GDZIE ZJEŚĆ W MALMÖ?

Jeśli śledź, to tylko tutaj!

Gdzie zjeść w Malmö? To pytanie nurtowało mnie po wylądowaniu na lotnisku Sturup… O ciekawostkach miasta można poczytać tutaj: ………….. Na szczęście nasz przyjaciel odebrał nas i pierwsze, czego dotknęły nasze podniebienia, to oczywiście fisk, czyli ryba. Z jeśli Szwecja, to musi być śledź! Nie wiem czy to dobrze, czy to źle…? Już pierwszego dnia “skazić” swoje kubeczki smakowe takim żarłem…? Ale po kolei…

Limhamn to nadmorska dzielnica Malmö – ta położona najbliżej Øresundsbron, czyli mostu nad Sundem. Jak mówią mieszkańcy Malmö (chciałem napisać malmöńczycy;) Ci z Limhamn mają się podobno za lepszych i zawsze mówią, że nie mieszkają w Malmö, tylko w Limhamn. Tak jakby to było oddzielne miasto, a to tylko fragment wielkiego Malmö. Ok, mają marinę, blisko do Kopenhagi, domy na bogato, ale czy Limhamn mnie aż tak zauroczyło. Spokojna, mieszczańska dzielnica. Jak widać w każdym kraju znajdą się wyznawcy swojsko brzmiącego hasła: Mój Limhamn jest lepszy niż Twój.

LIMHAMN FISKRÖKERI

Dzięki Kasimowi poznajemy jednak piękną, kulinarną stronę Limhamn. Cóż w niej takiego było – niepozorna knajpka połączona ze sklepem zwana LIMHAMNS FISKRöKERI. W wolnym tłumaczeniu znaczy to tyle co wędzarnia ryb. Limhamns Fiskrökeri została założona w 1946 roku i jest rodzinną firmą do dnia dzisiejszego. W ostatnich latach firma przeżywa swój rozkwit – świeże wędzone ryby, świeżo gotowane owoce morza, własne nadzienia śledziowe i inne przysmaki. Ich motto, które brzmi: Allt som finns under vatten kan vi ordna – czyli: wszystko, co pływa pod wodą, możemy wam przyrządzić – nie jest absolutnie przesadą.

Restauracja i sklep w jednym

Jedzenie można zamówić na wynos, kupić do własnego przygotowania lub po prostu skosztować na miejscu. Znajdziecie tam nie tylko ryby, ale też skorupiaki oraz inne podwodne mięsko.

Śledź z Limhamn bije jednak wszystko na głowę. Nie pamiętam, z jestem fanem ryb z różnych zakątków świata, abym gdziekolwiek zjadł tak pysznego śledzia. No więc sill (po szwedzku – śledź) na sposób z Malmö był rewelacją.

Kwintesencja szwedzkiego śedzia (sill)

Trzy solidne płaty szwedzkiego śledzia w towarzystwie ziemniaków puree oraz żurawiny, o których to dodatkach nie wspomnę dalej. Śledź był mięsisty, bez zapachu, ale za to smak… Jeśli miałbym przyjąć wzorzec śledzia z patelni, to właśnie byłby ten z Limhamn. Panierka, której osobiście w przypadku ryb nie znoszę, tym razem była delikatna, z otrębami i nie była destrukcyjna dla smaku takich delicji.wart

Oprócz śledzia na stół wjechała flądra. Tym razem już w pszennej panierce – nie była takim rarytasem jak śledź, ale całość poprawna. Kawałek również mięsisty, bez “obcego” smaku i zapachu. Myślę, że wielbiciele ryb dennych byliby bardzo usatysfakcjonowani. Zwłaszcza, że podana była bardzo ciekawie – w asyście krewetek oraz pieczonych małych kartofelków. Czy można połączyć morskie skorupiaki z rybą – teraz wiem, że tak, a nawet taka wariacja warta jest skosztowania.

Flądra z krewetkami – połączenie, jakiego jeszcze nigdy nie próbowałem

ORIENT-STREET-FOOD

Szwecja to nie tylko kuchnia skandynawska, a jako że jest to kraj wielokulturowy, to i świat gastronomii jest bogaty. W końcu ten największy z krajów Skandynawii stanowił przystań dla wielu ludzi z różnych stron świata. Począwszy od Polaków, wspominając chociażby emigrację stanu wojennego, przez Włochów (tak! – biedne południe ciągnęło do bogatej północy), przez rzesze imigrantów arabskiego pochodzenia, szczególnie z bliskiego wschodu.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zaliczył prawdziwej arabskiej kuchni w mieście, w którym ponad 20% populacji przyznaje się do arabskich korzeni. Jako, że miałem przewodnika dobrze znającego te klimaty, to zapuściliśmy się w rejony miasta, gdzie przeciętny turysta raczej nie dotrze. Okolice Rosengård nie cieszą najlepszą sławą i nie są ulubionym miejscem weekendowych wycieczek mieszkańców Malmö. Czasem spali się jakiś samochód, czasem gdzieś polecą szyby… Są ulice z biznesem syryjskim, palestyńskim, itd, itp. Wielu imigrantów, którzy dzisiaj wiodą normalne, uczciwe życie zaczynało swoją przygodę właśnie od Rosengård. Tutaj też mieszkał w młodości Zlatan Ibrahimović (widziałem blok, w którym się wychował), tutaj swoją przygodę z Malmö zaczynał Kasim, który przywiózł nas do… najlepszego irackiego “kebaba” w mieście.

Dzielnica może nie najciekawsza, za to kuchnia wspaniała – tutaj możesz kupić dolmy od domowych kucharek, tutaj znajdziecie też orient food – nie tylko sklep z arabską żywnością, produktami i przyprawami, ale też street-food z bliskiego wschodu w najlepszym wydaniu. W ten sposób trafiliśmy do

FALAFEL BAGHDAD

…prowadzonego przez chłopaków z Iraku. Na rogu Norra Grängesbergsgatan oraz Annelundsgatan jest prosta budka z ogródkiem – niepozorna, ale tłumnie oblegana przez lokalsów. Jeśli tak, to musi tu być jedzenie z tradycją.

FALAFEL BAGHDAD – the best orient-street w Malmö

Chłopaki dowiedziały się, że będą na blogu kulinarnym więc przygotowały ucztę jakich mało… Przegląd irackich kulinariów w wersji nie tylko XL, ale też w różnorodności dań. A wyglądało to dokładnie tak:

Shoarma z frytkami i warzywami
Falafele, dolmy z dodatkami j/w
Od lewej: hummus, tzatiki, pasta z bakłażana, tabboulech, grilowany kalafior oraz bakłażan

Tak naprawdę nie wiedziałem od czego zacząć ucztę, a teraz nie wiem od czego zacząć opis. Tego nie sposób opisać – tego trzeba koniecznie spróbować. Ale… hummus – inny niż ten, który wychodzi spod mojej ręki. Jest bardziej płynny, a jest to wynikiem tego, iż dodaje się jogurtu – muszę spróbować tej wersji. Podobnie pasta z bakłażana – również z dodatkiem jogurtu. Falafele – też extraklasa – soczyste, aromatyczne. Tabbouleh pachnący świeżością i dużą ilością mięty. Jedynie co nie do końca wyszło – to jeden z moich ulubionych przysmaków, a mianowicie dolmy – tym razem chłopaki się nie popisały. Te “gołąbki” pochodziły ewidentnie z puszki ze sklepowe półki. Wybaczam, ponieważ shoarmy z baraniny nie byłem już w stanie spałaszować, a ewidentnie była dobra – soczysta, a nie wysuszona, dobrze przyprawiona, ale nie zabijająca smak mięsiwa. Aha… jeszcze jedna ciekawostka – iracki chlebek / pita z pszennej mąki – samun – akurat była dostawa:

Samun – tradycyjny iracki chlebek/pita

Jeśli więc ktoś chce w Malmö spróbować orientalnego street-foodu – nie ma wyjścia – tylko FALAFEL BAGHDAD!

CZY JESZCZE COŚ MNIE ZASKOCZYŁO KULINARNIE?

Praktycznie na tych dwóch kulinarnych wyprawach mógłbym zakończyć opowieści o gastronomii w Malmö. Tym niemniej pamiętam jak w czasie swojej pierwszej wizyty w Szwecji, a był to rok 1990 (30 lat temu – wtedy byłem piękny i młody; dzisiaj już tylko młody) zajadałem się pizzą i pastą z włoskich restauracji w Norrköpingu. Były naprawdę smaczne, a wiem co mówię, bo “wychowałem się” na włoskiej kuchni u źródła – w Italii. Zresztą Włosi zarówno w XIX, jak też XX wieku chętnie emigrowali na północ. Południe Europy bogactwem nie grzeszyło, w przeciwieństwie do bardziej rozwiniętej północy. Emigrowali więc również kucharze, którzy rozpowszechniali tradycje kulinarne w nowych miejscach. Gdzie zjeść w Malmö Z tego też tytułu odwiedziliśmy włoską ristorante w centrum miasta.

EPICURE – WŁOSKA FANTAZJA W SZWEDZKIM WYDANIU

W samym sercu miasta, przy Gustav Adolfs Torg, znajdziecie restaurację serwującą włoskie dania: EPICURE. Menu lunchowe wyglądało zachęcająco, również cenowo, a że niedziela to dzień, w którym nie wszędzie w porze lunchu można zjeść, to wskazówką do wejścia był również głód.

Menu mają tam stosunkowo proste – kilka pozycji z każdej kategorii: pasty, risotta, dania główne, sałatki. W niewielkiej restauracji nie chodzi o to, by mnożyć pozycje – kilka dobrze opanowanych potraw potrafi stanowić o legendzie knajpy.

We wnętrzu da się poczuć włoską tradycję i styl i rzeczywiście właściciel pochodzi z południa Włoch, a konkretnie z Salento. Ale jak to..? Kucharz z Puglii i nie ma orrechiette, albo chociaż strascinate..?

Menu w EPICURE

Jako że jesteśmy w Szwecji, a tutaj ryby są naprawdę dobre (patrz: LIMHAMNS FISKRöKERI), to zdecydowałem się na Spaghetti alla aciughe – czyli makaron z sardelami. W karcie był oczywisty błąd językowy – powinno być “alle aciughe”, ale to da się wybaczyć. Bardziej interesował mnie smak.

Spaghetti alle aciughe

Pewnie na talerzu nie wylądowała typowa sardela, a bardziej szprot lub sardynka – te dadzą się złowić w Bałtyku i duńskich cieśninach. Musiałbym jednak mieć obok na talerzu drugi egzemplarz do celów porównawczych aby móc odgadnąć co było przedmiotem mojej konsumpcji. Jedno i drugie śledziowate, a i smak zbliżony. Ważna była jednak całość, która kompozycyjnie i smakowo była zadowalająca. Nie oszalałem, jak po wizycie w POSTICINO DA TONINO w Rzymie, albo DAMARE czy BRIGANTE w Monopoli ale wszystko mieściło się w klasie średniej. Czuć włoską tradycję kulinarną.

Drugi talerz to Pappardelle ai Funghi – tym razem żałowałem, że nie wziąłem, bo… znad talerza unosił się zapach trufli. Nie były to oczywiści trufle, ale całość była przyprawiana pastą truflową – to jasne – za 169 SEK nie da się zjeść oryginalnych trufli, w Szwecji tym bardziej. Całość może zbyt mocno potraktowana tłustym sosem, ale nutę truflowo-czosnkową – nie powiem – bardzo lubię.

Pappardelle ai Funghi

PIZZA I PIWO…

…tak też oczywiście można, powiem więcej, nawet czasem trzeba zejść z kulinarnych oczekiwań i zejść na ulicę, gdzie popularne żarcie potrafi zaskoczyć. Tyma razem jednak zaskoczenia nie było. Niedaleko Torso Turning oraz promenady w Malmö trafiamy na pizzerię reklamującą się jako Turning Torso Food – można się pławić w cieniu najwyższego budynku w Skandynawii. Pizza, jak pizza, ale ten majonez – już nie jestem jego zagorzałym fanem.

Pizza…
…i piwo

Skoro pizza nie nadaje się do komentowania, to może chociaż poświęcę kilka słów piwu, którego kiedyś byłem wielkim fanem, a które z biegiem lat zdradziłem na rzecz wina. Po prostu – ewolucja! Dobrego piwa nadal jednak chętnie spróbuję – w zeszłym roku swoje urodziny spędziłem między innymi w Delirium Tremens w Brukseli, a piwosze wiedzą co to za kultowe miejsce.

Dawno nie piłem szwedzkich piw, więc należało spróbować, a wybór w karcie padł na MARIESTADS EXPORT. Ten szwedzki wyrób pochodzi z browaru Spendrups, która jest jedną z największych szwedzkich kompanii piwnych. Poza Mariestads warzą Lokę, Norrlands Guld, Nygandę. Mariestads Export nie jest to oczywiście wyrobem rzemieślmniczym – bliżej mu do koncernowych produktów, ale… Jak na koncernową masówkę zaskoczył mnie pozytywnie. Tak więc, co jest w szkle..? Typowy pilzneński lager z drobnopęcherzykową pianą. Piana gęsta, wyrazista, ale niestety dość szybko opadająca. Smak – jak dla mnie – wyczuwalna słodowość w kontakcie z nutą chmielu. Na plus – brak charakterystycznego koncernowego posmaku metalu i chemii. Na minus – na pewno utrzymująca się w ustach goryczka. Kolor – jasny wpadający w bursztyn, w pełni klarowne. Podsumowując: jak na “koncerniaka” – niezły, pozbawiony wielu wad masowej produkcji. Gdybym miał ocenić w skali 1-10, dałbym mocne 6,5, no prawie 7.

SYSTEMBOLAGET

Każdy, kto zawitał do naszych północnych sąsiadów musiał poznać SYSTEMBOLAGET. W Szwecji jakikolwiek trunek powyżej 3,5 jest dostępny tylko w tej jednej sieci sklepów. To państwowy monopolista na rynku alkoholi. Nie mówicie tylko o tym naszej władzy, bo jeszcze wezmą przykład ze Szwedów… Wszystko co można znaleźć w marketach ma mniej niż te ustawowe 3,5 i naprawdę nie warto tym sobie zaprzątać głowy – sorry – podniebienia. A niestety, z alkoholem z SYSTEMBOLAGET wyjdziesz mając co najmniej 20 lat. Co więcej sklepy zamykane są w sobotę o 15.00 i otwierane dopiero o 10.00 w poniedziałek, mimo że handel doskonale funkcjonuje również w niedziele. Nie ma również tych przybytków rozpusty zbyt wiele. W 300-tysięcznym Malmö trzecim, największym mieście Szwecji znajdziecie tylko ok. 7 sklepów – może jeszcze ze 2-3 na obrzeżach miasta.

Ceny alkoholu w Szwecji są jednymi z najwyższych w Europie. Pozytywnie zaskoczyły mnie jednak ceny wina w SYSTEMBOLAGET. Butelka włoskiego, hiszpańskiego czy też portugalskiego trunku, to wydatek rzędu 90-120 SEK, czyli 38-50 PLN są również po 70-80 SEK, ale nie próbowałem). I gwarantuję, że

Dla tych co się martwią – czarny rynek ma się dobrze. Gdyby ktoś naprawdę miał ochotę i potrzebę – da się w sobotni wieczór zorganizować butelkę – zupełnie jak w Polsce lat 80-tych, nie mówiąc o USA lat 30-tych…

KUCHNIA SZWEDZKA

Tych kilka dni, to zbyt krótki czas na zapoznanie się ze szwedzką kuchnią. Ale gdzie zjeść w Malmö już wiem. W pamięci pozostanie mi oczywiście to co zafundował nam Kasim – LIMHAMNS FISKRöKERI oraz FALAFEL BAGHDAD – te miejsca odległe od siebie również kulturowo – na kulinarnej mapie Malmö to no.1! Nie poznałbym ich, gdyby nie Kasim – nasz lokalny przewodnik.

Kuchnia szwedzka to nie tylko śledź – zwłaszcza sławetny surströmming – kiszony, sfermentowany śledź, który jest w top-10 pachnących inaczej. Każdy zna, chociażby z IKEA, köttbullar, czyli sławne szwedzkie klopsiki z wołowiny (trafiają się też z mieszanego mięsa).

Czego będę szukał następnym razem w Szwecji..?

  • Janssons frestelse (czyli pokusa Jansona)
  • bostongurka (pasta z ogórków kiszonych z dodatkiem papryki i ostrych przypraw)
  • nyponsoppa (jesienna zupa z… owoców dzikiej róży)
  • pölsa – danie mięsne, ale warto spróbować (mielona wątróbka, cebula i wołowina – obowiązkowo w towarzystwie jajka)

Gdzie zjeść w Malmö i kiedy zaopatrzyć się na weekend już wiecie…

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • http://lihmansfiskrokeri.se – na tej stronie znajdziecie info o tej knajpie / sklepie; adres: Strandgatan 17B – w pobliżu Södra Fiskehamnen (południowego portu rybackiego)
  • FALAFEL BAGHDAD – Rosengård; róg Norra Grängesbergsgatan oraz Annelundsgatan
  • epicure.nu – tutaj znajdziecie info o opisywanej włoskiej knajpie
  • SYSTEMBOLAGET – czynny max w sobotę do 15.00
  • W Malmö znajdziecie również polskie delikatesy – są w centrum miasta

==============================================================

Z podziękowaniami dla Kasima, który odkrył przed nami miejsca, których pewnie byśmy nie zobaczyli, ale przede wszystkim pokazał kawałek historii swojej i swojej rodziny. Dziękuję za to, również za czas spędzony na rozmowach. Shukraan w ilalika Kasim!

==============================================================

CZARNOMORSKIE KULINARIA

Bogactwo bułgarskiego morza na jednym talerzu

Czarnomorskie kulinaria, tym razem w wydaniu bułgarskim to prawdziwa mieszanka tego co najlepsze w tamtych regionach. Krótka wyprawa do Nesebyru w erze COVID-19, w lipcu 2020 roku zaowocowała rozkoszami podniebienia. O odwiedzinach Nesebyru poczytacie tutaj: http://7mildalej.pl/nesebyr-w-erze-koronawirusa/, natomiast o zaletach kuchni bułgarskiego wybrzeża poczynię kilka słów poniżej.

BUŁAGRSKIE SMAKI

Kuchnia bułgarska to przede wszystkim wpływy i naleciałości: greckie i tureckie, włoskie i rosyjskie. Przede wszystkim jest to kuchnia bałkańska, mająca swoje wspólne geograficzne korzenie. Na tej szerokości geograficznej, gdy znajdziecie się na półwyspie bałkańskim znajdziecie chociażby sałatkę szopską. Ta bułgarska będzie się oczywiście różniła od tej, którą znajdziecie na stołach Montenegro czy Chorwacji. Myślę, że właśnie dania przygotowane przez bułgarskich, serbskich i macedońskich górali zwanych Szopami powinny bardziej rozsławiać bułgarskie kulinaria od tych z wybrzeża Morza Czarnego. Ale…

W kuchni bułgarskiej znajdziecie czorby – zupy: z ryb, bobu, soczewicy oraz wiele innych. Dostaniecie też flaczki, które zwą się szkembe czorba oraz sosy i pasty – głównie przygotowywane na bazie papryki: lutenica, ajwar, pindżur. W górach znajdziecie syte potrawy mięsne (sacz, kawarma), jak również warzywne. Wszystko może być leko/mek (łagodne), lub częściej luto (ostre).

Jako że, tereny Bułgarii historycznie rzecz ujmując, były odwiedzane przez gości ze wschodu, to bez jakiegokolwiek trudu odnaleźć można: kebapcze, pilaw, a także słodkie bliskowschodnie desery.

NESEBYR I JEGO CZARNOMORSKA KUCHNIA

Ponieważ ostatecznie wylądowaliśmy w Nesebyrze, to właśnie czarnomorskie kulinaria podbiły moje kubeczki smakowe. Każda nadmorska kuchnia korzysta z bogactwa morza. Nie da się tego nie skosztować będąc w Nesebyrze. Zresztą – bułgarskie określenie na frutti di mare – морски дарове – bardziej podoba mi się od tego włoskiego. Mówię to JA – fan włoskiej kuchni!

RESTAURACJA NEPTUN – WSZYSTKO Z MORZA

Zacznijmy od tych darów morza. Mule, zupa rybna i białe wino w Restauracji „Neptun” (Ресторант Нептун) w pobliżu plaży BUNATA.

Restauracja NEPTUN

Restauracja jest pięknie położona na skarpie, z której roztacza się przepiękny widok w kierunku południowym.

Obiad z takim landszaftem… smakuje lepiej

Zupa rybna sporządzona była na bazie wywaru warzywnego z dodatkiem kawałków (chyba) ostroboka. Dodatek selera naciowego i pietruszki nadawał charakterystyczny dla tych terenów smak. Przede wszystkim kawałki ryby były zwarte i nie rozpadały się. Czasem na wigilię robię fińskie Lohikeitto – różni się tym, że jest z łososiem i zabielone lekko śmietaną. Niewykluczone, że będę robić bułgarską ribną czorbę.

Ribna czorba

Danie podstawowe to jednak było to na co czekałem – wielki talerz na dwie osoby (0,5 kg) muli.

Midi czyli małże

Mule były dobrze obgotowane, bez zbędnego posmaku kojarzącego mi się z mułem. Dodatek koperku zawsze im dobrze robi, choć osobiście stosowałem też pietruszkę. Zabawa na pół godziny, ale warto było. Bułgarzy przekonali mnie do frutti di mare w ich wykonaniu. Dzień wcześniej próbowałem kalmara i też był poprawny.

KOLACJA W NEPTUNIE

Do NEPTUNA wróciliśmy jeszcze na kolację – tym razem a’la fish. I była to prawdziwa uczta. Czarnomorskie kulinaria w swej najlepszej formie.

Czarnomorskie kulinaria

Cóż więc znalazło się na tym półmisku nie licząc opiekanych kartofelków i czosnkowego sosu na bazie jogurtu..? Zacznijmy więc odliczać!

Primo – turbot (zwany też skarpem) – z kształtu i wyglądu podobny do naszej flądry, prowadzący również denny tryb życia, a przy tym drapieżnik żywiący się małymi rybkami. Białe mięso, zwarte i delikatne, powiedziałbym nawet… wykwintne. O ile nie jestem fanem flądry, to turbota jak najbardziej skosztuję kolejny raz.

Secundo – obok turbota – ostroboki. Ryba, powiedziałbym makrelowata, ale o bardzo charakterystycznym smaku – jest lekko kwaśna. W żadnym przypadku nie proponuję dodawać cytryny! Mięso również białe, ale nie tak zwarte jak w przypadku turbota. Trzeba być fanem ostroboka, żeby go naprawdę polubić, ale warto z uwagi niewielką zawartość tłuszczu (zdaje się pływa szybko i chaotycznie – tak to sobie wyobrażam;). Same więc zalety z tej czarnomorskiej i nie tylko rybki.

Terzo – na talerzu wylądowały także niewielkie belony. Przyznam się, że pierwszy raz jadłem belonę a przecież w Bałtyku bywa odławiana. Ta rybka o węgorzowatym ciele, ale długim pysku prawie jak u miecznika ma zielonkawe ości. Te belonki były tak małe (kto je łowi..?), że nie było tego charakterystycznego zabarwienia, ale były smak był war uwagi.

Quarto – ostatnią rybą na półmisku była tsa tsa (ca ca) – ryba wyśmiewana przez bułgarskich (i nie tylko) rybaków. “Albo ryba, albo tsa tsa” – mówi stare, lokalne, morskie powiedzenie. Te małe rybki, to nic innego jak szprotki, czy też sardynki. W każdym razie małe i śledziowate, a smażone w głębokim tłuszczu smakują wybornie. Taki sposób przyrządzania znajdziecie też w innych bałkańskich krajach – Chorwacji (pyszne jedliśmy na Okrugu Gornjim koło Trogiru), czy też Czarnogórze.

FAMILIA FISH & GRILL – CIĄG DALSZY FISH & VEGETABLES

Фамилия фиш и грил to knajpa położona na północnej stronie wyspy/półwyspu obok tzw. pristavi, czyli małego portu. Widoki wspaniałe, zwłaszcza z tarasu – idealnie na romantyczny wieczór przy zachodzie słońca.

Social distance w FAMILIA FISH & GRILL

Przygodę z czarnomorskim frutti di mare zaczęliśmy właśnie tutaj, a na stół wjechał kalmar. Jak mówią niektórzy – “torpedokształtny” żelek. Ta dziesięciornica – nie mylić z ośmiornicą – ma lekko słodkawy smak o równie lekko gumowej konsystencji. Taki był też ten podany w FAMILIA FISH & GRILL. Najbardziej lubię kalmara grilowanego – ten, o ile jego smak i konsystencja były właściwe, to jednak warzywny sos na słodko był już lekką przesadą… Dla mnie kalmar musi być podany w wykwintnym, sorry… wytrawnym towarzystwie!

Grilowany kalmar

Dobrze, że do tego zamówiłem talerz grilowanych warzyw z ciekawą zieloną pastą (dipem/sosem). Trafione! Grill w stylu vege – bakłażan, cukinia, pomidor, pieczarka, marchewka w towarzystwie krótko grilowanego sera bałkańskiego – smakował jak krowi. Niewątpliwie odkryciem był dip – na bazie grochu i czosnku. Smakował bosko!

Te warzywa + ten sos + ten ser…!!!

MENA NORTH DOCK…

…właśnie tam zaczęliśmy poznawać czarnomorskie kulinaria.

Pierwsze kulinarne doświadczenia w Nesebyrze

Po prostu, przed tą restauracją zatrzymała się nasza taksówka, a głód wskazał właśnie to miejsce. Nie żałowaliśmy – pierwsza przygoda to 2x ryba (foto nie zachowało się) oraz oczywiście bułgarska specjalność – sałatki: szopska oraz owczarska. Te sałatki towarzyszyły nam przez cały pobyt, ale były doskonałe. W domu robię bałkańskie sałatki: horiatiki, szopską (na wzór adriatycki), serbską. Tutaj dostaliśmy ją w wersji bułgarskiej. Jako, że na Bałkanach wszyscy kłócą się o wszystko, to również pokłócono się o sałatkę szopską.

SAŁATKA SZOPSKA

Nazwa wzięła się od Szopów, którzy zamieszkują tereny zachodniej Bułgarii – te przy granicy z Serbią. Serbia twierdzi, że ich Szopowie (wynalazcy sałatki) mają serbskie pochodzenie i konflikt oczywiście gotowy. Pamiętacie księcia Ferdynanada i Gawriło Principa..? Co więcej Ci górale zamieszkiwali tereny dzisiejszego Prizren, a miasto to leży w dzisiejszym… Kosowie – więc ciszej nad tym talerzem, bo wojna murowana! Anglicy walczyli z Islandczykami o dorsze (XX w.), Francuzi tłukli się z Anglikami o śledzie (XV w.), w Bawarii toczyła się wojna kartoflana (XVIII w.). Mam nadzieję, że tym razem bałkańscy adwersarze się dogadają i obejdzie się bez wystrzału.

Sałatka szopska – bulgarian version

Sałatka szopska to nic innego jak: pomidor, ogórek, papryka. To wszystko chowa się pod pierzynką drobno startego sera sirene, który nadaje charakterystyczny smak. Dla towarzystwa podsuwa się jeszcze cebulkę oraz natkę, a dla zamknięcia kompozycji dekoruje czarną oliwką – zawsze – jedną! To trochę żart, ale większość serwowanych “szopskich” w Nesebyrze miała jedną oliwkę. Może taki trend kulinarny… Ser sirene kradnie przedstawienie. Ten specyficzny biały ser solankowy (Бяло саламурено сирене), który pierwotnie wytwarzany był z mleka owczego, dzisiaj produkowany jest również z mleka krowiego. Bułgarska wersja szopskiej różni się od tych z Czarnogóry czy Chorwacji – w tamtych oryginałach papryki nie uświadczysz, a i oliwek nie żałują.

SAŁATKA OWCZARSKA

Druga bułgarska specjalność sałatkowa to: sałatka owczarska. Sałatka owczarska to wersja szopskiej “na bogato”. Niby taka sama, ale jednak nie taka sama, bo wzbogacona o jajko i odrobinę szynki. Pozostałe składniki bez zmian.

Szopska w wersji VIP, czyli owczarska; tutaj w obstawie tradycyjnego chlebka czosnkowego

Czasem bywa wzbogacona o grzyby – taką wersję też widziałem. Generalnie nie dla wegetarian, bo kilka cienkich paseczków szynki, lub innego treściwego mięsiwa też się w niej znajdzie.

SACZ – TRADYCJA KULINARNA BUŁGARII

Sacz to zapiekane tradycyjnie w żeliwnym naczyniu warzywa z mięsem. Istnieje też wersja vege oparta o same warzywa. Co do mięsa to znaleźć można i kurczaka, i wieprzowinę, i baraninę, i wołowinę. Warzywa to inwencja kucharza, ale jak to bywa w bułgarskiej kuchni dominuje: bakłażan, cukinia, papryka, pomidor. To wszystko zapiekane pod cienkim serem podpuszczkowym w typie mozarelli i posypane pietruszką. Pietruszka to prawdopodobnie ulubiona przyprawa Bułgarów. W Gruzji prawie wszystko nosiło smak kolendry, tutaj unosi się zapach natki.

Sacz z kurczakiem w MENA NORTH DOCK – pycha!

To było jedyne mięsne danie spożyte w uznaniu bułgarskiej tradycji kulinarnej. Cały wyjazd od strony kuchni to czarnomorskie kulinaria – to co wydało z siebie morze oraz warzywa. Zarówno bułgarskie warzywa w wersji surowej sałatki), jak też zapiekanej czy też grilowanej to pyszności. Smak warzyw będzie mi się kojarzył ze świeżością. I to w każdej knajpie, którą odwiedziłem.

KASZKAWAŁ

Pamiętam, jak wiele lat temu w Polsce prawie w każdym sklepie można było kupić ostry ser zwany kaszkawałem. Nie wiem dlaczego, ale teraz nie jest on tak popularny. A jest to jeden z najlepszych żółtych serów. W restauracji KRIM zamówiliśmy na śniadanie omleta z kaszkawałem. Co za smak!

Omlet z kaszkawałem

Kaszkawał to ser z rodziny serów podpuszczkowych, twardych i dojrzewających. Barwa żółta, bez oczek, im starszy tym ostrzejszy. Jeśli miałbym porównać jego smak, to najbliżej mu chyba do włoskiego caciocavallo.

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA

Kuchnia bułgarska urzekła mnie swoją świeżością. Zakochałem się w skorupiakach i głowonogach, o rybach nie wspominając. Świeżość produktów – wszystkich – czy z morza, czy z pola to największa wartość. Tak naprawdę warto jechać i spróbować wszystkiego na miejscu – czarnomorskie kulinaria to bogactwo potraw, smaków i zapach świeżości. Tak przynajmniej było w Nesebyrze w lipcu 2020 roku.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • W Nesebyrze odwiedziliśmy: MENA NORTH DOCK, FAMILIA FISH AND GRILL, RESTAURACJĘ NEPTUN, REASTAURACJĘ DIONIS, a także bardziej przekąskowe / śniadaniowe: KRIM oraz OLD ARCHOR – każdą z nich mogę ze spokojem duszy i podniebienia polecić.
  • Trochę informacji o Nesebyrze znaleźć można na ich stronie oficjalnej: http://www.nesebarinfo.com/
  • Poza smakami, to co niewątpliwie mnie “urzekło” to ceny – lipiec 2020:
  • talerz 0,5 kg muli w NEPTUNIE – 10 BGN = 23 PLN
  • sacz z kurczakiem dla 2 osób – 26 BGN = 59 PLN
  • 2x ryba, 2x sałatka, 2x piwo – 35 BGN = 80 PLN
  • koszt wypasionego śniadania z kawą i wodą dla 2 osób nie powinien przekroczyć 20 BGN = 46 PLN
  • Najważniejsze jednak pozostają niewątpliwie smaki, ze swoich kulinarnych odwiedzin mogę polecić:
  • Ресторант Нептун (NEPTUN) – ryby i owoce morza
  • MENA NORTH DOCK – ryby, sacz, sałatki
  • Фамилия фиш и грил – FAMILIA FISH & GRILL – owoce morza, warzywa
  • Ресторант KPIM (KRYM) – pyszne omlety z kaszkawałem i olbrzymie sałatki
  • RESTAURACJA DIONIS – spróbowaliśmy kuchni śródziemnomorskiej – risotto oraz tagliatelle – oczywiście z owocami morza – też wyśmienite.

NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA

Nesebyr w erze koronowirusa

Czarnomorska perełka jaką jest niewątpliwie Nesebyr w sezonie bywa zatłoczony do granic możliwości. Wszystkie miejsca hotelowe zajęte, wychodząc wieczorem do knajpy nie wiesz czy uda Ci się znaleźć stolik właśnie w tej ulubionej. Nic dziwnego; to miasteczko ma klimat, swoją historię i oczywiście tak zwany niezaprzeczalny urok osobisty.

NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA – CZY WARTO JECHAĆ WŁAŚNIE TERAZ?

Rok 2020 nie jest dla fanów podróży zbyt łaskawy. W pierwszym kwartale udało mi się jeszcze odwiedzić włoską Puglię, zaliczyć “two-night-stop-over” we Frankfurcie i spędzić kilka pięknych dni w Stambule. Podczas gdy poznawaliśmy smaki lwowskiej kuchni zaczęto przebąkiwać o lockdownie. Wróciliśmy dosłownie 3 dni przed jego ogłoszeniem. Gdy w czerwcu wsiadałem pierwszy raz do samolotu na krajówce, Okęcie wyglądało jak z horroru. Puste hale, zamknięte checkiny – ogólnie widoki jak najbardziej przygnębiające.

Jednak druga połowa czerwca zaczęła wlewać nadzieję w nasze podróżnicze dusze. Pierwsze plany padły tym razem na Bułgarię. Długo można by się rozpisywać o wyborze, ale alla fine 9 lipca wylądowaliśmy w Burgas.

Bułgarskie wybrzeże pomiędzy Warną a Burgas

LOT podstawił E-195 i obłożenie było sięgające ponad 90%. Lądujemy w Burgas, paszporty, wyrywkowy pomiar temperatury i można opuszczać terminal. Swoją drogą nie wyobrażam sobie tego lotniska w sezonie (bez koronawirusa). Ciasno i tłoczno – podczas powrotu było jeszcze gorzej. Swoją drogą PLL LOT też się nie popisał – powrót z Nesebyr w erze koronawirusa bez możliwości odprawy on-line, a fundując w zamian kolejkę i tłok na check-inach to co najmniej bezmyślność jeśli nie szczyt głupoty.

Taxi drogie, a jak się okazało, droższe niż oferowany przez hotel transfer. Ostatecznie jednak udało się zorganizować taxi-share i nie było źle.

NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA – PIERWSZE WRAŻENIA

Swoje pierwsze kroki kierujemy do knajpy przy wjeździe do starego miasta – taxi powiedziało, że dalej nie jedzie. O kuchni Nesebyru piszemy tutaj: http://7mildalej.pl/czarnomorskie-kulinaria/ Wjazd do miasta jest uroczy, z nowego miasta na starówkę wjeżdża się groblą, a samo stare miasto położone jest na wyspie. Jeśli ktoś widział Sveti Stefan w Montenegro to wie o czym mówię. Tylko, że Nesebyr jest jeszcze piękniejszy. A przede wszystkim bardziej naturalny. Pierwsze zetknięcie z kuchnią oraz miastem i ludźmi wypada pozytywnie, jeśli nie bardzo pozytywnie.

Wjazd do starego Nesebyru

Powitanie z kuchnią się odbyło więc możemy odszukać naszą miejscówkę na najbliższe dni…

JEŚLI NOCLEG W NESEBYR – TO TYLKO VILLA ELEA

Już pierwszy wrażenie prezentuje się fantastycznie! To jedyny w tej części starego miasta hotel, który jest w tzw. waterfront z prawdziwego zdarzenia.

Villa Elea – pierwsze spojrzenie

Fotosy w necie nie oddawały wręcz piękna naszej miejscówki. Wszystko było zgodne z opisem, a nawet lepsze i piękniejsze.

Tak prezentuje się VILLA ELEA z morskiego brzegu

Dwuosobowy pokój z sea view był the best. Podwójne wygodne łóżko, niewielki balkon, łazienka, lodówka w pokoju.

Double bedroom w Villa Elea
Łazienka – czystość, suszarka, podstawowe kosmetyki

Jeśli ktoś wybierze VILLA ELEA, to nie rozczaruje się. Nie będę rozpisywał się o standardowych wyznacznikach oceny noclegu. Na najwyższą notę zasługują: położenie, czystość oraz personel. Personel pomocny w każdym zakresie. Rezerwację mieliśmy bez śniadań, ale…

…pierwszego dnia zdarzył się wypadek – nastąpiła awaria zamka w drzwiach do pokoju. Tylko z tego tytułu korzystaliśmy z mini-śniadań, które w Italii czy Francji byłyby standardem. Każdego ranka dostawaliśmy więc do łóżka kawę z ciastem własnej roboty. Pycha! Niby nic, prosty gest, ale za to jak cieszy. Poza protokołem – dla samych: wschodów słońca…

Nesebyr 5.00 a.m.

…oraz zachodów słońca!

Nesebyr 9.00 p.m.

warto wybrać VILLA ELEA. Szum fal na “dobranoc” oraz “dzień dobry” otrzymacie w gratisie. Polecam!

NESEBYR HISTORYCZNIE

Jedno co można powiedzieć o miasteczku, które rozciąga się na długości 1000 m i szerokości 500 m, to przede wszystkim, że jest inne od okolic. W przeciwieństwie do pobliskich: Słonecznego Brzegu czy też Pomorie, właśnie Nesebyr to kawałek bułgarskiej i czarnomorskiej historii. Miasto, które od 1956 roku jest rezerwatem archeologicznym, a od 1983 roku wpisane jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO jest tym miejscem w Bułgarii, które warto odwiedzić.

Z racji swego położenia władali nim: Rzymianie, Trakowie, Turcy, Grecy, Bułgarzy. Mury obronne to nawet VI wiek p.n.e. Spacerując co chwilę napotykamy się ruiny i wykopaliska.

Starożytne wykopaliska i pozostałość po starym młynie

Już sam wjazd do Nesebyru oferuje pierwsze spotkanie ze starożytną historią.

Nie da się oddzielić Nesebyru od historii

W dawnych czasach na tym niewielkim skrawku lądu znalazło się miejsce dla ponad 80 cerkwi, z których niestety do dnia dzisiejszego przetrwało niewiele. Tym niemniej prawie na każdym kroku spotykamy świadectwo sakralnej historii miasta.

Dzisiaj muzeum sztuki – Cerkiew Chrystusa Pantokratora znajdziecie niedaleko od wjazdu do miasta.

Cerkiew Chrystusa Pantokratora to XIII wiek

Cerkiew św. Jana Chrzciciela, to kolejne sacrum na trasie historii miasta. Jeszcze starsza niż powyższa, ponieważ pochodzi z X wieku.

Cerkiew św. Jana Chrzciciela

Prawie w samym środku Nesebyru znajdziecie Cerkiew św. Zofii – na dzień dzisiejszy jej ruiny.

Ruiny cerkwi św. Zofii

Bezsprzecznie znaleźć możecie jeszcze kilkanaście budowli sakralnych na tym niewielkim obszarze, które Was z pewnością zachwycą, a przy których zatrzymacie się choćby na chwilę. Nesebyr to żywa historia tych obszarów. I to jest z pewnością jeden z powodów, dla którego warto odwiedzić to miasto.

W ULICZKACH NESEBYRU

To co buduje klimat Nesebyru, to przede wszystkim jego zabudowa. Charakterystyczna dla czarnomorskiego wybrzeża. Parter wybudowany z kamienia, piętra natomiast w drewnianym deskowaniu. Do tego dachy kryte czerwoną dachówką. Wszystko stanowi oczywiście zamkniętą, spójną całość zwaną architekturą czarnomorską.

Typowa zabudowa Nesebyru
Dół z kamienia, góra z drewna

Jeśli do tego dołączymy brukowane wąskie uliczki, to bez wątpienia otrzymamy klimatyczne miasteczko z dawnych lat. I tylko współczesne auta oraz szyldy przenoszą nas z powrotem w czasy współczesne.

Mieszanka historii i współczesności
Cisza i spokój w uliczkach Nesebyru
Atmosfera ciągłej sjesty

Czarnomorska zabudowa na każdym kroku.

Z poszanowaniem tradycji architektury

Jesteśmy na południu Europy – nie mogło więc zabraknąć lokalnych kotów. Te z Nesebyru miały się dobrze – słońce, regularne dokarmianie – generalnie były zadowolone.

Nesebyrskie koty były karmione nawet kilka razy dziennie

Nesebyr to nie tylko klimat i historia. Przede wszystkim jego handicapem jest położenie. Miasto leży na wyspie połączonej ze stałym lądem 400-metrową groblą. Już wjazd robi wrażenie, oczywiście później jest już tylko piękniej. Charakterystycznym punktem jest XVII-wieczny wiatrak posadowiony na grobli przed wjazdem do miasta.

XVII-wieczny wiatrak przy wjeździe do Starego Nesebyru

Natomiast, gdy znajdziecie się już w Starym Nesebyrze powita was stojący na postumencie biskup św. Mikołaj dzierżący w jednej ręce krzyż, w drugiej puszczający gołębia.

Pomnik św. Mikołaja

W Nesebyrze znajdzie się też miejsce do nadmorskich spacerów. Promenada otacza całe miasto i warto przedreptać ten szlak. Towarzyszyć Wam będą przede wszystkim historia i piękne widoki.

Widok z krańca Nesebyru w kierunku południowym – plaża “Bunata”; w oddali okolice Sozopolu

Nesebyr ma dwie plaże – a więc ta płatna powyżej (плаж „Буната“), ta bezpłatna (miejska) poniżej.

Miejska plaża w Nesebyrze

Podsumowując – miasto można obejść dookoła promenadą, a spacer zajmie nie więcej niż 2 -3 godziny.

Promenada północna
Od północnego wschodu również rozciąga się promenada – w oddali Sveti Wlas oraz Elenite
Promenada południowa

A gdyby na koniec ktoś chciał zobaczyć jak wygląda Nesebyr z pobliskiego Słonecznego Brzegu, zwanego tutaj z angielska Sunny Beach, to proszę:

Czyż nie jest piękny..?

SŁOWO O… SŁONECZNYM BRZEGU

Można oczywiście przyjechać do Sunny Beach i odwiedzić Nesebyr. Ale po co..? Nesebyr i Słoneczny Brzeg to dwa różne światy – bliskie geograficznie, ale oddalone mentalnie. Większość ludzi wpada ze Słonecznego Brzegu odwiedzić Nesebyr, my z Nesebyru wpadliśmy odwiedzić Sunny Beach 🙂

Wrażenia niech będą z Wami…

Wydmy są OK
Plażing w erze COVID19 – Słoneczny Brzeg – 11.07.2020
Szału nie ma, ludzi też

A dla mnie niech pozostanie Nesebyr w erze koronawirusa. Ze swoją ciszą, historią, spokojem i …kuchnią.

ODWIEDZIĆ NESEBYR W ERZE KORONAWIRUSA…

to jak trafić “6” w Lotto. Miasteczko, które jest jedną z perełek Morza Czarnego w sezonie jest zapchanym do granic możliwości nadmorskim kurortem. Tymczasem – pustka, cisza i spokój. Spacer pustymi uliczkami Nesebyru to spełnienie marzeń o travel-egotism. Gdy w czasie kwarantanny patrzyłem na puste ulice miast, które niedawno zwiedzałem marzyło mi się być tam zaraz i teraz! Zobaczyłem więc Nesebyr, którego prawdopodobnie nigdy w takiej formie już nie zobaczę. W sezonie jest to nie tylko niemożliwe, ale przede wszystkim niewykonalne.

Z drugiej strony, gdy rozmawiasz z hotelarzami i restauratorami, którzy mówią o 70% spadku odwiedzin, to możemy sobie wyobrazić skalę lokalnych tragedii. Ludzi, którzy postawili w tym miejscu na turystykę koronawirus zaatakował ze zdwojoną siłą. Podobnie zresztą doświadczyła branża turystyczna w Polsce, Grecji, Włoszech, Turcji, czy też innych krajach. Hotel, który odwiedziliśmy miał zaledwie 30% obłożenie, również w wielu restauracjach nie przekraczało ono 40-50%, a czasem nawet 20%.

BEZPIECZEŃSTWO PODRÓŻY W ERZE COVID19

Wielu zapyta z pewnością o bezpieczeństwo… Bułgaria podobnie jak Polska walczyła z koronawirusem skupiając się na leczeniu zdiagnozowanych przypadków, ale nie testowaniu społeczeństwa. Po pierwszym lockdownie, w czerwcu kraj został otwarty, a restrykcje zniesione. Następnie od początku lipca wskaźniki zachorowań poszły w górę. Gdy przylecieliśmy do Burgas (09.07.2020) zanotowano najwyższy dobowy przyrost zachorowań (ok. 330 przypadków). Przez następne dni naszego pobytu wskaźnik ten stopniowo zmniejszał się. Gdy wylatywaliśmy z Burgas (12.07.2020) zachorowań odnotowano zaledwie 77. Jednakże 10.07.2020 przywrócono częściowo restrykcje – zamknięto kluby, imprezy sportowe, zmniejszono ilość klientów w sklepach. Rozmowy z ludźmi zajmującymi się turystyką były jednak przygnębiające – większość z nich podobnie jak w Polsce zostało zostawionych bez pomocy. Knajpy, w których rozkoszowaliśmy się czarnomorską kuchnią, nie miały nawet połowy zajętych stolików. Jedynie sobotni wieczór pozwalał zapełnić restauracyjne stoliki.

W Słonecznym Brzegu, jak opowiadał nam jeden z hotelarzy, na początku lipca otworzyło się 45 hoteli i pensjonatów, 40 z nich zamknęło się po tygodniu…

O ile pomiar temperatury na lotnisku w Burgas był wyrywkowy i przypadkowy, to już w mieście dało się odczuć odpowiedzialność i podporządkowanie się regułom sanitarnym. Maseczki w sklepach obowiązkowe, social distance raczej utrzymany, leżaki na plażach oddalone minimum 2 metry, kelnerzy w knajpach z zasłoniętymi ustami i nosem, stoliki rozsunięte. Jeśli do tego dołożymy fakt, iż większość bułgarskich przypadków dotyczyła rejonu stolicy – Sofii, to należy skonkludować, że było bezpiecznie. Czy warto odwiedzić Nesebyr w erze koronawirusa – odpowiem – 3x TAK!

Jedyne co się nie popisało, to lotnisko Chopina. Na WAW trzymano nas przed rękawem w samolocie 15 minut, następnie znowu 15 minut w zatłoczonym autobusie na płycie lotniska. Gratulacje dla PPL!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • lotniskowe taxi BOJ – Nesebyr / Słoneczny Brzeg to na lotnisku koszt 90 BGN – nie dać się naciągnąć i negocjować; ale przy odrobinie szczęścia costateczny koszt nie powinien być wyższy niż 50 BGN;
  • koniecznie więc radzę sprawdzić jaki jest koszt transferu organizowanego przez hotel – może się okazać konkurencyjny cenowo;
  • gdyby ktoś zdecydował się na nocleg w VILLA ELEA – telefon: +359 88 433 4181;
  • miasto w przeważającej części zamknięte jest dla zewnętrznego ruchu samochodowego, co czyni je jeszcze bardziej atrakcyjnym dla odwiedzających;
  • wjazd do Nesebyru jest oczywiście płatny; duży parking znajduje się po północnej części miasta;
  • strona www miasta: http://www.nesebarinfo.com/
  • z pewnością chcecie wiedzieć jak się dostać z Nesebyru do Słonecznego Brzegu..? Pieszo promenadą – ok. 40-50 minut; “odpustową” kolejką – 3-4 BGN/osobę – 10 minut
  • płatna plaża na krańcu miasta to koszt 7,50 BGN za 2 leżaki + parasol (sztuka za 2,50 BGN) – cały dzień oczywiście;
  • o ile w w Słonecznym Brzegu jest przede wszystkim taniej, to na plaży było trochę drożej – zestaw do plażingu j/w = 10 BGN;
  • w czasie naszej wizyty 1 BGN = 2,25-2,30 PLN (07.2020);
  • pamiętajcie – Bułgaria słynie ze wszystkiego co różą związane – olejek różany, jak również kosmetyki różane czy też herbatki i soki różane – to wszystko jest cudowne;
  • nie zapomnijcie o odwiedzinach winiarni zwanej tak jak starożytna nazwa miasta – MESSEMBRIJA – bajka!!!

KEDI – KOTY ZE STAMBUŁU

Pamiętacie wspaniały film o kotach ze Stambułu? “Kedi – sekretne życie kotów” opowiadał o życiu miejskich kotów ze Stambułu. Kedi w języku tureckim znaczny “kot”. W ten sposób Kedi – koty ze Stambułu znalazły swoje miejsce w historii kinematografii i nie tylko. Ten film to przede wszystkim ukłon i uhonorowanie tych czterołapnych mieszkańców tureckiej metropolii. Życie Spryciary, Przylepy, Sułtana, Flirciarza, Bestii, Szajby i Cwaniaka to jakże niewielki wycinek kociego świata, bez których krajobraz tego miasta byłby uboższy. Stambuł bez kotów nie byłby takim samym miastem… Nigdy!

Dla osób, które nie wyobrażają sobie życia bez tych futrzaków, Stambuł jest miastem, które odwiedzić trzeba koniecznie. W ciągu swojego podróżniczego życia widziałem miejsca, gdzie bezdomność zwierząt (kotów i psów) jest tragedią. Widziałem miasta, gdzie problem ten jest (prawie) całkowicie rozwiązany, ale Stambuł jest charakterystyczny. Kedi – koty ze Stambułu mają swoje miejsce, gdzie kocie życie przeplata się z ludzkim na każdym kroku. Zamożność z biedą, opieka z bezdomnością – prawdziwa turecka mozaika.

STAMBUŁ – MIASTO KOTÓW – KEDI – KOTY ZE STAMBUŁU

Zacznijmy więc podróż po świecie Kedi – kotów ze Stambułu. Hagia Sophia to jeden z najpiękniejszych zabytków Stambułu. Pierwotnie chrześcijańska świątynia, następnie meczet, dzisiaj pełni rolę muzeum i symbolu miasta. Trikolorka z foto poniżej to gwiazda Hagia Sophia. Wysterylizowana, zaopiekowana i doglądana przez pracowników dumnie przechadza się pomiędzy turystami odwiedzającymi świątynię. Jest tubylcem, wręcz… kustoszem.

Kotka z Hagia Sofia

Nie każdemu da się pogłaskać, nie o każde nogi się otrze – chodząca kocia duma i symbol spinający historię tego jakże starego i pięknego miasta.

FUTRZAKI Z NASZEGO HOTELU

Pierwszą osobą, która powitała nas przed hotelem był oczywiście… Kot! To właśnie ten dorodny osobnik, który w ciągu dnia niejednokrotnie znikał w okolicznych uliczkach, a każdego ranka i wieczora pojawiał się jako odźwierny w naszym hotelu.

Nasz hotelowy futrzak
Strażnik hotelu

Przy hotelu miał swoją budkę, gdzie zawsze była miska z wodą, a dokarmiany był nie tylko przez hotelowych gości, ale również przez pracowników hotelu.

Jego kumpel często urzędował w hallu

O ile nasz odźwierny nie garnął się zbytnio do środka, to jego biało-rudy kumpel był już częstym gościem w hallu. Można by rzecz – pełnił funkcję… recepcjonisty. Zarówno jeden, jak też drugi były nieodłącznymi członkami hotelowej załogi i lokalnymi atrakcjami. Nikt ich nie przeganiał, wręcz przeciwnie – doświadczyliśmy, że bezdomność stambułskich kotów nie jest naznaczona tylko tragedią, ale też wzajemną, pokojową koegzystencją ludzi i zwierząt.

KOTY Z SULTANAHMET

Hotel mieliśmy zlokalizowany w dystrykcie Fatih, a ściślej mówiąc w jego dzielnicy Sultanahmet. Tam, też, kilka przecznic od hotelu spotykaliśmy przez kilka dni kotkę, która była wspaniałą opiekunką i przewodniczką dwóch mniejszych kotów. Jeśli ktoś spotka tą piękną tricolorkę w okolicach Kucuk Ayasofya Cadesi, to pozdrówcie ją od nas. Prawdziwa wojowniczka i przywódczyni!

Kotka przewodniczka z okolic Nakilbent

Spacerując uliczkami Kumkapi napotkaliśmy na tego szarego pięknisia. Nakarmiliśmy go, ale specjalnie głodny to on nie był. Dorodny wykastrowany kocurek miał się dobrze, ale oczywiście salami nie pogardził.

Piękność z okolic Kumkapi

W okolicach Ziya Baba Turk Mutfagi znaleźliśmy trzy koegzystujące ze sobą egzemplarze. Biało-czarnego kocura oraz dwa rudzielce – mamę z kociakiem.

Mama z małym..?

O jedzenie się nie biły, każdy dostał swoje, oblizał się i poszedł, a jakże, do najbliższej knajpy oczekując na następne smakołyki.

Ten trzeci

RESTAURACYJNE CWANIAKI

Cwaniak ze zdjęcia poniżej był doskonale zaprzyjaźniony z restauracją. Znał drogę do bocznego wejścia, gdzie czekał na smakołyki, a w wolnym czasie ucinał sobie drzemki na poduchach w restauracyjnym ogródku.

Rudy cwaniak z Sultanahmet

W Stambule prawie każda knajpa ma swojego kota – i to nie tylko dochodzącego, a raczej dojadającego 🙂 W wielu z nich jest stałymi wręcz mieszkańcami, czy też członkami personelu. Piękna błyszcząca, czarna sierść i obróżka z dzwoneczkiem to mój znak rozpoznawczy!

Nawet dzwoneczek zawiesili na mojej szyi

Tymczasem w okolicach Maramara University spotkaliśmy uroczą parę… Ten z lewej ze zdjęcia poniżej to ON, natomiast ta z prawej to ONA. ON zazdrosny jak cholera, ONA mająca licznych adoratorów. Po prostu lokalna piękność. W powietrzu “wisiała” zazdrość! W tym przypadku, to ON krzyczał i przeganiał inne koty z sąsiedztwa, które adorowały piękną kocicę 🙂

Kocie związki bywają trudne…

O ile wyżej opisany związek był napiętnowany namiętnościami, to dwa poniższe futrzaki żyły w doskonałej komitywie, rzekłbym nawet… przyjaźni. Jak wyżej pisałem, prawie każda restauracja lub bar w Stambule ma oczywiście sowich czterołapnych i futrzastych przyjaciół. Żyją w zgodzie nie tylko ze sobą, ale również z kelnerami i kucharzami, o gościach nie wspominając. Znakomita większość z nich nie jest nachalna, wręcz przeciwnie, czekają spokojnie na swoją kolej. Głodne nie są – dokarmiają ich zarówno goście, jak też pracownicy knajp.

Koci przyjaciele z knajpy przy Divan Yolu Cadesi

Niejedna restauracja ma swojego rezydenta, który niczym pasza leniwie drzemie na fotelu przy wejściu.

Takie cwaniaki to mają klawe życie

KOCIE BUDKI

Nie tylko w Sultanahmet, ale też w Karaköy, Galastaray czy też okolicach Taksim znaleźć można takie oto kocie domki. Budki, a przy nich miski w suchą karmą oraz wodą. Takie obrazki nie są rzadkością na ulicach Stambułu. Koty traktowane są nie tylko jako element lokalnego krajobrazu, są wręcz pełnoprawnymi członkami stambulskiej społeczności.

KOTY Z BAKIRKöY i ZEYTINBURNU

O ile Sultanahmet było stosunkowo zamożne, to Zeytiburnu i okolice stanowią już stambulską średnią. Dzielnice niezbyt zamożne to i lokalne kociaki jakby biedniejsze… Taka prosta zależność.

Koty były w tym miejscu bardziej nieufne i na jedzenie, którym je dokarmialiśmy rzucały się z większą łapczywością. Taki świat… Jak szóstka (na foto 5 z nich) kotów znalazła się w jednym momencie w tym samym miejscu? Były tylko dwa gdy wyjmowaliśmy smakołyki!

Jeśli chodzi o pogodę, to luty 2020 roku był w Stambule chimeryczny. W czasie naszego pobytu doświadczyliśmy zarówno chłodu, jak też słońca. Temperatury wahały się od +3’C do +’15. Nic dziwnego, że koty, jak ta piękna trikolorka ze zdjęcia poniżej wykorzystywały każdy promień słońca by ogrzać swoje futerka.

FUTRZAKI SPOD WIEŻY GALATA

Przez Złoty Róg – wąską zatokę, którą Fatih i Sultanahmet od Karaköy i Galaty oddziela most Galata. To dzielnica pełna futrzanych przyjaciół. Przy samej wieży Galata, na którą oczywiście warto wejść sorry – wjechać windą mamy kocie domki. Znajdzie się i miska z wodą i z suchą karmą, ale przede wszystkim znajdą się leniwe futrzaki korzystające z pierwszych promieni słońca. W czasie sjesty wygrzewały się w słońcu drzemiąc przed swoim kocim “blokiem”. Taka wielorodzinna budka nie stanowi rzadkości na ulicach Stambułu.

Koty bytujące przy wieży Galata

Obok tego kociego skweru znajdziecie pomnik poświęcony stambulskim kotom i psom, które niewątpliwie wzbogacają życie tureckiej metropolii. Wyrzeźbieni dwaj odpoczywający czworonożni przyjaciele to uhonorowanie ich bytności wśród ludzkiej części miasta.

Jeden z pomników przypominających o czworonożnych mieszkańcach miasta

Jadąc zabytkowym czerwonym tramwajem (trochę przypomina ten żółty z Lizbony) natknęliśmy się kolejną kolonię w okolicach historycznej tureckiej łaźni. W sąsiednich barach niejeden ich brat drzemał na restauracyjnych krzesłach. Spotkać można było też “kuchennych pomocników” – nadzorujących ruch kebaba na ruszcie.

Koty z okolic Tarihi Galatasaray Hamamı

PIĘKNOŚCI Z TOPHANE i KARAKöY

W zimowe dni, w dawnej stolicy Bizancjum, czasem dokucza deszcz, a czasem pali słońce. Parasol jak znalazł – praktyczna ochrona przez wszystkie pory roku. A przy tym – jakże romantycznie…

Romantycznie i praktycznie

Wody, misek i jedzenia im nie brakowało. W tym samym miejscu były też kocie domki oraz… miejskie automaty, z których w zamian za zwrot butelek PET sypała się kocia karma! Pomysł oczywiście wart skopiowania na cały świat.

Obok mniej romantycznie, ale praktycznie

Wiecie po czym idzie ten kociak..? Po sławnych, stambulskich Rainbow Stairs”. Na tęczowych schodach, dzisiaj może już przyprószonych upływem czasu przechadzają się nie tylko ludzie, ale też miejscowe koty.

Jeden z dumnych lokalsów z Rainbow Stairs

KOTY Z ÜSKüDAR

Üsküdar to azjatycka czy też jak mówią miejscowi – anatolijska część miasta. Po tej stronie Stambułu również nie brakuje kociaków. Nie wyglądają na zabiedzone, ale znakomita większość z nich, to koty wolno żyjące. Mają, podobnie jak po europejskiej stronie miasta, swoje budki, miski i opiekę. Jednak oferowaną przekąską nie pogardzą.

Jemy..?
Oczywiście, że jemy!

NIE TYLKO KOTY…

Krajobraz i folklor Stambułu to oczywiście nie tylko koty. O ile te futrzaste stworzenia mają swoją, często ugruntowaną pozycję, to ich czworonożni przyjaciele z rodziny psowatych mają się trochę gorzej. W końcu muzułmański kraj, jakim jest Turcja (szczególnie dzisiaj – za rządów Erdogana), nie jest najbardziej przyjazny dla naszych wspaniałych przyjaciół jakimi są psy.

Leila to spryciula

Przy zamku Topkapi mieszka sobie Leila. Leila jest niezłym cwaniakiem. Pięknie pozuje do zdjęć, ale żąda za to zapłaty. Pewnie w dzieciństwie mieszkała na Wielkim Bazarze 🙂 Jej zdolności handlowe są nieocenione. Zrób jej foto i daj smakołyka… Będzie szła za Wami, aż do bramy parku. Przy tym jest ulubienicą patrolujących park i muzeum Topkapi, którzy witają się z nią na każdym kroku. Może jej przodkowie mieszkali na dworze Sułtana.

Leniwce ze skweru przy Theodosius Dikilitaşı

Przy obelisku Teodozjusza spotkaliśmy dwa leniwce. Widać, że to ich stałe i ulubione miejsce. Turyści, lokalsi, knajpy – prawie wszystko czego oczekują. Okazuje się, że mieszkańcy oraz włodarze miasta potrafią zadbać również o Większość z nich, jak zauważyliśmy, jest czipowana oraz sterylizowana tak więc w klimacie Stambułu nie mają się najgorzej. Przy posterunku policji w Kumkapi są nawet boksy dla matek ze szczeniakami, którymi opiekują się władze miasta.

STAMBUŁ BEZ KOTÓW NIE BYŁBY STAMBUŁEM

Kedi – koty ze Stambułu. Filmowa opowieść niesie ze sobą przesłanie, w którym współistnienie ludzi i miejskich (i nie tylko) zwierząt jest frgmentem naszej cywilizacji. Nasi bracia mniejsi mają takie same prawa do istnienia i godnego życia. Wybierając się do Stambułu miałem przed oczami momentami tragiczne obrazki bezdomności zwierząt, które zapamiętałem na przykład z przepięknej skądinąd Gruzji. Kedi – koty ze Stambułu okazały się jednak w większości przypadków nie tylko pozostawionym sobie równoległym światem. Jest to świat, w którym ludzkość przejawia się również w pomocy dla przetrwania tych współmieszkańców Stambułu. Sterylizacjia dokarmiania, opieka, budki i miseczki sprawiają, że stambulskie koty zachowują swoje naturalne miejsca bytowania. Dla niejednego z nich miasto jest domem, a człowiek opiekunem. Niejedna restauracja ma swojego rezydenta, który niczym pasza leniwie drzemie na fotelu przy wejściu.

FRANKFURT AM MAIN

Frankurt am Main

Trochę czasu spędziłem w swoim życiu w Niemczech, tyle razy leciałem przez Frankfurt, a wstyd się przyznać, że nie miałem czasu odwiedzić tego miasta. Tym razem stop-over pozwala chociaż wyrwać się z lotniska i wpaść na chwilę do miasta. Tyle się człowiek nasłuchał i naczytał o niemieckiej stolicy biznesu. Kilka historii dotyczących innych niemieckich miast znajdziecie tutaj: http://7mildalej.pl/kilka-chwil-w-berlinie/ oraz tutaj: http://7mildalej.pl/stop-over-w-monachium/ – Frankfurt gości na tych stronach pierwszy raz.

DOJAZD Z LOTNISKA

Nieważne, na którym terminalu lądujesz, najszybszą drogą dotarcia do centrum miasta będzie S-bahn z lotniskowego dworca. Kolejka jedzie do centrum zaledwie około 20 minut. Najlepiej wysiąść na Hauptwache – praktycznie starówka. Do Mainhattanu również blisko. Do wybory macie dwie linie S-8 oraz S-9. Ciekawostką jest fakt, że możecie nimi również dojechać do pobliskiego Mainz (Moguncja), a także do Wiesbaden. Kolejną zaletą jest fakt, że cena dojazdu do miasta nie zrujnuje Ci budżetu. Nie jest to takie oczywiste w przypadku innych europejskich metropolii. Dojazd na lotnisko w Monachium to cenowy koszmar. Za Tageskarte zapłaciłem ok. 8 EUR, a więc stosunkowo niewiele jak na niemieckie warunki. Jest też autobus, ale nie korzystałem z tej opcji dojazdu do centrum.

FRANKFURT AM MAIN – TROCHĘ HISTORII

Dzisiaj Frankfurt am Main znany jest jako jeden z największych ośrodków biznesowych i finansowych w świecie i Europie. A na pewno największy w Niemczech. Miasto ma przebogatą historię, której to początki sięgają roku 794. Wtedy to cesarz Karol Wielki nadał osadzie nazwę: FRANCONOVUD. Od 843 roku miasto było siedzibą królów Państwa Wschodniofrankijskiego. W rezultacie czego Frankfurt wielokrotnie gościł cesarzy i przybyłych na odbywające się tamże sejmy Rzeszy. Od czasu koronacji Fryderyka Barbarossy na króla Niemiec w 1152 roku miasto stało się zwyczajowym miejscem koronacji kólów niemieckich.

Od tamtego czasu Frankfurt niejednokrotnie zapisywał się w dziejach Niemiec i Europy. W trakcie wojny trzydziestoletniej zachował neutralność. Wkrótce później otrzymał status Wolnego Miasta. To we Frankfurcie urodził się w 1749 roku Wolfgang Goethe i we Frankfurcie napisał – w 1774 roku – swoje największe dzieło: “Cierpienia młodego Wertera”. W latach 1810-1813, w czasie wojen napoleońskich istniało, zależne od Francji – Wielkie Księstwo Frankfurtu (Großherzogtum Frankfurt).

Frankfurt zwano też Jerozolimą nad Menem, z uwagi na liczną ludność pochodzenia żydowskiego. W 1933 roku pierwszego, żydowskiego burmistrza usunięto po dojściu faszystów do władzy. W końcowym okresie, 1944, II wojny światowej miasto było systematycznie bombardowane przez alianckie lotnictwo. Zniszczeniu uległo co najmniej 70% substancji miasta. Stare miasto jeszcze mocniej doświadczyło zniszczeń – zostało prawie zmiecione z powierzchni ziemi.

Po wojnie odbudowano je tylko częściowo, a dopiero w ostatnich latach przystąpiono do rekonstrukcji starówki. W międzyczasie Frankfurt wyrósł na finansową stolicę Niemiec, a były nawet plany umieszczenia tam siedzib rządu Niemiec.

CO ZWIEDZIĆ BĘDĄC KILKA GODZIN WE FRANKFURCIE?

Swój spacer po mieście zaczął od Haupwache. Jadąc S-bahną z lotniska to chyba najlepsze miejsce miejsce, gdzie można zacząć znajomość z Frakfurtem.

St. Katharinenkirche (Kościół św. Katarzyny przy HauptWache)

Tak w ogóle to frankfurcki Altstadt powinien nosić nazwę neue-alte-stadt. Starówka po wojennych zniszczeniach przez wiele lat nie była odbudowana, a kiedy już zaczęto ją odbudowywać wiele starych kamienic restaurowano kreatywnie.

Seufzerbrücke czyli Most Westchnień

Przy Bethmanstrasse znajdziecie uroczy most westchnień (Seufzerbücke) zwany przez miejscowych pieszczotliwie Wenecją. Łączy on dwa rządowe budynki i prowadzi na Paulsplatz. Stąd wystarczy już przejść przez ulicę, aby znaleźć się w samym centrum starego Frankfurtu: Römerberg

Römerberg to miejsce przy którym warto się zatrzymać. Najpiękniejszy z frankfurckich placów znany był już w XII wieku ponieważ właśnie tutaj odbywały się liczne targi oraz kiermasze. Od XV zabytkowe kamienice pełnią rolę siedziby władz miejskich.

Ciekawostką jest flaga i herb Frankfurtu nad Menem – orzeł ze złotym dziobem oraz szponami i biało czerwona flaga. Podobne do naszych barw narodowych..? Prawdopodobnie oba orły mają swoją genealogię w rzymskich orłach, a flaga jest zgodna z zasadami weksykologii. Tło godła to dolna barwa, natomiast godło stanowi górny pas flagi.

Rathaus, a na nim flaga Frankfurtu

Po wschodniej stronie placu, naprzeciwko ratusza znajduje się Ostzeile – rząd sześciu ciekawych półdrewnianych kamienic, które są rekonstrukcjami zbudowanych na przełomie XV oraz XVI wieku domów. Kamienice mają swoje nazwy: Zum Engel, Goldener Greif, Wilder Mann, Klainer Dashberg-Shlussel, Grosser Laubenberg, Kleiner Laubenberg.

Sześć charakterystycznych kamienic przy Römerbergu

Na środku placu znajduje się Gerechtigkeitsbrunnen, czyli Fontanna Sprawiedliwości, którą zbudowano w 1543 roku. Temida nie zawsze jest ślepa – Bogini Justitia, która stoi na środku fontanny, trzyma wagę i miecz, ale nie ma jednak, w przeciwieństwie do wielu innych posągów, zakrytych oczu.

NAD NIEMNEM..? NIE – NAD MENEM!

Men (Main) to rzeka która niekoniecznie dzieli miasto na dwie niezależne części. Miasto “żyje” nad rzeką, zarówno część północna, jak też południowa. Wzdłuż rzeki, oczywiście po obu jej stronach liczne bulwary, skwery, a także parki zachęcają do spacerów. Rozciągający się po północnej stronie Nizza Park jest ewenementem ze środziemnomorską roślinnością.

Rzeka Men (Main)

Przez rzekę przerzucono kilka mostów, z których oczywiście najbardziej znane to: Eisener Steg, Untermainbrücke, a także Holbeinsteg.

Eisener Stego to kładka dla pieszych i rowerzystów

Eisener Steg to piesza kładka o długości 170 metrów, która łączy centrum Frankfurtu z południową dzielnicą dzielnicą zwaną Sachsenhausen-Nord. Most pierwotnie powstał w 1868 roku, a swój (prawie) docelowy kształt zawdzięcza przebudowie w 1911 roku. Oczywiście w końcowych latach II wojny światowej został zniszczony, a odbudowany już w 1946 roku.

Eisener Steg

Most to nie tylko wdzięczny obiekt do foto-story, ale też wspaniały punkt widokowy, z którego można podziwiać panoram miasta.

Mainhattan widziany z Eisener Steg

Południowy brzeg Menu to raj dla fanów muzeów. Na odległości niecałego kilometra, jaki dzieli Eisener Steg od Holbeinsteg znajdziecie ich około 10! I to tak różnorodnych, że zaspokoją gusta każdego wielbiciela sztuki i nie tylko.

Bulwary nad Menem

Nabrzeże Menu w Sachsenhausen w niczym nie ustępuje jego odpowiednikowi po drugiej stronie rzeki. Bulwary to doskonałe miejsce na spacery i podziwiania miasta. Po II wojnie światowej rozważano nawet przeniesienie tutaj stolicy Niemiec. Swoją drogą dobrze się stało – dzisiaj możemy doświadczyć pewnego rodzaju miejskiego spokoju, który zniknąłby w przypadku każdego capital city.

I’LL TAKE… MAINHATTAN

Być we Frankfurcie i nie odwiedzić Mainhattanu..? Przede wszystkim najlepiej uczynić to wjeżdżając windą na ponad 200-metrowy wieżowiec zwany po prostu Main Tower. Winda rozpędza się do prędkości ok. 18 km/h w rezultacie czego w przeciągu kilkudziesięciu sekund jesteś na dachu jednego z najwyższych budynków Europy, a po drodze mijasz 56 pięter. Main Tower jest chyba 16-tym najwyższym budynkiem Europy.

Cała podróż na wyświetlaczu

Mainhattan położony jest praktycznie w centrum Frankfurtu. Oczywiście blisko stąd nad Men (Main) oraz innych śródmiejskich atrakcji miasta. Czy rzeczywiście jest podobny do swojego bardziej znanego kuzyna? Nie mnie oceniać… Zresztą nie lubię tego typu porównań – Mainhattan jest tylko jeden jedyny w swoim rodzaju.

Pierwsze wysokościowce, od których wszystko się zaczęło były budowane na początku lat 60-tych XX wieku. Na dzień dzisiejszy we Frankfurcie znajdziemy 10 najwyższych budynków w Niemczech, a także 19 z 30 jakie rozsiane są po niemieckich metropoliach. 20 frankfurckich wieżowców liczy sobie co najmniej 127 m, a 14 z nich ponad 150 m!

Będąc we Frankfurcie nie pozostaje więc nic innego, jak zobaczyć ten cud budownictwa z samej góry.

A oto i on – Main Tower (200 m), z którego będziemy podziwiać Mainhattan

NAD DACHAMI FRANKFURTU

Pierwszy look na Frankfurt am Main – najbliżej Commerzbank Tower (259 m, a 300 łącznie z antenami i masztami). Najwyższy budynek Europy do 2003 roku, najwyższy w UE do 2011 roku i najwyższy w Niemczech do dzisiaj. W oddali siedziba EBC – 184 m (7. pod względem wysokości we Frankfurcie).

Commerzbank Tower (259) i siedziba EBC (184)

Nad brzegiem Menu (najdalej na foto) Westhafen Tower (112 m). Bliżej, po prawej Silberturm (166 m) oraz Skyper (154 m).

Silberturm (166 m – numer “10”) i Skyper (154 m), za Menem i lasem w oddali FRA (airport)

Tym razem widok na jedne z najwyższych. Od lewej Westendstrasse 1 (208 m) – numer “3” we Frankfurcie, obok Turm 185 (200 m) – numer “5”. Dalej prezentuje się numer “2” czyli Messeturm (256,5 m). Na pierwszym planie mamy Trianon (numer “6” – 186 m), a po prawej Deutsche Bank I oraz II (155 m).

Jeśli natomiast spojrzymy na dawny Vorstadt (przedmieście) Frankfurtu, czyli Sachsenhausen, to zobaczymy 88-metrowy wieżowiec Main Plaza, jak widać odstaje od Bankviertel.

HISTORIA FRANKFURTU WIDZIANA Z GÓRNYCH PIĘTER MAINHATTANU

Neorenesansowy budynek opery we Frankfurcie (Alte Oper) został w 1944 roku doszczętnie zniszczony przez Aliantów w wyniku bombardowań. Przez całe dziesięciolecia nie był odbudowywany zyskując miano najpiękniejszej ruiny Niemiec. Pierwszy koncert po wojnie odbył się dopiero w 1981 roku.

Opera we Frankfurcie, a obok Operturm (170 m – numer ósmy)

Budynek Giełdy we Frankfurcie (Börse Frankfurt) jest jednym z największych budynków giełdowych świata. Wybudowany w 1843 roku jest dzisiaj dziesiątym, największym budynkiem giełdy. To właśnie w tym miejscu rządzi nowy król Frankfurtu – DAX! Indeks, który jest jednym z najważniejszych wskaźników giełdowych w Europie. Giełda we Frankfurcie to przecież druga największa po London SE giełda europejska (nie licząc konglomeratu EURONEXT).

Frankurcka giełda – królestwo DAX-a 🙂

FRANKFURTER KüCHE

Tradycją są oczywiście znane na całym świecie frankfurterki (Frankfurter Würstchen). Tym razem nazwa nie jest myląca. Te wieprzowe kiełbaski znane były we Frankfurcie co najmniej od XVII wieku, jak nie wcześniej. Od 1860 roku nazwa jest chroniona jako produkt regionalny. Nie mylcie tego z powszechnie dostępnymi w Polsce frankfurterkami – niewiele mają wspólnego z pierwowzorem z Hesji.

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował lokalnej kuchni. Frankfurt am Main ma jednak to do siebie, że przy jego kosmopolitycznym charakterze, ciężko było wejść do pierwszej knajpy i zjeść coś z lokalnej kuchni. Nie miałem czasu na zwiedzanie odległych dzielnic, a centrum oferuje niestety jedzenie z całego świata i korporacyjny szajs zamiast tradycji.

KLOSTERHOF – NIEMIECKA KUCHNIA W CENTRUM FRANKFURTU

W końcu jednak znalazłem – KLOSTERHOF! Wyglądała na knajpę serwującą lokalne i niemieckie specjały i tak rzeczywiście było.

Chyba jedna z niewielu knajp serwujących w centrum Frankfurt am Main regionalną kuchnię

Wnętrze, jak to w niemieckich knajpach, trochę przytłaczające i ciężkie, ale taki ma już urok. Obsługa sprawna i miła. Około godziny 13-tej nie było zbyt wielu klientów, ale przed 15-tą trzeba było odstać swoje w kolejce.

Wnętrze KLOSTERHOF

Na przystawkę dzban lokalnego APFELWEIN. No właśnie – czy to wino, czy cydr..? Nazwę ma winną, ale posmak cydrowy. Przede wszystkim jest zbliżony do moich cydrów. A jestem zwolennikiem cydrów wytrawnych, bez cukrowej nuty, która zabija wszystko, co możemy wyciągnąć zapakowanych do balona owoców. Robiony jest z wyciskanych (lub prasowanych) jabłek przy użyciu drożdży – a więc: cydr! Taka jest podobno rceptura. No więc ten cydr, zwany apfelwein’em jest w Hesji napojem tradycyjnym, pija się go równie często jak piwo. Ten, w Klosterhofie, przypadł mi do gustu. Owocowy, lekko kwaśny i cierpki na języku, finiszował swoistą łagodnością. Do cydru – entschuldigung – apfelwein’a kolejny lokalny specjał i ciekawostka: handkäse mit Musik! Z nazwy ręcznie wyrabiany ser, ale podawany – o zgrozo! – w ostrej octowej marynacie z cebulą. Niezłe połączenie, ale na tyle ciekawe, że warto spróbować. Ale dlaczego… mit Musik..? Ano dlatego, że po spałaszowaniu większej ilości tego specjału zaczynają grać… jelita 🙂

Tradycja kulinarna Hesji i Frankfurtu: apfelwein und handkäse mit Musik

SPECJAŁY KUCHNI “KLOSTEROF”

Po przystawce czas na dania główne – w pierwszej odsłonie wjeżdża specjalność kuchni: “Klosterhof” Wurstsalat mit Bratkartoffeln. Danie na zimno – sałatka z przypominającej tagliatelle wołowej mortadeli z pieczonymi ziemniakami. Specyficzny był towarzyszący temu sos: musztardowy winegret z korzennymi ogórkami, papryką oraz czosnkiem dętym zwanym też cebulą siedmiolatką. Pyszne, ale po takiej porcji można tylko rzec: Ich bin satt und riesig…

“Klosterhof” Wurstsalat mit Bratkartoffeln

Druga odsłona to: Rösti mit frischem Pilzgemüse in Rahm. Cóż to jest tak apetycznie brzmiące..? No więc Rösti to nic innego jak tarte zapiekane kartofle, czyli “bratkartofle”. To wszystko podane w towarzystwie świeżych grzybów w sosie śmietanowym. Całość wygląda jak ziemniaczany placek posadowiony na pieczarkach w mocno śmietanowym sosie. Jak smakuje..? Przepysznie! Proszę nie liczyć kalorii, ponieważ nie wszystko da się przeliczyć na jednostki energii.

Rösti mit frischem Pilzgemüse in Rahm

PODSUMOWANIE

Frankfurt am Main jest często pomijany jako turystyczny cel wyjazdu. Nie jest to może miasto tak bogate w zabytki jak chociażby Rzym czy Paryż. Daleko mu do atmosfery uliczek i galerii na przykład Lizbony czy Madrytu. Z tego względu nie jest ulubionym celem nawet weekendowych city-break’ów. Powstaje pytanie czy słusznie..? Weekendowe dni wystarczą w zupełności na poznanie miasta, ale mogą się okazać jednak zbyt krótkim czasem jeśli chcemy zobaczyć okoliczne miasta, do których warto zajrzeć.

Kilkadziesiąt minut zajmie nam podróż do Mainz (Moguncja) czy Wiesbaden, jak również miasta braci Grimm czyli Hanau. Frankfurt to również największy las śródmiejski w Europie – zajmuje większą część dzielnicy Sachsenhausen.

Niestety samolot do IST nie chciał czekać, zabrakło więc czasu na zwiedzanie uroczych uliczek północnej części Sachsenhausen – cydrowej dzielnicy Frankfurtu, czy też Bornheim – stanowiącej chyba najwierniejszą namiastkę tego jak Frankfurt wyglądał chociażby 100 lat temu.

KILKA PRAKTYCZNYCH WSKAZÓWEK

  • najdogodniejsza podróż do centrum miasta z lotniska FRA do centrum Frankfurt am Main to linie S-8/S-9
  • bilet dzienny (Tageskarte) – 8,50 EUR
  • wjazd na platformę widokową Main Tower – 8 EUR
  • ogród botaniczny (Palmengarten) Siesmayerstrasse – można dojść na pieszo – ok 1,5 km z centrum
  • dojazd do Mainz – S-8 – ok. 40 min
  • dojazd do Wiesbaden – s-1 – ok. 45 min
  • oficjalna strona miasta: https://frankfurt.de/

PUGLIA MIA…

Puglia mia… tęsknota za włoską sjestą i południowym karnawałem

Od czego zacząć by wspomnienie z przepięknej zimowej Puglii..? Obcas włoskiego buta to ten fragment Włoch, do którego przed sylwestrem 2019 roku nie dane było jeszcze zajrzeć. Na lotnisku w stolicy Apulii – Bari wylądowaliśmy po półtoragodzinnym, opóźnionym locie z Monachium w ostatnim dniu 2019 roku. Plan był taki, żeby przywitać nowy rok na południu Europy, odpocząć po trudach świąt i całego roku. Puglia wydawała się do tego celu idealna – w tym okresie niewielu turystów, spokój, słońce, morze i doskonała kuchnia. Miała być Puglia, a pozostała – per sempre Puglia mia…

LĄDUJEMY W PUGLII CZY APULII..?

No właśnie – w Polsce mówi się na ten region Apulia, włoski oryginał brzmi: Puglia. Ten bardziej mi odpowiada, a nie będę bawił się w purystę językowego i bronił zaciekle języka polskiego w przypadku obcej nomenklatury. Dla mnie Rzym zawsze będzie Romą, Genua Genovą, a Palermo… Palermo (w tym przypadku chyba za daleko zabrnąłem).

Nazwa nazwą, a są ważniejsze sprawy, które opisują tak piękny region. Wystarczy wspomnieć chociażby o kuchni, którą opisałem tutaj: http://7mildalej.pl/kuchnia-puglii/. Nie sposób zapomnieć o przepięknych landszaftach i wspaniałych, gościnnych ludziach zamieszkujących ten kraniec Włoch.

Puglia stała się “bliska” Polakom, gdy na lotnisko w Bari oraz Brindisi zaczęły latać low-costy (brandów nie będę reklamował) z kilku polskich lotnisk. Lotnisko w Bari nosi imię Karola Wojtyły (ot, taka miłość Włochów do polskiego papieża). Jest dość poręczne, szczególnie od strony przylotów. Jeśli chodzi o odloty i na lotnisko docieracie metrem/kolejką, to weźcie pod uwagę fakt, że dotarcie do odprawy zajmie Wam trochę czasu. Idzie się dłużej niż w Monachium, czy też we Frankfurcie.

Jak się dostać do Bari i dalej na południe..? Najlepszą opcją jest oczywiście wspomniana kolejka, którą można dostać się do Stazione Bari Centrale. Jedzie około 15-20 minut i wysiada na dworcu głównym, z którego już nie jest problemem dotarcie do innych miast tego pięknego regionu.Przesiadamy się więc w pociąg i ruszamy na podbój Apulii. Mamy około 1,5h opóźnienia, a ta jedyna w roku noc czeka na nas w Monopoli – czyli niecałe 50 km na południe od Bari.

PUGLIA MIA… WITA NAS SJESTĄ

Do celu dojeżdżamy w najgorszej możliwej porze – porze popołudniowej sjesty. “Na ulicach cichosza” jak śpiewał Grzegorz Turnau.

Monopoli wita nas sjestą

Z jedzenia więc nici. A plan był prosty – najpierw zapoznajemy się z lokalną kuchnią i winnicą, a dopiero później hotel. Czasem zdarza się, że priorytety trzeba odwrócić – tak było niestety tym razem, zwłaszcza, że na ulicach poza psem, który wyciągnął swojego Pana na spacer niewiele się dzieje. Nawet miejscowe koty, które oczywiście w tych rejonach stanowią nieodłączny element życia miasta śpią. Również nad pięknym, modrym, oczywiście, że nie Dunajem, tylko Adriatykiem ludzi brak.

Ktoś tam niby jest…

To chwila przed burzą… Nie zapominajmy, że za 10 godzin przywitamy nowy 2020 rok! Póki co – musimy znaleźć CASA PALMIERI – nasz…

NOCLEG W MONOPOLI

W ostatniej wręcz chwili – 3 dni przed wylotem – korzystając uprzejmości naszego poprzedniego hosta zmieniamy nocleg z Polignano a Mare na Monopoli. Decydujemy się na pensjonat B&B CASA PALMIERI prowadzony przez fantastycznych właścicieli – Marię i Filippo. Przede wszystkim sama miejscowość sprawiła, że poczuliśmy się jak w starych Włoszech. Jeśli do tego dorzucicie gościnność właścicieli pensjonatu, to czego chcieć więcej…?

Po kluczeniu wąskimi uliczkami starówki Monopoli w końcu odnajdujemy nasz domek na najbliższe dni. Przyjmuje nas Filippo – nasz host, z którym ucinamy (nie)krótką pogawędkę na temat Puglii, Monopoli i nie tylko. Wspaniale nam wszystko wyjaśnia i zaprasza na śniadanie następnego dnia. Tylko jak my wstaniemy na to śniadanie po uciechach vigila di capodanno..?

Casa Palmieri – w końcu trafiliśmy

Wszystko się zgadza z opisem, a jest nawet lepiej. Apartament ma sypialnię, aneks kuchenny, łazienkę – wszystko z pełnym wyposażeniem. Czystość – pierwsza klasa! W urządzeniu lokum widać kobiecą rękę i myśl przewodnią. Jak się okaże – to zasługa Marii.

Nowy apartament w drugim budynku

Nie zabrakło niczego – ręczniki, kosmetyki, suszarka do włosów, mały “welcome”, a nawet codzienna dostawa wina (odpłatna) do pokoju.

Wyposażenie, czystość – wszystko super!

Cisza (niekoniecznie w sylwestrową noc;), bliskość morza – wręcz czuć bryzę. Ocena – 5/5!

Nawet mały balkonik się znalazł

Śniadania typowo włoskie serwowane przez Marię i Filippo w sali śniadaniowej umawiane są na określoną godzinę. Na słodko, kawa, herbata, woda, ale też ser, szynka, pieczywo – skromnie ale smacznie. Do tego wypieki (dolce) własnoręcznie przygotowywane przez Marię. Kobieta ma talent! Nawet taki “anty-dolce” jak ja skusił się na jej kulinarne rękodzieła. Oboje wkładają w swoją dimorę serce, czas i profesjonalizm. Są przy tym ujmującymi i sympatycznymi ludźmi. Jeśli ktoś szuka noclegu w Monopoli – polecam gorąco!

MONOPOLI – PRAWDZIWA WŁOSKA PEREŁKA

Nie tylko nocleg, ale również miasteczko można zareklamować. Tylko po co..? Z turystycznym egoizmem powinienem powiedzieć: Nie jedźcie tam, niczego tam nie ma – jakby rzekł klasyk. A jednak jest to coś, co przyciąga i każe tam wrócić. Monopoli to nadmorska mieścina położona pomiędzy Bari a Brindisi. Pociągiem z Bari jedzie się albo 30 minut, albo 50 minut – to w zależności jaki il treno wybierzecie. Pamiętać trzeba oczywiście, że nie każdy skład zatrzymuje się w Monopoli, a i cena biletu różni się o ok. 10 EUR 😉

Jeśli mówimy o mieście, w którym mieszka 16 tysięcy mieszkańców, z których połowa utrzymuje się z rybołóstwa, to niewiątpliwie trafiacie w środek kulinarnego, rybnego edenu. Sprawdzone i potwierdzone. W marinie, jak zwał, tak zwał stary port zamiast jachtów – kutry i łodzie rybackie. Zdaje się więc to potwierdzać tezę Filippo.

Porto vecchio – przystań monopolijskich rybaków

Łodzie, łódki – na ogół w kolorze azzurro stanowiącym dopełnienie barwy opływającego miasto morza tworzą właśnie ten klimat, którego nie sposób opisać, ale trzeba “dotknąć” na miejscu.

I te niebieskie łodzie i kutry…

O rybnych, ale nie tylko specjałach kuchni Monopoli przeczytacie tutaj: http://7mildalej.pl/kuchnia-puglii/. Co więcej – w okresie sylwestrowo-noworocznym – na ulicach dominował język włoski. Znakomita część gości to Włosi odwiedzający Monopoli. Stranieri byli w tym czasie w całkowitym odwrocie.

Momentami miasteczko wydawało się wręcz senne. Nie tylko w czasie sjesty, czy też noworocznego odsypiania sylwestrowej nocy, ale też w ciągu dnia. Ożywało wieczorami, w dzień spacer zarówno uliczkami starówki, jak też nadmorską promenadą i wybrzeżem pozwalał cieszyć się ciszą przepięknymi widokami.

Porta przy via Porto, czyli brama przy ulicy portowej

Monopoli ma to do siebie, że przyciąga człowieka swoją naturalnością, nie jest przesadnie skomercjalizowane. Poza sezonem jest tutaj cicho i pusto. Jest to o tyle dziwne, że w każdym przewodniku ta puglijska mieścina traktowana jako “must see”. A jednak pusta lungomare nadaje miastu leniwy klimat.

Widok z Bastione S. Maria na zamek Karola V

Co ciekawe, w tym południowo-włoskim miasteczku odnalazłem klimaty jakby marokańskie i hiszpańskie. Zamek (nazwa trochę na wyrost) Karola V swoją nazwę otrzymał od władcy Hiszpanii (i nie tylko) – króla Karola V Habsburga.

Lungomare Santa Maria

UROKLIWE ULICZKI…

w Monopoli, które odkrywasz i którymi się zachwycasz to kolejna atrakcja, dla której warto odwiedzić to miasto. Niby podobne, a każda inna. Biel ścian na zmianę z kolorem piaskowca przeplata się co krok. Jest wąsko, czasem tak wąsko, że ciężko się minąć. Ale też klimatycznie i nostalgicznie.

Wieczorem – cicho i pusto
Tylko leniwe gatti (koty) spacerują uliczkami Monopoli

Kościół św. Teresy to jeden z monopolijskich zabytków. Wybudowany w stylu barokowym został ukończony w 1735 roku. Ma wapienną fasadę z wklęsłą i wypukłą powierzchnią, charakterystyczną dla architektury barokowej. W środku znajdziecie wiele dzieł malarskich różnych autorów i epok, cenny krucyfiks z XV wieku z kościoła San Salvatore w złoconym drewnie.

Chiesa di Santa Teresa

Dwa dni tam siedział i nawoływał; zaniosłem mu smakołyki ale nie zszedł…

Urok centro storico to tylko jedna z zalet Monopoli. Drugą jest niewątpliwie jego wybrzeże.

OD STRONY MORZA

Urozmaicone, nadające się zarówno do kontemplowania bezkresu morza, jak też spacerów, a także błogiego wypoczynku na niewielkich plażach jakich wiele zwłaszcza na południe od centrum miasta.

Centro storico od strony morza
Początek roku przywitał nas cielo azzurro oraz mare azzurro
Pomimo tych fal prawie wcale nie odczuwało się wiatru

Pierwszą plażę, którą napotkacie schodząc z miasta będzie Cala Porta Vecchia

Najbliżej centrum – Cala Porta Vecchia

Spacer wybrzeżem w Monopoli dostarczy też takich widoków – następna plaża Cala Cozze widziana od innej strony. Cozze to mule, więc nazwa plaży pewnie od tych mięczaków. Swoją drogą wyobrażacie sobie plażę nad Bałtykiem zwaną plażą omułków..?

Wybrzeże typowe dla okolic Monopoli

Dalszy spacer i zbliżamy się do Cala Porto Bianco rozciągającą się pomiędzy Ristorante Lido Bianco a Grotta della Cala Santa Miseria.

Cala Porto Bianco

Kilka minut spaceru i lądujemy na Cala Rosso. Dlaczego rosso..? Nie wiem…

Cala Rosso

Na koniec docieramy w okolice Grotta di Porto Verde oraz Cala Paradiso.

Te plaże są przepiękne, zwłaszcza po sezonie, gdzie przy optymalnej jeszcze pogodzie można spacerować rozkoszując się pięknymi widokami. Polecam!

VIGILIA DI CAPODANNO

Zamierzałem napisać jeszcze parę zdań o monopolijskim sylwestrze – zwanym we Włoszech vigilia di capodanno. Ale – co było w Monopoli, zostaje w Monopoli. Kilka fotek jednak wrzucam.

Piazza Palmieri – 31.12.2019 – 21.25
Bar Alchemico – 31.12.2019 – 22.01
Piazza Garibaldi – 31.12.2019 – 23.49
Gdzieś w Monopoli – 31.12.2019 – 23.59
Pod niebem Monopoli – 01.01.2020 – 00.01
Nad dachami Monopoli – 01.01.2020 – 13.01

I to byłoby na tyle z najdłuższej nocy roku w Monopoli. Przed nami – (Fiesta) di capodanno!

POLIGNANO A MARE W ŚWIĄTECZNEJ ILUMINACJI

Niewiele czasu mamy, ale jedno popołudnie poświęcamy na zwiedzenie pocztówkowego Polignano a Mare. W przeciwieństwie do Monopoli miasteczko najechane jest przez hordy turystów. Z Monopoli jedzie się pociągiem nie dłużej niż 10 minut. Jednocześnie Filippo polecał świąteczne iluminacje, z których Polignano słynie w całej Italii. I rzeczywiście – trafiamy w środek rozświetlonego setkami, jeśli nie tysiącami świecących figur i kompozycji. Żeby nie trzeba było sobie tego wyobrażać, to świąteczne Polignano wygląda tak:

Polignano a Mare ubrało się w świąteczne dekoracje

…i tak…

Nie zabrakło foczki 😉

…i tak…

Brama dla zakochanych 😉

…tak również…

Ogon wieloryba…???

…i na wiele innych sposobów…

Króliczek czy zajączek..?
Muchomorek jest, ale gdzie się podział Żwirek..?
Pszczółka Maja!!!
Biały miś… ten z piosenki
To już prawie zwierzyniec

Nie tylko miasto, ale również sławnej Lama Monachile udzielił się świąteczny nastrój:

Lama Monachile bez tłumów..? W sezonie to niemożliwe!
Całe miasto to jedna wielka iluminacja
Christmas tree a’la Polignano a Mare

POLIGNANO – RAJ ZADEPTANY…

Filippo miał rację… W tym okresie Polignano a Mare prezentuje się olśniewająco. Miasteczko ma więc swoje pięć minut w roku nie tylko latem, ale też zimą. Turystów i zwiedzających – okropne ilości. A my – wśród nich 😉

Natomiast sławetna Lama Monachile Cala Porto – najbardziej fotogeniczna plaża Apulii jest o tej porze pustawa… I to był największy sukces odwiedzin Polignano. Niektórzy instagramerzy mogliby więc zazdrościć. Strzelać fotosy w samotności (…aż tak bym nie przesadzał) na Lama Monachile!

Tłumów nie ma
… więc cała Lama Monachile jest moja !!!

Nawet spoglądając na zawieszony, a raczej wsparty na kamiennych przęsłach most – Ponte Borbonico (zwany też Ponte Lama Monachile) odnosi się wrażenie, że dla zwiedzających nie jest to must see.

Widok z mostu górującego nad plażą jest piękny

Polignano to jedna z perełek Puglii. Perełka, ale niestety perełka, która stała się ofiarą własnego sukcesu. Jedno z tych pięknych miejsc, gdzie turystyka i komercja wzięła górę. Cóż… Żyjemy w takich czasach, że każdy ma prawo stać się posiadaczem (choć przez krótką chwilę) tego pięknego miejsca…

Co poza tym w Polignano warte jest jeszcze zobaczenia..? Piękna starówka z wąskimi uliczkami.

Czasami jest wąsko i pusto, ciemno i do domu daleko

A ponadto groty, do które najpiękniej prezentują się od strony morza (można dopłynąć statkiem), a także pomnik Domenico Modugno – tego od: Volare… Gość podobno wyparł się swego miejsca urodzenia, ale się chyba zreflektował, skoro mieszkańcy postawili mu monument.

Przy via Pompeo Sarnelli trafiamy jeszcze na świąteczno-karnawałowy jarmark, gdzie próbujemy regionalnych specjałów. Pozdrawiamy z tego miejsca sympatycznego gospodarza z okolic Gargano, który raczył nas swoimi pysznymi wyrobami i grzanym winem 🙂 Niestety czas wracać do Monopoli – następnego dnia czeka na nas Alberobello – kraina trulli, a może Hobbiton..? (o tym miasteczku z listy UNESCO tutaj: http://7mildalej.pl/alberobello-swiat-hobbita/).

PUGLIA MIA…

pozostanie moją ukochaną Puglią. Wiem, że wrócę tutaj. Włochy poznałem w młodości dość dobrze, ale do Puglii było mi nie po drodze, mimo że niedalekie regiony zwiedziłem. Cóż… młodość kieruje się swoimi prawami 🙂 Gdybym wiedział… byłbym już wcześniej bogatszy o wspaniałe doświadczenia kulinarne, krajoznawcze i międzyludzkie. W Puglii doświadczyć można jeszcze starej, południowej włoskiej gościnności. Jeśli ktoś zwiedzał ten raj 25 lub 30 lat temu – wie o czym mówię. W Puglii – tym przez lata zapomnianym przez turystów zakątku Włoch – można doświadczyć jeszcze Italii, którą znam z lat młodości.

Subiektywnie o puglijskich miasteczkach można rzec:

  • Monopoli – to jest puglijska perełka! Nie ma takiego tłoku jak w Polignano czy też w Alberobello. Chciałem pobyć we włoskim (rozumianym na wszystkie strony świata) klimacie i to się właśnie udało – Monopoli było strzałem w “10”. Atmosfera, klimat, morze, kuchnia – wszystko zdecydowanie na “tak”. W sezonie pewnie niezmiennie oblegane, ale na wiosenny, czy też jesienny wypad – idealne. Kilka info o mieście na stronie www: http://www.comune.monopoli.ba.it/
  • Polignano a Mare – niewątpliwie piękno, Lama Monachile, groty; ja jednak wolę mniej turystyczne Monopoli. Po wizycie w Polignano pozostał nam pewien, rzekłbym niedosyt. Trochę krótko, nie wszystko więc udało się zobaczyć. Ale nie ma tego złego… może uda się następnym razem.
  • Alberobello – czy czuję rozczarowanie…? Wcale nie – domki trulli, ba… cała dzielnica domków trulli to miejsce co prawda skomercjalizowane, ale jednak urocze, a w samym Alberobello też je znajdziecie – zamieszkane, używane, takie prawdziwe. Jeśli nie wybierzecie się tam w szczycie sezonu, to sądzę, że będziecie ukontentowani.

Poza miejscem Puglia to przede wszystkim wspaniała kuchnia. Wszystko, co z morza, oliwa, wino – czego można chcieć więcej..? To jest, jak dla mnie, awangarda la cucina italiana. Każdy region Włoch, a zwiedziłem ich znakomitą większość, niósł ze sobą nowe, niezapomniane smaki. Tym razem smaków tych starczy na wiele wieczorów, gdy przy puglijskim primitivo będę je odtwarzał.

ALLA FINE – RINGRAZIAMENTI SPECIALI

Szczególne podziękowania dla naszych hostów (padroni di casa): Maria e Filippo – ancora una volta voglio ringraziare per vostra ospitalita, per ottimi pasticini di Maria, per tutto. Abbiamo intenzione di ritornare a Puglia. Ricorderemo piacevolmente il nostro soggiorno con voi. Alla prossima volta! Spero, che ci vediamo quest’anno.

ALBEROBELLO – ŚWIAT HOBBITA

Alberobello – świat Hobbita

Autobus z Piazza San Antonio w Monopoli jedzie do Alberobello ok. 50-60 minut. Za oknami przewija się typowy dla Puglii krajobraz lekkich wzniesień, na których dominują oliwne gaje. Nic dziwnego, ale to właśnie z tego właśnie regionu Włoch pochodzi duża część włoskiej oliwy i oliwek. Jadąc autobusem, w oddali można dostrzec nawet puglijskie wybrzeże Adriatyku, o którym przeczytacie w oddzielnym poście.

Alberobello to jedno z 47 włoskich miejsc wpisanych na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, a konkretnie Città dei Trulli jego dzielnica zabudowana domkami trulli. Znaleźć się tam, to jakby przenieść się w ubiegłe stulecia. Ba… Nie tylko w ubiegłe stulecia, ale mamy wręcz tolkienowski Hobbiton! Przenosimy się więc na Rione Monti, które z il Balcone di Santa Lucia prezentuje się wspaniale!

Widok na dzielnicę Trulli

WKRACZAMY W ALBEROBELLO – ŚWIAT HOBBITA

Domki trulli to miedzy innymi świadectwo wojny fiskalnej – sprytnego narodu z machiną biurokracji. Legend jest kilka. Jedna mówi o złym księstwie Neapolu, druga natomiast o Ferdynandzie I Sprawiedliwym, obdzielał podatkami wszystkich, tylko nie siebie… FIS? skąd my Polacy, w XXi wieku to znamy..? Niby “sprawiedliwi”, a też nas łupią.. Zaczęło się to, tak czy inaczej, w XV/XVI wieku, kiedy to nałożono wysokie podatki (katastrat?) od każdego wybudowanego domu z cegły. Ludność rolniczego regionu Apulii może nie dysponowała zbytnimi zasobami gotówki, za to głowę nosiła na miejscu. Dało się ówczesnym królewskim poborcom wmówić, że to tylko domek tymczasowy z łupka wapiennego. Taki on niewielki, prawie tam okien nie ujrzysz i drzwi niewielkie… Pewnie, gdyby już wtedy istniała Guradia di Finanza, ten numer by nie przeszedł. Na szczęście ten twór powołano dopiero w 1881 roku, więc dzisiaj możemy delektować się klimatem puglijskiego miasteczka sprzed wieków.

Biel ścian, łupek na dachu

Mieliśmy to szczęście, że w pierwszych dniach stycznia 2020 roku pogoda była piękna, a turystów (stosunkowo) niewielu. Kierując się więc podróżniczym “szowinizmem” zwiedzaliśmy włoski Hobbiton z uśmiechem na ustach. Trafić tam puste uliczki to prawie jak wygrać w lotto! Nam się udało!

Taki podróżniczy egozim – jak nie ma innych to lepiej 🙂
Ale gdzie się podział Hobbit..?
Tutaj też mieszkają Trullijczycy 🙂
Część tych domków to nie tylko komercja, ale też codzienność

A lokalne koty – nierozłączna część krajobrazu południa, również wyglądają okazale i głodne na pewno nie chodzą 🙂

Gatto di Trullo – rasa kotów z Alberobello :))

Jak już dojdziecie do końca wzgórza to ujrzycie Chiesa a Trullo Parrocchia Sant’Antonio di Padova. Mówiąc w skrócie i uciekając od bogatej włoskiej nomenklatury sakralnej kościół św. Antoniego. Też można rzecz stylizowany na trullo.

Chiesa a Trullo Parrocchia Sant’Antonio di Padova

HIEROGLIFY NA DACHACH

Wiele z domków, nie tylko na wzgórzu trulli ma na dachach dziwne symbole.

Wieczorami podobno miasteczko lśni świątecznymi lampionami
Na części domów znajdziecie znaki hieroglificzne

W sklepach można kupić tablice z tłumaczeniem i objaśnieniem znaków. Te hieroglify mają swój początek w… ciężko mi jednoznacznie określić w czym. Część tych znaków to magiczne symbole, część ma swój początek w prymitywnych wierzeniach, ale też część to znaki chrześcijańskie. Tak więc nie znajdziecie jednej odpowiedzi.

Nurtowało mnie pytanie dlaczego nie na wszystkich domach można je znaleźć? Jedna z legend mówi, że ma to swój początek w fakcie, iż od domów tymczasowych nie było podatku. A dachy tych budynków były budowane bez użycia zaprawy; łupek był natomiast układany na zakładkę i trzymał się pod wpływem własnego ciężaru. Z łatwością przychodziło więc jego zburzenie w razie wizyty królewskiego poborcy.

TRULLI TO NIE TYLKO RIONE MONTI

Nie tylko Città dei Trulli, ale też w pozostałej części Alberobello oraz okolicy znajdziecie domki trulli. Są wśród nich takie, w których mieszkają lokalsi…

Trullo na dzisiejsze czasy, lekko wypasione

Ale znajdziecie też takie…

Trullo z dwuspadowym dachem, to jeszcze trullo..?

Nie mówiąc o trullo przerobionym na garaż (!).

Trullo dla rumaków, stalowych rumaków

Poza trullo Alberobello to też kilka pięknych miejsc, które warto odwiedzić. Niedaleko od Rione Monti znajdziecie Basilica Santuario Parrocchia Santi Medici Cosma e Damiano.

Basilica Santi medici Csoma e Damiano

Po drodze miniecie Piazza municipio, który jest miejscem spotkań mieszkańców miasta.

Vasca dei Pesci na Piazza municipio

ALBEROBELLO TAK CZY NIE..?

W związku z faktem, iż jesteśmy w miejscu z listy światowego dziedzictwa UNESCO, to należy spodziewać się tłumów. Styczeń 2020 był łaskawy – zwiedzających stosunkowo niewielu, dało się przejść i spokojnie podziwiać myśl “architektoniczną” z ubiegłych wieków. W cieplejszych porach roku może być tłoczniej. Miejsce przypominające świat Hobbita na pewno warte jest zobaczenia. Ale jeśli ktoś liczy, że jest to dziewicze i spokojne, to raczej jest z tych naiwnych. Rione Monti to dzisiaj komercja i turystyczny przemysł. Większą frajdę sprawiło mi wyszukiwanie domków trulli rozsianych po mieście. Też fajne, zwłaszcza te w bocznych uliczkach, zamieszkane i dostosowane do dzisiejszych czasów. Czy Alberobello to świat Hobbita..? Niech każdy sam odpowie sobie na to pytanie po powrocie.

Na koniec…

Domek trullo to prosta budowla. Niewiele okien on ma, a jeśli już ma, to całkiem niewielkie, drzwi również wpisują się w tę myśl konstruktorską. W środku na ogół jedna izba, może dwie. Łatwiej (i taniej) to zburzyć i postawić na nowo, niż wyremontować. Podobno latem djae chłód, a zimą trzyma ciepło. Co ciekawe… Od dewelopera już nie kupicie, ale rynek wtórny trzyma cenę! Ruiny, które mijaliśmy na trasie Alberobello – Monopoli zaczyna się od +/-20 tysięcy EUR!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Z Monopoli do Alberobello zabierze Was autobus linii AUTOLINEE LENTINI. Bilet kosztuje ok. 3 EUR
  • W Alberobello możecie przenocować w tych domkach, zarówno na wzgórzu, jak też w mieście. Only for fans! Drogo.
  • Komercyjne pamiątki kupicie wszędzie, na wzgórzu wcale nie jest drożej, ale różnice w cenach w poszczególnych sklepach potrafią zaskakiwać (nawet 1EUR na magnesie).
  • Knajpkę, którą możemy polecić znajdziecie tu: http://7mildalej.pl/kuchnia-puglii/ a zwie się Ristorante Trattoria “Largo Trevisani”. W googlach niedoceniona, a jedzenie i obsługa jak dla mnie zasługują na więcej. Strona www: https://www.ristorantelargotrevisani.it/.
  • 5-6 godzin to minimum jakie trzeba poświęcić na spokojne zwiedzanie, chętni mogą zostać nawet dłużej i też nie będzie to czas stracony.

PEREŁKI MAJORKI

Majorka – (nie)odkryte królestwo piękna

Perełki Majorki. Największa wyspa Balearów to nie tylko plażing. Czy to w ogóle jest możliwe..? Na wyspie znanej jako wakacyjny i urlopowy cel połowy Europy..? Jak to zwykle bywa… Czasem wystarczy zejść z uczęszczanych szlaków i odkryć oczywiste piękno oraz pozbyć się tłumów okupujących każde wolne miejsce. Utarta opinia o Majorce – mekkce plażingu oraz baringu nie do końca odzwierciedla charakter tej pięknej śródziemnomorskiej wyspy.

Największa z Balearów liczy sobie ponad 3.600 km2, a wystarczy opuścić imprezowe nadmorskie kurorty i pojechać w głąb wyspy. Ciągnące się w północno-zachodniej części wyspy pasmo gór zwane Serra de Tramuntana zaskakuje pięknem. Przepiękne widoki, wąskie górskie drogi, z których wiele wiedzie nad równie przepięknym wybrzeżem. Najwyższy szczyt – Puig Major wznosi się na wysokość 1.445 m.n.p.m. Jeśli do tego dodamy fakt, że w linii prostej w leży on tylko 3 kilometry od wybrzeża, to mamy wyobrażenie piękna tej części wyspy.

W Palmie godne uwagi jest oceanarium, a więc po jego porannym odwiedzeniu (więcej: https://palmaaquarium.com) udajemy się na zwiedzanie majorkańskiego interioru.

VALDEMOSSA – NIESPEŁNIONA MIŁOŚĆ CHOPINA

Niecałe pół godziny jazdy samochodem od Palma de Mallorca wjeżdżając w Serra de Tramuntana wciśnięta w wąską dolinę leży Valdemossa.

W piękną pogodę z Valdemossy widać Palmę

Fenomen Valdemossy – miasteczka z jednej strony obleganego przez turystów, a z drugiej epatującego swoistym spokojem jest dla mnie zagadką. Z pewnością wizyta w Valdemossie to miła odmiana od tłumów na wybrzeżu wyspy. Ze względu na historię tego miejsca język polski jest, jak mi się wydaje drugim najczęściej słyszanym, po hiszpańskim oczywiście.

Zimą na przełomie 1839 oraz 1840 roku, Fryderyk Chopin wraz ze swoją paryską przyjaciółką – George Sand odwiedził Majorkę. Celem było podreperowanie wątłego już zdrowia. Przypłynęli na wyspę licząc przede wszystkim na kojącą piękną pogodę, ale zima tego roku była deszczowa i wietrzna. Na dodatek celnicy w Palmie “aresztowali” jego fortepian i żądali cła w wysokości prawie połowy wartości instrumentu. Jakby tego było mało, ze względu na chorobę kompozytora, zostali również wyrzuceni przez właściciela pensjonatu, w którym się zatrzymali.

Upamiętnienie Chopina w ogrodach klasztoru

Ostateczne schronienie na kilka tygodni pobytu na Majorce znaleźli w prawie opustoszałym ówcześnie klasztorze kartuzów. Ponieważ XIX-wieczni Majorkańczycy byli raczej konserwatystami, to “dziwna” para z Paryża nie przypadła im do gustu. Oboje byli poddawani społecznemu ostratyzmowi. Niewątpliwie właśnie te przeżycia spowodowały, że Chopin napisał w Valdemossie swoje 24 najpiękniejsze preludia. W Valdemossie znajduje się największa, po Warszawie, kolekcja jego twórczości. Podczas gdy ówcześni mieszkańcy miasteczka nie pałali miłością do Chopina i jego towarzyszki, dzisiaj raczej są dumni z faktu, iż gościli jednego z największych światowych kompozytorów.

W celach klasztoru kartuzów Fryderyk Chopin spędził zimę 1839/40

Chopinowskie muzeum mieści się w celi klasztoru kartuzów będącego największym zabytkiem miasta. Graniczy z Palau del Rei Sanç, czyli pałacem króla Sancho I, który z kolei był fundatorem miasta. Dzisiaj na terenie pałacu i klasztoru w sierpniu organizowany jest festiwal szopenowski. We wnętrzach zaś mieści się muzeum poświęcone naszemu kompozytorowi.

Klasztor kartuzów to główna atrakcja miasta

VALDEMOSSA – POŁUDNIOWA SJESTA

Druga strona Valdemossy to przede wszystkim wszechogarniający spokój. Poczucie południowej sjesty dominuje, puste uliczki sprzyjają leniwym spacerom. I to właśnie urzekło w tym majorkańskim mieście.

Nasłonecznione stoki Serra de Tramuntana oto właśnie Valdemossa

Trafiliśmy na lokalne święto plonów – podobnie do naszych, swojskich dożynek. Klimat jakby podobny, ale myślę, że nawet znacznie bardzie celebrowany.

Dożynkowe dekoracje w Valdemossie

Wystarczy odejść od głównych atrakcji i znajdujemy się w środku śródziemnomorskiej sielanki.

Valdemossa – z dala od turystycznych szlaków
Valdemossa – z dala od turystycznych szlaków

DEIA – MIEJSCE, GDZIE POWSTAWAŁY DZIEŁA ROBERTA GRAVESA

Deià to nawet nie miasteczko, a wręcz wioska położona stokach masywu Puig de Teix. Urokliwa górska mieścinka znana jest przede wszystkim z domu Roberta Gravesa. Angielskiego pisarza urzekło piękno lokalnych gór i majorkański klimat. Zresztą pochowano go w Dei, na miejscowym cmentarzu. Tutaj stworzył swoje największe dzieła – powieści: “Ja Klaudiusz” oraz “Klaudiusz i Messalina”.

Od lat 60-tych XX wieku urokowi okolic poddało się wielu artystów. W Dei natchnienia szukali Pablo Picasso, Mike Oldfield czy nawet Mick Jagger. Wielu mieszkańców Dei jest obcokrajowcami, a swoje domy w okolicy mają Michael Douglas oraz Richard Branson.

Deià – malowniczo położona u stóp masywu Puig de Teix

Przede wszystkim nie dziwię się im. Kilka godzin spędzonych w tym miasteczku sprawia, że człowiek znajduje się jakby w świecie alternatywnym. Dookoła czuć klimat artystycznej bohemy. Knajpki, w których pija się kawę, wino czytając książki… Wąskie strome uliczki prowadzą do zbocza pasma gór z jednej strony, a z drugiej można nimi zejść na Cala Deya – miniaturową, kamienistą plażę.

Deia – ukwiecona w sierpniowym słońcu

Jest tutaj coś kojącego, uspokajającego zmysły. Nikt się nie spieszy, czy mieszkańcy, czy turyści… Wydaje się, że czas się zatrzymał, chociaż jesteśmy w pędzącym XXI wieku…

Czyż nie jest tu pięknie..?

PERŁY MAJORKAŃSKIEGO WYBRZEŻA

Połączenie gór i morza potrafi dać wspaniałe efekty. Są to takie “pocztówkowe” widoki, które cieszą oglądających. Północno-zachodnie wybrzeże daje w rezultacie symbiozę gór i morza. Połączenie niewątpliwe niezapomniane, i taką właśnie Majorkę będę pamiętał.

Na drodze pomiędzy Valdemossa a Deia warto zatrzymać się przy Son Marroig. W miejscu, w którym habsburski książę Ludvig Salvator nabył w 1867 roku ziemie, dziś znajduje się muzeum. Rzec by można przede wszystkim – muzeum poświęcone pierwszemu ekologowi i hipisowi Majorki. A może nie tylko Majorki, ale też świata. Książę Ludvig kochał przyrodę i dbał o nią wyprzedzając nawet dzisiejsze czasy. Dlatego też na jego terenach nie wycięto ani jednego drzewa, nie zabito żadnego dzikiego zwierza. A całą wiedzę spisał w 6000-stronicowym dziele zatytułowanym “Wyspy Balearów”.

Punta Prima widziana właśnie z Son Marroig

Dalsza podróż drogą Ma-10 w kierunku Banyalbufar również niesie ze sobą przepiękne widoki.

Gdzieś przed Banyaalbufar
Okolice Banyalbufar – widok z Torre de Verger w kierunku Snat Elm
Okolice Banyalbufar – widok z Torre de Verger w kierunku Port Soller

Za Banylabufar znajdziecie ruiny wieży strażniczej z XVI wieku – Torre de Verger (czasami zwanej też Torre de Ses Animes). Można więc wspiąć się na szczyt baszty (ostatnie piętro po drabinie) i szukać pirackich galeonów zmierzających ku wyspie. Sorry… jesteśmy już w XXI wieku, a nie XVI.

Torre de Verger w całej okazałości

Na południowo-zachodnim krańcu Majorki znajduje się Mirador Del Cañón Islas Malgrats. Miejsce idealne przede wszystkim do podziwiania zachodów słońca. Nie tylko można, ale nawet trzeba zaliczyć taki spacer będą gdzieś w okolicach Santa Ponsa o noclegu w Santa Ponsa – czytaj tu: http://7mildalej.pl/aparthotel-na-majorce/.

Sunset na Mirador Del Cañón Islas Malgrats
Sunset na Mirador Del Cañón Islas Malgrats

INNA TWARZ MAJORKI

Wyspa niesie ze sobą atrakcje nie tylko dla miłośników plażingu i niekończącej się zabawy. Patrząc jednak na jej piękno i ciszę w miejscach, które jak się wydaje powinny być oblegane można odnieść wrażenie, że wielu przyjezdnych zadowala się tylko słońcem, plażą i drinkiem. Tak też można, ale czasem warto wyrwać się z nadmorskiego tłumu i podziwiać (prawie) w samotności przepiękny zachód słońca. Fajne było to, że wieczorny spacer z butelką wina na jakiś wspaniały punkt widokowy pozwalał rozkoszować się taką chwilą w pełni – bez obecności innych. Tych kilka miejsc, to nie wszystkie, ale na pewno są to perełki Majorki.

¡Salud!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Odcinek Palma de Mallorca – Valdemossa to zaledwie ok. 20 kilometrów – mając na uwadze nawet drogi (wąskie, kręte) wystarcza ok. 20-30 minut.
  • Parkingi w Valdemossie nie są drogie, można parkować również na ulicy – ok. 1 EUR za 1h.
  • Ciężko zaparkować w Dei – to miasteczko jest jak japoński hotel kapsułowy – ale wszędzie można dojść per pedes.
  • Na objazd zachodniego wybrzeża wystarczy jeden dzień, a wygospodarować można nawet 1h na słodkie dolce far niente na jednej z uroczych małych i niejednokrotnie pustych plaż.
  • Stacje benzynowe znajdziecie w miastach i tylko przy głównych drogach, ale wyspa nie jest wielka – 100 km z jednego na drugie wybrzeże nie pozwoli wracać o pustym baku.

PALMA – STOLICA MAJORKI

Już sama nazwa stolicy największej z wysp Balearów rodzi pytanie… Palma czy Palma de Mallorca…? Podobno to piętnaste na świecie najliczniej odwiedzane miasto przez turystów. W rankingu (2018) jest zaraz za tajlandzką Pattayą, a wyprzedza włoski Mediolan. 9,3 mln odwiedzających musi robić wrażenie, zwłaszcza, że mówimy o mieście, które liczy 200 km2 powierzchni i ponad 400 tysięcy mieszkańców. Teoretycznie powinno mnie to odrzucić od wtopienia się w ciągnący się ulicami tłum. Być jednak na Majorce i nie odwiedzić Palmy..?

Wracając do nazwy – nikt z miejscowych nie używa nazwy Palma de Mallorca. W lokalnym obiegu funkcjonuje więc nazwa Palma. Również oficjalna, obowiązująca od grudnia 2016 roku nomenklatura, mówi o stolicy Balearów jako o Palmie. Ale to tylko takie rozterki lingwistyczne.

LA SEU – NAJDŁUŻSZA BUDOWA ŚREDNIOWIECZNEJ EUROPY

Palma położona jest nad zatoką, na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy. Z Santa Ponsa do Palma de Mallorca autobus jedzie około 30 minut. Zwiedzanie stolicy wyspy zaczynamy od katedry – Catedral de Mallorca. Piękna i majestatyczna, zwana również La Seu gotycka budowla robi wrażenie już na zewnątrz. Położona na niewielkim wzgórzu jest również doskonale widoczna nie tylko od strony morza, ale również – jak się przekonałem – również ze pokładu samolotów.

Ciekawostką jest fakt, że jest to chyba najdłużej budowana katedra Europy – powiedzmy, że może się ścigać o… palmę pierwszeństwa w tym aspekcie z barcelońską Sagrada Familia. Budowę katedry rozpoczęto w 1229 roku, a jej poświęcenie w 1601 roku wcale nie było zwieńczeniem prac, które jeszcze ciągnęły się około 20 lat. 400 lat to niezły wynik. Pamiętajmy jeszcze, że w 1851 La Seu doświadczyła trzęsienia ziemi, co natchnęło ówczesne władze do jej face liftingu. Jakby nie patrzeć Jakub I, które zaczął jej budowę nie przypuszczał, że będzie to najdłuższa sakralna budowla Europy.

La Seu – widok od strony morza

Katedra położna na niewielkim wzgórzu, doskonale widocznym z portu, stanowi klasyczny, rzekłbym, przykład gotyku śródziemnomorskiego. Wrażenie niezapomniane, acz już skomercjalizowane.

Największa z witrażowych rozet nad wejściem do katedry

Jedną z cech charakterystycznych są olbrzymie rozety, z których największa ma średnicę ponad 13 metrów, a jej powierzchnia liczy ok. 100 m2. Trzeba przyznać, że spora… Również główna nawa świątyni licząca sobie 44 metry wysokości zalicza się do najwyższych w Europie. Wyższa znajduje się tylko w Beauvais, mieście, które znane jest wielu podróżującym z low-costowego lotniska obsługującego Paryż.

Od domniemanego czasu zakończenia budowy katedry w 1601 roku, doczekała się ona licznych modyfikacji. Jej wnętrza to zasługa również Antonio Gaudiego, który w XIX wieku dołożył swoją cegiełkę do jej wnętrza.

Fontanny w Parc de la Mar

Pomiędzy katedrą a brzegiem morza rozciąga się Parc de la Mar – ze sztucznym jeziorem ozdobionym fontannami i pięknie podświetlonym w wieczornej scenerii. Idealne miejsce do leniwego spaceru i ochłody w upalne dni.

SPACER ULICZKAMI PALMY

Oddalając się od La Seu uliczkami Palmy natkniemy się na polski akcent – Plaça de Frederic Chopin. Niedaleko stąd do Plaça de Cort – miejsca, gdzie przede wszystkim kwitnie życie towarzyskie o wszelkich porach dnia i nocy.

Plaça de Cort

Jak dla mnie jedyną wartą uwagi było tam stare drzewo oliwne. Pewnie nie pamięta czasów oliwki w Starym Barze w Montenegro, ale w pięknie nie ustępuje absolutnie.

Stare drzewo oliwne na jednym z placów w Palma de Mallorca

Spacer uliczkami Palmy w sierpniowym słońcu ma tę niezaprzeczalną zaletę, że pozwala odetchnąć od otaczającego skwaru. Zabudowy starej Palmy to kamienice i wąskie uliczki, które dają trochę cienia, a położenie miasta na morskim brzegu niesie ze sobą lekką, orzeźwiającą bryzę.

Typowa zabudowa starej Palmy

Kilka minut spaceru i znajdujemy się na najważniejszym z rynków Palma de Mallorca – Plaça Major.

Plaça Major

Plaça Major to oczywiście, jak nazwa wskazuje, główny plac w mieście. Zbudowany na prostokątnym rzucie otoczony jest kamienicami o żółtych elewacjach. Dzisiaj okupują go głównie lokalni artyści oferujący, w bardzo skomercjalizowanej opcji nakierowanej oczywiście na turystów, swoje artefakty. Poza tym trochę barów i kafejek…

Jedna z licznych rzeźb, których w Palmie znajdziecie wiele

Jako, że czas naglił, jeżeli takie zjawisko w śródziemnomorskim klimacie w ogóle istnieje, kierowaliśmy się ku Estació Intermodal – głównej stacji kolei, metra oraz autobusów jeżdżących po mieście i okolicach. Przed stacją oczywiście kolejna “placa”, czyli Plaça d’Espanya. Tym razem oczywiście z uhonorowaniem jednej z najważniejszych osób w historii miasta – Jakuba I Zdobywcy (Jaime I el Conquistador). To właśnie jemu zawdzięczamy odbicie Majorki z rąk Maurów, za co został koronowany na króla Majorki, a chwilę później podbił również sąsiednie wyspy: Minorkę oraz Ibizę.

Pomnik króla Jakuba I Zdobywcy

Dla fanów meteo – na Plaça d’Espanya znajdziecie też zabytkowy barometr i termometr. Warto podejść na chwilę.

NA ZAKOŃCZENIE

Palma de Mallorca nie zrobiła na mnie jakiegoś oszałamiającego wrażenia – miasto o dość bogatej historii, dzisiaj czerpie zyski głównie z turystyki. Nie zwiedziliśmy wszystkich ważniejszych “sehenswürdigkeiten”, ale też niewiele tego tam znaleźć można. Ot, takie przyjemne, fajnie zlokalizowane śródziemnomorskie miasto. Jeden dzień w zupełności wystarczy. Na tak na pewno: katedra La Seu oraz Parc de la Mar. Reszta bez szału. Aczkolwiek być na Majorce i nie być w Palmie…

KUCHNIA PUGLII

Kuchnia Puglii i jej prawdziwe bogactwo: frutti di mare

Puglia, a jak mówi się często w Polsce Apulia to region południowych Włoch słynący z owoców morza, ryb, ale również z oliwy i wina. Region rozciąga się na leniwych wzniesieniach wzdłuż południowo-wschodniego krańca Italii. Od północy jego kraniec wyznacza półwysep Gargano, a kończy się obcasem włoskiego buta zwanym półwyspem Salento. Kuchnia Puglii i jej tradycja kulinarna to niezaprzeczalne bogactwo regionu. O podróży do Puglii przeczytacie tutaj:

W takim miasteczku jak przeurocze Monopoli z 16 tysięcy mieszkańców co najmniej połowa utrzymuje się z rybołówstwa. Znaczy to, że stoły muszą wręcz uginać się od darów morza w postaci ryb, mięczaków i skorupiaków.

TYTUŁEM WSTĘPU…

Jeśli przemierzasz autobusem trasy w głąb lądu widzisz za oknem autobusu niekończące się gaje oliwne i winnice. To właśnie z Puglii pochodzi większość produkowanej w Italii oliwy. Ziemie nasączone z jednej strony słońcem, smagane lekkim wiatrem od morza, a także żyzne gleby dają bogate plony. Zaskoczeniem może być fakt, że stąd pochodzi również znaczna część włoskiej pszenicy.

Winnice, których wzgórza obsadzone są winnoroślą, wśród której dominują szczepy Primitivo oraz Negroamaro. Niewielka mieścina zwana Locorotondo słynie natomiast z apelacji DOC pod tą samą nazwą, która dla mnie była ponownym odkryciem białego wina. Ziemie Puglii dają prawie 20% łącznej produkcji włoskiego wina. Niegdyś wysyłano je na północ, gdzie było mieszane z innymi szczepami. Dzisiaj coraz częściej gości na stołach nie tylko regionu, ale całych Włoch czy Europy.

Swoją kulinarną wędrówkę przez stoły Apulii zaczęliśmy od… sjesty. Niestety do celu, czyli niewielkiego miasteczka zwanego Monopoli dotarliśmy po godzinie piętnastej. A to sprawiło, że na pierwszy puglijski przysmak przyszło nam poczekać. Pierwszą otwartą knajpką był prosty bar-cafeteria Barumba. W Barumba dostaliśmy apulijską kanapkę zwaną puccia z… lokalnym czerwonym winem w szkle czyli al calice. Puccia lub pucce, to nic innego jak niewielki chlebek lub podłużna bułka wypiekana na ogół z semoliny z dowolnym farszem. Spróbowaliśmy z tonno czyli tuńczykiem, sałatą, pomidorem oraz z lokalną szynką i octową marynatą z grzybami (funghi). Puccia to tradycyjna farmerska kanapka nadziewana tym co akurat puglijscy chłopi mieli pod ręką.

VIGILIA DI CAPODANNO

Jako że wylądowaliśmy w Puglii w vigilia di capodanno – przepięknie Włosi nazywają ostatni dzień roku – to wszędzie w knajpach trafialiśmy na menu fisso – typowo sylwestrowe. W końcu w jednym z barowo-muzycznym przybytków (Alchemico Bar e Cose) usiedliśmy przy prostym antipasti, na które składały się: oczywiście butelka wina, butelka prosecco, a także deska lokalnych serów i wędlin, oliwki, focaccia i sałatka.

Nasze sylwestrowe menu w “Alchemico”

Szału nie było, w końcu do Alchemico przychodzi się posłuchać muzyki, czasem potańczyć. Czasem co najwyżej posiedzieć przy kieliszku wina (lub drinku). Prosecco się lało, lekko jazzowa (na zmianę z pop-rockiem) muzyka leciała. Było sylwestrowo!

PRANZO DI CAPODANNO

Jeśli ktoś się we Włoszech budzi po gorączce sylwestrowej nocy z post sbronza, czyli po prostu… kacem, to z pewnością po zjedzeniu pranzo di capodanno będzie jak nowonarodzony! Zgodnie z noworoczną tradycją Włosi całymi rodzinami – w knajpach lub domach – witają nowy rok wspólnym biesiadowaniem. Często zaczyna się taki obiad w południe, a kończy wieczorem. Wszystko na bogato! W restauracjach obowiązuje wtedy tzw. menu fisso – stały zestaw, z którego nie sposób zrezygnować, a pochłonąć jeszcze trudniej. Uczucie post sbronza (lub post sbornia) ustępuje uczuciu przejedzenia i nie pomaga nawet butelka jednego z doskonałych włoskich win. Jedna z życiowych teorii mówi, że człowiek rodzi się sybarytą. Skoro więc rodzi się nowy rok, to rodzi się nowa okazja na kultywowanie tego stanu umysłu (i ciała).

Gdy wybiła godzina ich noworocznej fiesty przechodziliśmy akurat wzdłuż Cala Porta Vecchia obok Osterii Gallo Nero (czyli Czarnego Koguta).

Osteria Gallo Nero przy via Largo Portavecchia 22

Noworoczne menu fisso obejmowało przystawkę, dwa (!) pierwsze dania, drugie danie, deser oraz wino i wodę. Uff!!!

Startujemy z pranzo di capodanno

Zaczęliśmy od małż, sardelli, sałatki, ciekawej, wariacji na temat caprese, zapiekanych kiełbasek w cieście – a to dopiero był początek!

PRIMO PIATTO…

(pierwsze danie) to dwie pasty: capunti in guazzetto con scorfano e molluschi oraz calamarata ai profumi di bosco.

Noworoczne primo piatto

Capunti to nic innego jak podłużny makaron z charakterystycznym nacięciem. Widywałam go w wersji znacznie dłuższej. Tym razem nabrał kształtu niewielkiego ziarna. Guazzetto to specyficzny włoski sos – najczęściej na bazie ryb, a lo scorfano to przesmaczna ryba zwana po polsku karmazynem. Pytanie tylko czy to na pewno był to karmazyn, a nie zwykła krewetka..? We włoskim slangu czasem “niezbyt rozgarniętą” osobę określa się mianem krewetki. Nie wdając się w szczegóły pasta była przepyszna, zwłaszcza że jej smak nadawały przede wszystkim małże.

Jeśli chodzi o drugą pastę, to calamarata, jak sama nazwa wskazuje musi mieć coś wspólnego z kałamarnicami. Jako że Włosi uwielbiają połączenie głowonogów z makaronem, to wymyślili makaron w kształcie podawanych kałamarnic zwany właśnie calamarata. A żeby było zabawniej, to mający swoje morskie korzenie makaron ubrano w smaki lasu (profumi di bosco). W ten sposób w sosie można było odnaleźć grzyby. Całość również poprawna, właściwie skomponowana.

SECONDO PIATTO

Secondo piatto – orata e gamberone

Gdy człowiek już odpoczął przepiwszy pierwsze danie odpowiednią ilością wina i wody, na stół wjechało secundo piatto – a jakże – o czysto morskim pochodzeniu. Dorada (l’orata) jest dla nas rybą szczególną, tym razem była świątecznie udekorowana przepiękną krewetką. Rodzajów krewetek jest podobno ponad 2000! Mieliśmy okazję spróbować tej odławianej gdzieś u brzegów Puglii. W tym przypadku mam pewną wątpliwość – była tak świeża, że kucharz zapomniał chyba przetrzymać ją odpowiedni czas na ruszcie… Jak dla mnie zbyt mało wyprażona, w przeciwieństwie do delikatnej i miękkiej dorady. A może tak miało być..?

WŁOSKIE DOLCE…

Ananas in barca – pierwsze i moje ostatnie “dolce”

…to oczywiście historia deserów.

Skończyłem na pierwszym z deserów ananasie w łódeczce (ananas in barca), choć mili właściciele dorzucili od siebie jeszcze jeszcze drugie dolce – kremówki. Sorry – po prawie czterogodzinnej uczcie nie miałem już siły jeść. Trochę miejsca zostawiłem sobie jeszcze na wspomagacza trawienia, czyli wino!

Noworoczny obiad we Włoszech to okazja do rodzinnego spotkania, długich rozmów przy jedzeniu. Wiele godzin spędzonych nie tylko nad talerzem, ale przede wszystkim na wspólnym biesiadowaniu stanowi o sile tej tradycji.

PIZZA ROKU 2014

Jest w Monopoli, przy Piazza Garibaldi knajpka, której właściciele muszą być fanami tego boskiego dzieła Felliniego. Zwie się oczywiście La Dolce Vita.

La Dolce Vita przy Piazza G. Garibaldi 29

Na ścianach, a jakżeby inaczej fotosy z filmu, sala pokaźnych rozmiarów, a jedną z jej ścian zdobią półki z winem.

Fotosy w La Dolce Vita jak widać tematyczne

Koniec z wystrojem wnętrz – przejdźmy do konsumpcji! Zamawiamy pizzę pod romantycznie brzmiącą nazwą: “Puglia mia”, która to pizza została wybrana najlepszą pizzą 2014 roku.

Tak właśnie wygląda najlepsza pizza 2014 roku

W tym miejscu właśnie odczuwam dysonans… Rzadko kiedy staram się przenieść na papier smak pizzy. Z niejednego pieca je jadłem – również te domowe, tworzone przez włoskie matrony w domowym zaciszu. Zdjęcie tego nie odda, ale pierwszy raz od wielu lat zachwyciła mnie właśnie pizza! Ciasto..? Cienkie, jak prawdziwe sycylijskie lub kalabryjskie, na których się “wychowałem”. Przy tym jednakże miękkie i puszyste – ottimo! Doskonale skomponowane “nadzienie” – szynka w typie crudo z suszonymi pomidorami. Do tego – tarty na grubo – lokalny ser w typie mozzarelli. Burrata wytwarzana jest z krowiego mleka i jest jednym z lokalnych przysmaków – lekko kremowy ser o puszystej konsystencji. Gdybym miał wybierać pomiędzy mozzarellą, a tym puglijskim przysmakiem – bez wątpliwości wygrywa burrata! Wracając do pizzy – całość przybrana oczywiście świeżą rukolą. Coś wspaniałego! Dla mnie powrót do młodości.

W OBIADOWEJ PORZE ODWIEDZAMY “DAMARE”…

…przy via Garibaldi 15. Knajpka o lekko barowym wnętrzu – skrojona według modernistycznego stylu. Ale jedzenie..? Zgodne z najlepszymi, kulinarnymi tradycjami Apulii. Zamawiamy oczywiście monopolijskie przysmaki – frutti di mare z vino al calice. Kieliszek białego lokalnego doskonale był skomponowany z tym co było na talerzu. W smaku wino było lekkie, cytrusowe i orzeźwiające – takie w typie apulijskich szczepów bombino bianco.

Damare przy via Giuseppe Garibaldi 15

Innamorato cotto znaczy po włosku tyle co zakochany bez pamięci. Mottem DAMARE jest innamorati della nostra cucina – zakochani w lokalnej kuchni. Powiem krótko – motto zgodne z tym, co otrzymacie na talerzu.

Pasta no.1 to spaghetto alle cozze. W karcie stało: spaghettone di grano duro con cozze, battuto di prezzemolo e pomodorini ciglielinio. Makaron w typie spaghettone z pszenicy durum zaserwowano z mulami w towarzystwie pietruszki i wiśniowych pomidorków. Kolejna knajpa, kolejny zestaw fantastycznie skomponowany. Nie spodziewałem się tego w barowej restauracji. Fakt – była pełna, a przy stolikach tylko Włosi. Rzeczą, która przede wszystkim mnie uderzyła we wszystkich knajpkach w Monopoli, to świeżość ryb i mięczaków. Te proste pasty które udekorowano owocami morza to majstersztyk!

Spaghetto alle cozze

Druga pasta zwana była równie krótko, bez zbędnych dodatków: Tortellone.

Tortellone (al gambero)

Tortellone ripieno al gambero con ragu di crostacei, olio al basilico e mandorle tostate. Nic innego jak: pierożki w kształcie tortellone nadziewane krewetkowym ragu z oliwą bazyliową oraz prażonymi migdałami. Również w tym przypadku połączenie pierożka z morskim nadzieniem w pełni współgrało ze sobą. Danie, rzekłbym stanowiące połączenie dwóch symboli agrokultury regionu – bogactwa otaczających region mórz oraz równin obsianych pszenicą, z której powstają najsmaczniejsze makarony.

GDZIE ZJEŚĆ W ARBELOBELLO?

Gdy człowiek odwiedza Puglię, to nie sposób nie pojechać do Alberobello. Mieścina znana z bajkowych domków trulli wpisanych na listę dziedzictwa UNESCO. Pytanie gdzie zjeść coś dobrego nabiera znaczenia z każdym krokiem wykonanym po wzniesieniach dzielnicy “trulli”. Tym razem przegooglowaliśmy okolice wzgórz “trulli” w poszukiwaniu czegoś interesującego, ale nie zawsze internetowa ocena odpowiadała naszemu tzw. pierwszemu wrażeniu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na ocenianą zaledwie na googlach “3,8” Ristorante Trattoria “Largo Trevisani”. Nietrudno ją odnaleźć, usadowiła się w narożnej kamienicy przy Largo Martellotta u stóp białego miasteczka trulli.

Danie, które między innymi zamówiliśmy zwało się: Strascinate con cime di rape e pan grattato fritto. Zabawmy się znowu w tłumacza przysięgłego języka włoskich kucharzy. Ta niby skomplikowana nazwa mówi, że właśnie za chwilę na stole wyląduje makaron typu strascinate (wyglądający jak odcisk palucha kucharza) z rzepą brokułową oraz zasmażaną tartą bułką. Proste połączenie – makaron, lokalne warzywo, z którego słynie Puglia i… zasmażka! Cima di rape chociaż uprawiana jest w całych południowych Włoszech, to właśnie w Puglii stanowi produkt regionalny. Swoją drogą warzywa prawie nieznane w Polsce, a szkoda, bo z pastami i sosami komponuje się znakomicie.

Jak się międzyczasie dowiedzieliśmy od lokalsa – cibo dobrze wybrałem – to popisowe danie szefa kuchni. Perfetto! Tak skwitował je wspomniany wyżej Włoch siedzący przy sąsiednim stoliku, a mnie pozostało tylko się z tym zgodzić – D’accordo!

Strascinate con cime di rape

W przypadku drugiej pasty zwanej Orrechiette e braciole takie szału już nie było, ale danie poprawne. Pod nazwą braciole we Włoszech kryje się cała masa niespodzianek z jednym tylko wspólnym mianownikiem – jest to jakiś kawałek mięsa. Na północy będzie to dorodny (często wieprzowy) sznycel, w Neapolu również słusznych rozmiarów zraz z wołowiny. Apulia w swojej tradycji kulinarnej oferuje pod tą nazwą maleńkie zraziki w gęstym pomidorowym sosie. Jak widać co… region, to obyczaj.

Orrechiette e braciole

Tak więc, jeśli ktoś chce posilić się w Alberobello po zwiedzeniu sławnych, białych domków, to w Trattorii “Largo Trevisani” polecam przede wszystkim pastę z cima di rape.

ŻEGNAMY SIĘ KUCHNIĄ PUGLII W “IL BRIGANTE”

Przedostatniego dnia pobytu, na pożegnalną (ale zamierzamy wrócić) kolację odwiedzamy Trattorię Il Brigante przy via Cavaliere 17. Lokal słynący z morskich dań. Jako wielbiciele włoskich (i nie tylko) makaronów zamawiamy: linguine con vongole (okazały się genialne) – oraz strascinate rape – również doskonałe tym razem z prażonymi okruchami chleba oraz pod pierzynką z sera w rodzaju burraty. Te pyszności przepijaliśmy pochodzącym z półwyspu Salento lokalnym, białym winem ze szczepu Malvasia. Wytrawne, pochodzące z Salento wina Malvasia mają lekki orzeźwiający smak, w którym bez przeszkód doszukacie się nuty owoców cytrusowych, ale też wanilii czy też jabłek. Zapach intensywny, lekko kwiatowy. Do owoców morza – jak znalazł!

Strascinate rape seppi

PROSTE WIEJSKIE PUGLIJSKIE JEDZENIE

Odwiedzając w Polignano a Mare karnawałowy festyn można było natknąć się na kilka stoisk z najprostszym, wiejskim jedzeniem. W ten sposób trafiliśmy na Pana, który przygotowywał farmerskie kanapki, takie jak ta na zdjęciu poniżej. Panini con porchetta – lokalny specjał – to solidna bułka z pieczoną wieprzowiną. Region Apulii to również żyzne ziemie i hodowle, a więc rolnictwo. Jedzenie więc bywa również proste i syte.

Przemiły Pan pochodzący z pogranicza Puglii oraz Abruzzo częstował nas też miniszaszłyczkami zwanymi arrosticini – już za free. Im dłużej tam staliśmy przed jego stoiskiem, tym więcej smaków poznawaliśmy. Na koniec nasze niedojedzone bułki wysmarował jeszcze domowej roboty pastą truflową. My się dobrze bawiliśmy, on też, tylko mina jego żony mówiła co innego – jakby zaraz miała wybuchnąć… południowa kłótnia! Do tego obowiązkowo nalewał grzanego wina zwanego tutaj vin brulè. O ile po polskich grzańcach miewam zgagę, to tego grzanego wina mógłbym nawet nadużyć bez konsekwencji dla żołądka.

Panini con porchetta

Poza tym co z morza Puglia generalnie słynie z także z mięs. Właśnie takie kanapki jak powyższe panini, czy puccia, o której wspominałem na początku stały się lokalną tradycją kulinarną.

KUCHNIA PUGLII

Bogactwo lokalnej kuchni jest oczywiście determinowane położeniem regionu i jego bogactwami. W przypadku Apulii ciężko jest cokolwiek wyróżnić, gdyż region ten nazywany jest włoskim spichlerzem. Jeśli znakomita część produkcji wina, oliwy, pszenicy pochodzi z tego obszaru, to muszą za tym podążać wspaniałe tradycje kulinarne. I to mnie nie zawiodło. Wręcz przeciwnie dawno we Włoszech nie zjadłem tylu dań, które mnie urzekły i połechtały moje kubeczki smakowe. Jeżeli do tego dodamy bogactwo morskich głębin, to otrzymamy niezapomniane kompozycje, które będziemy wspominać latami. I marzyć o jak najszybszym powrocie na puglijskie wybrzeże.

W Monopoli praktycznie każde miejsce, w którym jedliśmy można wpisać na listę “must eat”! każdą z restauracji można nagrodzić:

  • La Dolce Vita – za wspaniałą pizzę Puglia mia,
  • Il Brigante – za przecudne owoce morza,
  • Damare – za genialne połączenie tradycji i nowoczesności, http://www.cucinadamare.it/
  • Gallo nero – za rodzinną atmosferę i uprzejmość.

Jest też jedna sprawa, którą u mnie Puglia zmieniła – jako zagorzały fan czerwonych win zwykłem nie dostrzegać win białych. Odwiedziny w Puglii sprawiły, że częściej spoglądam w kierunku jasnych trunków, a te w Puglii były doskonałe!