

Zachód słońca, ciepły wieczór, wino…

Gdybyście jednak poczuli chęć powrotu między ludzi, to 700 metrów drogą w dół dotrzecie do jednej z lepszych restauracji w okolicach czyli KASTRAKI METEORO.

Kastraki Meteoro nie tylko w zasięgu wzroku, ale również spaceru

APARTAMENT I WYPOSAŻENIE

Apartament APHRODITE, który nam przypadł do zamieszkania stanowił 2-piętrowy domek, w którym znajdowały się 2 sypialnie, salon z kuchnią, a także antresola mogąca stanowić od biedy kolejny bedroom.

Sypialna z frenchbed
Sypialnia z bunk bed
Livingroom (salon) z balkonem
Kuchnia, nad którą znajdowała się antresola

Uzupełnienie stanowiły: 2 łazienki, balkon oraz obszerny taras z pergolą / altaną ogrodową.

Taras z pergolą ogrodową
Balkon

WRAŻENIA Z POBYTU

Apartamenty KALAMATA SUITES w Verdze okazał się dobrym wyborem. To, co zostanie w pamięci to oczywiście przepiękne położenie i niezapomniane widoki. Czy to śniadania, czy wieczorne wino na tarasie – to jest właśnie ta wartość dodana do pobytu. W apartamencie znajdziecie wszystko, co będzie niezbędne zarówno w czasie krótszego, jak też dłuższego pobytu. Czystość to kolejna zaleta tej miejscówki.

W czasach covidowych podróży to też doskonała opcja, aby odizolować się od hoteli – intymność i prywatność to aktualnie bardzo pożądane cechy w podróży. Jeśli chodzi o zapewnienie podstawowych środków bezpieczeństwa i dezynfekcji, to również te warunek został spełniony.

Na plus (+):

  • położenie i widok
  • wyposażenie
  • standard
  • czystość
  • bliskość dwóch restauracji
  • mili gospodarze (Theoni służy radą i pomocą)

Czy są jakieś minusy (-)

  • praktycznie konieczność wypożyczenia auta – znaczna odległość od Kalamaty
  • najbliższy sklep to ok. 1.500 metrów
  • podróż per pedes na plażę w Verdze (Paralia Vergas) – ok. 2.300 metrów

KILKA PRZYDATNYCH LINKÓW DOTYCZĄCYCH KALAMATA SUITES:

Avis 27210 66190 – kalamata.ap@avis.gr
Hertz 27210 63498 – stkaldt@hertz.gr
Sixt 27210 69616 – diskkalamata@sixt.gr
Sfakianakis ΑΕΒΕ 27210 99698 – airportkalamata@enterprise.gr

KALAMATA

Kalamata

Niestety władza w Polsce oszalała! Zakazali lotów do Montenegro! Logiki w tym żadnej – wiem, że mają tam 60-120 zakażeń dziennie (dane za 01-02.08.2020) a mieszkańców jest tam jakieś 630.000. Ale… gdy piszę ten artykuł (08.10.2020) w PL mamy 111 tysięcy zakażeń, w ME około 13 tysięcy zakażeń. Wiem, że żyje ich tam ponad 620 tysięcy, ale na powierzchni ponad 13 tysięcy km2, to tak jakby z województwa lubuskiego wyjechało 40% ludności, a reszta tam żyła nadal… Szanse na zakażenie w Montenegro mniejsze niż Podlaskiem.

Trzeba było się przeorganizować, więc wybór padł na Kalamatę. Loty tanie i w odpowiednim terminie. Miejsce piękne słynące z oliwek i produkowanej z nich oliwy. Na Peloponezie jeszcze nie byłem, więc… lecimy! Po lipcowej podróży do Nesebyru (NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA) to kolejny wyjazd covidowego lata 2020 roku

PLF CZYLI PERSONAL LOCATIOM FORM

Czasy covidowe, więc sprawdzamy jak to jest podróżami do Grecji. Najważniejsza rzecz, jak się okazuje to nie bilet lotniczy, czy rezerwacja noclegu, a zorganizowanie obowiązkowej wjazdówki jaką jest PLF czyli Personal Location Form. Obligatoryjne logowanie na http://travel.gov.gr. Podajemy dane personalne, dane lotu, noclegu i oczekiwanie na wygenerowanie kodu paskowego. Robiliśmy to 24h przed wylotem (co podobno było ryzykiem), a otrzymaliśmy w nocy przed porannym wylotem.

Podobno w kodzie ukryta była nagroda w postaci darmowego testu na Covid19 na lotnisku KLX. U nas się to sprawdziło – 2 z 4 osób, których szczęśliwy kod zaczynał się liczbą “7” dostało w bonusie test. Ot, taka nagroda za odwiedziny w ciężkich czasach od greckiego rządu.

Ale zanim będzie nagroda na lotnisku, rozkoszować można się pięknymi widokami przed lądowaniem w Kalamacie.

Kalamata – prawie kraniec Peloponezu

Lotnisko KLX to lotnisko wojskowe, gdzie jest baza szkolenia lotniczego, a obok pasa natrafiliśmy również na polski ślad!!! Niegdyś Polska była “mini” potęga – produkowaliśmy choćby eksportowane na cały świat samoloty rolnicze i ppoż M21 Dromader w PZL Mielec. Na takie też natknęliśmy się na lotnisku w Kalamacie.

Po wylądowaniu czas na nagrodę. Szybka selekcja, jak w klubie disco-polo – część na lewo, część na… test! Z LOT-owskiego E195, na pokładzie którego było ok. 90-100 paxów, na testy skierowano ponad 20 osób! To dużo, wcześniej średni odsetek pasażerów z Polski nie przekraczał 10%. Wtedy już w Polsce notowano pierwsze znaczące wzrosty zachorowań, jak również w Grecji statystyki przyspieszyły.

Grupa “szczęśliwców” oczekuje na nagrodę!

Procedura była szybka – całość procedury antycovidowej trwała ok. 30 minut. Nos, patyczek, wymaz. Możecie jechać do hotelu – jeśli wynik testu będzie pozytywny otrzymacie informację sms i telefoniczną. W domyśle: do tego przynajmniej czasu możecie korzystać z uroków greckiej prowincji. Jako, że wiadomości nie było przez cały wyjazd, to korzystanie z peloponezkich uroków przedłużyło się aż do wylotu.

KALAMATA – DAWNIEJ I DZIŚ

Lotnisko znajduje się około 10 km na zachód od miasta. Najszybciej, a także w przypadku kilku osób najtaniej dostaniecie się do miasta taksówką. Stawki nie są wygórowane. Problem polegał na tym, że w czasach cowidowskich wprowadzono ograniczenia w liczbie osób przebywających w samochodzie… Taki grecki pomysł. Należało więc poszukać taxi, które weźmie 4 osoby razem, a nie wyłudzi kasę za podwójny kurs. Jak się okazało, nie było to trudne – generalnie co drugi kierowca miał ludzką wykładnię tego przepisu.

Taksa, której wszyscy się trzymali nie była wygórowana

Kalamata ma swoje zauważalne miejsce w greckiej historii. Miasto znane od czasów starożytnych – wspominał o nim już Homer. 17. marca 1821 wybuchło wielkie greckie powstanie narodowe – była to największa w XIX wieku wojna o niepodległość Grecji. Już 6 dni później, 23. marca 1821 roku wyzwolono, jako pierwsze miasto została wyzwolona właśnie Kalamata.

Dla odmiany, w czasie II wojny światowej Kalamata była miejscem największej bitwy pomiędzy partyzantami z ELAS a hitlerowskimi kolaborantami z batalionów bezpieczeństwa. Miało to miejsce 9. września 1944 roku, pięć dni po opuszczeniu Grecji przez wojska niemieckie.

Przez Kalamatę przeszły też inne kataklizmy. W 1986 roku miasto nawiedziło trzęsienie ziemi określane na 6-7 stopni w skali Richtera. Zginęło wtedy 20 osób, a ponad 12 tysięcy było rannych i/lub pozbawionych dachu nad głową. Dzisiaj Kalamata to miasto z nowoczesną, niską zabudową typową dla obszarów o wzmożonej sejsmiczności. Otwarte na Messiniakos Kolpos czyli Zatokę Mesyńską.

Centrum Kalamaty – marina
Navarinou – nadmorska promenada ciągnąca się wzdłuż wybrzeża w Kalamacie

OLIWKI, OLIWA, KALAMATA – TO (PRAWIE) SUBSTYTUT

Okolice Kalamaty słyną z najwyższej jakości oliwek i produkowanej z niej oliwy. Oliwa z oliwek w tym rejonie jest najczęściej produkowana z jednej odmiany oliwek, co jest najbardziej pożądanym i najsmaczniejszym rozwiązaniem. Dlaczego akurat Kalamata słynie z najprzedniejszej oliwy? Miejscowi mówią: słońce, klimat, wiatr… Ale przecież słońce, klimat, wiatr mamy też na Krecie (też słynie z dobrej oliwy), we włoskiej Puglii, czy też w hiszpańskiej Andaluzji. Przy produkcji oliwy ważne jest również to, że jest produkowana na miejscu z lokalnych oliwek. Podobnie jest w Puglii, a oliwki puglijskie znajdziecie nawet w hiszpańskich oliwach. Podobnie jak te z Kalamaty – we włoskich. Tak czy inaczej bezsprzecznie to jedno z tych miejsc na świecie, gdzie lokalna tradycja i poszanowanie starych metod produkcji sprawiają, że legenda zamienia się aretfakty cieszące ludzkie podniebienia.

STOI NA STACJI LOKOMOTYWA…

Prawie jak na dzikim zachodzie

Pod szumną nazwą: Kalamata Municipal Railway Park kryje się niewielkie, aczkolwiek przyjemne dla oka i stanowiące chwilę wytchnienia od skwaru i upału, gdyż daje trochę cienia. Nie znajdziecie tam przeglądu i historii greckich kolei żelaznych, ale może stanowić alternatywę plażingu. W każdym razie godzinę można poświęcić na to, co się dzieje na starej stacji kolejowej w Kalamacie.

W budynku starej stacji kolejowej urządzono knajpkę
Grecki szynobus
Odjazd!

(PARALIA) VERGAS

(Plaża) Verga to przedmieścia Kalamaty. Wioska rozciągnięta na wzgórzach od strony południowo-wschodniej Kalamaty słynie przede wszystkim z przepięknych widoków.

Day

Podziwiać z nich można nie tylko panoramę Kalamaty, ale również rozkoszować się romantycznymi zachodami słońca.

Sunset

Właśnie w Verdze zatrzymaliśmy się w trakcie tego pobytu i był to ze wszech miar wspaniały wybór. Jedyny minus pobytu w KALAMATA SUITES to fakt, że bez samochodu może być to lekko uciążliwe. Jeżeli nie decydujemy się na taksówki (naprawdę tanie), to jedyną opcją jest skorzystanie z rent-a-car na lotnisku.

Night

Widoki są wspaniałe, ale różnica poziomów potrafi być męcząca.

Do plaży w linii prostej – ok. 700 metrów, ale niech Was to nie zwiedzie 🙂
Spacer w dół jest jeszcze OK

Spacer z powrotem nie jest wart tych pięknych widoków. Góry i morze to wspaniałe połączenie, ale z 700 metrów robi się około 2.300 i cały czas pod górę.

Grecy kochają swoich partyzantów i bojowników o niepodległość

Jedyny monument w Paralia Verga jest ściśle związany z historią, o której pisałem w pierwszych wersach. W tym miejscu miała miejsce “bitwa pod Vergą” zakończona jednym z pierwszych greckich zwycięstw nad Turkami w wielkiej wojnie o niepodległość w latach 1821-1826.

PLAŻING – VERGA CZY KALAMATA

Jako, że byłem tam z dwoma kobietami to nie dało się uniknąć jakże “wyczekiwanego”, “pożądanego”, “ukochanego” plażingu. W Verdze nie znajdziecie niczego interesującego, chyba że ktoś jest fanem żwirowych plaż oraz beach-barów. Tego Ci tam dostatek, a wśród nas tacy się oczywiście znaleźli.

Cosi Beach Bar

Plaża na całej długości Vergi jest dosyć wąska, żwirowa, ale pod stopami dominują dosyć przyjemne otoczaki, które nie są uciążliwe. Tym niemniej lepszym rozwiązaniem i tak będzie leżak z parasolem. Covidowego lata 2020 roku było to jeszcze bardziej opłacalne, gdyż taki zestaw stanowił bonus do drinka na cały dzień. Wystarczyło zamówić kawę / wino / drinka i zrzucić swoje ciało leżak w first line.

O ile plaże w Verdze były wąskie, to w Kalamacie było już znacznie szerzej, jak również podłoże było inne. Drobny żwirek, gruby piasek.

Plaża w Kalamacie

W części płatnej zasady obowiązywały te same co w Verdze. Jedno zamówienie i leżak Twój przez cały dzień. W opcji podróżniczego sknerostwa można było natomiast skorzystać z bezpłatnej części długiej i szerokiej plaży w Kalamacie.

Góry, morze, Kalamata – czego pragnąć więcej..?

KULINARNA STRONA KALAMATY

Grecja i jej kuchnia to prawie w każdym zakątku tego kraju jest kulinarną rozkoszą. Kalamata słynie z oliwek i produkowanej z nich oliwy. W związku z tym, że oliwki i oliwa goszczą w wielu greckich potrawach, to mamy odpowiedź na to, czego możemy spodziewać się w lokalnych restauracjach. Zacznę od:

KASTRAKI METEORO

Knajpa położona na wzgórzach Vergi z przepięknym widokiem na Kalamatę oraz Zatokę Mesyńską. Zorganizowana na miejscu starego zamku łączy w sobie część restauracyjną, kawiarnianą, pubową i dyskotekową. Dość ciekawe połączenie, ale z uwagi na położenie – sprawdza się! Nikt nikomu nie przeszkadza, a każdy znajdzie coś dla siebie.

Tak KASTRAKI METEORO prezentuje się z góry jeszcze przed otwarciem

Wartością dodaną do tego co znajdziecie na talerzu są przepiękne widoki. Knajpa idealnie nadająca się nie tylko na obiad, ale również na romantyczną kolację.

KASTRAKI METEORO – wieczorem idealne miejsce na kolację we dwoje

Nie wiem czy kuchnia grecka może mnie zaskoczyć, Jedliśmy w wielu greckich knajpach – na kontynencie oraz wyspach. Jednak tym razem najprostsza grecka potrawa – sałatka choriatiki – stanowiła odkrycie.

Choriatiki a’la Kastraki Meteoro

Kompozycja na talerzu to jedno, ale najważniejszy jest smak! A tutaj – ser feta lub (fetopodobny) – Pani kelnerka nie potrafiła precyzyjnie określić rodzaju sera. Największe zaskoczenie – na ciepło – lekko lejący się i uwalniający swój aromat pod wpływem temperatury, a całość jeszcze lekko zaciągnięta widocznymi na szczycie glonami. Zdecydowanie No.1 w KASTRAKI-METEORO. Skosztowałem jeszcze dolmad – bez szału – lepsze jadłem na Skopelos i na Place w Atenach. Uwaga – ceny powyżej przeciętnych i to w sezonie covidowym.

Poza jedzeniem był też jeden nachalny gość, który delikatnie usuwany przez kelnerki wracał jak boomerang i weź nie nakarm takich oczu…

Ej, człowieku! Podziel się żarlem!

NIONIO MEZE BAR

Nionio Meze Bar to typowa knajpa na promenadzie z beachbarem. Tym razem zaliczony talerz darów morza, które miały nie tylko swą objętość, ale również należny im smak. Nie rzucało może na kolana, jednakże tzw. stosunek jakości do ceny był rewelacyjny. Jak dla mnie – za dużo panierki. Przede wszystkim jednak jej nierówność była pochodną pochodzenia składników – część prosto z morza, część według mnie z mrożonek… Nie oto chodzi nad greckim morzem!

Tak porcja dość poprawnych frutti di mare za 8 EUR!!!

ROUTSIS

Tym razem głód zaprowadził nas do przybytku zwanego ROUTSIS. Kolejna promenadowa knajpa z widokiem na morze przy samej plaży. Miła, sympatyczna obsługa oraz kolejny raz współczynnik jakości do ceny powyżej 1. Warto wejść i coś zjeść.

Kalmary…
oraz małe dorszowate rybki

w smaku podobne do tych z NIONIO MEZE. Taki już urok nadmorskich knajp w Kalamacie.

Jak każda szanująca się knajpa musi mieć kota, tak i ROUTSIS miał. Ten był na tyle dobrze dokarmiony, że w porze obiadowej uciął sobie drzemkę i nie interesowała go zawartość talerzy. Dbali o niego nie tylko goście, ale również kelnerzy.

Niech inni jedzą – ja śpię

THALASAKI GIANNAKOPOULOU VASIKI ESTIATORIO

Nazwa dosyć długa i męcząca. Obsługa też wydawała się zmęczona. Weszliśmy chwilę po sjeście i sporo fal się o brzeg rozbiło, aż ktoś nam przybrał stół i przyjął zamówienie. Dobrze, że chociaż widoki umilały czas oczekiwania, a na stole pojawił się tradycyjny chleb oraz woda…

Zatoka Mesyńska i plaża w Verdze – widok to atut tej restauracji

…a także lokalny cwaniak. Widać, że też mu sjesta dała się we znaki. Biedna kotka, pewnie nie jadła ze dwie godziny.

Rzuć coś, byle mięsne było, bo pomidorów nie jadam!

W przypadku tej restauracji położonej w Verdze jednak jej położenie jest atutem, oferta kulinarna o ile zróżnicowana, to jednak nie zachwyciła. Pomidory faszerowane były ryżem z aromatycznymi przyprawami, wśród których dominowała nuta mięty oraz pietruszki i jak sądzę cytryny lub limonki. O ile jeszcze faszerowane pomidory trzymały poziom…

Faszerowany pomidor to dobry wybór

to nie można tego samego powiedzieć o moussace. Jadałem lepsze, wliczając w to własną, autorską. Zbyt tłusto, zbyt dużo beszamelu.

Moussaka

Kalamata od strony kulinarnej nie zachwyciła mnie. Byliśmy w sezonie, covidowym, ale jednak sezonie. Większość restauracji, barów położonych przy Navarinou, czyli promenadzie oferuje podobne potrawy. Ogólnie rzecz biorąc jedne trzymają poziom, inne trochę od niego odbiegają. Nie traktowałem tej podróży jako kulinarnego rekonesansu, ale czegoś mi zabrakło. Może nowa choriatki w Kastraki-Meteoro, może faszerowany pomidor w Thalasaki Gianno… coś tam, może tzatziki w Routsis były ersatzem kulinarnych ochów i achów. Reszta niestety standardowa, komercyjna.

Gdy rozmawialiśmy z choćby z taksówkarzami, z którymi jeździliśmy, to zwracali uwagę na jedno miejsce w Kalamacie, którego niestety nie zdążyliśmy już odwiedzić… Otóż przy ulicy Tsamadou 7 jest tawerna, która serwuje lokalną grecką kuchnię. Restauracja nazywa się Πολυχρόνης. I tam warto zjeść. gdy będę

CO ZAPAMIĘTAM Z KALAMATY

Kulinaria – już wyżej wspomniane: choriatki w Kastraki-Meteoro, faszerowany pomidor w Thalasaki Gianno…coś tam, tzatziki w Routsis.

Cudowny apartment – KALAMATA SUITES, o którym można przeczytać tutaj: …..

Oliwa i oliwki, które zabraliśmy do Polski

Słońce, góry i morze – piękne położenie nad zatoką mesyńską

Przyjaźni, mili i uśmiechnięci ludzie

Wypad do Kalamaty miał być krótkim oderwaniem się od trudnej rzeczywistości lata 2020 roku i jako taki swoje zadanie spełnił. Nie nastawiałem się na zwiedzanie lub odkrywanie nowych miejsc. Bardziej chodziło tym razem o dolce far niente z piękną pogodą, a do tego Kalamata nadaje się idealnie.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • w sierpniu obowiązywał PLF, do pobrania na greckiej stronie rządowej travel.gov.gr
  • jeśli chcecie poszukać w sklepach w PL oliwy z Kalamaty szukajcie tych produkowanych np. przez: KONTOPOULOS lub KAROUMPALIS, a oliwek po prostu, które mają w nazwie lub etykiecie KALAMATA
  • taxi w tym sezonie jeździły za przyzwoite stawki; a najlepiej zamawiać je telefonicznie – wszystkie zrzeszone w radio taxi Kalamata: www.radiotaxi-kalamatas.gr
  • strona KASTRAKI METEORO: http://kastraki-meteoro.gr
  • jeśli chcecie tam zjeść najlepiej zarezerwować stolik, gdyż obłożenie – szczególnie wieczorami sięga 100%
  • strona apartamentu: kalamatasuites.com

TAM GDZIE COVID NIESTARSZNY – MALMÖ

Tam gdzie covid niestraszny czyli Malmö

Ostatnia z covidowych, wakacyjnych podróży zaprowadziła nas do Malmö. O poprzednich można poczytać tutaj: NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA i tutaj: KALAMATA.

Szwecja nie była (podobnie jak Portugalia) lubiana przez polski rząd, który z uporem maniaka, bez żadnej logiki zabraniał bezpośredniej podróży do tego skandynawskiego kraju. Szwedzi mieli odmienny od znacznej części Europy sposób na walkę z koronawirusem – nie było lockdownu, maseczek, zamykania wszystkiego dookoła. Postawiono na zalecenia i mądrość społeczeństwa. Tam władza ufa narodowi, a naród ufa władzy. Na miejscu mieliśmy okazję przekonać się o tym. Jak było w Szwecji..? Zapraszam więc na nowy post: Gdzie covid niestraszny – Malmö.

12. sierpnia zniesiono (idiotyczny) zakaz lotów do Szwecji, a już 14. sierpnia wylądowaliśmy na lotnisku Sturup niedaleko Malmö. Oczywiście naszej mądrej (inaczej) władzy nie przeszkadzały zapchane promy kursujące na trasie PL-SE, ale samoloty już tak. Kiedy Polska dobijała do 700-800 zakażeń dziennie, w Szwecji dzienna ilość nowych przypadków wynosiła 150-400. Długo czekaliśmy, ale w rezultacie, po zniesieniu zakazu lotów bezpośrednich, udało się dotrzeć do Szwecji by air.

LOTEM, A MOŻE… WIZZEM BLIŻEJ

Pierwsze zaskoczenie – na Okęciu; WAW w porannym szczycie (godzina 6.00) wyglądało jakże odmiennie od poprzednich trzech podróży. Zdążyłem zaliczyć w czerwcu: WAW-IEG, w lipcu: WAW-BOJ, a nawet w sierpniu: WAW-KLX i cóż..? Bez wątpienia pierwszy raz od wielu miesięcy zobaczyłem lineup, jakby nie było covida.

Okęcie 14.08.2020 6.00 a.m.

W samolocie na trasie WAW-MMX było obłożenie na poziomie około 50%, jeszcze mniejsze było w locie powrotnym na trasie MMX-GDN.

Lot W61740 MMX-GDN 17.08.2020

W obu lotach wolnych miejsc na pokładzie było sporo. Pomimo tego, system rezerwacyjny Wizzaira rozrzucał podróżującch razem paxów po całym samolocie. Gdzie logika..? Chyba, że logiką nazwać próbę naciągnięcia mniej zorientowanych podróżnych na dopłatę za miejsca obok. Na obu lotniskach podróżni w maseczkach, choć w Malmö personel już niekoniecznie. Jeśli chodzi o social distance, to zdecydowanie wygrywa Malmö-Sturup. Ludzie bardziej zdyscyplinowani niż w WAW, choć należy wspomnieć, że też panował tam większy luz. W czasie obu lotów cabin crew w maseczkach (i częściowo w rękawiczkach). Słowem – podstawowe środki bezpieczeństwa w erze COVID19 zachowane. A po wyjściu z lotniska jeden z pierwszych tekstów brzmiał:

“Ściągnijcie te maseczki, u nas tylko chorzy chodzą w maseczkach!”

Co kraj to… sposób na Covida. Tam gdzie covid niestraszny było lotnisko Malmo-Sturup wyglądało mniej więcej tak:

Malmö-Sturup airport 14.08.2020 time: 9.00 a.m.
Powrót do Polski – “większa połowa” składu paxów na lot MMX-GDN

Szwedzkie lotniska, a przynajmniej to w Malmo nie przeżywały oblężenia. Szwedzi mieli jedne z większych restrykcji wjazdowych do wielu krajów, wakacje postanowili spędzić u siebie, w domkach i kamperach. Security-check do przejścia w 5 minut.

Ogólne wrażenia z lotów – jak najbardziej przyjemne. Wiele pustych foteli w samolocie, nie licząc kolejki w porannym szczycie w WAW, szybkie odprawy oraz wyjścia z lotniska, tak się podróżuje w epoce COVID.

JAK BYŁO TAM GDZIE COVID NIESTRASZNY CZYLI W MALMO

Wizytę w Malmö zaczynamy wspaniale – z lotniska odbiera nas zaprzyjaźniony lokals. Dzięki niemu poznamy kilka miejsc, których z pewnością byśmy nigdy nie zobaczyli. Spróbowaliśmy też smaków, które być może by nas ominęły. Dzięki Kasimowi doświadczyliśmy takiego Malmo, jakim jest na co dzień.

Malmö to prawdziwa kulturowa mieszanka – 30% stanowią mieszkańcy, którzy nie mieszkali tutaj od pokoleń i ciężko uznać ich za Skandynawów. Różne opinie na ten temat się spotyka. Oczywiście, tam gdzie imigranci, tam mniej lokalnej historii, ale również więcej folkloru. To przekleństwo, ale też wzbogacenie lokalnej społeczności. Nigdy nie zgodzę się ze słowami ludzi, którzy określają Malmö, Berlin lub Rzym jako kalifat. Mieszkałem wśród różnych nacji i w różnych krajach. W Malmö najbliższą mi osobą jest… Irakijczyk z urodzenia, Polak z miłości, Szwed z zamieszkania – Kasim. Kasim po arabsku znaczy sprawiedliwy, równo dzielący. Bez Kasima nie byłoby kilku pięknych spędzonych tam chwil!

Aha… w Malmo jak chcecie zrozumieć współistnienie dwóch kultur to idźcie na Östra kyrkogården – wschodni cmentarz, gdzie obok części… polskiej znajdziecie część muzułmańską. Współistnieją obok siebie, a każdy z nich niesie takie same wspomnienia i ból żyjących odwiedzających groby bliskich…

TURNING TORSO – NAJWYŻSZY (JESZCZE) BUDYNEK W SKANDYNAWII

W Malmo znaleźć można też coś z kategorii “naj…”. W 2005 roku oddano do użytkowania najwyższy budynek nie tylko w Szwecji, ale też w Skandynawii. TURNING TORSO to futurystyczny, o bardzo ciekawej bryle drapacz chmur liczący 190 metrów. Zaprojektowany przez chilijskiego architekta Santiago Calatravę, a ukończony w 2005 roku wieżowiec składa się z 9 pięciobocznych brył, a każda z nich z 5 pięter. Łącznie z piętrami łączącymi są tam 54 kondygnacje. Co ciekawe – te bryły są przesunięte względem siebie co 10 stopni. Może to nie najwyższy budynek Europy, ale z pewnością jeden z najpiękniejszych.

W budynku znajdują się mieszkania, a ostatnie piętra to centrum konferencyjne – niestety bez możliwości wjazdu bez zaproszenia… Tym razem ominęła mnie przyjemność pod hasłem: “Malmo u moich stóp!”

Turning Torso czasem błyszczy w słońcu
…czasem rozświetla mrok…
…z pewnością dominuje nad miastem

HISTORIA W ŚRODKU MIASTA

Malmö to jedno ze starszych miast Skandynawii. Wzmianki o jego istnieniu pochodzą jeszcze z XII wieku, a w roku 1354 stało się pełnoprawnym miastem otrzymując prawa miejskie. Od XIV wieku było jednym z największych i najważniejszych bałtyckich miast – wtedy jeszcze nie szwedzkim, a duńskim. Cała Skania, czyli najbardziej wysunięta na południe część Szwecji przez wiele lat i wieków był we władaniu Duńczyków. Szwedzi zajmowali się wtedy plądrowaniem terenów dzisiejszej Finlandii. Ot… takie skandynawskie przepychanki.

Dzisiaj w Skanii oraz samy Malmö nie znajdziecie zbyt wielu pamiątek po duńskich wikingach, ale kilka się znajdzie. Chyba najbardziej monumentalną jest Malmöhus Slott niesłusznie opisywany jako Malmohus.

Malmöhus Slott

Pamiętajcie: w języku szwedzkim – hus to dom, a slott to zamek. Tak więc ten “slott” został wybudowany w XV wieku przez Szwedów, ale już w XVI wieku został częściowo zburzony i rozbudowany z namaszczenia króla duńskiego – Chrystiana III. Dzisiaj to muzeum i przepiękny park w środku miasta.

Malmöhus slott

Rozciągający się za fosą park zwany ze szwedzka – Slottsträdgården czyli zamkowy ogród stanowi nie mniejszą atrakcję. Wiatrak w stylu (prawie) fryzyjskim sprawia, że można poczuć się jak Groningen.

Wiatrak w zamkowych ogrodach

Ogrody zamkowe to fragment większej całości zwanej Kungsparken, gdzie znajdziecie wiele przyjemnie zieleni kojącej wielkomiejskie życie. To również najstarszy park miejski w południowej Skanii.

Malmö to też miasto kanałów
Czyż nie jest pięknie w samym środku miasta..?
Fontän Diana

MALMO – MIASTO “TORGETÓW”

Torg po szwedzku to kwadrat, a torget w języku szwedzkim znaczy tyle co plac, rynek. Spacer po torgetach to nie tylko sposób na zwiedzanie miasta, ale również spojrzenie na jedną z piękniejszych stron miasta.

Całe centrum miasta jest udekorowane takimi placami. Który z nich jest więc najpiękniejszy..? Każdy z nich ma w sobie coś, co przyciąga.

Może położony przy Gamla kyrkogården – Gustav Adolfs Torg..?

Gustav Adolfs torg

A może jednak Stortorget – największy i najstarszy, bo istniejący od 1538 roku..?

Stortorget – położony przed starym ratusz

Dla mnie jednak bezsprzecznym No.1 pozostaje najmniejszy z nich, ale urokliwy Lilla torg. Tu znaleźć można zabudowę sięgającą lat 90-tych XVI wieku. Kameralność, liczne knajpki, szachulcowa zabudowa, bruk pod stopami – dają poczucie unikalności tego miejsca.

Lilla torg
Mur pruski to charakterystyczna zabudowa przy Lilla torg

SPACER ULICZKAMI GAMLA STADEN

Stare miasto czyli Gamla Staden to odkrywanie nie tylko historii miasta, ale również ostatniej historii, czy też spojrzenie na udane połączenie dawnych lat z teraźniejszością.

Niejednokrotnie spotkacie urban art w postaci graffiti zdobiącego ściany śródmiejskich kamienic.

Miejskie graffiti to nieodłączny znak staromiejskich kamienic
Cisza niedzielnego popołudnia
Puste uliczki na Gamla Staden w niedzielne popołudnie

JAK UDANIE POŁĄCZYĆ HISTORIĘ Z NOWOCZESNOŚCIĄ

Zachwycają mnie Włochy z historycznym charakterem ich miast, zachwyca mnie Grecja z jej naturalnością, ale zachwycają mnie także Niemcy, gdzie można doświadczyć udanego mariażu historii z teraźniejszością. Drugim krajem, w którym można to dostrzec to Szwecja, a Malmo jest tego niezbitym dowodem. Tutaj nic nie dzieje się bez przyczyny, a miejski pejzaż nie jest skalany koszmarkami architektury.

Budynek uniwersytetu morskiego, hala koncertowa, a w oddali kompleks hotelowo-kongresowy
Dworzec kolejowy w Malmo (Malmö centralstation – tzw. Malmö C)

Malmö C to jeden z największym dworców kolejowych w Szwecji, a jednocześnie służy jako stacja quasi-metra w Malmo i pociągów jeżdżących przez Oresund. Ciekawostką jest zapowiedź uruchomienia pociągu z Malmö do… Polski, ale na ten moment pozostaje to w sferze planów.

Stara poczta, a w głębi nowy biurowiec

Zabudowa starego Malmö jest uzupełniana nowoczesnym budownictwem, aczkolwiek z poszanowaniem dla historii i architektury miasta. Jednocześnie nie brakuje fajnych naturalnych akcentów.

Malmo pełne jest takich artefaktów

Wędrując w kierunku portu przez Universitetbron natkniemy się na Malmö inre fyr, czyli starą morską latarnię, która nie grzeszy okazałością, ale przy kolejnej jest drapaczem chmur.

Stara latarnia morska przy moście uniwersyteckim
Malmo to miasto kanałów

Malmo i jego kanały ciągnące się przez miasto to swoisty miejski folklor, a miasto jest zwrócone nie tylko ku morzu, ale też kanałów ciągnących się przez Gamla Staden. Opuszczając port, kierujemy się do miejsca, które przez kilka dni było naszym małym domem, czyli…

VÄSTRA HAMNEN

Ta dzielnica to przykład jak można starą, industrialną, portową dzielnicę przywrócić mieszkańcom. Dawniej – doki, magazyny dzisiaj mieszkania, bulwary, biura, knajpki.

Vastra Hamnen – dzisiaj 1)
Västra Hamnen – dzisiaj 2)
Nocą Västra Hamnen też prezentuje się sympatycznie
To ulubiona dzielnica na…
…podziwianie zachodów słońca.
Pięknie… prawda?

W oddali można dostrzec brzeg Danii, Kopenhagę, a także samoloty podchodzące do lądowania na lotnisko Kastrup.

Kopenhaga w zasięgu ręki… ok, może wzroku

Nieopodal Västra hamnen rozciąga się miejsce, gdzie lokalsi i nie tylko) oddają się oczywiście słodkiemu nieróbstwu na plaży. To miejsce, to:

RIBERSBORG

Nadmorska dzielnica położona pomiędzy Västra hamnen a Limhamn słynie z plaży, która w sezonie służy błogiemu relaksowi. To ulubiona miejscówka na plażing, smażing i leżing. W rezultacie spragnieni słońca i morskich kąpieli docierają tutaj per pedes lub per birotam.

Pełna symbioza z naturą – tutaj nikt nie przyjeżdża samochodem

O ile plaża to drobny, charakterystyczny dla Bałtyku piasek, to już zejście do morza jest zgoła inne niż na większości polskich plaż. Długo, długo mielizna i kamienie.

Plaża Ribersborg – w oddali Västra Hamnen

W czasach covidowskich widok jak na załączonym obrazku. Nie tylko pogoda dopisała, ale również cisza i spokój. W związku z tym z zachowaniem social distance nie było problemu – foto wykonane w niedzielę przed południem. Szwedzi mają też ciekawy lokalny zwyczaj ponieważ wypoczywają bardzo często nie tyle na samej plaży, co równie “tłumnie” na położonych obok łąkach i skwerach. Koc, kosz, grill – i błogi relax w gronie rodziny lub przyjaciół. Często też do południa plaże były wręcz puste, większą ilość odpoczywających dawało się zauważyć po godzinie 13-14-tej.

Ribersborg Stranden to nie tylko plaża, ale również funkconujący Kallbadhus. Na końcu brygga 1 czyli molo/pomostu oznaczonego nr 1 znajduje się płatne miejsce, gdzie zaznacie spokoju i prywatności. Są tutaj dwa morskie baseny, restauracja, sauna, a także plaża/pomost dla nudystów.

Kallbadhus przy plaży w Ribersborgu

Ribersborg to również psia plaża – miejsce, gdzie czworonogi mają swój kawałek plaży.

Hundbadet czyli kąpielisko dla psów

MOST NAD SUNDEM

Szwedzka szkoła kryminału to klasyka nad klasyką. W polskiej TV serial kryminalny “Most nad Sundem” leciał chyba na +KINO. Film opowiada o współpracy szwedzko-duńskiej policji. Saga Noren (szwedzka detektyw) prowadzi śledztwo, którego pewne wątki wiodą do Kopenhagi, gdzie właśnie z Malmo dojedziesz Øresundsbron, czyli mostem nad Sundem.

Jeśli z Malmö pojedziecie do Limhamn, to jeszcze dalej na południe dojedziecie do owego, sławnego mostu. W miejscu, gdzie znajdowała się dyrekcja budowy mostu łączącego Szwecję z kontynentem europejskim urządzono później… dyskotekę. Dzisiaj natomiast służy za punkt widokowy, z którego można podziwiać to przepiękne dzieło architektury i budownictwa.

Dawniej biuro budowy, później dyskoteka, dzisiaj punkt widokowy, słowem obiekt wielofunkcyjny

Wystarczy pokonać kilka schodków, a liczący sobie 7.845 metrów most nad Sundem można podziwiać w całej jego okazałości. Zresztą… Most to tylko fragment całej przeprawy!

W oddali Kopenhaga

A wcześniej most chowa się na Peberholm (sztucznej wyspie) w tunelu, z którego wyjedziecie już w Danii.

To najdłuższy most w Skandynawii i nie tylko

Peberholm – sztucznie oczywiście usypana wyspa – ma 4.050 metrów, a tunel prowadzący w stronę Kopenhagi kolejne 3.510 metrów. Razem daje to ponad 15 kilometrów przeprawy łączącej Szwecję z Danią. Całe szczęście, że Duńczycy nie mieli go wcześniej, bo już nie oddaliby Skanii Szwedom, a przede wszystkim podbój półwyspu Skandynawskiego byłby dla nich z pewnością łatwiejszy 🙂

Przeprawa jest oczywiście płatna, ale lokalsi mają duże zniżki – można podobnie jak w Szwajcarii – wykupić roczną winietę i śmigać do woli do Kopenhagi. Problem jest tylko jeden, jak mawia nasz przyjaciel z Malmö… Dawniej to Szwedzi jeździli do Danii po alkohol, dziś Duńczycy przybywają do Malmö. Nie tylko życie, ceny również potrafią być przewrotne.

Z punktu widokowego można podziwiać nie tylko Oresund, ale również Malmö wraz z jego przedmieściem zwanym Limhamn, o którym pisałem również tutaj: GDZIE ZJEŚĆ W MALMÖ?

Limhamn, a w oddali Malmö

Limhamn to nie tylko jedzenie opisane w poście j/w, ale również największa w Malmö marina. Na bogato!

Marina w Limhamn

LIMHAMN TO NIE TYLKO ØRESUNBRON

Skoro już jesteśmy na południu Malmö, to warto zobaczyć jeszcze jedną Sehenswürdigkeiten (tak mówią Niemcy, nie Szwedzi, ale…). W Limhamn znajduje się również jedna z największych kopalni odkrywkowych w północnej Europie zwana przez miejscowych Limhamns kalbrott. Wydobycie wapienia rozpoczęto tam w 1866 roku, a zakończono w 1994. Od 2011 ta wielka (w PL są większe) odkrywka licząca sobie 1.300x800x65 metrów jest rezerwatem przyrody. Ciekawostką jest fakt, że do dziś Szwedzi drenują ten obszar. Odwodnienie powoduje oczywiście, że nie tworzy się tam jezioro.

Limhamns kalkbrott – odkrywka w środku miasta

Oczywiście Szwedzi zadbali również o dostęp do tego złoża – wybudowali licząca zaledwie 2 kilometry linię kolejową do portu. Ten wapień był nie tylko używany lokalnie, ale również wysyłany dalej.

Miało być o moście nad Sundem, skończyło się jak zwykle… Man nadzieję, że lokalsi z Limhman nie pogniewają się na mnie.

Aha… jeszcze jedna ciekawostka – Malmö to rodzinne miasto Zlatana Ibrahimovicia, a ten dom na poniższym zdjęciu Zlatan nabył od starszego małżeństwa przepłacając chyba czterokrotnie.

Dom należący do Zlatana Ibrahimovicia

Chłopak, który z najbardziej patologicznej dzielnicy miasta – Rosengård dzięki talentowi piłkarskiemu, z biegiem lat awansował do uznanej za jedną z bogatszych czyli właśnie Limhamn.

Dzisiaj Zlatan nie ma najlepszej passy i prasy w Malmö. Pomnik, który mu postawiono prawdopodobnie zbyt długo nie przetrwa. Dzisiaj w mieście Ibra traktowany jest prawie jak “zdrajca”. Z dzieje się tak dlatego, że zainwestował w klub… ze Sztokholmu – Hammarby IF. Tego kibice Malmo FF nie wybaczają!

MALMÖ – PODRÓŻ TAM GDZIE COVID NIESTRASZNY

Malmo w czasach covidowskich było dosyć ciekawą alternatywą popularnych wakacyjnych kierunków. Po pierwsze Szwecja – kraj, który obrał odmienną drogę walki z wirusem. Większa swoboda życia i funkcjonowania, brak lockdownu, praca i spotkania towarzyskie bez większych ograniczeń. Maseczki, rękawiczki – znane tylko w szpitalach przy obsłudze chorych. Z drugiej strony jednak święta zasada social distance jest tutaj przestrzegana jak prawie w żadnym innym kraju Europy. 2 metry znaczą dokładnie tyle co 2 metry. W sklepie, na bulwarach – nikt nie zbliżył się na odległość krótszą niż 2 metry. W cukierni stanąłem nieopatrznie za Panią robiącą zakupy – wystarczył w zupełności jej wzrok nakazał mi bezwzględnie zachować dystans dwóch metrów.

Szpitale i służba zdrowia funkcjonowały normalnie – przy każdym był oddział covidowy z oddzielnym wejściem. Nie było paniki, a przestrzeganie nakazów (a nie zakazów) było powszechne. Szwedzi to dosyć karny naród, potrafiący w chwilach, które wymagają odpowiedzialności stanąć na wysokości zadania.

MALMÖ – JAKIE JEST DZISIAJ..?

Nie samym covidem człowiek się jednak pasjonuje w tym szalonym 2020 roku. Jakie jest więc Malmö anno domini 2020..?

Z pewnością nie takie, jak 30 lat temu, gdy pierwszy raz odwiedzałem Szwecję. Dzisiaj jego wielokulturowość znacznie bardziej rzuca się w oczy. Z jednej strony wzbogaca miasto o swoisty folklor, kuchnię, odmienność i tolerancję.

Z drugiej jednak strony przeraża – dzielnice takie jak Rosgarden stanowią swoiste getto, z którego ciężko się wyrwać, a w którym życie upływa głównie na socialu, lenistwie i lokalnych burdach. Spalone samochody, starcia z policją to codzienność. Chwała ludziom, którzy jednak potrafią uwolnić się z tego zamkniętego świata i zmienić swoje życie.

Malmö to także udane połączenie historii z nowoczesnością. To również poszanowanie dla natury i umiejętne jej wykorzystanie. Miasto, które żyje mieszkańcami i dla mieszkańców. Jest to również szwedzki ordnung i szwedzka tolerancja.

Będąc w Malmö warto odwiedzić / zobaczyć:

  • plażę Ribersborg – błogi relax
  • Västra Hammen wraz z Turning Torso
  • Gamla Staden z jego zabytkami – zamkiem, ratuszem i toregtami
  • zobaczyć piękne zachody słońca na bulwarach Scania Parken czy też Malmö Titanic lovelock point (jest coś takiego) – jaki Leonardo, taki Tittanic 😉
  • Øresundbron – czyli most nad Sundem
  • odkrywkową kopalnię w środku miasta Limhamns Kalbrott – dziś rezerwat przyrody
  • może obejrzeć mecz hokejowy w Arena Stadium – tam hokej wiecznie żywy
  • spróbować śledzia w http://lihmansfiskrokeri.se/
  • oraz falafela w FALAFEL BAGHDAD!

==============================================================

Podziękowania za gościnność już składałem Kasimowi, który pokazał nam piękne (i nie tylko) miejsca tam gdzie covid niestraszny czyli w Malmö. Ta krótka podróż przez ulice i osobliwości miasta to również jego zasługa.

==============================================================

NA ZAKOŃCZENIE TAM GDZIE COVID NIESTRASZNY – MALMO

Kilka przydatnych informacji:

  • podróż z lotniska MMX do centrum miasta – flygbus – skompilowany z rozkładem lotów – odjeżdża z bus-stopu przy dworcu kolejowym
  • na lotnisku są automaty (np. przy wyjściu) – również w języku polskim
  • koszt – 119 SEK – taniej bilet kupiony on-line oraz RT; drożej u kierowcy, ale oczywiście dla spóźnialskim i zapominalskich też jest taka opcja
  • sklepy – czynne również w niedzielę
  • SYSTEMBOLAGET – jedyne miejsce, gdzie kupicie alkohol – jest w niedzielę jednak nieczynny; uwaga – w sobotę zamykają już o 15.00
  • w Malmö znajdziecie chyba 8-9 takich sklepów (lokalizacje np. na google maps)
  • najlepsze arabskie jedzenie – FALAFEL BAGHDAD przy Annelundsgatan 59

Kilka przydatnych linków:

GDZIE ZJEŚĆ W MALMÖ?

Jeśli śledź, to tylko tutaj!

Gdzie zjeść w Malmö? To pytanie nurtowało mnie po wylądowaniu na lotnisku Sturup… O ciekawostkach miasta można poczytać tutaj: TAM GDZIE COVID NIESTARSZNY – MALMÖ Na szczęście nasz przyjaciel odebrał nas i pierwsze, czego dotknęły nasze podniebienia, to oczywiście fisk, czyli ryba. Z jeśli Szwecja, to musi być śledź! Nie wiem czy to dobrze, czy to źle…? Już pierwszego dnia “skazić” swoje kubeczki smakowe takim żarłem…? Ale po kolei…

Limhamn to nadmorska dzielnica Malmö – ta położona najbliżej Øresundsbron, czyli mostu nad Sundem. Jak mówią mieszkańcy Malmö (chciałem napisać malmöńczycy;) Ci z Limhamn mają się podobno za lepszych i zawsze mówią, że nie mieszkają w Malmö, tylko w Limhamn. Tak jakby to było oddzielne miasto, a to tylko fragment wielkiego Malmö. Ok, mają marinę, blisko do Kopenhagi, domy na bogato, ale czy Limhamn mnie aż tak zauroczyło. Spokojna, mieszczańska dzielnica. Jak widać w każdym kraju znajdą się wyznawcy swojsko brzmiącego hasła: Mój Limhamn jest lepszy niż Twój.

LIMHAMN FISKRÖKERI

Dzięki Kasimowi poznajemy jednak piękną, kulinarną stronę Limhamn. Cóż w niej takiego było – niepozorna knajpka połączona ze sklepem zwana LIMHAMNS FISKRöKERI. W wolnym tłumaczeniu znaczy to tyle co wędzarnia ryb. Limhamns Fiskrökeri została założona w 1946 roku i jest rodzinną firmą do dnia dzisiejszego. W ostatnich latach firma przeżywa swój rozkwit – świeże wędzone ryby, świeżo gotowane owoce morza, własne nadzienia śledziowe i inne przysmaki. Ich motto, które brzmi: Allt som finns under vatten kan vi ordna – czyli: wszystko, co pływa pod wodą, możemy wam przyrządzić – nie jest absolutnie przesadą.

Restauracja i sklep w jednym

Jedzenie można zamówić na wynos, kupić do własnego przygotowania lub po prostu skosztować na miejscu. Znajdziecie tam nie tylko ryby, ale też skorupiaki oraz inne podwodne mięsko.

Śledź z Limhamn bije jednak wszystko na głowę. Nie pamiętam, z jestem fanem ryb z różnych zakątków świata, abym gdziekolwiek zjadł tak pysznego śledzia. No więc sill (po szwedzku – śledź) na sposób z Malmö był rewelacją.

Kwintesencja szwedzkiego śedzia (sill)

Trzy solidne płaty szwedzkiego śledzia w towarzystwie ziemniaków puree oraz żurawiny, o których to dodatkach nie wspomnę dalej. Śledź był mięsisty, bez zapachu, ale za to smak… Jeśli miałbym przyjąć wzorzec śledzia z patelni, to właśnie byłby ten z Limhamn. Panierka, której osobiście w przypadku ryb nie znoszę, tym razem była delikatna, z otrębami i nie była destrukcyjna dla smaku takich delicji.wart

Oprócz śledzia na stół wjechała flądra. Tym razem już w pszennej panierce – nie była takim rarytasem jak śledź, ale całość poprawna. Kawałek również mięsisty, bez “obcego” smaku i zapachu. Myślę, że wielbiciele ryb dennych byliby bardzo usatysfakcjonowani. Zwłaszcza, że podana była bardzo ciekawie – w asyście krewetek oraz pieczonych małych kartofelków. Czy można połączyć morskie skorupiaki z rybą – teraz wiem, że tak, a nawet taka wariacja warta jest skosztowania.

Flądra z krewetkami – połączenie, jakiego jeszcze nigdy nie próbowałem

ORIENT-STREET-FOOD

Szwecja to nie tylko kuchnia skandynawska, a jako że jest to kraj wielokulturowy, to i świat gastronomii jest bogaty. W końcu ten największy z krajów Skandynawii stanowił przystań dla wielu ludzi z różnych stron świata. Począwszy od Polaków, wspominając chociażby emigrację stanu wojennego, przez Włochów (tak! – biedne południe ciągnęło do bogatej północy), przez rzesze imigrantów arabskiego pochodzenia, szczególnie z bliskiego wschodu.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zaliczył prawdziwej arabskiej kuchni w mieście, w którym ponad 20% populacji przyznaje się do arabskich korzeni. Jako, że miałem przewodnika dobrze znającego te klimaty, to zapuściliśmy się w rejony miasta, gdzie przeciętny turysta raczej nie dotrze. Okolice Rosengård nie cieszą najlepszą sławą i nie są ulubionym miejscem weekendowych wycieczek mieszkańców Malmö. Czasem spali się jakiś samochód, czasem gdzieś polecą szyby… Są ulice z biznesem syryjskim, palestyńskim, itd, itp. Wielu imigrantów, którzy dzisiaj wiodą normalne, uczciwe życie zaczynało swoją przygodę właśnie od Rosengård. Tutaj też mieszkał w młodości Zlatan Ibrahimović (widziałem blok, w którym się wychował), tutaj swoją przygodę z Malmö zaczynał Kasim, który przywiózł nas do… najlepszego irackiego “kebaba” w mieście.

Dzielnica może nie najciekawsza, za to kuchnia wspaniała – tutaj możesz kupić dolmy od domowych kucharek, tutaj znajdziecie też orient food – nie tylko sklep z arabską żywnością, produktami i przyprawami, ale też street-food z bliskiego wschodu w najlepszym wydaniu. W ten sposób trafiliśmy do

FALAFEL BAGHDAD

…prowadzonego przez chłopaków z Iraku. Na rogu Norra Grängesbergsgatan oraz Annelundsgatan jest prosta budka z ogródkiem – niepozorna, ale tłumnie oblegana przez lokalsów. Jeśli tak, to musi tu być jedzenie z tradycją.

FALAFEL BAGHDAD – the best orient-street w Malmö

Chłopaki dowiedziały się, że będą na blogu kulinarnym więc przygotowały ucztę jakich mało… Przegląd irackich kulinariów w wersji nie tylko XL, ale też w różnorodności dań. A wyglądało to dokładnie tak:

Shoarma z frytkami i warzywami
Falafele, dolmy z dodatkami j/w
Od lewej: hummus, tzatiki, pasta z bakłażana, tabboulech, grilowany kalafior oraz bakłażan

Tak naprawdę nie wiedziałem od czego zacząć ucztę, a teraz nie wiem od czego zacząć opis. Tego nie sposób opisać – tego trzeba koniecznie spróbować. Ale… hummus – inny niż ten, który wychodzi spod mojej ręki. Jest bardziej płynny, a jest to wynikiem tego, iż dodaje się jogurtu – muszę spróbować tej wersji. Podobnie pasta z bakłażana – również z dodatkiem jogurtu. Falafele – też extraklasa – soczyste, aromatyczne. Tabbouleh pachnący świeżością i dużą ilością mięty. Jedynie co nie do końca wyszło – to jeden z moich ulubionych przysmaków, a mianowicie dolmy – tym razem chłopaki się nie popisały. Te “gołąbki” pochodziły ewidentnie z puszki ze sklepowe półki. Wybaczam, ponieważ shoarmy z baraniny nie byłem już w stanie spałaszować, a ewidentnie była dobra – soczysta, a nie wysuszona, dobrze przyprawiona, ale nie zabijająca smak mięsiwa. Aha… jeszcze jedna ciekawostka – iracki chlebek / pita z pszennej mąki – samun – akurat była dostawa:

Samun – tradycyjny iracki chlebek/pita

Jeśli więc ktoś chce w Malmö spróbować orientalnego street-foodu – nie ma wyjścia – tylko FALAFEL BAGHDAD!

CZY JESZCZE COŚ MNIE ZASKOCZYŁO KULINARNIE?

Praktycznie na tych dwóch kulinarnych wyprawach mógłbym zakończyć opowieści o gastronomii w Malmö. Tym niemniej pamiętam jak w czasie swojej pierwszej wizyty w Szwecji, a był to rok 1990 (30 lat temu – wtedy byłem piękny i młody; dzisiaj już tylko młody) zajadałem się pizzą i pastą z włoskich restauracji w Norrköpingu. Były naprawdę smaczne, a wiem co mówię, bo “wychowałem się” na włoskiej kuchni u źródła – w Italii. Zresztą Włosi zarówno w XIX, jak też XX wieku chętnie emigrowali na północ. Południe Europy bogactwem nie grzeszyło, w przeciwieństwie do bardziej rozwiniętej północy. Emigrowali więc również kucharze, którzy rozpowszechniali tradycje kulinarne w nowych miejscach. Gdzie zjeść w Malmö Z tego też tytułu odwiedziliśmy włoską ristorante w centrum miasta.

EPICURE – WŁOSKA FANTAZJA W SZWEDZKIM WYDANIU

W samym sercu miasta, przy Gustav Adolfs Torg, znajdziecie restaurację serwującą włoskie dania: EPICURE. Menu lunchowe wyglądało zachęcająco, również cenowo, a że niedziela to dzień, w którym nie wszędzie w porze lunchu można zjeść, to wskazówką do wejścia był również głód.

Menu mają tam stosunkowo proste – kilka pozycji z każdej kategorii: pasty, risotta, dania główne, sałatki. W niewielkiej restauracji nie chodzi o to, by mnożyć pozycje – kilka dobrze opanowanych potraw potrafi stanowić o legendzie knajpy.

We wnętrzu da się poczuć włoską tradycję i styl i rzeczywiście właściciel pochodzi z południa Włoch, a konkretnie z Salento. Ale jak to..? Kucharz z Puglii i nie ma orrechiette, albo chociaż strascinate..?

Menu w EPICURE

Jako że jesteśmy w Szwecji, a tutaj ryby są naprawdę dobre (patrz: LIMHAMNS FISKRöKERI), to zdecydowałem się na Spaghetti alla aciughe – czyli makaron z sardelami. W karcie był oczywisty błąd językowy – powinno być “alle aciughe”, ale to da się wybaczyć. Bardziej interesował mnie smak.

Spaghetti alle aciughe

Pewnie na talerzu nie wylądowała typowa sardela, a bardziej szprot lub sardynka – te dadzą się złowić w Bałtyku i duńskich cieśninach. Musiałbym jednak mieć obok na talerzu drugi egzemplarz do celów porównawczych aby móc odgadnąć co było przedmiotem mojej konsumpcji. Jedno i drugie śledziowate, a i smak zbliżony. Ważna była jednak całość, która kompozycyjnie i smakowo była zadowalająca. Nie oszalałem, jak po wizycie w POSTICINO DA TONINO w Rzymie, albo DAMARE czy BRIGANTE w Monopoli ale wszystko mieściło się w klasie średniej. Czuć włoską tradycję kulinarną.

Drugi talerz to Pappardelle ai Funghi – tym razem żałowałem, że nie wziąłem, bo… znad talerza unosił się zapach trufli. Nie były to oczywiści trufle, ale całość była przyprawiana pastą truflową – to jasne – za 169 SEK nie da się zjeść oryginalnych trufli, w Szwecji tym bardziej. Całość może zbyt mocno potraktowana tłustym sosem, ale nutę truflowo-czosnkową – nie powiem – bardzo lubię.

Pappardelle ai Funghi

PIZZA I PIWO…

…tak też oczywiście można, powiem więcej, nawet czasem trzeba zejść z kulinarnych oczekiwań i zejść na ulicę, gdzie popularne żarcie potrafi zaskoczyć. Tyma razem jednak zaskoczenia nie było. Niedaleko Torso Turning oraz promenady w Malmö trafiamy na pizzerię reklamującą się jako Turning Torso Food – można się pławić w cieniu najwyższego budynku w Skandynawii. Pizza, jak pizza, ale ten majonez – już nie jestem jego zagorzałym fanem.

Pizza…
…i piwo

Skoro pizza nie nadaje się do komentowania, to może chociaż poświęcę kilka słów piwu, którego kiedyś byłem wielkim fanem, a które z biegiem lat zdradziłem na rzecz wina. Po prostu – ewolucja! Dobrego piwa nadal jednak chętnie spróbuję – w zeszłym roku swoje urodziny spędziłem między innymi w Delirium Tremens w Brukseli, a piwosze wiedzą co to za kultowe miejsce.

Dawno nie piłem szwedzkich piw, więc należało spróbować, a wybór w karcie padł na MARIESTADS EXPORT. Ten szwedzki wyrób pochodzi z browaru Spendrups, która jest jedną z największych szwedzkich kompanii piwnych. Poza Mariestads warzą Lokę, Norrlands Guld, Nygandę. Mariestads Export nie jest to oczywiście wyrobem rzemieślmniczym – bliżej mu do koncernowych produktów, ale… Jak na koncernową masówkę zaskoczył mnie pozytywnie. Tak więc, co jest w szkle..? Typowy pilzneński lager z drobnopęcherzykową pianą. Piana gęsta, wyrazista, ale niestety dość szybko opadająca. Smak – jak dla mnie – wyczuwalna słodowość w kontakcie z nutą chmielu. Na plus – brak charakterystycznego koncernowego posmaku metalu i chemii. Na minus – na pewno utrzymująca się w ustach goryczka. Kolor – jasny wpadający w bursztyn, w pełni klarowne. Podsumowując: jak na “koncerniaka” – niezły, pozbawiony wielu wad masowej produkcji. Gdybym miał ocenić w skali 1-10, dałbym mocne 6,5, no prawie 7.

SYSTEMBOLAGET

Każdy, kto zawitał do naszych północnych sąsiadów musiał poznać SYSTEMBOLAGET. W Szwecji jakikolwiek trunek powyżej 3,5 jest dostępny tylko w tej jednej sieci sklepów. To państwowy monopolista na rynku alkoholi. Nie mówicie tylko o tym naszej władzy, bo jeszcze wezmą przykład ze Szwedów… Wszystko co można znaleźć w marketach ma mniej niż te ustawowe 3,5 i naprawdę nie warto tym sobie zaprzątać głowy – sorry – podniebienia. A niestety, z alkoholem z SYSTEMBOLAGET wyjdziesz mając co najmniej 20 lat. Co więcej sklepy zamykane są w sobotę o 15.00 i otwierane dopiero o 10.00 w poniedziałek, mimo że handel doskonale funkcjonuje również w niedziele. Nie ma również tych przybytków rozpusty zbyt wiele. W 300-tysięcznym Malmö trzecim, największym mieście Szwecji znajdziecie tylko ok. 7 sklepów – może jeszcze ze 2-3 na obrzeżach miasta.

Ceny alkoholu w Szwecji są jednymi z najwyższych w Europie. Pozytywnie zaskoczyły mnie jednak ceny wina w SYSTEMBOLAGET. Butelka włoskiego, hiszpańskiego czy też portugalskiego trunku, to wydatek rzędu 90-120 SEK, czyli 38-50 PLN są również po 70-80 SEK, ale nie próbowałem). I gwarantuję, że

Dla tych co się martwią – czarny rynek ma się dobrze. Gdyby ktoś naprawdę miał ochotę i potrzebę – da się w sobotni wieczór zorganizować butelkę – zupełnie jak w Polsce lat 80-tych, nie mówiąc o USA lat 30-tych…

KUCHNIA SZWEDZKA

Tych kilka dni, to zbyt krótki czas na zapoznanie się ze szwedzką kuchnią. Ale gdzie zjeść w Malmö już wiem. W pamięci pozostanie mi oczywiście to co zafundował nam Kasim – LIMHAMNS FISKRöKERI oraz FALAFEL BAGHDAD – te miejsca odległe od siebie również kulturowo – na kulinarnej mapie Malmö to no.1! Nie poznałbym ich, gdyby nie Kasim – nasz lokalny przewodnik.

Kuchnia szwedzka to nie tylko śledź – zwłaszcza sławetny surströmming – kiszony, sfermentowany śledź, który jest w top-10 pachnących inaczej. Każdy zna, chociażby z IKEA, köttbullar, czyli sławne szwedzkie klopsiki z wołowiny (trafiają się też z mieszanego mięsa).

Czego będę szukał następnym razem w Szwecji..?

  • Janssons frestelse (czyli pokusa Jansona)
  • bostongurka (pasta z ogórków kiszonych z dodatkiem papryki i ostrych przypraw)
  • nyponsoppa (jesienna zupa z… owoców dzikiej róży)
  • pölsa – danie mięsne, ale warto spróbować (mielona wątróbka, cebula i wołowina – obowiązkowo w towarzystwie jajka)

Gdzie zjeść w Malmö i kiedy zaopatrzyć się na weekend już wiecie…

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • http://lihmansfiskrokeri.se – na tej stronie znajdziecie info o tej knajpie / sklepie; adres: Strandgatan 17B – w pobliżu Södra Fiskehamnen (południowego portu rybackiego)
  • FALAFEL BAGHDAD – Rosengård; róg Norra Grängesbergsgatan oraz Annelundsgatan
  • epicure.nu – tutaj znajdziecie info o opisywanej włoskiej knajpie
  • SYSTEMBOLAGET – czynny max w sobotę do 15.00
  • W Malmö znajdziecie również polskie delikatesy – są w centrum miasta

==============================================================

Z podziękowaniami dla Kasima, który odkrył przed nami miejsca, których pewnie byśmy nie zobaczyli, ale przede wszystkim pokazał kawałek historii swojej i swojej rodziny. Dziękuję za to, również za czas spędzony na rozmowach. Shukraan w ilalika Kasim!

==============================================================

CZARNOMORSKIE KULINARIA

Bogactwo bułgarskiego morza na jednym talerzu

Czarnomorskie kulinaria, tym razem w wydaniu bułgarskim to prawdziwa mieszanka tego co najlepsze w tamtych regionach. Krótka wyprawa do Nesebyru w erze COVID-19, w lipcu 2020 roku zaowocowała rozkoszami podniebienia. O odwiedzinach Nesebyru poczytacie tutaj: http://7mildalej.pl/nesebyr-w-erze-koronawirusa/, natomiast o zaletach kuchni bułgarskiego wybrzeża poczynię kilka słów poniżej.

BUŁAGRSKIE SMAKI

Kuchnia bułgarska to przede wszystkim wpływy i naleciałości: greckie i tureckie, włoskie i rosyjskie. Przede wszystkim jest to kuchnia bałkańska, mająca swoje wspólne geograficzne korzenie. Na tej szerokości geograficznej, gdy znajdziecie się na półwyspie bałkańskim znajdziecie chociażby sałatkę szopską. Ta bułgarska będzie się oczywiście różniła od tej, którą znajdziecie na stołach Montenegro czy Chorwacji. Myślę, że właśnie dania przygotowane przez bułgarskich, serbskich i macedońskich górali zwanych Szopami powinny bardziej rozsławiać bułgarskie kulinaria od tych z wybrzeża Morza Czarnego. Ale…

W kuchni bułgarskiej znajdziecie czorby – zupy: z ryb, bobu, soczewicy oraz wiele innych. Dostaniecie też flaczki, które zwą się szkembe czorba oraz sosy i pasty – głównie przygotowywane na bazie papryki: lutenica, ajwar, pindżur. W górach znajdziecie syte potrawy mięsne (sacz, kawarma), jak również warzywne. Wszystko może być leko/mek (łagodne), lub częściej luto (ostre).

Jako że, tereny Bułgarii historycznie rzecz ujmując, były odwiedzane przez gości ze wschodu, to bez jakiegokolwiek trudu odnaleźć można: kebapcze, pilaw, a także słodkie bliskowschodnie desery.

NESEBYR I JEGO CZARNOMORSKA KUCHNIA

Ponieważ ostatecznie wylądowaliśmy w Nesebyrze, to właśnie czarnomorskie kulinaria podbiły moje kubeczki smakowe. Każda nadmorska kuchnia korzysta z bogactwa morza. Nie da się tego nie skosztować będąc w Nesebyrze. Zresztą – bułgarskie określenie na frutti di mare – морски дарове – bardziej podoba mi się od tego włoskiego. Mówię to JA – fan włoskiej kuchni!

RESTAURACJA NEPTUN – WSZYSTKO Z MORZA

Zacznijmy od tych darów morza. Mule, zupa rybna i białe wino w Restauracji „Neptun” (Ресторант Нептун) w pobliżu plaży BUNATA.

Restauracja NEPTUN

Restauracja jest pięknie położona na skarpie, z której roztacza się przepiękny widok w kierunku południowym.

Obiad z takim landszaftem… smakuje lepiej

Zupa rybna sporządzona była na bazie wywaru warzywnego z dodatkiem kawałków (chyba) ostroboka. Dodatek selera naciowego i pietruszki nadawał charakterystyczny dla tych terenów smak. Przede wszystkim kawałki ryby były zwarte i nie rozpadały się. Czasem na wigilię robię fińskie Lohikeitto – różni się tym, że jest z łososiem i zabielone lekko śmietaną. Niewykluczone, że będę robić bułgarską ribną czorbę.

Ribna czorba

Danie podstawowe to jednak było to na co czekałem – wielki talerz na dwie osoby (0,5 kg) muli.

Midi czyli małże

Mule były dobrze obgotowane, bez zbędnego posmaku kojarzącego mi się z mułem. Dodatek koperku zawsze im dobrze robi, choć osobiście stosowałem też pietruszkę. Zabawa na pół godziny, ale warto było. Bułgarzy przekonali mnie do frutti di mare w ich wykonaniu. Dzień wcześniej próbowałem kalmara i też był poprawny.

KOLACJA W NEPTUNIE

Do NEPTUNA wróciliśmy jeszcze na kolację – tym razem a’la fish. I była to prawdziwa uczta. Czarnomorskie kulinaria w swej najlepszej formie.

Czarnomorskie kulinaria

Cóż więc znalazło się na tym półmisku nie licząc opiekanych kartofelków i czosnkowego sosu na bazie jogurtu..? Zacznijmy więc odliczać!

Primo – turbot (zwany też skarpem) – z kształtu i wyglądu podobny do naszej flądry, prowadzący również denny tryb życia, a przy tym drapieżnik żywiący się małymi rybkami. Białe mięso, zwarte i delikatne, powiedziałbym nawet… wykwintne. O ile nie jestem fanem flądry, to turbota jak najbardziej skosztuję kolejny raz.

Secundo – obok turbota – ostroboki. Ryba, powiedziałbym makrelowata, ale o bardzo charakterystycznym smaku – jest lekko kwaśna. W żadnym przypadku nie proponuję dodawać cytryny! Mięso również białe, ale nie tak zwarte jak w przypadku turbota. Trzeba być fanem ostroboka, żeby go naprawdę polubić, ale warto z uwagi niewielką zawartość tłuszczu (zdaje się pływa szybko i chaotycznie – tak to sobie wyobrażam;). Same więc zalety z tej czarnomorskiej i nie tylko rybki.

Terzo – na talerzu wylądowały także niewielkie belony. Przyznam się, że pierwszy raz jadłem belonę a przecież w Bałtyku bywa odławiana. Ta rybka o węgorzowatym ciele, ale długim pysku prawie jak u miecznika ma zielonkawe ości. Te belonki były tak małe (kto je łowi..?), że nie było tego charakterystycznego zabarwienia, ale były smak był war uwagi.

Quarto – ostatnią rybą na półmisku była tsa tsa (ca ca) – ryba wyśmiewana przez bułgarskich (i nie tylko) rybaków. “Albo ryba, albo tsa tsa” – mówi stare, lokalne, morskie powiedzenie. Te małe rybki, to nic innego jak szprotki, czy też sardynki. W każdym razie małe i śledziowate, a smażone w głębokim tłuszczu smakują wybornie. Taki sposób przyrządzania znajdziecie też w innych bałkańskich krajach – Chorwacji (pyszne jedliśmy na Okrugu Gornjim koło Trogiru), czy też Czarnogórze.

FAMILIA FISH & GRILL – CIĄG DALSZY FISH & VEGETABLES

Фамилия фиш и грил to knajpa położona na północnej stronie wyspy/półwyspu obok tzw. pristavi, czyli małego portu. Widoki wspaniałe, zwłaszcza z tarasu – idealnie na romantyczny wieczór przy zachodzie słońca.

Social distance w FAMILIA FISH & GRILL

Przygodę z czarnomorskim frutti di mare zaczęliśmy właśnie tutaj, a na stół wjechał kalmar. Jak mówią niektórzy – “torpedokształtny” żelek. Ta dziesięciornica – nie mylić z ośmiornicą – ma lekko słodkawy smak o równie lekko gumowej konsystencji. Taki był też ten podany w FAMILIA FISH & GRILL. Najbardziej lubię kalmara grilowanego – ten, o ile jego smak i konsystencja były właściwe, to jednak warzywny sos na słodko był już lekką przesadą… Dla mnie kalmar musi być podany w wykwintnym, sorry… wytrawnym towarzystwie!

Grilowany kalmar

Dobrze, że do tego zamówiłem talerz grilowanych warzyw z ciekawą zieloną pastą (dipem/sosem). Trafione! Grill w stylu vege – bakłażan, cukinia, pomidor, pieczarka, marchewka w towarzystwie krótko grilowanego sera bałkańskiego – smakował jak krowi. Niewątpliwie odkryciem był dip – na bazie grochu i czosnku. Smakował bosko!

Te warzywa + ten sos + ten ser…!!!

MENA NORTH DOCK…

…właśnie tam zaczęliśmy poznawać czarnomorskie kulinaria.

Pierwsze kulinarne doświadczenia w Nesebyrze

Po prostu, przed tą restauracją zatrzymała się nasza taksówka, a głód wskazał właśnie to miejsce. Nie żałowaliśmy – pierwsza przygoda to 2x ryba (foto nie zachowało się) oraz oczywiście bułgarska specjalność – sałatki: szopska oraz owczarska. Te sałatki towarzyszyły nam przez cały pobyt, ale były doskonałe. W domu robię bałkańskie sałatki: horiatiki, szopską (na wzór adriatycki), serbską. Tutaj dostaliśmy ją w wersji bułgarskiej. Jako, że na Bałkanach wszyscy kłócą się o wszystko, to również pokłócono się o sałatkę szopską.

SAŁATKA SZOPSKA

Nazwa wzięła się od Szopów, którzy zamieszkują tereny zachodniej Bułgarii – te przy granicy z Serbią. Serbia twierdzi, że ich Szopowie (wynalazcy sałatki) mają serbskie pochodzenie i konflikt oczywiście gotowy. Pamiętacie księcia Ferdynanada i Gawriło Principa..? Co więcej Ci górale zamieszkiwali tereny dzisiejszego Prizren, a miasto to leży w dzisiejszym… Kosowie – więc ciszej nad tym talerzem, bo wojna murowana! Anglicy walczyli z Islandczykami o dorsze (XX w.), Francuzi tłukli się z Anglikami o śledzie (XV w.), w Bawarii toczyła się wojna kartoflana (XVIII w.). Mam nadzieję, że tym razem bałkańscy adwersarze się dogadają i obejdzie się bez wystrzału.

Sałatka szopska – bulgarian version

Sałatka szopska to nic innego jak: pomidor, ogórek, papryka. To wszystko chowa się pod pierzynką drobno startego sera sirene, który nadaje charakterystyczny smak. Dla towarzystwa podsuwa się jeszcze cebulkę oraz natkę, a dla zamknięcia kompozycji dekoruje czarną oliwką – zawsze – jedną! To trochę żart, ale większość serwowanych “szopskich” w Nesebyrze miała jedną oliwkę. Może taki trend kulinarny… Ser sirene kradnie przedstawienie. Ten specyficzny biały ser solankowy (Бяло саламурено сирене), który pierwotnie wytwarzany był z mleka owczego, dzisiaj produkowany jest również z mleka krowiego. Bułgarska wersja szopskiej różni się od tych z Czarnogóry czy Chorwacji – w tamtych oryginałach papryki nie uświadczysz, a i oliwek nie żałują.

SAŁATKA OWCZARSKA

Druga bułgarska specjalność sałatkowa to: sałatka owczarska. Sałatka owczarska to wersja szopskiej “na bogato”. Niby taka sama, ale jednak nie taka sama, bo wzbogacona o jajko i odrobinę szynki. Pozostałe składniki bez zmian.

Szopska w wersji VIP, czyli owczarska; tutaj w obstawie tradycyjnego chlebka czosnkowego

Czasem bywa wzbogacona o grzyby – taką wersję też widziałem. Generalnie nie dla wegetarian, bo kilka cienkich paseczków szynki, lub innego treściwego mięsiwa też się w niej znajdzie.

SACZ – TRADYCJA KULINARNA BUŁGARII

Sacz to zapiekane tradycyjnie w żeliwnym naczyniu warzywa z mięsem. Istnieje też wersja vege oparta o same warzywa. Co do mięsa to znaleźć można i kurczaka, i wieprzowinę, i baraninę, i wołowinę. Warzywa to inwencja kucharza, ale jak to bywa w bułgarskiej kuchni dominuje: bakłażan, cukinia, papryka, pomidor. To wszystko zapiekane pod cienkim serem podpuszczkowym w typie mozarelli i posypane pietruszką. Pietruszka to prawdopodobnie ulubiona przyprawa Bułgarów. W Gruzji prawie wszystko nosiło smak kolendry, tutaj unosi się zapach natki.

Sacz z kurczakiem w MENA NORTH DOCK – pycha!

To było jedyne mięsne danie spożyte w uznaniu bułgarskiej tradycji kulinarnej. Cały wyjazd od strony kuchni to czarnomorskie kulinaria – to co wydało z siebie morze oraz warzywa. Zarówno bułgarskie warzywa w wersji surowej sałatki), jak też zapiekanej czy też grilowanej to pyszności. Smak warzyw będzie mi się kojarzył ze świeżością. I to w każdej knajpie, którą odwiedziłem.

KASZKAWAŁ

Pamiętam, jak wiele lat temu w Polsce prawie w każdym sklepie można było kupić ostry ser zwany kaszkawałem. Nie wiem dlaczego, ale teraz nie jest on tak popularny. A jest to jeden z najlepszych żółtych serów. W restauracji KRIM zamówiliśmy na śniadanie omleta z kaszkawałem. Co za smak!

Omlet z kaszkawałem

Kaszkawał to ser z rodziny serów podpuszczkowych, twardych i dojrzewających. Barwa żółta, bez oczek, im starszy tym ostrzejszy. Jeśli miałbym porównać jego smak, to najbliżej mu chyba do włoskiego caciocavallo.

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA

Kuchnia bułgarska urzekła mnie swoją świeżością. Zakochałem się w skorupiakach i głowonogach, o rybach nie wspominając. Świeżość produktów – wszystkich – czy z morza, czy z pola to największa wartość. Tak naprawdę warto jechać i spróbować wszystkiego na miejscu – czarnomorskie kulinaria to bogactwo potraw, smaków i zapach świeżości. Tak przynajmniej było w Nesebyrze w lipcu 2020 roku.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • W Nesebyrze odwiedziliśmy: MENA NORTH DOCK, FAMILIA FISH AND GRILL, RESTAURACJĘ NEPTUN, REASTAURACJĘ DIONIS, a także bardziej przekąskowe / śniadaniowe: KRIM oraz OLD ARCHOR – każdą z nich mogę ze spokojem duszy i podniebienia polecić.
  • Trochę informacji o Nesebyrze znaleźć można na ich stronie oficjalnej: http://www.nesebarinfo.com/
  • Poza smakami, to co niewątpliwie mnie “urzekło” to ceny – lipiec 2020:
  • talerz 0,5 kg muli w NEPTUNIE – 10 BGN = 23 PLN
  • sacz z kurczakiem dla 2 osób – 26 BGN = 59 PLN
  • 2x ryba, 2x sałatka, 2x piwo – 35 BGN = 80 PLN
  • koszt wypasionego śniadania z kawą i wodą dla 2 osób nie powinien przekroczyć 20 BGN = 46 PLN
  • Najważniejsze jednak pozostają niewątpliwie smaki, ze swoich kulinarnych odwiedzin mogę polecić:
  • Ресторант Нептун (NEPTUN) – ryby i owoce morza
  • MENA NORTH DOCK – ryby, sacz, sałatki
  • Фамилия фиш и грил – FAMILIA FISH & GRILL – owoce morza, warzywa
  • Ресторант KPIM (KRYM) – pyszne omlety z kaszkawałem i olbrzymie sałatki
  • RESTAURACJA DIONIS – spróbowaliśmy kuchni śródziemnomorskiej – risotto oraz tagliatelle – oczywiście z owocami morza – też wyśmienite.

NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA

Nesebyr w erze koronowirusa

Czarnomorska perełka jaką jest niewątpliwie Nesebyr w sezonie bywa zatłoczony do granic możliwości. Wszystkie miejsca hotelowe zajęte, wychodząc wieczorem do knajpy nie wiesz czy uda Ci się znaleźć stolik właśnie w tej ulubionej. Nic dziwnego; to miasteczko ma klimat, swoją historię i oczywiście tak zwany niezaprzeczalny urok osobisty.

NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA – CZY WARTO JECHAĆ WŁAŚNIE TERAZ?

Rok 2020 nie jest dla fanów podróży zbyt łaskawy. W pierwszym kwartale udało mi się jeszcze odwiedzić włoską Puglię, zaliczyć “two-night-stop-over” we Frankfurcie i spędzić kilka pięknych dni w Stambule. Podczas gdy poznawaliśmy smaki lwowskiej kuchni zaczęto przebąkiwać o lockdownie. Wróciliśmy dosłownie 3 dni przed jego ogłoszeniem. Gdy w czerwcu wsiadałem pierwszy raz do samolotu na krajówce, Okęcie wyglądało jak z horroru. Puste hale, zamknięte checkiny – ogólnie widoki jak najbardziej przygnębiające.

Jednak druga połowa czerwca zaczęła wlewać nadzieję w nasze podróżnicze dusze. Pierwsze plany padły tym razem na Bułgarię. Długo można by się rozpisywać o wyborze, ale alla fine 9 lipca wylądowaliśmy w Burgas.

Bułgarskie wybrzeże pomiędzy Warną a Burgas

LOT podstawił E-195 i obłożenie było sięgające ponad 90%. Lądujemy w Burgas, paszporty, wyrywkowy pomiar temperatury i można opuszczać terminal. Swoją drogą nie wyobrażam sobie tego lotniska w sezonie (bez koronawirusa). Ciasno i tłoczno – podczas powrotu było jeszcze gorzej. Swoją drogą PLL LOT też się nie popisał – powrót z Nesebyr w erze koronawirusa bez możliwości odprawy on-line, a fundując w zamian kolejkę i tłok na check-inach to co najmniej bezmyślność jeśli nie szczyt głupoty.

Taxi drogie, a jak się okazało, droższe niż oferowany przez hotel transfer. Ostatecznie jednak udało się zorganizować taxi-share i nie było źle.

NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA – PIERWSZE WRAŻENIA

Swoje pierwsze kroki kierujemy do knajpy przy wjeździe do starego miasta – taxi powiedziało, że dalej nie jedzie. O kuchni Nesebyru piszemy tutaj: http://7mildalej.pl/czarnomorskie-kulinaria/ Wjazd do miasta jest uroczy, z nowego miasta na starówkę wjeżdża się groblą, a samo stare miasto położone jest na wyspie. Jeśli ktoś widział Sveti Stefan w Montenegro to wie o czym mówię. Tylko, że Nesebyr jest jeszcze piękniejszy. A przede wszystkim bardziej naturalny. Pierwsze zetknięcie z kuchnią oraz miastem i ludźmi wypada pozytywnie, jeśli nie bardzo pozytywnie.

Wjazd do starego Nesebyru

Powitanie z kuchnią się odbyło więc możemy odszukać naszą miejscówkę na najbliższe dni…

JEŚLI NOCLEG W NESEBYR – TO TYLKO VILLA ELEA

Już pierwszy wrażenie prezentuje się fantastycznie! To jedyny w tej części starego miasta hotel, który jest w tzw. waterfront z prawdziwego zdarzenia.

Villa Elea – pierwsze spojrzenie

Fotosy w necie nie oddawały wręcz piękna naszej miejscówki. Wszystko było zgodne z opisem, a nawet lepsze i piękniejsze.

Tak prezentuje się VILLA ELEA z morskiego brzegu

Dwuosobowy pokój z sea view był the best. Podwójne wygodne łóżko, niewielki balkon, łazienka, lodówka w pokoju.

Double bedroom w Villa Elea
Łazienka – czystość, suszarka, podstawowe kosmetyki

Jeśli ktoś wybierze VILLA ELEA, to nie rozczaruje się. Nie będę rozpisywał się o standardowych wyznacznikach oceny noclegu. Na najwyższą notę zasługują: położenie, czystość oraz personel. Personel pomocny w każdym zakresie. Rezerwację mieliśmy bez śniadań, ale…

…pierwszego dnia zdarzył się wypadek – nastąpiła awaria zamka w drzwiach do pokoju. Tylko z tego tytułu korzystaliśmy z mini-śniadań, które w Italii czy Francji byłyby standardem. Każdego ranka dostawaliśmy więc do łóżka kawę z ciastem własnej roboty. Pycha! Niby nic, prosty gest, ale za to jak cieszy. Poza protokołem – dla samych: wschodów słońca…

Nesebyr 5.00 a.m.

…oraz zachodów słońca!

Nesebyr 9.00 p.m.

warto wybrać VILLA ELEA. Szum fal na “dobranoc” oraz “dzień dobry” otrzymacie w gratisie. Polecam!

NESEBYR HISTORYCZNIE

Jedno co można powiedzieć o miasteczku, które rozciąga się na długości 1000 m i szerokości 500 m, to przede wszystkim, że jest inne od okolic. W przeciwieństwie do pobliskich: Słonecznego Brzegu czy też Pomorie, właśnie Nesebyr to kawałek bułgarskiej i czarnomorskiej historii. Miasto, które od 1956 roku jest rezerwatem archeologicznym, a od 1983 roku wpisane jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO jest tym miejscem w Bułgarii, które warto odwiedzić.

Z racji swego położenia władali nim: Rzymianie, Trakowie, Turcy, Grecy, Bułgarzy. Mury obronne to nawet VI wiek p.n.e. Spacerując co chwilę napotykamy się ruiny i wykopaliska.

Starożytne wykopaliska i pozostałość po starym młynie

Już sam wjazd do Nesebyru oferuje pierwsze spotkanie ze starożytną historią.

Nie da się oddzielić Nesebyru od historii

W dawnych czasach na tym niewielkim skrawku lądu znalazło się miejsce dla ponad 80 cerkwi, z których niestety do dnia dzisiejszego przetrwało niewiele. Tym niemniej prawie na każdym kroku spotykamy świadectwo sakralnej historii miasta.

Dzisiaj muzeum sztuki – Cerkiew Chrystusa Pantokratora znajdziecie niedaleko od wjazdu do miasta.

Cerkiew Chrystusa Pantokratora to XIII wiek

Cerkiew św. Jana Chrzciciela, to kolejne sacrum na trasie historii miasta. Jeszcze starsza niż powyższa, ponieważ pochodzi z X wieku.

Cerkiew św. Jana Chrzciciela

Prawie w samym środku Nesebyru znajdziecie Cerkiew św. Zofii – na dzień dzisiejszy jej ruiny.

Ruiny cerkwi św. Zofii

Bezsprzecznie znaleźć możecie jeszcze kilkanaście budowli sakralnych na tym niewielkim obszarze, które Was z pewnością zachwycą, a przy których zatrzymacie się choćby na chwilę. Nesebyr to żywa historia tych obszarów. I to jest z pewnością jeden z powodów, dla którego warto odwiedzić to miasto.

W ULICZKACH NESEBYRU

To co buduje klimat Nesebyru, to przede wszystkim jego zabudowa. Charakterystyczna dla czarnomorskiego wybrzeża. Parter wybudowany z kamienia, piętra natomiast w drewnianym deskowaniu. Do tego dachy kryte czerwoną dachówką. Wszystko stanowi oczywiście zamkniętą, spójną całość zwaną architekturą czarnomorską.

Typowa zabudowa Nesebyru
Dół z kamienia, góra z drewna

Jeśli do tego dołączymy brukowane wąskie uliczki, to bez wątpienia otrzymamy klimatyczne miasteczko z dawnych lat. I tylko współczesne auta oraz szyldy przenoszą nas z powrotem w czasy współczesne.

Mieszanka historii i współczesności
Cisza i spokój w uliczkach Nesebyru
Atmosfera ciągłej sjesty

Czarnomorska zabudowa na każdym kroku.

Z poszanowaniem tradycji architektury

Jesteśmy na południu Europy – nie mogło więc zabraknąć lokalnych kotów. Te z Nesebyru miały się dobrze – słońce, regularne dokarmianie – generalnie były zadowolone.

Nesebyrskie koty były karmione nawet kilka razy dziennie

Nesebyr to nie tylko klimat i historia. Przede wszystkim jego handicapem jest położenie. Miasto leży na wyspie połączonej ze stałym lądem 400-metrową groblą. Już wjazd robi wrażenie, oczywiście później jest już tylko piękniej. Charakterystycznym punktem jest XVII-wieczny wiatrak posadowiony na grobli przed wjazdem do miasta.

XVII-wieczny wiatrak przy wjeździe do Starego Nesebyru

Natomiast, gdy znajdziecie się już w Starym Nesebyrze powita was stojący na postumencie biskup św. Mikołaj dzierżący w jednej ręce krzyż, w drugiej puszczający gołębia.

Pomnik św. Mikołaja

W Nesebyrze znajdzie się też miejsce do nadmorskich spacerów. Promenada otacza całe miasto i warto przedreptać ten szlak. Towarzyszyć Wam będą przede wszystkim historia i piękne widoki.

Widok z krańca Nesebyru w kierunku południowym – plaża “Bunata”; w oddali okolice Sozopolu

Nesebyr ma dwie plaże – a więc ta płatna powyżej (плаж „Буната“), ta bezpłatna (miejska) poniżej.

Miejska plaża w Nesebyrze

Podsumowując – miasto można obejść dookoła promenadą, a spacer zajmie nie więcej niż 2 -3 godziny.

Promenada północna
Od północnego wschodu również rozciąga się promenada – w oddali Sveti Wlas oraz Elenite
Promenada południowa

A gdyby na koniec ktoś chciał zobaczyć jak wygląda Nesebyr z pobliskiego Słonecznego Brzegu, zwanego tutaj z angielska Sunny Beach, to proszę:

Czyż nie jest piękny..?

SŁOWO O… SŁONECZNYM BRZEGU

Można oczywiście przyjechać do Sunny Beach i odwiedzić Nesebyr. Ale po co..? Nesebyr i Słoneczny Brzeg to dwa różne światy – bliskie geograficznie, ale oddalone mentalnie. Większość ludzi wpada ze Słonecznego Brzegu odwiedzić Nesebyr, my z Nesebyru wpadliśmy odwiedzić Sunny Beach 🙂

Wrażenia niech będą z Wami…

Wydmy są OK
Plażing w erze COVID19 – Słoneczny Brzeg – 11.07.2020
Szału nie ma, ludzi też

A dla mnie niech pozostanie Nesebyr w erze koronawirusa. Ze swoją ciszą, historią, spokojem i …kuchnią.

ODWIEDZIĆ NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA…

to jak trafić “6” w Lotto. Miasteczko, które jest jedną z perełek Morza Czarnego w sezonie jest zapchanym do granic możliwości nadmorskim kurortem. Tymczasem – pustka, cisza i spokój. Spacer pustymi uliczkami Nesebyru to spełnienie marzeń o travel-egotism. Gdy w czasie kwarantanny patrzyłem na puste ulice miast, które niedawno zwiedzałem marzyło mi się być tam zaraz i teraz! Zobaczyłem więc Nesebyr, którego prawdopodobnie nigdy w takiej formie już nie zobaczę. W sezonie jest to nie tylko niemożliwe, ale przede wszystkim niewykonalne.

Z drugiej strony, gdy rozmawiasz z hotelarzami i restauratorami, którzy mówią o 70% spadku odwiedzin, to możemy sobie wyobrazić skalę lokalnych tragedii. Ludzi, którzy postawili w tym miejscu na turystykę koronawirus zaatakował ze zdwojoną siłą. Podobnie zresztą doświadczyła branża turystyczna w Polsce, Grecji, Włoszech, Turcji, czy też innych krajach. Hotel, który odwiedziliśmy miał zaledwie 30% obłożenie, również w wielu restauracjach nie przekraczało ono 40-50%, a czasem nawet 20%.

BEZPIECZEŃSTWO PODRÓŻY W ERZE COVID19

Wielu zapyta z pewnością o bezpieczeństwo… Bułgaria podobnie jak Polska walczyła z koronawirusem skupiając się na leczeniu zdiagnozowanych przypadków, ale nie testowaniu społeczeństwa. Po pierwszym lockdownie, w czerwcu kraj został otwarty, a restrykcje zniesione. Następnie od początku lipca wskaźniki zachorowań poszły w górę. Gdy przylecieliśmy do Burgas (09.07.2020) zanotowano najwyższy dobowy przyrost zachorowań (ok. 330 przypadków). Przez następne dni naszego pobytu wskaźnik ten stopniowo zmniejszał się. Gdy wylatywaliśmy z Burgas (12.07.2020) zachorowań odnotowano zaledwie 77. Jednakże 10.07.2020 przywrócono częściowo restrykcje – zamknięto kluby, imprezy sportowe, zmniejszono ilość klientów w sklepach. Rozmowy z ludźmi zajmującymi się turystyką były jednak przygnębiające – większość z nich podobnie jak w Polsce zostało zostawionych bez pomocy. Knajpy, w których rozkoszowaliśmy się czarnomorską kuchnią, nie miały nawet połowy zajętych stolików. Jedynie sobotni wieczór pozwalał zapełnić restauracyjne stoliki.

W Słonecznym Brzegu, jak opowiadał nam jeden z hotelarzy, na początku lipca otworzyło się 45 hoteli i pensjonatów, 40 z nich zamknęło się po tygodniu…

O ile pomiar temperatury na lotnisku w Burgas był wyrywkowy i przypadkowy, to już w mieście dało się odczuć odpowiedzialność i podporządkowanie się regułom sanitarnym. Maseczki w sklepach obowiązkowe, social distance raczej utrzymany, leżaki na plażach oddalone minimum 2 metry, kelnerzy w knajpach z zasłoniętymi ustami i nosem, stoliki rozsunięte. Jeśli do tego dołożymy fakt, iż większość bułgarskich przypadków dotyczyła rejonu stolicy – Sofii, to należy skonkludować, że było bezpiecznie. Czy warto odwiedzić Nesebyr w erze koronawirusa – odpowiem – 3x TAK!

Jedyne co się nie popisało, to lotnisko Chopina. Na WAW trzymano nas przed rękawem w samolocie 15 minut, następnie znowu 15 minut w zatłoczonym autobusie na płycie lotniska. Gratulacje dla PPL!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • lotniskowe taxi BOJ – Nesebyr / Słoneczny Brzeg to na lotnisku koszt 90 BGN – nie dać się naciągnąć i negocjować; ale przy odrobinie szczęścia costateczny koszt nie powinien być wyższy niż 50 BGN;
  • koniecznie więc radzę sprawdzić jaki jest koszt transferu organizowanego przez hotel – może się okazać konkurencyjny cenowo;
  • gdyby ktoś zdecydował się na nocleg w VILLA ELEA – telefon: +359 88 433 4181;
  • miasto w przeważającej części zamknięte jest dla zewnętrznego ruchu samochodowego, co czyni je jeszcze bardziej atrakcyjnym dla odwiedzających;
  • wjazd do Nesebyru jest oczywiście płatny; duży parking znajduje się po północnej części miasta;
  • strona www miasta: http://www.nesebarinfo.com/
  • z pewnością chcecie wiedzieć jak się dostać z Nesebyru do Słonecznego Brzegu..? Pieszo promenadą – ok. 40-50 minut; “odpustową” kolejką – 3-4 BGN/osobę – 10 minut
  • płatna plaża na krańcu miasta to koszt 7,50 BGN za 2 leżaki + parasol (sztuka za 2,50 BGN) – cały dzień oczywiście;
  • o ile w w Słonecznym Brzegu jest przede wszystkim taniej, to na plaży było trochę drożej – zestaw do plażingu j/w = 10 BGN;
  • w czasie naszej wizyty 1 BGN = 2,25-2,30 PLN (07.2020);
  • pamiętajcie – Bułgaria słynie ze wszystkiego co różą związane – olejek różany, jak również kosmetyki różane czy też herbatki i soki różane – to wszystko jest cudowne;
  • nie zapomnijcie o odwiedzinach winiarni zwanej tak jak starożytna nazwa miasta – MESSEMBRIJA – bajka!!!

KEDI – KOTY ZE STAMBUŁU

Pamiętacie wspaniały film o kotach ze Stambułu? “Kedi – sekretne życie kotów” opowiadał o życiu miejskich kotów ze Stambułu. Kedi w języku tureckim znaczny “kot”. W ten sposób Kedi – koty ze Stambułu znalazły swoje miejsce w historii kinematografii i nie tylko. Ten film to przede wszystkim ukłon i uhonorowanie tych czterołapnych mieszkańców tureckiej metropolii. Życie Spryciary, Przylepy, Sułtana, Flirciarza, Bestii, Szajby i Cwaniaka to jakże niewielki wycinek kociego świata, bez których krajobraz tego miasta byłby uboższy. Stambuł bez kotów nie byłby takim samym miastem… Nigdy!

Dla osób, które nie wyobrażają sobie życia bez tych futrzaków, Stambuł jest miastem, które odwiedzić trzeba koniecznie. W ciągu swojego podróżniczego życia widziałem miejsca, gdzie bezdomność zwierząt (kotów i psów) jest tragedią. Widziałem miasta, gdzie problem ten jest (prawie) całkowicie rozwiązany, ale Stambuł jest charakterystyczny. Kedi – koty ze Stambułu mają swoje miejsce, gdzie kocie życie przeplata się z ludzkim na każdym kroku. Zamożność z biedą, opieka z bezdomnością – prawdziwa turecka mozaika.

STAMBUŁ – MIASTO KOTÓW – KEDI – KOTY ZE STAMBUŁU

Zacznijmy więc podróż po świecie Kedi – kotów ze Stambułu. Hagia Sophia to jeden z najpiękniejszych zabytków Stambułu. Pierwotnie chrześcijańska świątynia, następnie meczet, dzisiaj pełni rolę muzeum i symbolu miasta. Trikolorka z foto poniżej to gwiazda Hagia Sophia. Wysterylizowana, zaopiekowana i doglądana przez pracowników dumnie przechadza się pomiędzy turystami odwiedzającymi świątynię. Jest tubylcem, wręcz… kustoszem.

Kotka z Hagia Sofia

Nie każdemu da się pogłaskać, nie o każde nogi się otrze – chodząca kocia duma i symbol spinający historię tego jakże starego i pięknego miasta.

FUTRZAKI Z NASZEGO HOTELU

Pierwszą osobą, która powitała nas przed hotelem był oczywiście… Kot! To właśnie ten dorodny osobnik, który w ciągu dnia niejednokrotnie znikał w okolicznych uliczkach, a każdego ranka i wieczora pojawiał się jako odźwierny w naszym hotelu.

Nasz hotelowy futrzak
Strażnik hotelu

Przy hotelu miał swoją budkę, gdzie zawsze była miska z wodą, a dokarmiany był nie tylko przez hotelowych gości, ale również przez pracowników hotelu.

Jego kumpel często urzędował w hallu

O ile nasz odźwierny nie garnął się zbytnio do środka, to jego biało-rudy kumpel był już częstym gościem w hallu. Można by rzecz – pełnił funkcję… recepcjonisty. Zarówno jeden, jak też drugi były nieodłącznymi członkami hotelowej załogi i lokalnymi atrakcjami. Nikt ich nie przeganiał, wręcz przeciwnie – doświadczyliśmy, że bezdomność stambułskich kotów nie jest naznaczona tylko tragedią, ale też wzajemną, pokojową koegzystencją ludzi i zwierząt.

KOTY Z SULTANAHMET

Hotel mieliśmy zlokalizowany w dystrykcie Fatih, a ściślej mówiąc w jego dzielnicy Sultanahmet. Tam, też, kilka przecznic od hotelu spotykaliśmy przez kilka dni kotkę, która była wspaniałą opiekunką i przewodniczką dwóch mniejszych kotów. Jeśli ktoś spotka tą piękną tricolorkę w okolicach Kucuk Ayasofya Cadesi, to pozdrówcie ją od nas. Prawdziwa wojowniczka i przywódczyni!

Kotka przewodniczka z okolic Nakilbent

Spacerując uliczkami Kumkapi napotkaliśmy na tego szarego pięknisia. Nakarmiliśmy go, ale specjalnie głodny to on nie był. Dorodny wykastrowany kocurek miał się dobrze, ale oczywiście salami nie pogardził.

Piękność z okolic Kumkapi

W okolicach Ziya Baba Turk Mutfagi znaleźliśmy trzy koegzystujące ze sobą egzemplarze. Biało-czarnego kocura oraz dwa rudzielce – mamę z kociakiem.

Mama z małym..?

O jedzenie się nie biły, każdy dostał swoje, oblizał się i poszedł, a jakże, do najbliższej knajpy oczekując na następne smakołyki.

Ten trzeci

RESTAURACYJNE CWANIAKI

Cwaniak ze zdjęcia poniżej był doskonale zaprzyjaźniony z restauracją. Znał drogę do bocznego wejścia, gdzie czekał na smakołyki, a w wolnym czasie ucinał sobie drzemki na poduchach w restauracyjnym ogródku.

Rudy cwaniak z Sultanahmet

W Stambule prawie każda knajpa ma swojego kota – i to nie tylko dochodzącego, a raczej dojadającego 🙂 W wielu z nich jest stałymi wręcz mieszkańcami, czy też członkami personelu. Piękna błyszcząca, czarna sierść i obróżka z dzwoneczkiem to mój znak rozpoznawczy!

Nawet dzwoneczek zawiesili na mojej szyi

Tymczasem w okolicach Maramara University spotkaliśmy uroczą parę… Ten z lewej ze zdjęcia poniżej to ON, natomiast ta z prawej to ONA. ON zazdrosny jak cholera, ONA mająca licznych adoratorów. Po prostu lokalna piękność. W powietrzu “wisiała” zazdrość! W tym przypadku, to ON krzyczał i przeganiał inne koty z sąsiedztwa, które adorowały piękną kocicę 🙂

Kocie związki bywają trudne…

O ile wyżej opisany związek był napiętnowany namiętnościami, to dwa poniższe futrzaki żyły w doskonałej komitywie, rzekłbym nawet… przyjaźni. Jak wyżej pisałem, prawie każda restauracja lub bar w Stambule ma oczywiście sowich czterołapnych i futrzastych przyjaciół. Żyją w zgodzie nie tylko ze sobą, ale również z kelnerami i kucharzami, o gościach nie wspominając. Znakomita większość z nich nie jest nachalna, wręcz przeciwnie, czekają spokojnie na swoją kolej. Głodne nie są – dokarmiają ich zarówno goście, jak też pracownicy knajp.

Koci przyjaciele z knajpy przy Divan Yolu Cadesi

Niejedna restauracja ma swojego rezydenta, który niczym pasza leniwie drzemie na fotelu przy wejściu.

Takie cwaniaki to mają klawe życie

KOCIE BUDKI

Nie tylko w Sultanahmet, ale też w Karaköy, Galastaray czy też okolicach Taksim znaleźć można takie oto kocie domki. Budki, a przy nich miski w suchą karmą oraz wodą. Takie obrazki nie są rzadkością na ulicach Stambułu. Koty traktowane są nie tylko jako element lokalnego krajobrazu, są wręcz pełnoprawnymi członkami stambulskiej społeczności.

KOTY Z BAKIRKöY i ZEYTINBURNU

O ile Sultanahmet było stosunkowo zamożne, to Zeytiburnu i okolice stanowią już stambulską średnią. Dzielnice niezbyt zamożne to i lokalne kociaki jakby biedniejsze… Taka prosta zależność.

Koty były w tym miejscu bardziej nieufne i na jedzenie, którym je dokarmialiśmy rzucały się z większą łapczywością. Taki świat… Jak szóstka (na foto 5 z nich) kotów znalazła się w jednym momencie w tym samym miejscu? Były tylko dwa gdy wyjmowaliśmy smakołyki!

Jeśli chodzi o pogodę, to luty 2020 roku był w Stambule chimeryczny. W czasie naszego pobytu doświadczyliśmy zarówno chłodu, jak też słońca. Temperatury wahały się od +3’C do +’15. Nic dziwnego, że koty, jak ta piękna trikolorka ze zdjęcia poniżej wykorzystywały każdy promień słońca by ogrzać swoje futerka.

FUTRZAKI SPOD WIEŻY GALATA

Przez Złoty Róg – wąską zatokę, którą Fatih i Sultanahmet od Karaköy i Galaty oddziela most Galata. To dzielnica pełna futrzanych przyjaciół. Przy samej wieży Galata, na którą oczywiście warto wejść sorry – wjechać windą mamy kocie domki. Znajdzie się i miska z wodą i z suchą karmą, ale przede wszystkim znajdą się leniwe futrzaki korzystające z pierwszych promieni słońca. W czasie sjesty wygrzewały się w słońcu drzemiąc przed swoim kocim “blokiem”. Taka wielorodzinna budka nie stanowi rzadkości na ulicach Stambułu.

Koty bytujące przy wieży Galata

Obok tego kociego skweru znajdziecie pomnik poświęcony stambulskim kotom i psom, które niewątpliwie wzbogacają życie tureckiej metropolii. Wyrzeźbieni dwaj odpoczywający czworonożni przyjaciele to uhonorowanie ich bytności wśród ludzkiej części miasta.

Jeden z pomników przypominających o czworonożnych mieszkańcach miasta

Jadąc zabytkowym czerwonym tramwajem (trochę przypomina ten żółty z Lizbony) natknęliśmy się kolejną kolonię w okolicach historycznej tureckiej łaźni. W sąsiednich barach niejeden ich brat drzemał na restauracyjnych krzesłach. Spotkać można było też “kuchennych pomocników” – nadzorujących ruch kebaba na ruszcie.

Koty z okolic Tarihi Galatasaray Hamamı

PIĘKNOŚCI Z TOPHANE i KARAKöY

W zimowe dni, w dawnej stolicy Bizancjum, czasem dokucza deszcz, a czasem pali słońce. Parasol jak znalazł – praktyczna ochrona przez wszystkie pory roku. A przy tym – jakże romantycznie…

Romantycznie i praktycznie

Wody, misek i jedzenia im nie brakowało. W tym samym miejscu były też kocie domki oraz… miejskie automaty, z których w zamian za zwrot butelek PET sypała się kocia karma! Pomysł oczywiście wart skopiowania na cały świat.

Obok mniej romantycznie, ale praktycznie

Wiecie po czym idzie ten kociak..? Po sławnych, stambulskich “Rainbow Stairs”. Na tęczowych schodach, dzisiaj może już przyprószonych upływem czasu przechadzają się nie tylko ludzie, ale też miejscowe koty.

Jeden z dumnych lokalsów z Rainbow Stairs

KOTY Z ÜSKüDAR

Üsküdar to azjatycka czy też jak mówią miejscowi – anatolijska część miasta. Po tej stronie Stambułu również nie brakuje kociaków. Nie wyglądają na zabiedzone, ale znakomita większość z nich, to koty wolno żyjące. Mają, podobnie jak po europejskiej stronie miasta, swoje budki, miski i opiekę. Jednak oferowaną przekąską nie pogardzą.

Jemy..?
Oczywiście, że jemy!

NIE TYLKO KOTY…

Krajobraz i folklor Stambułu to oczywiście nie tylko koty. O ile te futrzaste stworzenia mają swoją, często ugruntowaną pozycję, to ich czworonożni przyjaciele z rodziny psowatych mają się trochę gorzej. W końcu muzułmański kraj, jakim jest Turcja (szczególnie dzisiaj – za rządów Erdogana), nie jest najbardziej przyjazny dla naszych wspaniałych przyjaciół jakimi są psy.

Leila to spryciula

Przy zamku Topkapi mieszka sobie Leila. Leila jest niezłym cwaniakiem. Pięknie pozuje do zdjęć, ale żąda za to zapłaty. Pewnie w dzieciństwie mieszkała na Wielkim Bazarze 🙂 Jej zdolności handlowe są nieocenione. Zrób jej foto i daj smakołyka… Będzie szła za Wami, aż do bramy parku. Przy tym jest ulubienicą patrolujących park i muzeum Topkapi, którzy witają się z nią na każdym kroku. Może jej przodkowie mieszkali na dworze Sułtana.

Leniwce ze skweru przy Theodosius Dikilitaşı

Przy obelisku Teodozjusza spotkaliśmy dwa leniwce. Widać, że to ich stałe i ulubione miejsce. Turyści, lokalsi, knajpy – prawie wszystko czego oczekują. Okazuje się, że mieszkańcy oraz włodarze miasta potrafią zadbać również o Większość z nich, jak zauważyliśmy, jest czipowana oraz sterylizowana tak więc w klimacie Stambułu nie mają się najgorzej. Przy posterunku policji w Kumkapi są nawet boksy dla matek ze szczeniakami, którymi opiekują się władze miasta.

STAMBUŁ BEZ KOTÓW NIE BYŁBY STAMBUŁEM

Kedi – koty ze Stambułu. Filmowa opowieść niesie ze sobą przesłanie, w którym współistnienie ludzi i miejskich (i nie tylko) zwierząt jest frgmentem naszej cywilizacji. Nasi bracia mniejsi mają takie same prawa do istnienia i godnego życia. Wybierając się do Stambułu miałem przed oczami momentami tragiczne obrazki bezdomności zwierząt, które zapamiętałem na przykład z przepięknej skądinąd Gruzji. Kedi – koty ze Stambułu okazały się jednak w większości przypadków nie tylko pozostawionym sobie równoległym światem. Jest to świat, w którym ludzkość przejawia się również w pomocy dla przetrwania tych współmieszkańców Stambułu. Sterylizacja, dokarmianie, opieka, budki i miseczki sprawiają, że stambulskie koty zachowują swoje naturalne miejsca bytowania. Dla niejednego z nich miasto jest domem, a człowiek opiekunem. Niejedna restauracja ma swojego rezydenta, który niczym pasza leniwie drzemie na fotelu przy wejściu.

FRANKFURT AM MAIN

Frankurt am Main

Trochę czasu spędziłem w swoim życiu w Niemczech, tyle razy leciałem przez Frankfurt, a wstyd się przyznać, że nie miałem czasu odwiedzić tego miasta. Tym razem stop-over pozwala chociaż wyrwać się z lotniska i wpaść na chwilę do miasta. Tyle się człowiek nasłuchał i naczytał o niemieckiej stolicy biznesu. Kilka historii dotyczących innych niemieckich miast znajdziecie tutaj: http://7mildalej.pl/kilka-chwil-w-berlinie/ oraz tutaj: http://7mildalej.pl/stop-over-w-monachium/ – Frankfurt gości na tych stronach pierwszy raz.

DOJAZD Z LOTNISKA

Nieważne, na którym terminalu lądujesz, najszybszą drogą dotarcia do centrum miasta będzie S-bahn z lotniskowego dworca. Kolejka jedzie do centrum zaledwie około 20 minut. Najlepiej wysiąść na Hauptwache – praktycznie starówka. Do Mainhattanu również blisko. Do wybory macie dwie linie S-8 oraz S-9. Ciekawostką jest fakt, że możecie nimi również dojechać do pobliskiego Mainz (Moguncja), a także do Wiesbaden. Kolejną zaletą jest fakt, że cena dojazdu do miasta nie zrujnuje Ci budżetu. Nie jest to takie oczywiste w przypadku innych europejskich metropolii. Dojazd na lotnisko w Monachium to cenowy koszmar. Za Tageskarte zapłaciłem ok. 8 EUR, a więc stosunkowo niewiele jak na niemieckie warunki. Jest też autobus, ale nie korzystałem z tej opcji dojazdu do centrum.

FRANKFURT AM MAIN – TROCHĘ HISTORII

Dzisiaj Frankfurt am Main znany jest jako jeden z największych ośrodków biznesowych i finansowych w świecie i Europie. A na pewno największy w Niemczech. Miasto ma przebogatą historię, której to początki sięgają roku 794. Wtedy to cesarz Karol Wielki nadał osadzie nazwę: FRANCONOVUD. Od 843 roku miasto było siedzibą królów Państwa Wschodniofrankijskiego. W rezultacie czego Frankfurt wielokrotnie gościł cesarzy i przybyłych na odbywające się tamże sejmy Rzeszy. Od czasu koronacji Fryderyka Barbarossy na króla Niemiec w 1152 roku miasto stało się zwyczajowym miejscem koronacji kólów niemieckich.

Od tamtego czasu Frankfurt niejednokrotnie zapisywał się w dziejach Niemiec i Europy. W trakcie wojny trzydziestoletniej zachował neutralność. Wkrótce później otrzymał status Wolnego Miasta. To we Frankfurcie urodził się w 1749 roku Wolfgang Goethe i we Frankfurcie napisał – w 1774 roku – swoje największe dzieło: “Cierpienia młodego Wertera”. W latach 1810-1813, w czasie wojen napoleońskich istniało, zależne od Francji – Wielkie Księstwo Frankfurtu (Großherzogtum Frankfurt).

Frankfurt zwano też Jerozolimą nad Menem, z uwagi na liczną ludność pochodzenia żydowskiego. W 1933 roku pierwszego, żydowskiego burmistrza usunięto po dojściu faszystów do władzy. W końcowym okresie, 1944, II wojny światowej miasto było systematycznie bombardowane przez alianckie lotnictwo. Zniszczeniu uległo co najmniej 70% substancji miasta. Stare miasto jeszcze mocniej doświadczyło zniszczeń – zostało prawie zmiecione z powierzchni ziemi.

Po wojnie odbudowano je tylko częściowo, a dopiero w ostatnich latach przystąpiono do rekonstrukcji starówki. W międzyczasie Frankfurt wyrósł na finansową stolicę Niemiec, a były nawet plany umieszczenia tam siedzib rządu Niemiec.

CO ZWIEDZIĆ BĘDĄC KILKA GODZIN WE FRANKFURCIE?

Swój spacer po mieście zaczął od Haupwache. Jadąc S-bahną z lotniska to chyba najlepsze miejsce miejsce, gdzie można zacząć znajomość z Frakfurtem.

St. Katharinenkirche (Kościół św. Katarzyny przy HauptWache)

Tak w ogóle to frankfurcki Altstadt powinien nosić nazwę neue-alte-stadt. Starówka po wojennych zniszczeniach przez wiele lat nie była odbudowana, a kiedy już zaczęto ją odbudowywać wiele starych kamienic restaurowano kreatywnie.

Seufzerbrücke czyli Most Westchnień

Przy Bethmanstrasse znajdziecie uroczy most westchnień (Seufzerbücke) zwany przez miejscowych pieszczotliwie Wenecją. Łączy on dwa rządowe budynki i prowadzi na Paulsplatz. Stąd wystarczy już przejść przez ulicę, aby znaleźć się w samym centrum starego Frankfurtu: Römerberg

Römerberg to miejsce przy którym warto się zatrzymać. Najpiękniejszy z frankfurckich placów znany był już w XII wieku ponieważ właśnie tutaj odbywały się liczne targi oraz kiermasze. Od XV zabytkowe kamienice pełnią rolę siedziby władz miejskich.

Ciekawostką jest flaga i herb Frankfurtu nad Menem – orzeł ze złotym dziobem oraz szponami i biało czerwona flaga. Podobne do naszych barw narodowych..? Prawdopodobnie oba orły mają swoją genealogię w rzymskich orłach, a flaga jest zgodna z zasadami weksykologii. Tło godła to dolna barwa, natomiast godło stanowi górny pas flagi.

Rathaus, a na nim flaga Frankfurtu

Po wschodniej stronie placu, naprzeciwko ratusza znajduje się Ostzeile – rząd sześciu ciekawych półdrewnianych kamienic, które są rekonstrukcjami zbudowanych na przełomie XV oraz XVI wieku domów. Kamienice mają swoje nazwy: Zum Engel, Goldener Greif, Wilder Mann, Klainer Dashberg-Shlussel, Grosser Laubenberg, Kleiner Laubenberg.

Sześć charakterystycznych kamienic przy Römerbergu

Na środku placu znajduje się Gerechtigkeitsbrunnen, czyli Fontanna Sprawiedliwości, którą zbudowano w 1543 roku. Temida nie zawsze jest ślepa – Bogini Justitia, która stoi na środku fontanny, trzyma wagę i miecz, ale nie ma jednak, w przeciwieństwie do wielu innych posągów, zakrytych oczu.

NAD NIEMNEM..? NIE – NAD MENEM!

Men (Main) to rzeka która niekoniecznie dzieli miasto na dwie niezależne części. Miasto “żyje” nad rzeką, zarówno część północna, jak też południowa. Wzdłuż rzeki, oczywiście po obu jej stronach liczne bulwary, skwery, a także parki zachęcają do spacerów. Rozciągający się po północnej stronie Nizza Park jest ewenementem ze środziemnomorską roślinnością.

Rzeka Men (Main)

Przez rzekę przerzucono kilka mostów, z których oczywiście najbardziej znane to: Eisener Steg, Untermainbrücke, a także Holbeinsteg.

Eisener Stego to kładka dla pieszych i rowerzystów

Eisener Steg to piesza kładka o długości 170 metrów, która łączy centrum Frankfurtu z południową dzielnicą dzielnicą zwaną Sachsenhausen-Nord. Most pierwotnie powstał w 1868 roku, a swój (prawie) docelowy kształt zawdzięcza przebudowie w 1911 roku. Oczywiście w końcowych latach II wojny światowej został zniszczony, a odbudowany już w 1946 roku.

Eisener Steg

Most to nie tylko wdzięczny obiekt do foto-story, ale też wspaniały punkt widokowy, z którego można podziwiać panoram miasta.

Mainhattan widziany z Eisener Steg

Południowy brzeg Menu to raj dla fanów muzeów. Na odległości niecałego kilometra, jaki dzieli Eisener Steg od Holbeinsteg znajdziecie ich około 10! I to tak różnorodnych, że zaspokoją gusta każdego wielbiciela sztuki i nie tylko.

Bulwary nad Menem

Nabrzeże Menu w Sachsenhausen w niczym nie ustępuje jego odpowiednikowi po drugiej stronie rzeki. Bulwary to doskonałe miejsce na spacery i podziwiania miasta. Po II wojnie światowej rozważano nawet przeniesienie tutaj stolicy Niemiec. Swoją drogą dobrze się stało – dzisiaj możemy doświadczyć pewnego rodzaju miejskiego spokoju, który zniknąłby w przypadku każdego capital city.

I’LL TAKE… MAINHATTAN

Być we Frankfurcie i nie odwiedzić Mainhattanu..? Przede wszystkim najlepiej uczynić to wjeżdżając windą na ponad 200-metrowy wieżowiec zwany po prostu Main Tower. Winda rozpędza się do prędkości ok. 18 km/h w rezultacie czego w przeciągu kilkudziesięciu sekund jesteś na dachu jednego z najwyższych budynków Europy, a po drodze mijasz 56 pięter. Main Tower jest chyba 16-tym najwyższym budynkiem Europy.

Cała podróż na wyświetlaczu

Mainhattan położony jest praktycznie w centrum Frankfurtu. Oczywiście blisko stąd nad Men (Main) oraz innych śródmiejskich atrakcji miasta. Czy rzeczywiście jest podobny do swojego bardziej znanego kuzyna? Nie mnie oceniać… Zresztą nie lubię tego typu porównań – Mainhattan jest tylko jeden jedyny w swoim rodzaju.

Pierwsze wysokościowce, od których wszystko się zaczęło były budowane na początku lat 60-tych XX wieku. Na dzień dzisiejszy we Frankfurcie znajdziemy 10 najwyższych budynków w Niemczech, a także 19 z 30 jakie rozsiane są po niemieckich metropoliach. 20 frankfurckich wieżowców liczy sobie co najmniej 127 m, a 14 z nich ponad 150 m!

Będąc we Frankfurcie nie pozostaje więc nic innego, jak zobaczyć ten cud budownictwa z samej góry.

A oto i on – Main Tower (200 m), z którego będziemy podziwiać Mainhattan

NAD DACHAMI FRANKFURTU

Pierwszy look na Frankfurt am Main – najbliżej Commerzbank Tower (259 m, a 300 łącznie z antenami i masztami). Najwyższy budynek Europy do 2003 roku, najwyższy w UE do 2011 roku i najwyższy w Niemczech do dzisiaj. W oddali siedziba EBC – 184 m (7. pod względem wysokości we Frankfurcie).

Commerzbank Tower (259) i siedziba EBC (184)

Nad brzegiem Menu (najdalej na foto) Westhafen Tower (112 m). Bliżej, po prawej Silberturm (166 m) oraz Skyper (154 m).

Silberturm (166 m – numer “10”) i Skyper (154 m), za Menem i lasem w oddali FRA (airport)

Tym razem widok na jedne z najwyższych. Od lewej Westendstrasse 1 (208 m) – numer “3” we Frankfurcie, obok Turm 185 (200 m) – numer “5”. Dalej prezentuje się numer “2” czyli Messeturm (256,5 m). Na pierwszym planie mamy Trianon (numer “6” – 186 m), a po prawej Deutsche Bank I oraz II (155 m).

Jeśli natomiast spojrzymy na dawny Vorstadt (przedmieście) Frankfurtu, czyli Sachsenhausen, to zobaczymy 88-metrowy wieżowiec Main Plaza, jak widać odstaje od Bankviertel.

HISTORIA FRANKFURTU WIDZIANA Z GÓRNYCH PIĘTER MAINHATTANU

Neorenesansowy budynek opery we Frankfurcie (Alte Oper) został w 1944 roku doszczętnie zniszczony przez Aliantów w wyniku bombardowań. Przez całe dziesięciolecia nie był odbudowywany zyskując miano najpiękniejszej ruiny Niemiec. Pierwszy koncert po wojnie odbył się dopiero w 1981 roku.

Opera we Frankfurcie, a obok Operturm (170 m – numer ósmy)

Budynek Giełdy we Frankfurcie (Börse Frankfurt) jest jednym z największych budynków giełdowych świata. Wybudowany w 1843 roku jest dzisiaj dziesiątym, największym budynkiem giełdy. To właśnie w tym miejscu rządzi nowy król Frankfurtu – DAX! Indeks, który jest jednym z najważniejszych wskaźników giełdowych w Europie. Giełda we Frankfurcie to przecież druga największa po London SE giełda europejska (nie licząc konglomeratu EURONEXT).

Frankurcka giełda – królestwo DAX-a 🙂

FRANKFURTER KüCHE

Tradycją są oczywiście znane na całym świecie frankfurterki (Frankfurter Würstchen). Tym razem nazwa nie jest myląca. Te wieprzowe kiełbaski znane były we Frankfurcie co najmniej od XVII wieku, jak nie wcześniej. Od 1860 roku nazwa jest chroniona jako produkt regionalny. Nie mylcie tego z powszechnie dostępnymi w Polsce frankfurterkami – niewiele mają wspólnego z pierwowzorem z Hesji.

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował lokalnej kuchni. Frankfurt am Main ma jednak to do siebie, że przy jego kosmopolitycznym charakterze, ciężko było wejść do pierwszej knajpy i zjeść coś z lokalnej kuchni. Nie miałem czasu na zwiedzanie odległych dzielnic, a centrum oferuje niestety jedzenie z całego świata i korporacyjny szajs zamiast tradycji.

KLOSTERHOF – NIEMIECKA KUCHNIA W CENTRUM FRANKFURTU

W końcu jednak znalazłem – KLOSTERHOF! Wyglądała na knajpę serwującą lokalne i niemieckie specjały i tak rzeczywiście było.

Chyba jedna z niewielu knajp serwujących w centrum Frankfurt am Main regionalną kuchnię

Wnętrze, jak to w niemieckich knajpach, trochę przytłaczające i ciężkie, ale taki ma już urok. Obsługa sprawna i miła. Około godziny 13-tej nie było zbyt wielu klientów, ale przed 15-tą trzeba było odstać swoje w kolejce.

Wnętrze KLOSTERHOF

Na przystawkę dzban lokalnego APFELWEIN. No właśnie – czy to wino, czy cydr..? Nazwę ma winną, ale posmak cydrowy. Przede wszystkim jest zbliżony do moich cydrów. A jestem zwolennikiem cydrów wytrawnych, bez cukrowej nuty, która zabija wszystko, co możemy wyciągnąć zapakowanych do balona owoców. Robiony jest z wyciskanych (lub prasowanych) jabłek przy użyciu drożdży – a więc: cydr! Taka jest podobno rceptura. No więc ten cydr, zwany apfelwein’em jest w Hesji napojem tradycyjnym, pija się go równie często jak piwo. Ten, w Klosterhofie, przypadł mi do gustu. Owocowy, lekko kwaśny i cierpki na języku, finiszował swoistą łagodnością. Do cydru – entschuldigung – apfelwein’a kolejny lokalny specjał i ciekawostka: handkäse mit Musik! Z nazwy ręcznie wyrabiany ser, ale podawany – o zgrozo! – w ostrej octowej marynacie z cebulą. Niezłe połączenie, ale na tyle ciekawe, że warto spróbować. Ale dlaczego… mit Musik..? Ano dlatego, że po spałaszowaniu większej ilości tego specjału zaczynają grać… jelita 🙂

Tradycja kulinarna Hesji i Frankfurtu: apfelwein und handkäse mit Musik

SPECJAŁY KUCHNI “KLOSTEROF”

Po przystawce czas na dania główne – w pierwszej odsłonie wjeżdża specjalność kuchni: “Klosterhof” Wurstsalat mit Bratkartoffeln. Danie na zimno – sałatka z przypominającej tagliatelle wołowej mortadeli z pieczonymi ziemniakami. Specyficzny był towarzyszący temu sos: musztardowy winegret z korzennymi ogórkami, papryką oraz czosnkiem dętym zwanym też cebulą siedmiolatką. Pyszne, ale po takiej porcji można tylko rzec: Ich bin satt und riesig…

“Klosterhof” Wurstsalat mit Bratkartoffeln

Druga odsłona to: Rösti mit frischem Pilzgemüse in Rahm. Cóż to jest tak apetycznie brzmiące..? No więc Rösti to nic innego jak tarte zapiekane kartofle, czyli “bratkartofle”. To wszystko podane w towarzystwie świeżych grzybów w sosie śmietanowym. Całość wygląda jak ziemniaczany placek posadowiony na pieczarkach w mocno śmietanowym sosie. Jak smakuje..? Przepysznie! Proszę nie liczyć kalorii, ponieważ nie wszystko da się przeliczyć na jednostki energii.

Rösti mit frischem Pilzgemüse in Rahm

PODSUMOWANIE

Frankfurt am Main jest często pomijany jako turystyczny cel wyjazdu. Nie jest to może miasto tak bogate w zabytki jak chociażby Rzym czy Paryż. Daleko mu do atmosfery uliczek i galerii na przykład Lizbony czy Madrytu. Z tego względu nie jest ulubionym celem nawet weekendowych city-break’ów. Powstaje pytanie czy słusznie..? Weekendowe dni wystarczą w zupełności na poznanie miasta, ale mogą się okazać jednak zbyt krótkim czasem jeśli chcemy zobaczyć okoliczne miasta, do których warto zajrzeć.

Kilkadziesiąt minut zajmie nam podróż do Mainz (Moguncja) czy Wiesbaden, jak również miasta braci Grimm czyli Hanau. Frankfurt to również największy las śródmiejski w Europie – zajmuje większą część dzielnicy Sachsenhausen.

Niestety samolot do IST nie chciał czekać, zabrakło więc czasu na zwiedzanie uroczych uliczek północnej części Sachsenhausen – cydrowej dzielnicy Frankfurtu, czy też Bornheim – stanowiącej chyba najwierniejszą namiastkę tego jak Frankfurt wyglądał chociażby 100 lat temu.

KILKA PRAKTYCZNYCH WSKAZÓWEK

  • najdogodniejsza podróż do centrum miasta z lotniska FRA do centrum Frankfurt am Main to linie S-8/S-9
  • bilet dzienny (Tageskarte) – 8,50 EUR
  • wjazd na platformę widokową Main Tower – 8 EUR
  • ogród botaniczny (Palmengarten) Siesmayerstrasse – można dojść na pieszo – ok 1,5 km z centrum
  • dojazd do Mainz – S-8 – ok. 40 min
  • dojazd do Wiesbaden – s-1 – ok. 45 min
  • oficjalna strona miasta: https://frankfurt.de/

PUGLIA MIA…

Puglia mia… tęsknota za włoską sjestą i południowym karnawałem

Od czego zacząć by wspomnienie z przepięknej zimowej Puglii..? Obcas włoskiego buta to ten fragment Włoch, do którego przed sylwestrem 2019 roku nie dane było jeszcze zajrzeć. Na lotnisku w stolicy Apulii – Bari wylądowaliśmy po półtoragodzinnym, opóźnionym locie z Monachium w ostatnim dniu 2019 roku. Plan był taki, żeby przywitać nowy rok na południu Europy, odpocząć po trudach świąt i całego roku. Puglia wydawała się do tego celu idealna – w tym okresie niewielu turystów, spokój, słońce, morze i doskonała kuchnia. Miała być Puglia, a pozostała – per sempre Puglia mia…

LĄDUJEMY W PUGLII CZY APULII..?

No właśnie – w Polsce mówi się na ten region Apulia, włoski oryginał brzmi: Puglia. Ten bardziej mi odpowiada, a nie będę bawił się w purystę językowego i bronił zaciekle języka polskiego w przypadku obcej nomenklatury. Dla mnie Rzym zawsze będzie Romą, Genua Genovą, a Palermo… Palermo (w tym przypadku chyba za daleko zabrnąłem).

Nazwa nazwą, a są ważniejsze sprawy, które opisują tak piękny region. Wystarczy wspomnieć chociażby o kuchni, którą opisałem tutaj: http://7mildalej.pl/kuchnia-puglii/. Nie sposób zapomnieć o przepięknych landszaftach i wspaniałych, gościnnych ludziach zamieszkujących ten kraniec Włoch.

Puglia stała się “bliska” Polakom, gdy na lotnisko w Bari oraz Brindisi zaczęły latać low-costy (brandów nie będę reklamował) z kilku polskich lotnisk. Lotnisko w Bari nosi imię Karola Wojtyły (ot, taka miłość Włochów do polskiego papieża). Jest dość poręczne, szczególnie od strony przylotów. Jeśli chodzi o odloty i na lotnisko docieracie metrem/kolejką, to weźcie pod uwagę fakt, że dotarcie do odprawy zajmie Wam trochę czasu. Idzie się dłużej niż w Monachium, czy też we Frankfurcie.

Jak się dostać do Bari i dalej na południe..? Najlepszą opcją jest oczywiście wspomniana kolejka, którą można dostać się do Stazione Bari Centrale. Jedzie około 15-20 minut i wysiada na dworcu głównym, z którego już nie jest problemem dotarcie do innych miast tego pięknego regionu.Przesiadamy się więc w pociąg i ruszamy na podbój Apulii. Mamy około 1,5h opóźnienia, a ta jedyna w roku noc czeka na nas w Monopoli – czyli niecałe 50 km na południe od Bari.

PUGLIA MIA… WITA NAS SJESTĄ

Do celu dojeżdżamy w najgorszej możliwej porze – porze popołudniowej sjesty. “Na ulicach cichosza” jak śpiewał Grzegorz Turnau.

Monopoli wita nas sjestą

Z jedzenia więc nici. A plan był prosty – najpierw zapoznajemy się z lokalną kuchnią i winnicą, a dopiero później hotel. Czasem zdarza się, że priorytety trzeba odwrócić – tak było niestety tym razem, zwłaszcza, że na ulicach poza psem, który wyciągnął swojego Pana na spacer niewiele się dzieje. Nawet miejscowe koty, które oczywiście w tych rejonach stanowią nieodłączny element życia miasta śpią. Również nad pięknym, modrym, oczywiście, że nie Dunajem, tylko Adriatykiem ludzi brak.

Ktoś tam niby jest…

To chwila przed burzą… Nie zapominajmy, że za 10 godzin przywitamy nowy 2020 rok! Póki co – musimy znaleźć CASA PALMIERI – nasz…

NOCLEG W MONOPOLI

W ostatniej wręcz chwili – 3 dni przed wylotem – korzystając uprzejmości naszego poprzedniego hosta zmieniamy nocleg z Polignano a Mare na Monopoli. Decydujemy się na pensjonat B&B CASA PALMIERI prowadzony przez fantastycznych właścicieli – Marię i Filippo. Przede wszystkim sama miejscowość sprawiła, że poczuliśmy się jak w starych Włoszech. Jeśli do tego dorzucicie gościnność właścicieli pensjonatu, to czego chcieć więcej…?

Po kluczeniu wąskimi uliczkami starówki Monopoli w końcu odnajdujemy nasz domek na najbliższe dni. Przyjmuje nas Filippo – nasz host, z którym ucinamy (nie)krótką pogawędkę na temat Puglii, Monopoli i nie tylko. Wspaniale nam wszystko wyjaśnia i zaprasza na śniadanie następnego dnia. Tylko jak my wstaniemy na to śniadanie po uciechach vigila di capodanno..?

Casa Palmieri – w końcu trafiliśmy

Wszystko się zgadza z opisem, a jest nawet lepiej. Apartament ma sypialnię, aneks kuchenny, łazienkę – wszystko z pełnym wyposażeniem. Czystość – pierwsza klasa! W urządzeniu lokum widać kobiecą rękę i myśl przewodnią. Jak się okaże – to zasługa Marii.

Nowy apartament w drugim budynku

Nie zabrakło niczego – ręczniki, kosmetyki, suszarka do włosów, mały “welcome”, a nawet codzienna dostawa wina (odpłatna) do pokoju.

Wyposażenie, czystość – wszystko super!

Cisza (niekoniecznie w sylwestrową noc;), bliskość morza – wręcz czuć bryzę. Ocena – 5/5!

Nawet mały balkonik się znalazł

Śniadania typowo włoskie serwowane przez Marię i Filippo w sali śniadaniowej umawiane są na określoną godzinę. Na słodko, kawa, herbata, woda, ale też ser, szynka, pieczywo – skromnie ale smacznie. Do tego wypieki (dolce) własnoręcznie przygotowywane przez Marię. Kobieta ma talent! Nawet taki “anty-dolce” jak ja skusił się na jej kulinarne rękodzieła. Oboje wkładają w swoją dimorę serce, czas i profesjonalizm. Są przy tym ujmującymi i sympatycznymi ludźmi. Jeśli ktoś szuka noclegu w Monopoli – polecam gorąco!

MONOPOLI – PRAWDZIWA WŁOSKA PEREŁKA

Nie tylko nocleg, ale również miasteczko można zareklamować. Tylko po co..? Z turystycznym egoizmem powinienem powiedzieć: Nie jedźcie tam, niczego tam nie ma – jakby rzekł klasyk. A jednak jest to coś, co przyciąga i każe tam wrócić. Monopoli to nadmorska mieścina położona pomiędzy Bari a Brindisi. Pociągiem z Bari jedzie się albo 30 minut, albo 50 minut – to w zależności jaki il treno wybierzecie. Pamiętać trzeba oczywiście, że nie każdy skład zatrzymuje się w Monopoli, a i cena biletu różni się o ok. 10 EUR 😉

Jeśli mówimy o mieście, w którym mieszka 16 tysięcy mieszkańców, z których połowa utrzymuje się z rybołóstwa, to niewiątpliwie trafiacie w środek kulinarnego, rybnego edenu. Sprawdzone i potwierdzone. W marinie, jak zwał, tak zwał stary port zamiast jachtów – kutry i łodzie rybackie. Zdaje się więc to potwierdzać tezę Filippo.

Porto vecchio – przystań monopolijskich rybaków

Łodzie, łódki – na ogół w kolorze azzurro stanowiącym dopełnienie barwy opływającego miasto morza tworzą właśnie ten klimat, którego nie sposób opisać, ale trzeba “dotknąć” na miejscu.

I te niebieskie łodzie i kutry…

O rybnych, ale nie tylko specjałach kuchni Monopoli przeczytacie tutaj: http://7mildalej.pl/kuchnia-puglii/. Co więcej – w okresie sylwestrowo-noworocznym – na ulicach dominował język włoski. Znakomita część gości to Włosi odwiedzający Monopoli. Stranieri byli w tym czasie w całkowitym odwrocie.

Momentami miasteczko wydawało się wręcz senne. Nie tylko w czasie sjesty, czy też noworocznego odsypiania sylwestrowej nocy, ale też w ciągu dnia. Ożywało wieczorami, w dzień spacer zarówno uliczkami starówki, jak też nadmorską promenadą i wybrzeżem pozwalał cieszyć się ciszą przepięknymi widokami.

Porta przy via Porto, czyli brama przy ulicy portowej

Monopoli ma to do siebie, że przyciąga człowieka swoją naturalnością, nie jest przesadnie skomercjalizowane. Poza sezonem jest tutaj cicho i pusto. Jest to o tyle dziwne, że w każdym przewodniku ta puglijska mieścina traktowana jako “must see”. A jednak pusta lungomare nadaje miastu leniwy klimat.

Widok z Bastione S. Maria na zamek Karola V

Co ciekawe, w tym południowo-włoskim miasteczku odnalazłem klimaty jakby marokańskie i hiszpańskie. Zamek (nazwa trochę na wyrost) Karola V swoją nazwę otrzymał od władcy Hiszpanii (i nie tylko) – króla Karola V Habsburga.

Lungomare Santa Maria

UROKLIWE ULICZKI…

w Monopoli, które odkrywasz i którymi się zachwycasz to kolejna atrakcja, dla której warto odwiedzić to miasto. Niby podobne, a każda inna. Biel ścian na zmianę z kolorem piaskowca przeplata się co krok. Jest wąsko, czasem tak wąsko, że ciężko się minąć. Ale też klimatycznie i nostalgicznie.

Wieczorem – cicho i pusto
Tylko leniwe gatti (koty) spacerują uliczkami Monopoli

Kościół św. Teresy to jeden z monopolijskich zabytków. Wybudowany w stylu barokowym został ukończony w 1735 roku. Ma wapienną fasadę z wklęsłą i wypukłą powierzchnią, charakterystyczną dla architektury barokowej. W środku znajdziecie wiele dzieł malarskich różnych autorów i epok, cenny krucyfiks z XV wieku z kościoła San Salvatore w złoconym drewnie.

Chiesa di Santa Teresa

Dwa dni tam siedział i nawoływał; zaniosłem mu smakołyki ale nie zszedł…

Urok centro storico to tylko jedna z zalet Monopoli. Drugą jest niewątpliwie jego wybrzeże.

OD STRONY MORZA

Urozmaicone, nadające się zarówno do kontemplowania bezkresu morza, jak też spacerów, a także błogiego wypoczynku na niewielkich plażach jakich wiele zwłaszcza na południe od centrum miasta.

Centro storico od strony morza
Początek roku przywitał nas cielo azzurro oraz mare azzurro
Pomimo tych fal prawie wcale nie odczuwało się wiatru

Pierwszą plażę, którą napotkacie schodząc z miasta będzie Cala Porta Vecchia

Najbliżej centrum – Cala Porta Vecchia

Spacer wybrzeżem w Monopoli dostarczy też takich widoków – następna plaża Cala Cozze widziana od innej strony. Cozze to mule, więc nazwa plaży pewnie od tych mięczaków. Swoją drogą wyobrażacie sobie plażę nad Bałtykiem zwaną plażą omułków..?

Wybrzeże typowe dla okolic Monopoli

Dalszy spacer i zbliżamy się do Cala Porto Bianco rozciągającą się pomiędzy Ristorante Lido Bianco a Grotta della Cala Santa Miseria.

Cala Porto Bianco

Kilka minut spaceru i lądujemy na Cala Rosso. Dlaczego rosso..? Nie wiem…

Cala Rosso

Na koniec docieramy w okolice Grotta di Porto Verde oraz Cala Paradiso.

Te plaże są przepiękne, zwłaszcza po sezonie, gdzie przy optymalnej jeszcze pogodzie można spacerować rozkoszując się pięknymi widokami. Polecam!

VIGILIA DI CAPODANNO

Zamierzałem napisać jeszcze parę zdań o monopolijskim sylwestrze – zwanym we Włoszech vigilia di capodanno. Ale – co było w Monopoli, zostaje w Monopoli. Kilka fotek jednak wrzucam.

Piazza Palmieri – 31.12.2019 – 21.25
Bar Alchemico – 31.12.2019 – 22.01
Piazza Garibaldi – 31.12.2019 – 23.49
Gdzieś w Monopoli – 31.12.2019 – 23.59
Pod niebem Monopoli – 01.01.2020 – 00.01
Nad dachami Monopoli – 01.01.2020 – 13.01

I to byłoby na tyle z najdłuższej nocy roku w Monopoli. Przed nami – (Fiesta) di capodanno!

POLIGNANO A MARE W ŚWIĄTECZNEJ ILUMINACJI

Niewiele czasu mamy, ale jedno popołudnie poświęcamy na zwiedzenie pocztówkowego Polignano a Mare. W przeciwieństwie do Monopoli miasteczko najechane jest przez hordy turystów. Z Monopoli jedzie się pociągiem nie dłużej niż 10 minut. Jednocześnie Filippo polecał świąteczne iluminacje, z których Polignano słynie w całej Italii. I rzeczywiście – trafiamy w środek rozświetlonego setkami, jeśli nie tysiącami świecących figur i kompozycji. Żeby nie trzeba było sobie tego wyobrażać, to świąteczne Polignano wygląda tak:

Polignano a Mare ubrało się w świąteczne dekoracje

…i tak…

Nie zabrakło foczki 😉

…i tak…

Brama dla zakochanych 😉

…tak również…

Ogon wieloryba…???

…i na wiele innych sposobów…

Króliczek czy zajączek..?
Muchomorek jest, ale gdzie się podział Żwirek..?
Pszczółka Maja!!!
Biały miś… ten z piosenki
To już prawie zwierzyniec

Nie tylko miasto, ale również sławnej Lama Monachile udzielił się świąteczny nastrój:

Lama Monachile bez tłumów..? W sezonie to niemożliwe!
Całe miasto to jedna wielka iluminacja
Christmas tree a’la Polignano a Mare

POLIGNANO – RAJ ZADEPTANY…

Filippo miał rację… W tym okresie Polignano a Mare prezentuje się olśniewająco. Miasteczko ma więc swoje pięć minut w roku nie tylko latem, ale też zimą. Turystów i zwiedzających – okropne ilości. A my – wśród nich 😉

Natomiast sławetna Lama Monachile Cala Porto – najbardziej fotogeniczna plaża Apulii jest o tej porze pustawa… I to był największy sukces odwiedzin Polignano. Niektórzy instagramerzy mogliby więc zazdrościć. Strzelać fotosy w samotności (…aż tak bym nie przesadzał) na Lama Monachile!

Tłumów nie ma
… więc cała Lama Monachile jest moja !!!

Nawet spoglądając na zawieszony, a raczej wsparty na kamiennych przęsłach most – Ponte Borbonico (zwany też Ponte Lama Monachile) odnosi się wrażenie, że dla zwiedzających nie jest to must see.

Widok z mostu górującego nad plażą jest piękny

Polignano to jedna z perełek Puglii. Perełka, ale niestety perełka, która stała się ofiarą własnego sukcesu. Jedno z tych pięknych miejsc, gdzie turystyka i komercja wzięła górę. Cóż… Żyjemy w takich czasach, że każdy ma prawo stać się posiadaczem (choć przez krótką chwilę) tego pięknego miejsca…

Co poza tym w Polignano warte jest jeszcze zobaczenia..? Piękna starówka z wąskimi uliczkami.

Czasami jest wąsko i pusto, ciemno i do domu daleko

A ponadto groty, do które najpiękniej prezentują się od strony morza (można dopłynąć statkiem), a także pomnik Domenico Modugno – tego od: Volare… Gość podobno wyparł się swego miejsca urodzenia, ale się chyba zreflektował, skoro mieszkańcy postawili mu monument.

Przy via Pompeo Sarnelli trafiamy jeszcze na świąteczno-karnawałowy jarmark, gdzie próbujemy regionalnych specjałów. Pozdrawiamy z tego miejsca sympatycznego gospodarza z okolic Gargano, który raczył nas swoimi pysznymi wyrobami i grzanym winem 🙂 Niestety czas wracać do Monopoli – następnego dnia czeka na nas Alberobello – kraina trulli, a może Hobbiton..? (o tym miasteczku z listy UNESCO tutaj: http://7mildalej.pl/alberobello-swiat-hobbita/).

PUGLIA MIA…

pozostanie moją ukochaną Puglią. Wiem, że wrócę tutaj. Włochy poznałem w młodości dość dobrze, ale do Puglii było mi nie po drodze, mimo że niedalekie regiony zwiedziłem. Cóż… młodość kieruje się swoimi prawami 🙂 Gdybym wiedział… byłbym już wcześniej bogatszy o wspaniałe doświadczenia kulinarne, krajoznawcze i międzyludzkie. W Puglii doświadczyć można jeszcze starej, południowej włoskiej gościnności. Jeśli ktoś zwiedzał ten raj 25 lub 30 lat temu – wie o czym mówię. W Puglii – tym przez lata zapomnianym przez turystów zakątku Włoch – można doświadczyć jeszcze Italii, którą znam z lat młodości.

Subiektywnie o puglijskich miasteczkach można rzec:

  • Monopoli – to jest puglijska perełka! Nie ma takiego tłoku jak w Polignano czy też w Alberobello. Chciałem pobyć we włoskim (rozumianym na wszystkie strony świata) klimacie i to się właśnie udało – Monopoli było strzałem w “10”. Atmosfera, klimat, morze, kuchnia – wszystko zdecydowanie na “tak”. W sezonie pewnie niezmiennie oblegane, ale na wiosenny, czy też jesienny wypad – idealne. Kilka info o mieście na stronie www: http://www.comune.monopoli.ba.it/
  • Polignano a Mare – niewątpliwie piękno, Lama Monachile, groty; ja jednak wolę mniej turystyczne Monopoli. Po wizycie w Polignano pozostał nam pewien, rzekłbym niedosyt. Trochę krótko, nie wszystko więc udało się zobaczyć. Ale nie ma tego złego… może uda się następnym razem.
  • Alberobello – czy czuję rozczarowanie…? Wcale nie – domki trulli, ba… cała dzielnica domków trulli to miejsce co prawda skomercjalizowane, ale jednak urocze, a w samym Alberobello też je znajdziecie – zamieszkane, używane, takie prawdziwe. Jeśli nie wybierzecie się tam w szczycie sezonu, to sądzę, że będziecie ukontentowani.

Poza miejscem Puglia to przede wszystkim wspaniała kuchnia. Wszystko, co z morza, oliwa, wino – czego można chcieć więcej..? To jest, jak dla mnie, awangarda la cucina italiana. Każdy region Włoch, a zwiedziłem ich znakomitą większość, niósł ze sobą nowe, niezapomniane smaki. Tym razem smaków tych starczy na wiele wieczorów, gdy przy puglijskim primitivo będę je odtwarzał.

ALLA FINE – RINGRAZIAMENTI SPECIALI

Szczególne podziękowania dla naszych hostów (padroni di casa): Maria e Filippo – ancora una volta voglio ringraziare per vostra ospitalita, per ottimi pasticini di Maria, per tutto. Abbiamo intenzione di ritornare a Puglia. Ricorderemo piacevolmente il nostro soggiorno con voi. Alla prossima volta! Spero, che ci vediamo quest’anno.