KULINARNA WĘDRÓWKA DOOKOŁA GARDY

Na początku był(o) Brenzone (Castelletto)

Czerwiec 2019 – kilka dni odpoczynku należy się człowiekowi nie tylko w wakacje, ale również przed nimi! Miał być trekking i via ferrata, ale niestety nie tym razem. Dopadła mnie konieczność rehabilitacji. Tym niemniej z włoskich gór nie zamierzałem rezygnować. Jeśli nie wspinaczka to co…? Zmieniamy miejscówkę z typowo górskiej na bliższą jeziora, przecież w trydenckich klimatach zawsze jest co robić.

Na trasie z Werony do Riva del Garda dopadł nas już nie głodek, a głód, a kuchnia włoska jest jak piękna kobieta przyciąga nie tylko wzrok, ale też inne zmysły. Urokliwa miejscowość Castelletto di Brenzone leży na zachodnim brzegu jeziora u południowych krańców masywu Monte Baldo. W niej nad brzegiem jeziora znajdujemy Ristorante da Umberto.

Da Umberto to kulinarna perełka w Castelletto (Brenzone)

Restauracja ma długą i bogatą historię. Już w pierwszej połowie XX wieku była w tym miejscu niewielka tawerna, w której spotykali się lokalni rybacy. Wraz z budową Gardesany, czyli drogi wokół jeziora Garda osteria była coraz częściej odwiedzana przez gości. Zio Umberto, czyli wuj Umberto po licznych podróżach wrócił, w 1963 roku tchnął w niewielką knajpkę nowego ducha. Miejscowa lasagne oraz pstrąg (la trota) stały się wręcz legendą miejscowej gastronomii. Później dołączył, z nowymi pomysłami brat Umberto – Loris. W latach 90-tych ubiegłego wieku młodsze pokolenie rodziny: Luca i Cristiana wniosło świeży powiew do kuchni i do dzisiaj wspaniale przekuwają tradycję oraz nowoczesność w kulinarne mistrzostwo.

LASAGNE – NOWE OTWARCIE

Lasagne – ricetta del 1963

Długo zastanawiałem się nad wyborem pierwszej, od ostatniej wizyty na ziemi włoskiej, pasty. Ostatnie, które kosztowałem w Rzymie były genialne. Lasagne według przepisu wujka Umberto z 1963 roku było nowym spojrzeniem! Olbrzymia porcja (na dwie osoby) zawierała makaron w kształcie papardelle zapieczony z niewielką ilością wołowego mięsiwa w kremowym beszamelu. Nie było żadnej pierzynki, pasta po prostu przechodziła serowym i puszystym beszamelem. Rewelacja!

Jeśli do tego dodamy przepiękne położenie i widok z tarasu z bryzą wiejącą od jeziora oraz miłą obsługę, to nie pozostaje nic innego jak zatrzymać się i spróbować tej wspaniałej kuchni. Jeszcze jedno – aperol spritz jest u nich wyśmienity!

Jadąc nad Lago di Tenno, za wodospadem Varone odwiedzamy w porze obiadowej niewielką restaurację pod nazwą Trattoria Piè di Castello. To rodzinny interes prowadzony w tym miejscu od stuleci. Początki miały miejsce w XIX wieku, kiedy to Eugenio i Giuseppina Benini założyli pierwszą restaurację. Tak też pozostało do dzisiaj, kiedy to kolejne pokolenia rodziny Benini uczestniczą w budowaniu kulinarnej legendy.

Lokalna historia – Trattoria Pie di Castello

Niepozorne wejście na maleńki dziedziniec kryje za sobą klimatyczną, urządzoną w regionalnym stylu trattorię. Wnętrze typowe dla regionu Trentino oferuje też typową trydencką kuchnię. Trattoria Pie di Castello to nie tylko zwykła jadłodajnia, to miejsce, gdzie olbrzymią wagę przywiązuje się do tradycji i smaku. Przepisy są przekazywane z pokolenia na pokolenie. W końću jest to miejsce, gdzie jest produkowana własna oliwa z oliwek oraz lokalne wino.

Trattoria Pie di Castello

STRANGOLAPRETI CZYLI ZIELONE KOPYTKA Z CZERSTWEGO CHLEBA

Tak, to nie pomyłka, jeden z regionalnych i rustykalnych przysmaków charakterystyczny dla trydenckiej kuchni wyrabia się z czerstwego chleba.

Strangolapreti alla trentina

Takie właśnie tradycyjne strangolapreti alla trentina zagościły na moim talerzu. Te zielone gnocchi wyrabiane są właśnie z czerstwego chleba, mleka, jajek oraz szpinaku i szałwi. Ugotowane podaje się je, jak to często bywa w opisach, w cascacie (wodospadzie) masła (!) i posypane lokalnym tartym serem. Pamiętajcie – oryginał nie zawierał ziemniaków, ani ricotty – i takie są najlepsze. Te podane w Trattorii w Cologna były fanatystyczne, z dominującym smakiem szpinaku i ziół.

CARNE SALADA COTTA

La carne salada to typowy regionalny specjał. Potrawę znano już średniowieczu, a powstała z potrzeby konserwowania mięsiwa. Carne Salada przygotowuje się z wołowiny, którą obsypuje się solą, ewentualnie innymi przyprawami. Następnie umieszcza się je w zamkniętych pojemnikach w zacienionym miejscu o temperaturze nie wyższej niż 12° Celsjusza. W ten sposób, w zależności od wielkości kawałków przechowuje się je od 2 do 5 tygodni. Co dwa dni mięso jest masowane. Tak zakonserwowane może służyć do dalszej obróbki, a w międzyczasie nabiera swojego smaku i aromatu.

Carne Salada Cotta według tradycji kulinarnej Trattoria Pie di Castello

La carne salada cotta czyli gotowana stanowi sztandarowe danie Trattorii prowadzonej od ponad 120 lat przez rodzinę Benini. Mięso jest miękkie, delikatne bez żadnych “obcych” aromatów. W wersji crudo czyli surowej służy do przygotowania wołowego carpaccio, równie doskonałego jak to w wersji cotta.

W Trattorii Pie di Castello wszystko to otrzymacie zrobione własnoręcznie, według tradycji kulinarnej kultywowanej przez kolejne pokolenia rodziny Benini.

Jest w Riva del Garda jeszcze jeden przysmak, który rozbroił mnie całkowicie. Spacerując przez starą część miasta natknęliśmy się na brzmiącą z angielska ristorante Piccadilly Bar. Położony w bocznej uliczce, oferujący kilka stolików na zewnątrz i przemiłą obsługę, ale też godną skosztowania kuchnię.

Piccadilly Bar w Riva del Garda

Tam Miałem okazję skosztować marynowanego pstrąga w sałatce (la trota marinata in insalata).

Marynowany pstrąg w sałatce z pesto agrumi

Sztukę marynowania pstrąga nad Gardą opanowano do perfekcji. Ryby tak miękkiej, a jednocześnie o zwartej konsystencji dawno nie jadłem. Jeśli kiedykolwiek jadłem… Delikatność o lekko słodkim zabarwieniu, w której brak octowego posmaku czy też zapachu. Wszystko to skomponowane z cytrusowym pesto, czyli agrumi. Limonkowo-cytrusowy smak uzyskuje się na bazie limonek, cytryn i pomarańczy. Trzeba przyznać, że stanowi doskonałe zestawienie z delikatną, marynowaną rybą.

KLASYCZNE RISOTTO

Miało być o makaronach, ale zacznę od risotto:

Risotto ai porcini w VILLA ARANCI przy Viale Rovereto – poprawne i smaczne; prawdziwki były prawdziwkami.

Risotto ai porcini

NIE MA TO JAK WŁOSKA PASTA…

Smaczne w VILLA ARANCI było również spaghetti carbonara – mocno jajeczne, ale aromatyczne i bardzo poprawne.

Spaghetti alla carbonara

Jednego, czego nie polecamy, a nawet wręcz odradzamy, to podane tam vino della casa – tak podłego trunku nie piłem jeszcze nigdy we Włoszech. W taki sposób qualcosa da bere potrafi zniszczyć qualcosa da mangiare

We wspomnianym wyżej Piccadilly Bar genialne były penne al ragu – makaron mocno al dente, równie mocno pomidorowe – całość wyważona i godna polecenia.

Penne al ragu

W Weronie, w pobliżu najsławniejszego balkonu świata, znajduje się LOCANDINA CAPELLO. Osteria słynie z kanapek i przekąsek, ale nie należy omijać ich makaronów. Są przepyszne!

Tagliolini w Locandina Capello

Z tego powodu, że pełna nazwa brzmiała: Tagliolini con ragu bianco di pollo, olive Taggiasche, funghi champignon trifolati e rucola croccante, to żal było tego dania nie zamówić. Znaczy to tyle, co: tagliolini w białym ragu z kurczaka, oliwkami odmiany Taggiasca, pieczarkami w typie trifolati i chrupiącą rukolą. Nazwa piękna i długa, czyli powinno być smaczne. Zawodu nie było, a wręcz było to obłędne, pyszne obłędnie. Tagliolini to odmiana tagliatelle, czyli cienkich wstążek, tyle, że w tym przypadku o lekko cylindrycznym kształcie. Z kolei funghi trifolati to grzyby duszone w oliwie z udziałem pietruszki i czosnku. Reszty chyba tłumaczyć nie trzeba. Wszystko razem stanowiło zrównoważoną kompozycję pasty, mięsa i dodatków.

Bigoli w Locandina Capello

Drugie danie w pełnym brzmieniu to: Bigoli di pasta fresca con passatina di pomodoro San Marzano BIO e salsiccia veneta. Tak jak długo się czyta, tak dobrze się konsumuje. Znaczy tyle co: bigoli ze świeżo robionego makaronu z pomidorowym przecierem BIO i kiełbasą wenecką. Bigoli, czyli takie grubsze, weneckie spaghetti, a salsiccia veneta to regionalna kiełbasa średniozmielona z wieprzowiny i pancetty. Chciałoby się powiedzieć: skrome… a pyszne. W tym przypadku również pełna równowaga na talerzu.

WRAŻENIA Z KULINARNEGO SZLAKU

Kulinarna wędrówka dookoła Gardy dostarczyła nowych, niezapomnianych wrażeń. przemierzyliśmy wiele dróg, z których niejedna prowadziła do knajpy. Lokalna kuchnia oferuje wszystko, co ten piękny region ma w sobie najlepszego. Góry, jeziora, lasy i słońce dają produkty, które tworzą lokalną kuchnię i smaki. Próżno ich szukać w innych regionach. Stoki okolicznych gór to nierzadko pokłady trufli. Garda oraz inne okoliczne jeziora zasobne są w ryby: pstrągi, sardele, szczupaki. Doliny i zbocza szczytów to winnice słynące oliwek i winorośli. Oliwa wyciskana z oliwek w okolicach jeziora Garda ma wielowiekowa tradycję. Czyż trzeba lepszej rekomendacji..? Wina z okolic Gardy to nie tylko uprawiane tutaj od lat Chardonnay, ale również czerwone lokalne szczepy – Marzemino Trentino i Teroldego Rotaliano. Jesteśmy na przednóżku Alp, czyli nie może zabraknąć regionalnych serów: Trentignana, czy też Casolet. Mieliśmy okazję do skosztowania nie tylko lokalnych specjałów, ale też smaków, których pamięć przywiedzie nas z pewnością w te strony pięknej Italii!

INFORMACJE PRAKTYCZNE I ADRESY

  • RISTORANTE DA UMBERTO – Brenzone (Castelletto) nad brzegiem jeziora, przy Via Imbarcadero, 15 – http://www.daumberto.it/
  • TRATTORIA PIE DI CASTELLO – Cologna, Via al Cingol Ros, 38 – około 4 kilometry od Riva del Garda w kierunku na Tenno – http://www.piedicastello.it/
  • RISTORANTE PICCADILLY BAR – Riva del Garda, Via dei Fabbri, 11
  • RISTORANTE VILLA ARANCI – Riva del Garda, Viale Rovereto, 25 (główna ulica w Rivie) – https://www.villaaranci.it/
  • OSTERIA LOCANDINA CAPELLO – Verona, Via Cappello, 16 (w pobliżu balkonu Julii) – http://www.osteriacappello.com/

LAZUROWE SMAKI

2 dni to niewiele aby zapoznać się z kuchnią Lazurowego Wybrzeża. Jesteśmy nad morzem, więc poza typowymi francuskimi przysmakami mamy bogactwo nie tylko tego co na lądzie, ale też tego co w wodzie. Dodatkowo mamy przecież sąsiedztwo włoskiej Ligurii. Jeśli uświadomimy sobie, że Nicea dopiero od 1860 roku została trwale włączona w granice Francji, to musi powstać fantastyczna kulinarna mieszanka smaków.

Niestety niecałe 48h w Nicei nie pozwoliło na zapoznanie się bogactwem lokalnych smaków. A przecież zaliczyliśmy też Monte Carlo. Krótki pobyt w Nicei opisuję tutaj: http://7mildalej.pl/weekendowa-nicea/. Kilka lazurowych smakołyków udało nam się jednak pochłonąć. Na pierwszy rzut:

MONAKIJSKIE ŚWIEŻOŚCI

Przed niedzielnym południem wybraliśmy się w odwiedziny do… Monte Carlo. W związku z faktem, że pogoda nie była dla nas zbyt gościnna odwiedziliśmy Caffè Milano – Restaurant Monaco przy sławetnym zakręcie nr 12. W Monako wszystko kojarzy się z trzema rzeczami: F1, F1 i jeszcze raz… pieniędzmi.

Pora by zjeść coś treściwego jeszcze nie nadeszła, poza tym w planie był spacer ulicami Monte Carlo. Wybór więc mógł być tylko jeden – zapoznamy się z sałatkami “na bogato”. Pierwsze zaskoczenie – zamiast tradycyjnej karty otrzymujemy… tablety z menu. Klikanie zamiast wertowania – znak czasów. Wnętrze knajpy – bardzo przyjemne utrzymane, jak to nazywam, w lekkim jachtowym stylu. W końcu widok zobowiązuje; za oknem port jachtowy w Monte Carlo.

CAESAR

Zamawiamy znaną w całym świecie sałatkę – Caesara. Sałatkę wymyślił mieszkający w Meksyku Włoch – Caesar Cardini. Prowadził tam swoją restaurację i pewnego razu, z braku produktów i potrzeby chwili wymyślił prostą sałatkę, która do dzisiaj króluje na stołach w wielu regionach świata. Tak głosi przynajmniej jedna z legend.

Caesar – włoska inwencja kulinarna w wersji monakijskiej

Oryginalna wersja Cezara była przyrządzana z: sałaty rzymskiej, parmezanu, grzanek, do tego sos Worcestershire, sok z cytryny, oliwa czosnkowa, surowe jajko oraz sól i pieprz. Z czasem dodano kurczaka (chyba dzisiaj najpopularniejsza wersja) lub anchois (podobno pomysł francuski). To, co zaserwowano w Caffe Milano było zgodne z pierwowzorem, z tym, że zamiast kurczaka były tam plastry boczku. Boczek zgrillowano na chrupko. Gdybym miał obstawiać, to był to speck lub guanciale z akcentem na to pierwsze. Bardziej przypominało to podwędzany speck z Trentino. Całość – w smaku super, wyważone, o lekko cytrynowej nucie.

CHORIZO

Gdzie to chorizo..?

Pomimo swojej nazwy ta sałatka to wersja prawie vege. Prawie jest rzeczywiście różnicą, ale kompozycja rukoli z parmezanem oraz orzechami włoskimi była nowością w naszym menu. Chorizo też się znalazło i chociaż na talerzu było w mniejszości, to swój aromat pozostawiało. Takiego mixa z aksamitnym sosem jeszcze nie smakowaliśmy.

Do tego wybraliśmy butelkę włoskiego białego wina. W końcu to knajpa prowadzona i zarządzana przez Włochów. Kilka słów podsumowania. CAFFE MILANO jest bardzo wysoko oceniana począwszy od 4,4 (google) do 5,0 (tripadvisor). Nie mieliśmy okazji skosztować głównych dań, to te, które otrzymaliśmy były więcej niż poprawne. Na stół wjechała woda mineralna (ale wcześniej nas uprzedzono, a raczej poinformowano). Obsługa szalenie miła, zainteresowana, ale nie nachalna. Czas oczekiwania – w normie. Jeśli do tego dodamy widok za oknem, mamy komplet. Ceny..? O pieniądzach w Monte Carlo się nie dyskutuje, w Monte Carlo pieniądze się po prostu ma…

SAŁATKA NICEJSKA (Salade niçoise lub la salada nissarda)

Sałatka nicejska w La Trattoria du Palais

Być w Nicei i nie spróbować potrawy, z której to miasto słynie, to jak być w Krakowie i nie zobaczyć Wawelu. Sałatkę zna chyba każdy. Przypomnę, że obowiązkowo należy przygotować ją w oparciu o pomidory, sałatę rzymską, anchois oraz oliwę z oliwek – takie były początki i jej bardzo purystyczna wersja. Robili ją na ogół mniej zamożni mieszkańcy, więc wersje na bogato pojawiały się później. Swoje do tego dołożyli też szefowie kuchni. Pierwsza, którą zjadłem w La Trattoria du Palais w Nicei była rozbudowana w stosunku do XIX-wiecznego pierwowzoru. Obecne były również: jajka, czerwona papryka, rzodkiewki, oliwki oraz tuńczyk. A wszystko to przy udziale niewielkiej ilości sosu winegret. Bardziej dominująca była w potrawie oliwa z oliwek niż sos. Porcja olbrzymia, mogąca służyć wręcz za danie obiadowe!

DAUBE NICOISE (DOBA A LA NISSARDA)

Daube nicoise

Przysmak prowansalskiej kuchni: Daube nicoise to typowe danie lokalne. Rodzaj gulaszu sporządzany w oparciu o duszoną, w czerwonym winie, wołowinę. Aby danie było pełne swego smaku i aromatu dodaje się marchewkę, garni, czosnek, bekon oraz solidnie przyprawia – między innymi pieprzem cayenne. Nie może też zabraknąć miejscowych grzybów – najlepiej prawdziwków. W niektórych przepisach obecny jest również naparstek koniaku.

W każdym razie, gulasz był doskonały – miękki, aromatyczny a towarzyszyły mu ziemniaczane kluseczki, a’la nasze kopytka, ale zdecydowanie o konsystencji purée.

AïOLI DE CABILLAUD

Aioli de Cabillaud

Cabillaud czyli nasz swojski dorsz, ale ten niekoniecznie swojski, bo na pewno nie jest to pomuchla (Kaszubi wiedzą…). Bardziej obstawiałbym dorsza atlantyckiego. Tak czy inaczej został podany na ziemniaczanym purée z lekkim sosem aioli. I tym razem wszystko doskonale skomponowane.

Powyższe przysmaki mieliśmy okazję kosztować w LOU KALU. To jeden z tych przybytków, które na kulinarnej mapie Nicei, najlepiej karmią. O godzinie 13-tej siedzieli w niej tylko Francuzi sącząc piwo (w większości) lub wino (w mniejszości) i jedząc le déjeuner.

W karcie było tez oczywiście miejscowe wino – Winnice Pays du Var leżą w bliskiej odległości od Nicei produkują białe wina na bazie szczepów grenache blanc, roussanne, ugni blanc, chardonnay. Zamówiliśmy un pichet (dzbanek) nie żałowaliśmy. Wina te sprzedawane są głównie lokalnie, a cała produkcja nie przekracza 250.000 hektolitrów rocznie.

Lokalne wino z winnic departamentu Var

TROCHĘ O TYM, CZEGO NIE SKOSZTOWAŁEM W NICEI

Kuchnia nadmorskich Alp (Alpes Maritimes) jest różnorodna. Doskonałe i sycące mięsa, ryby i frutti di mare, do tego lokalne przysmaki. Trafiliśmy (w Nicei) do dwóch restauracji – prowadzonej przez Francuzów – Lou Kalu oraz przez Włochów – La Trattoria du Palais. Obie mogę polecić, a i budżetu nie zrujnują.

Charakterystyczna cecha dla lazurowego wybrzeża to silne przenikanie włoskich wpływów kulinarnych. Wszechobecna jest oczywiście włoska pizza na sposób francuski. Ale Nicea to również lokalne potrawy, których nie zdążyłem spróbować, ale gdy wrócę, nie ominę ich. To co charakterystyczne dla nicejskich kulinariów to:

PAN-BAGNAT – czyli chleb na mokro – nic innego jak sałatka nicejska w bułce lub bagietce

PISSALADIERE – cebulowa tarta z oliwkami oraz anchois – sprzedawana jako przekąska, starter lub plat à emporter (na wynos)

SOCCA – taki chlebek (niektórzy mówią: naleśnik) z mąki z ciecierzycy. Podobny jadałem we Włoszech pod nazwą cecina (jeśli dobrze pamiętam). Podobnie jak pissaladiere najczęściej sprzedawany albo jak włoskie pizze al taglio, czyli w kawałkach albo typowy street-food.

BRUKSELA – MEKKA PIWA

Delirium Cafe zwane też Pink Elephant przy Impasse de la Fidélité

Nie frytki, nie gofry, nie czekolada, ani nawet specjały belgijskiej kuchni były celem wizyty w Brukseli (o czym tutaj: http://7mildalej.pl/bruksela-nie-tylko-gofry-frytki-i-czekolada/). Clou programu stanowiło oczywiście piwo. Jeśli piwo, to:

DELIRIUM TREMENS

Czy jest bardziej kultowa piwiarnia niż Delirium Cafe..? Oczywiście ilość browarów belgijskich i tym samym ich knajp “firmowych” jest przeogromna. Na 11 milionów mieszkańców Belgii przypada ponad 160 browarów, a liczba gatunków piwa sięga 1.500. W tym małym kraju o powierzchni 30 tysięcy km2 produkuje się rocznie około 19 milionów hektolitrów piwa, z których co najmniej 8 milionów hektolitrów jest wypijanych “na miejscu”. Statystyczny Belg wypija rocznie około 75 litrów litrów złocistego (i nie tylko) napoju. I zaznaczmy, że mówimy w tym miejscu o piwie przez duże “P”, a nie koncernowym produkcie piwodobnym.

Piwo i Belgia to nieodłączne skojarzenie, którego nie da się rozdzielić. Piwo jest fragmentem belgijskiej kultury, a smak belgijskich piw należy do tych najbardziej wysublimowanych na świecie. Jeśli miałbym wybrać lagera – udałbym się do Czech, weissbiera szukałbym w Bawarii, a po piwa ciężkie i ciemne pognałbym do Belgii. Ich “blondy”, “trapisty” czy “darki” pozostały moimi ulubionymi piwami. Zdradliwa potrafi być ich moc. Są to najczęściej piwa o zawartości alkoholu 6-10 procent, a mimo to w smaku niezalkoholizowane, wyważone i pełne.

Każdy znajdzie w Brukseli swoją ulubioną piwiarnię, przy ponad 160 belgijskich browarach nie jest o to trudno – uwierzcie mi. Ktoś, gdzieś napisał, że “prawdziwy Brukselczyk nie chadza do Delirium, tylko wybiera mały browar”…

Ksiądz Józef Tischner mawiał, że góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: świenta prowda, tys prawda i gówno prowda. To powyższe stwierdzenie jest tą trzecią prawdą. W Delirium spotkasz i lokalsa, i turystę japońskiego i smakosza piwa. Lokal jest jakby nie patrzeć legendą i taki pozostanie. 2400 gatunków piwa z całego świata, a znakomitą większość doskonałych piw belgijskich znajdziecie właśnie w Delirium Cafe.

DELIRIUM CAFE DZIŚ

Piwa delirium produkowane są w browarze HUYIGHE w miejscowości Melle nieopodal Gandawy. Pierwszy browar powstał tam w roku 1906, a pod nazwą Delirium, w 1938 roku, rozpoczęto produkcję zbliżonego do czeskich pilznerów piwa. Delirium Blonde uwarzono pierwszy raz w 1989 roku. Dzisiaj browar, który pozostał (na szczęście) browarem rzemieślniczym zatrudnia tylko 20 osób, a do jego najbardziej znanych trunków należą: Delirium, Campus i Floris.

Flagowa knajpa rozrosła się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Obecnie to już prawie przemysł. Kilka sal i barów przy Impasse de la Fidélité spokojnie pomieści kilkaset osób.

Około godziny 12-tej w Delirium nie ma jeszcze tłumów
W Delirium czasem można usiąść i wypić piwo w starej kadzi fermentacyjnej
Sufit i ściany to przekrój piw z całego świata
W gablotach można zapoznać się z historycznymi sposobami warzenia piwa

BAR

Sam bar w głównej sali wygląda imponująco. Ilość nalewaków wprost powala, a z każdego leje się “złoty nektar”. Tyle dobra na długości blatu…

Zaopatrzenie wygląda imponująco
Prawie jak w PRL – o 13-tej bar zaczyna tętnić życiem
Instalacja pod “parą”, a raczej pod ciśnieniem

Karta, jak wspomniałem oferuje około 2400 piw z ponad 60 państw świata. Znaleźć można też polskie piwa. Tzw. short-lista wisi nad barem i obejmuje głównie piwa z własnego browaru.

Poza własnymi piwami na pierwszej linii frontu – “trapiści”

PIWO

Stwierdziliśmy, że skupimy się na piwach od HUYIGHE. Od czego zaczęliśmy więc degustację…? Oczywiście od przypomnienia sobie sztandarowych produktów browaru czyli Delirium Blonde i Delirium Nocturnum.

Na początek: historia browaru w wersji blonde i dark

Delirium Blonde – górna fermentacja na wzór pilzneński, czyi czeski. Piwo o mocy 8,5% – zdradliwe, bo pije się go jak lekkiego lagera. Co do smaku – lekko zaskakuje i intryguje, gdyż dominują słodkie nuty owocowe. Pomimo, że nie lubię słodkości w piwie – w tym przypadku nie przeszkadzają mi, a wręcz dopełniają jego smak. Ocena – 4,0/5.

Delirium Nocturnum – w tym przypadku – poezja smaku ciemnego piwa; od goryczki przez czekoladę do ostrych nutek pieprzowych, ale na finiszu daje się wyczuć karmel. Również 8,5%. Ciemna, nieprzejrzysta barwa i drobnoziarnista piana (spodziewałbym się raczej bardziej gęstej). Dla mnie – jedno z najlepszych ciemnych piw, jakie przyszło mi spróbować. Ocena 4,5/5

Co jeszcze wybraliśmy..?

Campus Premium – 5% lager – lekki chmiel i słodowy aromat. Wyrób pilzneropodobny. Niestety na końcu wychodzi z niego pilznerowata goryczka, za którą nie przepadam. Ocena – 3,0/5.

Floris White – również 5%, ale tym razem witbier. W witbierach lubię połączenie słodkich, pszenicznych smaków z nutą cytrusów. Odpowiadają mi te, które zaczynają od słodkości a kończą na cytrusach. Pod jednym wszakże warunkiem, że nie są te cytrusy zbyt intensywne, a wręcz, jak to określam – miękkie, kolendrowe. I taki jest właśnie Floris White. Witbiery to belgijskie piwa pszeniczne, powstały w Brabancji, na wschód od Brukseli. Ten jest całkiem poprawny, nawet bardziej niż poprawny – 3,5/5 – to właściwa ocena.

Jeszcze jedna ważna informacja na temat belgijskiej tradycji piwnej, tam każde piwo pija się w odpowiednim dla siebie rodzaju szkła. Są szklanice dla lagerów, są również pucharki (pokale), które różnią się kształtem i wielkością. Tak też podawano nam poszczególne piwa w Delirium Cafe. Jeśli ktoś chce spróbować historii i współczesności belgijskiej tradycji piwnej niech odwiedzi Delirium Tremens w Brukseli. A jeśli już znajdzie swój ulubiony smak i aromat napoju bogów niech odwiedzi którąś z małych cafe.

ZAKOŃCZENIE – TROCHĘ HISTORII O PIWIE BELGIJSKIM

Pierwsi na terenie Belgii piwa warzyli oczywiście mnisi. Około 1100-ego roku zezwolono flamandzkim i francuskim opactwom na warzenie piwa. Ówcześnie bezpieczniej było pić piwo zamiast wody, której jakość pozostawiała – mówiąc eufemistycznie – wiele do życzenia. Po Wielkiej Rewolucji Francuskiej na tereny Belgii przybyli Trapiści, którzy już od 1685 roku w Normandii warzyli doskonałe piwa. W nowym klasztorze w Westmalle warzono piwo początkowo na własny użytek, od 1836 roku również na sprzedaż dla okolicznych mieszkańców. 15 lat później (1861) rozpoczęto masową sprzedaż klasztornego piwa. Dzisiaj na terenie Belgii działa 6 browarów trapistowskich, a ich piwa uznawane są za jedne z najlepszych na świecie. ACHEL, CHIMAY, WESTMALLE czy też WESTVLETERN będący świętym graalem browarnictwa to najważniejsze dla Belgów piwa. Warto spróbować też LAMBIEKA na dzikich drożdżach czy też KRIEKA z dodatkiem wiśni. Dla porównania z niemieckim witbierem można sięgnąć po jego flandryjskiego odpowiednika.

Belgijskie piwa odkryłem wiele lat temu po skosztowaniu DUVELA z browaru Moortgat. Warzony jest metodą górnej fermentacji w rodzaju belgian strong ale i zawiera około 8,5% alkoholu. Od tamtej pory jestem jego (i innych “belgów”) wiernym fanem, a życie bez belgijskiego piwa byłoby jakby smutniejsze…

BRUKSELA – NIE TYLKO FRYTKI, GOFRY I CZEKOLADA

Delirium Cafe to centralny punkt wizyty w Brukseli

Świętowanie urodzin zaczałęm od Brukseli (czytaj: http://7mildalej.pl/spacerem-przez-bruksele-10-godzin-w-stolicy-belgii/), a jeśli świętowanie w Brukseli, to oczywiście wspomnienie młodych lat: Delirium Tremens! Czy jest bardziej kultowe miejsce na świecie niż ta legendarna piwiarnia..? Pytanie pozostanie pewnie retoryczne.

Zanim jednak zajmiemy się wspomnieniem z tego przybytku rozpusty zajmijmy się innymi słabościami Belgów. Człowiek jest z natury sybarytą i hedonistą. Bruksela to miasto, które pozwala spełnić wszelkie zachcianki, a te kulinarne w szczególności!

La Grande Bouffe (“Wielkie Żarcie”) – tak brzmiał tytuł filmu filmu, który Marco Ferreri nakręcił w 46 lat temu. Nie licząc tego, że Bruksela to miasto… smerfów, to jest to mekka piwa, czekolady i frytek, ale nie tylko. Kuchnia belgijska zaskakuje bardzo pozytywnie i zaspokoi gusta nie tylko mięsożerców, ale też wegetarian.

Celem naszej wizyty było oczywiście wspomniane na wstępie DELIRIUM CAFFE, więc zmierzając pospiesznie w jego kierunku zatrzymajmy się na kilku przystankach z brukselskimi specjałami

FRYTKI BELGIJSKIE

Nigdzie frytki nie smakują jak w Belgii

Podobno Amerykanie przypisują sobie wynalezienie frytek. Nic bardziej błędnego. Francuzi też twierdzą, że to ich pomysł. Jeśli już ktoś wziął do ręki nóż i kartofla, to był to z pewnością Belg. Tezy, że Belgia to ojczyzna frytek obalić w żaden sposób się nie da. Ziemniak pokrojony w słupki i smażony pierwotnie w łoju wołowym miał swoje korzenie w Walonii. Tak już było, jest i będzie. Widzę frytki, myślę Belgia!

Być jednak w Brukseli i nie spróbować sztandarowego dania belgijskiej kuchni byłoby z mojej strony co najmniej faux pas. Jako, że czas nie pozwolił nam na poszukiwanie najlepszych frytek w Brukseli, to spacerując w okolicach Grand-Place i Giełdy Brukselskiej wybraliśmy pierwszy czynny lokal oferujący ten brukselski przysmak czyli FRITLAND. Olbrzymia porcja za stosunkowo niewielkie pieniądze: 3,70 EUR. Nie jestem fanem frytek, być może dlatego, że w Polsce rzadko trafia się po prostu smaczny produkt.

Te smakowały nieźle – były rzeczywiście chrupkie na zewnątrz oraz miękkie (maślane) w środku. Przyglądając się procesowi ich smażenia można było odnieść wrażenie, że były zgodnie z tradycją smażone dwa razy. Smak różnił się zasadniczo od polskich – nadmorskich. Natomiast czy były smażone w tłuszczu zwierzęcym, czy zwykłym oleju..? Na to pytanie już nie dam do końca jednoznacznej odpowiedzi. Frytki w bułce? Proszę bardzo. Frytki jak frytki, ale ilość sosów powaliła mnie już totalnie! W karcie było ich kilkadziesiąt! Co kto lubi, co kto chce.

GOFRY BELGIJSKIE

Podstawowa zasada – naucz się rozróżniać gofry z Brukseli od gofrów z Liege

W przypadku gofrów sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Zasadniczo istnieją dwa rodzaje gofrów zwanych tutaj waflami. Jeden z nich to gofr z Brukseli (gaufre de Bruxelles, lub Brusselse wafel), drugi natomiast, to gofr z Liege (gaufre de Liège, niderl. Luikse wafel). Ten ostatni zwany też gofrem cukrowym (suikerwafel).

Gofry z Brukseli są robione na bazie rzadkiego ciasta drożdżowego bez cukru, a więc z mąki pszennej, mleka, wody, jajek, drożdży i wanilii. Klasyczne brukselskie mają kształt prostokąta. Do gofrów z Liege oprócz tych wszystkich wyżej wymienionych dodaje się też granulki cukru perłowego zwane tutaj z flamadzkiego “parelsuiker”. Czy tak jest rzeczywiście, czy jest to zwykły cukier… nie miałem okazji sprawdzić. Kształt gofrów leodyjskich jest bardziej nieregularny, często owalny, a ich smak jest cięższy i słodki – zdecydowanie nie moja bajka.

Skoro mamy całą już nomenklaturę za sobą, to czas sprawdzić czym się różnią. Gofry, jak powszechnie wiadomo, je się… oczami, a belgijskie już szczególnie. Gofry je się tutaj ze wszystkim: czekoladą, owocami, cukrem pudrem, bitą śmietaną. Oprószane są każdym możliwym rodzajem posypki. Od samego patrzenia można dostać oczopląsu, a chwila zamawiania przeciąga się w nieskończoność.

CZEKOLADA BELGIJSKA

Czekolada belgijska to smak i jakość na najwyższym poziomie

W czym tkwi sukces belgijskiej czekolady? Odpowiedź jest prosta – w smaku! A smak, to jakość ziaren kakaowca. I tutaj koło się zamyka. Belgijskie czekolady i wyroby na jej bazie oraz ciasta z czekoladą są jednymi z najlepszych na świecie. Wszelkiej maści “czekolaterie” znajdziecie na każdym rogu. Piwa nie zapakujecie do cabin baga, czekoladę – tak, a naprawdę warto to przywieźć z Brukseli.

Czekoladowe pyszności przygotowywane są na Waszych oczach

BELGIJSKIE SPECJAŁY

“L’Arlequin” przy Rue des Bouchers – raczej niedoceniony w “recenzjach”

Wychodząc z DELIRIUM TREMENS wpada się w ulicę, którą ktoś kiedyś nazwał “brzuchem Brukseli”, czyli Rue des Bouchers. Skorzystaliśmy z restauracji L’ARLEQUIN i wybraliśmy dania typowe dla belgijskiej kuchni. A kuchnia belgijska to tak naprawdę dwa (przenikające sobą) światy: flamandzki i waloński. W ten sposób postanowiliśmy zapoznać się z całym światem kuchni belgijskiej.

CARBONNADE A’LA FLAMANDES

Z kuchni flamandzkiej wybór padł na CARBONNADE A’LA FLAMANDES – nic innego jak gulasz z wołowiny, ale gulasz to szczególny, bo duszony w ciemnym piwie. Do lepszej jakości wołowiny pokrojonej w grubą kostkę dodaje się ciemne piwo – oczywiście belgijskie. To wszystko zaciąga się ostrą musztardą francuską oraz… brązowym cukrem.

Carbonnade flamande spróbuję zrobić w swojej kuchni

Niektórzy dodają jeszcze do sosu jako naturalny zagęstnik – chleb. Kluczem do uzyskania słodko-gorzkiego smaku (takiego bitter) jest oczywiście obłędnie dobre któreś z belgijskich ciemnych piw. Gulasz z L’Arlequina w Brukseli smakował więcej niż poprawnie – mięso miękkie, sos o pożądanej gęstości, choć smak nie do końca był tak wyraziście słodko-gorzki, to należy danie uznać za smaczne. Post factum przeczytałem recenzje knajpy na googlach. Stanowczo za nisko oceniony przynajmniej według mnie. Również czas oczekiwania i obsługa mieściły w przyjętych standardach. Chyba w związku z małym ruchem otrzymaliśmy w gratisie piwo – belgijskiego lagera.

CHICONS AU GRATIN

Drugie danie – CHICONS AU GRATIN – czyli cykoria zawijana w szynce i zapiekana w serowym sosie beszamelowym była raczej wersją de lux w stosunku do tej widniejącej w karcie.

Chicons gratin to jedno z klasycznych dań kuchni walońskiej

Na czym polega smak tej potrawy – oczywiście na prawdziwym beszamelu z gałką muszkatołową oraz serze. W tym przypadku Belgowie wezwali na pomoc Szwajcarów. Klasycznie używa się sera szwajcarskiego Gruyere’a, ale także pożądany jest francuski Comte, produkowany w pobliżu granicy szwajcarskiej w okolicach Besançon. Aha… jeszcze jedno: cykorie. Te, których kosztowaliśmy były specyficznej odmiany – wąskie, prawie jak szparagi i w smaku zbliżonym do szparagów. Dla mnie nowość. Podana całość była zapieczona w olbrzymiej ilości serowego beszamelu. Pychotka. Tak i w tym przypadku L’Arlequinowi należy się więcej gwiazdek niż googlach. Knajpę – dania, obsługę, czas oczekiwania oceniłbym na 4,0.

No ale nie frytki, nie gofry, nie czekolada, ani nawet specjały belgijskiej kuchni były celem wizyty w Brukseli – clou programu stanowiło oczywiście piwo. Jeśli piwo, to:

DELIRIUM TREMENS

ale o tym już w następnym poście: http://7mildalej.pl/bruksela-mekka-piwa/

W Belgii piwo pija się w… cafe

SMAKI I AROMATY BRUKSELI ZAMIAST PODSUMOWANIA

Nie tylko “motocykliści są wszędzie”, w Brukseli wszędzie są: frytki, gofry i czekolada. Czym więc pachnie Bruksela..? Belgijska tradycja kulinarna to nie tylko frytki i czekolada, chociaż te specjały należy uznać za wyjątkowe. Zapach frytek, gofrów to zapach belgijskiej ulicy. Bynajmniej nie jest to zapach oleju, ale pociągający aromat.

Odkryciem były dania kuchni belgijskiej – gulasz flamandzki – coś nowego, co spróbuję przenieść do mojej kuchni. Zwykły polski, węgierski pörkölt, czy bawarski gulasz piwny już niejednokrotnie rządziły na naszym stole. Flamandzkiej carbonady przyznaję, że pomimo wizyt w Belgii, skosztowałem po raz pierwszy.

Endywie, czyli “chicony”, czyli cykorie pod beszamelem pełnym orzechowego sera były już ćwiczone w naszej kuchni ponad 10 lat temu, ale w wersji bez sera. Tym razem spróbujemy zapiec to w serze. Może już na dzisiejszą kolację…

Zresztą w belgijskiej kuchni znaleźć można mnóstwo pyszności: waterzooi (kurczak w rosole pod śmietaną), zupa belgijska (bardzo pożywna na wołowinie z cebulą, kapustą i jabłkiem), suflety z cebuli, zapiekane jabłka i wiele innych. Brabanckie kiszki znane są w zachodniej Europie, a owoce morza (słowo, którego nie lubię) – jak na przykład krewetki w pomidorach, to również belgijska tradycja kulinarna. Nic tylko lecieć i nie poprzestać na Brukseli.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • FRITLAND mieści się przy Rue Henri Maus 49 – czynny codziennie od 11.00 do 1.00 – 3.00 w nocy (w zależności od dnia tygodnia).
  • Z innych frytkowni chwalone są: MAISON ANTOINE w dzielnicy europejskiej, FRITERIE TABORA niepodal Grand-Place i wiele innych. Każdy znajdzie coś dla pod własne gusta.
  • Gofry znajdziecie praktycznie wszędzie, gdzie znaleźć te najlepsze..? Nie mam pojęcia! Miejska legenda niesie, że na przykład THE WAFFLE FACTORY na rogu Rue du Lombard.

ŚWIĘTA NA SZLAKU PIZZY I PASTY

Jak przeżyć kulinarnie Boże Narodzenie we Włoszech? Najlepiej podążając szlakiem pizzy i pasty! Kulinaria to przecież jeden z trzech filarów naszych podróży. Jedz, pij, zwiedzaj – co po włosku będzie brzmiało mniej więcej: mandziare, bere, esplorare!

Przez sześć dni we Włoszech (o podróży tutaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie/) sprawdzaliśmy gdzie w Rzymie można dobrze zjeść. Giro di Roma – tak nazwaliśmy nasz kulinarny tour po rzymskich trattoriach, restauracjach i barach. Allora! Cominaciamo la nostra pista! 

ETAP I – L’ANGOLO NAPOLI

Pierwszy etap – L’angolo Napoli – knajpka, leży w centrum Rzymu na rogu via Agostino Depretis oraz via Cesare Balbo, a nie na rogu Neapolu jakby nazwa sugerowała. Znajdziecie ją pomiędzy bazyliką Santa Maria Maggiore oraz Piazza Viminale.

Sale jadalne umieszczono na dwóch poziomach. Przy wejściu znajduje się oczywiście tradycyjny opalany drewnem piec do wypieku pizzy.

W sali na piętrze obowiązkowy ekran TV dla tifosi  (pl: kibiców) – bez tego urządzenia nie można sobie wyobrazić wielu włoskich knajp.

Menu typowo włoskie, a że postawiliśmy sobie za cel oczywiście klasykę la cucina italiana, to kulinarna uczta właśnie się zaczęła… od vino della casa.

Wersja rosso podana w zamykanej na ceramiczny korek butelce było jednym z lepszych vino da tavola, na jakie trafiliśmy jakie trafiliśmy w trakcie tego pobytu. Nie przesadzałbym z opisem jego bukietu, w końcu to tylko vino da tavola, ale rzeczywiście brak kwasowości, nuta leśnych owoców były fajnym uzupełnieniem podanych potraw. Można je również zamówić na wynos (a portare via) w firmowej butelce.

Zamówienie – 3x pasta 1x pizza – czyli: lasagne. Tym razem podana w fajny sposób, zapieczona z wierzchu, rozpływająca się w środku. Spróbowałem, jedna z lepszych.

Druga pasta – spaghetti carbonara – super! Klasyka na guanciale z pecorino. Wszystko zrównoważone i – zgodnie ze sztuką – oczywiście bez śmietany. Carbonara ze śmietaną to jak sex w skarpetkach jak mawiał klasyk.

Kolejna pasta – spaghetti amatriciana – przypadła mi w udziale – tak naprawdę było to bucatini (czyli grubsze spaghetti). Matriciana to sos składający się pomidorów (każdy region ma swoją odmianę), guanciale (rodzaj boczku, a raczej podgardla wieprzowego) oraz cebuli i sera pecorino. Moje danie było wyborne, bucatini oczywiście al dente, guanciale – smak i konsystencja bez zarzutu.

No i oczywiście pizza – crudo bianco. Długodojrzewająca szynka w wersji prosciutto di parma. Jedyna pizza w trakcie pobytu mająca zawinięte na grubo brzegi – ten zapach, ten smak… A wszystko przy udziale rozpływającej się mozzarelli bufana i lekko potraktowanej oliwą z oliwek.

Pierwsze wrażenia kulinarne z Rzymu jak najbardziej pozytywne. Knajpa spełniła nasze pierwsze oczekiwania, zarówno pasty jak pizza wszystkim smakowały. Olbrzymi plus za pełną listę alergenów oraz dania wegetariańskie. Serwis – uprzejmy i profesjonalny. Czas oczekiwania – w standardzie. Potrawy przywędrowały ciepłe. Restauracja w googlach oceniona na 4/5 (280 opinii) – w pełni podzielamy opinie, a za pasty i wino dałbym nawet wyższą notę.

ETAP II – CAFFE ARGENTINA (POD SZYLDEM TRATTORIA, PIZZERIA, LUNCH CAFFE)

Na drugim etapie ponieśliśmy niestety klęskę… Adres podam tylko ku przestrodze – omijajcie to miejsce: Largo delle Stimmate 16, czyli przy północno-wschodnim krańcu Largo Torre di Argentina.

O ile na zewnątrz i wewnątrz klimatycznie, a personel krząta się z właściwym sobie włoskim ni to pośpiechem, ni to lenistwem, to już to, co wylądowało na stole było szczególnie w moim przypadku było (totale) fallimento culinario.

Tym razem zdecydowałem się na risotto. W karcie dobrze wyglądało risotto con porcini (z prawdziwkami), więc zamówienie powędrowało w kierunku tej potrawy. Niestety, poza prawdziwkami, cała reszta było kompletnym nieporozumieniem, a ogólne wrażenie fatalne. Sos był bezsmakową wodą o lekkim zabarwieniu, ryż nie był z pewnością arborio czy też carnaroli. Przede wszystkim używa się do risotto takiego rodzaju ryżu, gdyż doskonale wchłaniają smak i aromat innych składników. W tym przypadku każdy z nich żył na talerzu oddzielnym życiem. Ocena 1/5

Inne, zamówione przez nas potrawy podam tylko z reporterskiego obowiązku. Pizza campagnola – o ile ciasto jeszcze ok, to już reszta czyli tzw. “góra” – kwintesencja pośpiechu. Niedbale rzucona rukola i jeszcze gorzej komponujące się z tym kawałki pomidorów to pełny obraz tego niechlujstwa. Nie tego spodziewam się po włoskiej pizzy. Ocena 2/5

Fettucine con funghi – makaron pewnie nie przypominał tego, co jako pierwszy zrobił w 1914 roku Alfredo di Lelio, ale przynajmniej całość w miarę się komponowała. Całość możemy ocenić na 3/5.

Ostatnia pasta to penne amatriciana. Jeżeli moja matriciana z “L’angolo Napoli” to 4/5, to tej paście nie dałbym więcej niż 2,5/5.

Wino nie rozpieściło nas swoim bukietem. Czas oczekiwania na potrawy mieścił się w normie, ale na rachunek czekaliśmy już masakrycznie długo. Obsługa nie zareagowała na uwagi odnośnie potraw. Doliczony “urzędowo” napiwek – 10% – uniemożliwił mi “wynagrodzenie” kucharza za tą porażkę. W googlach mają 2,4/5 – o 0,5 za wysoko. Jeśli odwiedzicie koty w Largo Torre di Argentina poszukajcie innej miejscówki na obiad.

ETAP III – L’AQUILA NERA

Wieczorem opanowało nas lenistwo i zamiast eksploracji dalekich zakątków miasta w poszukiwaniu świętego graala la cucina romana postanowiliśmy odwiedzić jeden z przybytków przy naszej ulicy. Lokal pod nazwą L’aquila Nera przy via Principe Amadeo 51 prezentuje oczywiście typową włoską kuchnię. Sama nazwa (pl: czarny orzeł) oraz wiszące nad wejściem logo nie myliły mnie jednak. Knajpa prowadzona przez Albańczyków.

Nie byłbym sobą gdybym nie spróbował w końcu czegoś z frutti di mare.

Spaghetti vongole jest co prawda potrawą, która swoje korzenie ma w Neapolu, ale rozlała się na całą Italię. Vongole, czyli małże mogą być veraci (duże) oraz lupini (małe). Smak tej prostej potrawy zależy oczywiście od smaku małży. Było poprawnie, ale rękawów nie urwało. Małże świeże, ale czegoś mi jednak zabrakło.

Smak włoskiej zupy – zuppa fagioli – w wersji romana nie ma nic wspólnego z zupami jakie jadałem w Trydencie czy Lombardii. Generalnie taka zasada panuje we Włoszech – im bardziej na północ, tym pożywniej. Logiczne – chłodniej i wyżej, więc więcej kalorii potrzeba człowiekowi. Rzymski jej odpowiednik jest płynny i daje się wyczuć nuty pomidora oraz papryki. Bez fajerwerków, ale też nie mam skali porównawczej innych fasolowych alla romana. Generalnie – preferuję fasolową z północy tego kraju.

Jeśli chodzi o pizzę, to dwa bieguny – ciasto OK, nawet bardzo poprawne. Nie suche, a miękkie, z przypieczonym brzegiem. Miała być con prosciutto – wyszło, jak na foto, dwa plastry szynki rzucone na wierzch i pokryte miękkim serem. Niestety clou tej pizzy, czyli szynka bardziej popsuła niż wydobyła smak pizzy.

Podsumowując L’AQUILA NERA zasługuje na ocenę 3,5/5. Obsługa miła, czas oczekiwania na potrawy standardowy, mieszczący się w granicach normy. Jedzenie było ogólnie poprawne. Jeśli na jednym biegunie znalazłyby się poprawne małże, to na drugim pizza. Ceny przystępne.

IV ETAP – DA TONINO (TRATTORIA BASSETTI)

Znam miejścówkę u Tonia – takim napisem powitała nas maleńka tawerna (Conosco un posticino… da Tonino).

W trakcie wigilijnego spaceru z Watykanu, pomiędzy Ponte Wittorio Emanuele II a Piazza Navona, natknęliśmy się niewielką rodzinną trattorię. Ciasne wnętrze, tłum nie tylko przy stolikach, ale też oczekujący na stolik, z czego 90% to Włosi. Zapowiadało się nieźle. A było..?

Karta bardzo prosta – ich specjalność to pasta. Będąc więc na szlaku pizzy i pasty – 4x pasta.

Zacznę od mojej pasty – pasta cacio e pepe – tak proste, a chyba jedne z najlepszych, jakie zdarzyło mi się zjeść we Włoszech. A czasu spędziłem w tym kraju, że… ho, ho (jakby powiedział św. Mikołaj). To u Tonina, w tej maleńkiej trattorii było prawie ideałem. Dwoma składnikami – czarnym grubo zmielonym świeżym pieprzem i pecorino romano – kucharz wyciągnął takie smaki i aromaty z tego dania, że zapragnąłem powtórzyć to w domu. Dla mnie bomba – 5/5!

Jednym z dań kuchni laziale (czyli z regionu Lacjum, inaczej mówiąc – z regionu Rzymu) jest pasta gricia. W tym przypadku było to penne alla gricia. Makaron penne wynaleziono gdzieś na południe od Rzymu. Jeśli jest rowkowany, jak ten na zdjęciu, to zwą go penne rigate. Jeżeli gładki, to chyba penne lisce… (mogę się mylić). Jak przygotowuje się tradycyjne penne gricia? Guanciale – rodzaj boczku, a raczej długo dojrzewającego w soli oraz pieprzu podgardla/policzka wystarczy pokroić w niewielkie słupki i podsmażyć. Następnie ugotować (al dente) makaron (oprócz penne popularne jest spaghetti oraz bucatini), a część wody z gotującego się makaronu przelać na patelnię z boczkiem i dodać do tego makaron. Co nam daje taka operacja..? Pełną symbiozę pasty i mięsiwa. Tak też była zrobiona gricia “da Tonino”. Do tego znowu starte pecorino romano i mamy niebo w gębie, czyli il cielo nella bocca! Kolejny majstersztyk w tej maleńkiej kanjpce.

Fettuccine, a raczej fettuccelle z mięsnym ragu – szalenie aromatyczne i cudowe w smaku.

Penne pesto – spróbowałem tylko kilka kęsów, ale też niczego mu nie brakowało. Zawsze mnie zastanawia smak pesto w Polsce i smak pesto we Włoszech.

Un posticino… da Tonino, to kultowe miejsce dla mojego podniebienia. Nie wyobrażam sobie, będąc w Rzymie, nie zjawić się tam ponownie. Kolejny raz potwierdziła się zasada – proste wnętrze, ceraty na stole, rodzinny biznes z tradycją. Krótkie menu, ale całe serce włożone w każdą potrawę. Moje kubeczki wyszły totalnie zadowolone. Ceny nie zrujnują portfela, a vino della casa z dzbaneczka również ma swój smak. Czy jest coś, co można zapisać na minus..? Tak – fakt, że trattoria czynna jest tylko od 12.00 do 19.00 i to z przerwą… Ale dobro luksusowe podobno musi być limitowane.

NIESPODZIANKA W “LA CASA DI AMY”

Tymczasem po powrocie do hotelu zastaliśmy niespodziankę. W każdym pokoju na gości czekał świąteczny prezent – butelka prosecco oraz tradycyjna, włoska wigilijna babka. Che sorpresa! Jakież to miłe i niosące ze sobą długofalowe, pozytywne wspomnienia z pobytu w hotelu.

V ETAP “KRÓLEWSKI” – LA CENA DI NATALE

Kolejna z odwiedzonych knajp musiała być królewska – to była wigiljna kolacja (la cena di Natale). Problem zaczął się już wieczorem. Włosi zamykają sklepy, restauracje i zasiadają do wieczornej kolacji wigilijnej. Różnica jest między innymi taka, że robią to znacznie później niż nakazuje polska tradycja. U nich standardem jest biesiadowanie od godziny 20-tej, u nas w wielu domach nawet od 16-tej (czego nigdy nie byłem w stanie zrozumieć). Zamknięte 90% restauracji to olbrzymi problem, a w wielu tych, co są czynne menu wigiljne to wydatek od 60 EUR do 270 EUR (!) oczywiście za osobę. Wyższa cena niejednokrotnie obejmuje również bożonarodzeniowy obiad.

Wracając do hotelu i oglądając zamykające się wrota kolejnych gastronomicznych przybytków stwierdziliśmy, że nie będziemy ryzykować dalekich wypraw w poszukiwaniu wigilijnej strawy. Niestety miejsc jak na lekarstwo, a przed jednym ristorante pod mało włoską nazwą Elettra kolejka na 30 minut stania; dobrze, że wieczór ciepły. Po ominięciu znacznej części kolejki zostaliśmy zaproszeni do środka – tu pewnie pomogła moja “niekwestionowana” znajomość la lingua italiana, a tak naprawdę blond włosy i kreacje moich kobiet. Zanim usiedliśmy otrzymaliśmy szampana – nigdy jeszcze tak nie zaczynałem kolacji wigilijnej, ale nie odmówiliśmy tej “włoskiej tradycji” 🙂 Tak więc zaczynaliśmy kolację wigilijną, podczas gdy niektórzy w kraju już łykali po niej rapacholin…

Wigilia bez ryby to nie wigilia, więc talerz “morskości” był dobrym opcją. Okoń morski, czyli labraks udawał karpia, krewetka robiła za rybę faszerowaną, a kałamarnica była substytutem pierogów. Trzeba sobie radzić na obczyźnie.

Inni woleli jednak dochować nowej, wyjazdowej tradycji bożonarodzeniowej. Z wigilijnych potraw wybrali: pizza con prosciutto parma, bardzo dobra, na cienkim cieście, z rozpływającym się w ustach serem…

…oraz lasagna – tym razem zapieczona w ceramicznej miseczce – inna niż w L’Angolo Napoli, ale równie smaczna.

Jeśli wigilia, to musi być wino. Wzięliśmy butelkę syraha, czyli sziraza z lokalnych winnic z regionu Lazio – Willa Simone . Kolor – głęboki, kwasowość – średnia. W bukiecie dało się wyczuć nuty wiśni. Jak do kolacji – można polecić, ale nie porywa.

Kolacja wigilijna musi trwać, ilość potraw musi się zgadzać, więc zaczęliśmy następny jej etap – słodkości. Zacznijmy od gelato al tartufo – kulki kawowego lodu z orzechową posypką oraz nadzieniem z czarnych trufli. Na ogół nie zamawiam deserów – nie jadam słodkości, ale atmosfera świąt na obczyźnie sprawiła, że się zapomniałem i… nie żałowałem.

Tiramisu na sposób “rzymski”. Choć deser ten został wymyślony około 60 lat temu, a przyznają się do niego i Wenecja, i Florencja, i Siena, to przyznam, że taką wariację na jego temat widziałem po raz pierwszy. Nie próbowałem, więc zacytuję opinię tego, kto jadł: “doskonały”.

Na finisz było jeszcze tiramisu bez serka mascarpone, czyli mus czekoladowy – też podobno smaczny.

Nasz wyścig wyjechał z historycznego centrum Rzymu , a jego kolejna odsłona miała miejsce w Ostiense:

VI ETAP – DA NOANTRI (AL 41)

Na początku był głód. Głód wziął się z faktu, iż w Boże Narodzenie niewiele jest czynnych jadłodajni. Na dodatek nie kursowały pociągi do Ostii, więc nie mogliśmy się nałykać nawet nadmorskiej bryzy… Tak więc głód wypędził nas na via Ostiense 41. Tam znaleźliśmy Ristorante Da Noantri.

Trafiliśmy na świąteczne menu, ale a la carte – w normalnych cenach. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że tych dań na co dzień w karcie nie ma. Niestety pierwsze wrażenie popsuła obsługa… Zamawiając nasze dania próbowaliśmy zamówić do tego wino, a kelnerka próbowała nam wcisnąć butelkę markowego (oczywiście droższego) zamiast karafki domowego. Na dodatek odradzano nam za wszelką cenę tą tańszą opcję, próbując wcisnąć najdroższą butelkę jak była karcie win. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z wina, a kelnerka strzeliła włoskiego focha. Nie mniej to co nam podano było rzeczywiście warte pozostania. Zresztą nie mieliśmy innego wyjścia, wszystko było zamknięte. Wnętrze było świątecznie przystrojone i sprawiało ciepłe i sympatyczne wrażenie.

Z tego co było warte zapamiętania, to: gnocchi di patate con ragu in bianco l’agnello. Ziemniaczane minikopytka w towarzystwie ragu z białej jagnięciny – szkoda, że to tylko danie świąteczne. Całość doskonale skomponowana smakowo, a gnocchi bezbłędne w swojej konsystencji. Do tego zaostrzony aromat poprzez pecorino. Poezja smaku.

Fettuccine carciofi, guanciale e pecorino – na nasz równie piękny język brzmi to następująco: karczochowe fetucine z boczkiem i serem pecorino. Kolejne kulinarne mistrzostwo, które podbiło nasze podniebienia. Niby zwykły makaron z boczkiem, ale karczoch nadał mu miękkości w smaku i nuty, którą nazywam “zieloną”.

Po wizycie w Da Noantri pozostały pozytywne wrażenia. Wyszliśmy zadowoleni, a na koniec ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z właścicielem. Za jedzenie 4,5/5.

Ostatnie etapy naszego kulinarnego rajdu rozegrały się w Ostii.

ETAP VII – ANTICO TRAIANO

Na deptaku (via Lucio Coilio 28) znaleźliśmy lokal dobrze oceniony w google (4,3/5). Już z zewnątrz Antico Traiano wygląda zachęcająco. W środku tłum ludzi i bogata karta. Skusiliśmy się więc na ostatnią kolację tej podróży.

Zaczynamy od czegoś da bere; tym razem nietypowo – vino bianco, a skoro zaczęliśmy święta na szlaku pizzy i pasty, to tak też zakończymy. Pierwszy rzut: Tonnarelli alla gricia tartufata. Gricia, tyle, że poza tradycyjnymi składnikami: guanciale, pieprzem, pecorino dorzucono krem z trufli. Pecorino, tym razem starte na grubej tarce, powoli rozpływało się na talerzu delikatnie zaostrzając potrawę. W ten sposób w mej głowie do dzisiaj wybrzmiewa pytanie – gdzie zjadłem najlepszą pastę: w Da Tonino czy w Antico..? Jedno i drugie było genialne, doskonale skomponowane, z przenikającymi się wzajemnie smakami. Coś wspaniałego.

Fettuccine all’uovo con vero ragu alla bolognese – druga pasta równie w swym smaku pełna poezji.

Pizza toscana w całkowicie innym wydaniu – z wyglądu calzone, ale wyszła raczej klasyka na grubym cieście z wysoko zawiniętymi brzegami. Taka oto ciekawostka kulinarna.

Na koniec burger traiano – jak wygląda włoski burger – jak poniżej. Z cyklu zaskoczenia: zamiast tradycyjnej bułki – pinsa romana czyli coś, co przypomina focaccię. Ciasto miękkie i chrupiące, wyrabiane ze specjalnej mąki. Dodatkowo formaggio fuso, czyli swoisty ser topiony. Burger liczył sobie 300 g – czyli był słusznej wielkości.

Antico Traiano było doskonałą klamrą spinającą nasz nietypowy świąteczny stół anno domini 2018. Nietypowy, bo składający się głównie z pizzy i pasty. Ocena tej restauracji w google jak najbardziej zasłużona. Trzyma poziom, obsługa również miła, aczkolwiek trochę zaganiana. Czas oczekiwania na potrawy i rachunek – bez zastrzeżeń.

W ten sposób dotarliśmy do ostatniego etapu – etapu przyjaźni:

VIII ETAP (PRZYJAŹNI) – SPIAGGIA 🙂

Było na bogato, było też na luzie. Nigdzie pizza*) i prosecco nie smakują, jak na plaży! Słońce, szum morza, lekka bryza, błekit nieba. Oprócz czegoś na ząb dostarczymy organizmowi również witaminy D3 oraz jodu. A także czegoś totalnie bezcennego – spokoju i odpoczynku…, czego każdemu w święta Bożego Narodzenia życzę!

*) pizza bufala pochodziła z Ost Friendly Food. Najlepsza pizza na wynos w Ostii

PODIUM

Patrząc z perspektywy czasu i właściwego już dystansu mogę pokusić się o mój subiektywny ranking potraw. The winner is…

1st place – Tonnarelli alla gricia tartufata (team ANTICO TRAIANO)

2nd place – Pasta cacio e pepe (team POSTICINO DA TONINO)

3rd place – Gnocchi di patate co ragu in bianco l’agnello (team DA NOANTRI)

Specjalne wyróżnienie: Lasagna (team: L’ANGOLO NAPOLI)

W kategorii drużynowej:

1st place – UN POSTICINO DA TONINO (Rzym)

2nd place – ANTICO TRAIANO (Ostia)

3rd place – L’ANGOLO NAPOLI (Rzym)

Specjalne wyróżnienie: LA SPIAGGIA (plaża)

Szlak pizzy i pasty pokonaliśmy bezbłędnie, bez żadnej kontuzji. Każdy etap pokonaliśmy uczciwie. Mieliśmy olbrzymie szczęście trafiając prawie za każdym razem na doskonałą kuchnię. Da Tonino czy też w Antico kubeczki wręcz oszalały. Większość tych miejsc możemy z całą odpowiedzialnością polecić.

Kuchnia włoska to jedna z moich ulubionych. Jest oczywiście znacznie bogatsza niż tylko pizza i pasta, ale takie mieliśmy tym razem założenie. Trochę monotematyczne, jakby niektórzy rzekli. Mieliśmy też na celu poszukiwanie nowych smaków do odtworzenia we własnej kuchni. Na pewno takie znaleźliśmy, na pewno je sprawdzimy, a kulinarnym sukcesem podzielimy się na vlogu.

Poza pamięcią smaku i wspomnieniem atmosfery rzymskich trattorii zdobyliśmy jeszcze jedną cenną rzecz – doświadczenie, które zamierzamy wykorzystać w przyszłości – więcej takich świąt Bożego Narodzenia.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Jadąc na Boże Narodzenie do Włoch pamiętać należy, iż podobnie jak u nas wiele restauracji i sklepów może być w tych dniach zamkniętych. To samo dotyczy komunikacji miejskiej – znaczne ograniczenia i przerwy dadzą się we znaki.
  2. W wielu knajpach na stole może już oczekiwać chleb i woda – zawsze płatne.
  3. Radzę patrzeć w kartę, również w menu, które jest na zewnątrz restauracji – sprawdzicie czy doliczony został obowiązkowy serwis, który wynosi od 1 EUR do 2 EUR za osobę.
  4. Nie spotkaliśmy w żadnej knajpie tzw. coperto, czyli popularnej niegdyś opłacie za nakrycie; w wielu regionach Włoch uznaje się ją jako niezgodną z prawem, ale powyższe dwa punkty doskonale ją zastępują – cóż – życie nie znosi próżni…
  5. Koszt pizzy lub pasty w Rzymie w dobrej miejscówce – od 8 EUR do 12 EUR.
  6. W Ostii – “Ost Friendly Food” serwuje naprawdę bardzo dobrą bufalę na wynos (a portar via) za 7 EUR.
  7. Vino della casa do obiadu od 6-7 EUR za karafkę.

DELICJE ZE SŁOWACJI

Jeśli wrzesień to w ostatnich latach dla mnie obowiązkowa wizyta w Krynicy…, Górskiej Krynicy (wyszło prawie jak z Bonda, Jamesa Bonda). Festiwal biegowy to wspaniała impreza, na której słowo “sprawdzam” jest egzaminem z lekcji biegania całego mojego sezonu biegowego. W tym 2018 roku nie było źle – 3 biegi, 2 “życiówki”, niestety kontuzja wyeliminowała mnie z najważniejszej próby. Więc… Krynico – do zobaczenia za rok.

Jako, że nie samym bieganiem człowiek żyje, a żeby biegać trzeba się też posilać. Z tego powodu kulinarną mapę regionu po obu stronach granicy mamy w głowie. Głównie za sprawą naszych krynickich przyjaciół, z których uprzejmości oraz wiedzy korzystamy.

Mamy więc w Krynicy nasze ulubione lokale, takie, które darzymy sentymentem, ale też takie, które są dla nas odkryciem.

W tym roku odkryliśmy dwie nowe miejscówki, do których na pewno wrócimy. Obie są po słowackiej stronie gór. Z związku z tym, że odległości nie są problemem, a niektórym rządzącym pragnę podpowiedzieć, że: wyimaginowana jest tylko granica PL-SK, a to dzięki niewyimaginowanej Unii, to wpaść na lahodné jedlo jest doskonałym pomysłem.

Zaczęliśmy od przybytku zwanego “Salaš u Franka” położonego w miasteczku zwanym Stará Ľubovňa na słowackim Spiszu. Duża, utrzymana w folklorystycznym, regionalnym stylu knajpa oferuje wspaniałe dania słowackiej kuchni.

Zjeść można zarówno wewnątrz, jak też na zewnętrznym tarasie. Karta to cały przekrój słowackich dań i potraw, którymi można się zajadać bez pamięci. Jedalny listok jest naprawdę obszerny – zarówno dla mięsożerców, jak też roślinożerców.

Niestety dla mnie ten czas, to czas dbania o linię i dobre samopoczucie, ale na jedno rozpustne danie zawsze sobie pozwalam w trakcie tego tryptyku biegowego. Tym razem na stół wjechała pečená baranina s kapustovými haluškami czyli jak nietrudno się domyśleć: pieczona baranina z haluszkami z kapustą. Obłęd w ustach, kubeczki smakowe szalały. Jeśli ktoś nie przekonał się do baraniny, bo… zapach, bo smak, bo konsystencja, proponuję udać się do frankowego szałasu. Tak dobrze przyrządzonej baraniny – pozbawionej swoistego “baraniego” aromatu i jednocześnie miękkiej, ale nie rozpadającej się. Przyznam, że na tych szerokościach geograficznych jeszcze nie jadłem takiej.

Gdybym jeszcze mógł do tego wypić słowacki browar, albo… słowackie wino… Na przykład Frankovkę modrą, której kosztowaliśmy w Bratysławie (http://7mildalej.pl/kulinarne-rozkosze-bratyslawy/), to byłbym ukontentowany w 100%. Niestety festiwal biegowy, to nie festiwal kulinarny. Skończyło się więc na daniu głównym.

Moja Ukochana Kobieta otrzymała pstrąga, do którego też nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń. Lokal zasługuje na 5*****. Do tego należy powiedzieć kilka ciepłych słów o obsłudze – miła, nie nachalna, kompetentna, uśmiechnięta. Czas oczekiwania –  w przyjętej dla tego typu dań normie. Słowem gorąco polecamy.

Z Krynicy Zdrój – odległość to ok. 45 km, z Muszyny ponad 30 km. Gdyby ktoś chciał zapoznać się wirtualnie – strona: http://www.salasufranka.sk/.

Deser czekał na nas już w innym miejscu – ja i deser, zwłaszcza jak biegam – ale mój przyjaciel wiedział, że zachwyci mnie samo miejsce.

Jakieś 3-4 kilometry od “Salašu u Franka”  przy drodze na Poprad jest magiczne miejsce. Można przenieść się do Brukseli, albo do Glasgow, albo “2 w 1” zaraz za granicą i wylądować w Nestville Chocolate!

Wyobraźcie sobie stary słowacki “PGR”, który ktoś ma pomysł przerobić na wytwórnię czekolady i… whisky!. Dokładnie tak, produkują w tym miejscu słowacką whisky. Dodatkowo  robią też coś bardziej lokalnego, coś co zwą Tatra Balsam. Jest to ziołowy likier o różnych smakach i mocy. Jego topowa wersja, to Tatra Balsam Special 52, gdzie liczba informuje o mocy (52º)! Powinno się to chyba pić tylko z toastem: Nech je moc s Vami! Po polsku oczywiście: Niech moc będzie z Tobą!

Jest też, jak wspomniałem, własna whisky pod brandem NESTVILLE. Powiem tylko jedno – ja biegałem, mój przyjaciel prowadził, więc tylko nasze Panie były zadowolone z degustacji. Następnym razem zamierzam zostać tam dłużej – z noclegiem. A miejsce do badania smaku i aromatu jest urocze i klimatyczne.

Niestety – moje drugie “ja” – domowego producenta alkoholi różnych smaków i jego degustatora oraz konsumenta – w tym przypadku cierpiało. Od czego starał się mi to wynagrodzić – zamówił ciasteczka z karmelu, w karmelu, polewane karmelem. Jestem zwierzęciem z wytrawnym językiem, ale słodkim czasem nie pogardzę. Jeśli jednak wpadniecie w Nestville Chocolate na podobny pomysł, to głęboko się zastanówcie. Tureckie lokum przy słowackim karmelu smakuje “extra brut”.

Czekolady natomiast nie powstydziłby się nawet brukselski Leonidas. Tylko ceny jakby niższe..

A na zakończenie..? Zakończenia nie będzie, będzie natomiast druga wizyta – koniecznie.

 

Alinko, Pawle – dziękujemy za odkrycie przed nami kolejnych miejsc na naszej kulinarnej mapie świata.

 

LITEWSKIE PRZYSMAKI Z PALANGI

Palanga to jedyny bałtycki kurort na Litwie. Pierwsze wrażenie – komercjalizacja, zwłaszcza w centrum. Idąc wzdłuż głównego deptaku Basanaviciaus gatve można dostać oczopląsu od szyldów. Można zjeść zarówno potrawy kuchni litewskiej, jak też armeńskiej czy rosyjskiej. Jak powszechnie wiadomo, kuchnia litewska oparta jest o potrawy mączne oraz mięso.

Cepeliny, czebureki, bliny, kołduny, przyrządzane z wody lub z patelni, z różnymi rodzajami farszu,  do tego kiszka ziemniaczana oraz kugelis czyli “prawie to samo”, tyle, że w formie ziemniaczanej baby.

Z mięsiwa na talerzach króluje: kepsnys na 1000 sposobów, czyli pieczone (czasem smażone lub grillowane) mięsiwo zrobione albo sauté, albo w sosie, szaszłyki oraz karbonadas. Z litewską kuchnią mieliśmy do czynienia w Wilnie oraz Poniewieżu podczas objazdówki jaką urządziliśmy sobie w 2014 roku po nadbałtyckich krajach. Mamy raczej dobre wspomnienia.

Z czego zapamiętamy Palangę..? Pierwsze wrażenie knajpianego zagłębia jakim jest deptak w Palandze to jakby połączenie Zakopanego z Kołobrzegiem. Z jednej strony krzykliwe zrobione na modłę lokalnego folkloru restauracje, z drugiej strony budki z badziewiem spod znaku chemicznych lodów albo cukrowej waty.

Ale człowiek nie tylko kosmicznym wiatrem żyje, zjeść i napić się musi. Chyba, że jest Reymontem, którego tak owiała nadmorska bryza, że popełnił w Palandze dzieło warte w 1924 roku literackiego Nobla.


Kulinarną podróż po Palandze zaczynamy od BARAS LIETUVOS RYTAS przy Basanavičiaus gatve, 11. Co prawda nie jest poranek (nazwa baru znaczy tyle, co “litewski poranek”), tylko popołudnie, ale obszerny taras z widokiem na deptak daje nam możliwość zapoznania się z obowiązującymi trendami i kurortową modą.

Zamawiamy między innymi cepeliny (Didžkukuliai lub Cepelinai) – dwa słusznych rozmiarów kartacze podane w skromnej okrasie z boczku z kleksem słodkiej śmietany.

Śmietany nie jadam, a słodkiej to już nawet nie powącham (uczulenie na nabiał). Ten kto lubi takie dodatki, na Litwie będzie miał raj, w wielu później kosztowanych potrawach mieliśmy do czynienia właśnie ze słodką śmietaną. Nie wiem czy tam w ogóle znają kwaśną śmietanę?

Cepeliny w Baras Lietuvos Rytas powinny nazywać się Kryzysas (mięsa jak w stołówkowych porcjach z czasu PRL-u) Tragedias (nawet nie stały obok tych z Wilna czy naszego Podlasia). Również drugie zamówienie – coś z kuchni tzw. europejskiej (uniwersalnej) – spaghetti z łososiem nie zmieniło naszej oceny. Równie bezsmakowe jak cepelinai. Człowiek tyle razy miał okazję skosztować apetycznych dań, że kiedyś musi nadejść rozczarowanie – stało się to właśnie w Palandze. Jeszcze jedno – czas oczekiwania na posiłek – nieakceptowalny. Gdybym miał ocenić danie – 2/5. Miał być smak, a pozostał niesmak.

Pomni smaku litewskiej kuchni, będąc po wspaniałym spektaklu w delfinarium wypadałoby usiąść i coś zjeść. Równie wspaniałego. Zwłaszcza, że spacer po Mierzei Kurońskiej jeszcze bardziej zaostrzył głód. Wybór padł na NERIJĘ w Smiltynė (a więc tam, gdzie z Kłajpedy przypływają promy na mierzeję).

Restauracja z długą tradycją, aczkolwiek wnętrzem, które jest mieszanką pozostałości różnych epok – i tych starszych, i tych młodszych. Powitała nas Pani kelnerka (padavėja) rodem z poprzedniej, niedawno minionej epoki, porozumiewająca się w języku litewskim oraz rosyjskim, aczkolwiek z uprzejmością już czasów współczesnych.

Tym razem postanowiłem spróbować chwalonych na Litwie szaszłyków. Nareszcie  trafiłem – porcja słusznej wielkości, bogata w warzywa. Do mięsa dodatkowo był delikatny sos a’la pesto. Mięso dobrze zgrillowane, ale miękkie w środku – takie jak lubię; całość utrzymana w harmonijnym smaku. Miały być kartofle (bulvės), ale już kolejny raz jako ziemniaka otrzymaliśmy frytki – co prawda robione na miejscu, ale jednak frytki.

Jako, że jesteśmy nad morzem, to należy też sprawdzić smak litewskiej ryby. W karcie był sandacz (starkis) – ryba niekoniecznie morska. Mając na uwadze fakt, że na południe od Kłajpedy Niemen uchodzi piękną, wieloramienną deltą do Zalewu Kurońskiego (zasobną w wiele gatunków ryb), to uznaliśmy, że będzie to najbardziej litewska z litewskich ryb.

Swoją drogą delta Niemna to prawdziwy raj dla wędkarzy oraz ornitologów. To właśnie przy ujściu tej rzeki założono jedną z pierwszych w Europie (1929 rok) stację obrączkowania ptaków. Te piękne tereny znajdują się na szczęście pod ochroną i oby jak najdłużej taki dziki zakątek Europy zachował swój pierwotny charakter.

Płat sandacza sauté był zgrillowany, delikatnie, acz wyraziście przyprawiony. Smaczny, choć może zbyt mało soczysty. Ryba na pewno była świeża, bez tzw. “zapachu”. Sandacza w Neriji można polecić.

Wracając ze spaceru do dawnej rezydencji Tyszkiewiczów w Palandze – dzisiaj Muzeum Bursztynu – natrafiliśmy na restoran PO LIEPOM (“pod lipą”) przy Vytauto gatve, 37.

Niewielka, prosta, bezpretensjonalna restauracja z litewską kuchnią. Dawniej musiał być to niewielki bar, który stopniowo ulegał rozbudowie – dzisiaj znaczna jego część znajduje się w części zewnętrznej przypominającej “patio”.

Polecieliśmy na “wegetariańsko inaczej”, czyli mięsnie. Kepsnys z serem (kepsnys su sūriu) – wieprzowina pod doskonałą pierzynką z litewskiego sera. Pod delikatną skorupką rozpływał się lekko ostry ser o białej barwie. Pychota! Wieprzowina też dobrze przyprawiona. Zdecydowanie najsmaczniejszy posiłek na jaki trafiłem.

Podobnie kepsnys su bekonu (czyli z boczkiem). W tym przypadku jednak ser nie był tak dominujący jak w pierwszym przypadku

PO LIEPOM okazała się knajpką nie tylko z dobrym jedzeniem, ale też miłą obsługą (chociaż mówiącą tylko po litewsku oraz rosyjsku). Zaskoczeniem in plus były również ceny – najniższe z tych kulinarnych przybytków, w których gościliśmy.

Wypada również wspomnieć o wielbicielach fast-foodów. Jest takie miejsce w Palandze, przy Basanavičiaus gatve, nazywa się VAN DOG. W dzień powrotu, gdy już brakowało czasu, a samolot już grzał silniki lotnisku, zdecydowaliśmy się na szybkie, uliczne jedzenie.

W 95 na 100 przypadków unikam takiego jedzenia, chociaż najlepszy kebab na Cyprze pochodził z przydrożnej budki, a currywursta w Berlinie czy wienerwürstla pod katedrą św. Szczepana w Wiedniu nie odmówiłem. Litewskiego hot-doga też więc zaliczyłem.

Z prawdziwą kiełbaską chyba nie najgorszej jakości, bogatego w warzywa – to najważniejsze oraz smacznej bułce.

 

Alkohol

Litwa to głównie spirytualia oraz piwo (alus). Tego pierwszego tym razem nie próbowałem, chociaż kownieńskiego Stumbrasa trochę w życiu wypiłem, litewskiego piwa tym razem natomiast spróbowałem. W BARAS RYTAS dostałem VOLFFAS ENGELMAN RINKTINIS z kija. Barwa – złocista, klarowna. Piana niestety krótko utrzymująca się, z gatunku tych o drobnym ziarnie. Bez nadmiernej kwasowości, dają się wyczuć nuty słodowo-zbożowe. Jak dla mnie – przeciętny lager, może z małym plusem ponad koncernowe napoje piwne.

Natomiast coś co mi zasmakowało to była nalewka znana pod nazwą DEVYNIEROS czyli “999”. Ziołowy eliksir o właściwościach leczniczych, dostępny również w wersji aptecznej.

 

PODSUMOWANIE

Tym razem podróż kulinarna nie zaskoczyła nas w jakiś wyjątkowy sposób. Było poprawnie, ale było też rozczarowanie. Tzw. nieba w gębie nie doświadczyliśmy. Dwie z restauracji, w których byliśmy możemy naprawdę polecić: NERIJA w Smyltine oraz PO LIEPOM w Palandze. Unikajcie za to BARAS RYTAS na deptaku.

Odkryciem był natomiast alkohol – najsławniejszy litewski likier sławetne “999”, czyli (TREJOS) DEVYNIEROS (przywieźliśmy do domu – zakupiony w free-duty shop na lotnisku).

Olbrzymi minusem jest fakt, że Litwa to kraj, gdzie spożywa się głównie wódkę i piwo. Mają pierwsze miejsce na świecie w spożyciu alkoholu – piją go statystycznie rzecz biorąc w ilościach hurtowych – ponad 16 litrów na osobę rocznie czystego spirytusu! Rosjanie w tyle, Łotysze w tyle, Ukraińcy w tyle. Władze próbują z tym walczyć – od 01.01.2018 roku wprowadzono ustawę ograniczającą sprzedaż alkoholu. Dostaniecie go w sklepach tylko w godzinach 10-20, a w niedzielę 10-15. Dodatkowo są dni z zakazem sprzedaży alkoholu (np. pierwszego września). I o tym pamiętajcie wybierając się na Litwę. Podniesiono o ponad 110% akcyzę na wino i piwo, na spirytualia o ponad 20%.

Nas jako turystów dotknął ten zakaz, ale zostaliśmy poratowani przez właścicieli apartamentu, w którym mieszkaliśmy: http://7mildalej.pl/fajny-nocleg-w-palandze-vila-pri-rouzes/) Rezultaty takiej walki z “alkoholem” – raczej mierne. Przemądrzałym politykom przypominam, że najwięcej alkoholu w USA wypito w czasach prohibcji w latach 1919-1933!

Dla mnie problem polega głównie na tym, że nie ma tam kultury picia wina. Własnych win nie produkują (sorry, taki mają klimat), a w sklepach dobre wina zaczynają od 7t-8 EUR. To, co jest dostępne, jest importem z Hiszpanii, Włoch, Niemiec, rzadziej z Francji czy też Portugalii.

Z ciekawostek – nad naszym morzem na każdym kroku można znaleźć smażalnię ryb, w Palandze co kilka kroków natkniecie się natomiast na… wędzarnię ryb. Smaczne to i zdrowsze niż z wielodniowego tłuszczu, a przy tym ceny zdecydowanie niższe niż w Polsce. Za niecałe 40 dkg wędzonego okonia (ešerys) zapłaciłem 3,30 EUR.

Jeśli ktoś chce z kolei zrobić zakupy spożywcze, to w Palandze najlepiej uczyni to w supermarketach MAXIMA (jest kilka; najbliżej centrum – przy Vytauto gatve).

Generalnie zauważyliśmy wzrost cen w restauracjach czy też sklepach w stosunku do roku 2014 (wtedy jeszcze walutą był LT). Generalnie ceny przedstawiają się następująco:

  • piwo w restauracjach: 2,20-3,50 EUR
  • lampka wina (100 ml): od 2,40 za słodkie “domowe” (czytaj: sikacz z kartonu)
  • lampka wina wytrawnego (sausas) też 100 ml: od 3,50 EUR
  • 50 ml DEVYNIERIOS w restauracji od 2,20 EUR
  • butelka 0,5 DEVYNIEROS w duty-free shop: 10,70 EUR; w sklepach od: 8,90 EUR
  • dania rybne w restauracjach: 11-13 EUR
  • dania mięsne w restauracjach (kepsnys, karbonadas): 8-11 EUR
  • cepeliny w restauracjach (za 2 szt.) od 5,00 EUR

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CO ZJEŚĆ W KIJOWIE?

Tym razem nie traktowaliśmy wyjazdu jako kulinarnych poszukiwań i natchnienia w zabużańskiej kuchni. Ponadto z kuchnią ukraińską mieliśmy już do czynienia. Wylot w okresie świąt wielkanocnych miał dać nam wytchnienie od kuchennych prac i świątecznego obżarstwa. Z dwojga złego, wolę domowy Raisefieber od Osternfieber. Chcieliśmy wypocząć i spędzić Wielkanoc na pełnym luzie; bez napinki (o podróży czytaj: http://7mildalej.pl/wielkanoc-w-kijowie/).

Trafiliśmy na fantastyczny hotel z fantastyczną kuchnią – od tej strony BAKKARA ART HOTEL można spokojnie polecić. Z uwagi na święta część posiłków (śniadania i część kolacji) ograniczyła się do hotelowej kuchni. Wszystko, co jedliśmy wyszło od szefa kuchni znającego się na rzeczy. Poza tradycyjną kuchnią ukraińską, zaskoczyły mnie krewetki z wędzonym łososiem, które zamówiłem na jedną z kolacji – świeże krewetki w Kijowie..? Jak najbardziej możliwe.

Hotelowe śniadanie wielkanocne nie było może zgodne z naszą tradycją, ale jego różnorodnością oraz obfitością nie powstydziłby się niejeden z lepszych zachodnich hoteli.

Śniadanie zaczęliśmy jednak zgodnie wielkanocną polską tradycją – ab ovo 🙂

Na mieście spróbowaliśmy jedzenia w stylu “pop” – pizzeria w centrum handlowym na Majdanie – makaron i pizza bez szału. Powiedziałbym nawet, że skromnie – i na talerzu, i w smaku.

W podziemiach placu na Majdanie są zlokalizowane: stacja metra oraz centrum handlowe. Znajdziecie tam również jeden narodowych, ukraińskich sieciowych street-foodów – PUZATA CHATA. Człowiek naczytał się w przewodnikach oraz internecie na temat jedzenia w tym kulinarnym przybytku i… totalne rozczarowanie. Prosty, surowy wystrój – dla pełnego obrazu – typowy “bar mleczny” z ukraińskim jedzeniem. Wybierasz, jedziesz z tacą jak w Ikei, ważą, mierzą i kasują.

Znajdziesz tam i lekkie dania i zupy i mięsa i sałatki. Problem polega na tym, że to jedzenie nie ma smaku. Jeśli traktować to jako substytut fast-fooda – OK, lepsze to niż hot-dog na Orlenie. Jeśli jednak miałbym się tam stołować codziennie, znudziłoby się mi to już po pierwszym razie. To jedzenie nie za wiele wspólnego ma ze smakiem, ale czego oczekiwać za kilka (przeliczeniowych) PLN… Zgodnie z moją kulinarną zasadą zwiedzania świata mogę powiedzieć: byłem, zjadłem, …zapomniałem. Na “+” duży wybór potraw oraz cena; na “-” smak (udało im się idealnie skorelować z ceną).

To co nie podeszło w PUZATEJ CHACIE, to w KATIUSZY podążało już za smakowymi oczekiwaniami. Odwiedziliśmy VARENICZNAJĄ KATIUSZĘ przy ulicy Iwana Mazepy. Kolejna ukraińska sieciówka, ale tym razem zarówno z pomysłem na wnętrze, jak i z pomysłem na jedzenie.  Chwilę czekaliśmy – w środku był komplet, ale warto było.

Co do wystroju – wnętrze utrzymane w stylu lat siedemdziesiątych; ciepłe barwy; książki; meble jakby każdy z innego pokoju w M-3. Całość tworzy jednak przytulny klimat. Kuchni również nie można niczego odmówić. Karta obejmuje pełen zakres ukraińskiej kuchni – dodatkowo – dla ułatwienia jest obrazkowa. Myślę, że nie tylko dla ułatwienia zamówień, ale też dla podkręcenia apetytu. Spójrzcie tylko:

Skupiliśmy się na mącznych rarytasach wschodniej kuchni – “varenikach” (pierogach) oraz “pelmeni” (pielmieni). Czas oczekiwania – w sam raz – nie za długi, ale też nie zbyt szybki (aby nie było wrażenia, że odgrzewają mrożonki). Wszystkie zamówione porcje były ciepłe, stylowo podane na małych patelniach, które doskonale trzymały ciepło. Każdy z czterech biesiadników odszedł od stołu nie tylko syty, ale też ukontentowany posiłkiem.

Ceny – szkoda gadać, a raczej pisać – ponad 600 UAH za ucztę dla 4 osób popitą dla apetytu (i dla smaku) Becherovką… bez komentarza.


Co można powiedzieć o kijowskim jedzeniu..?

Oczywiście opinia jest subiektywna – na podstawie krótkiego pobytu i odwiedzeniu kilku knajpek.

Na duży plus – świeżość produktów i potraw – zarówno w hotelu, jak też na mieście. Zarówno w hotelu, jak też w Katiuszy mogę prawie ze 100% pewnością stwierdzić, że nie było tam żadnych polepszaczy smaku czy konserwantów.

Charakterystyczna rzecz, która rzuciła mi się w oczy (a może w usta) – wybór sałatek. Jest ich zawsze sporo, w różnych kompozycjach i są bardzo smaczne. Jednym z warzyw, które np. w Polsce nie rozpowszechniły się “sałatkowo” jest rzepa, a szkoda, bo daje fajną nutę świeżości na talerzu.

Opinia co do PUZATEJ CHATY – jak w tekście – nie moja bajka.

Poza naszym hotelem oraz KATIUSZĄ obsługa – rzadko to tak oceniam – ale beznadziejna. Brak uśmiechu (nawet “No.5”), wszystko podane jakby z niechęcią. Jeszcze trochę czasu musi chyba upłynąć, aby zrozumieli na czym polega obsługa klienta. I to było chyba największe rozczarowanie, Spodziewaliśmy się powszechnej wschodniosłowiańskiej gościnności, a wyszło jak w PRL-u.

Co jeszcze charakterystyczne dla kulinarnej mapy Kijowa, to mnogość gruzińskich knajpek. Jeśli ktoś lubi chinkali, chaczapuri czy inne kaukaskie smakołyki,na pewno znajdzie coś dla siebie. Są to na ogół restauracje prowadzone przez Gruzinów, więc na odżachuri nie trzeba lecieć do Tbilisi (ale warto).

Na koniec alkohole.

W restauracjach królują oczywiście mocne trunki – wódka jest często spotykana na stole, a może to tylko wielkanocne złudzenie? Taki to już czas (świąteczny), że “czysta” króluje na stołach za wschodnią granicą.

Poza wódką – piwo. Ale jak to mówią: rękawów nie urywa. Ukraińskim piwom jeszcze daleko do jakości. Ostatnio zaczynają jednak warzyć złoty napój w rzemieślniczych browarach. Podobno Lwów w tym przoduje, więc trzeba będzie odwiedzić Lwów.

Wino – mój ulubiony napój – degustowaliśmy ukraińskie wina, ale one też nie zachwycają – wytłumaczenie proste – brak tradycji winiarskich, bo przecież klimat do ich produkcji jest – wybrzeże Morza Czarnego, przygraniczne tereny z Mołdawią. Potencjał więc jest.

 

CYPRYJSKA KUCHNIA

ö

Cypryjska kuchnia… Czy coś takiego w ogóle istnieje? Pytanie to stawiałem sobie mając już książkową wiedzę o wyspie. Jeśli mieszkają tam dwa narody o różnej kulturze, ale przecież koegzystujące ze sobą nie tylko na wyspie, ale też w obrębie Morza Egejskiego, położone w tym samym klimacie, to chyba nie powinno być niespodzianek. A jedna i druga kuchnia należą do jednych z moich najbardziej ulubionych.

O tym, że na Cyprze biesiadowanie to sport narodowy po obu stronach granicy, która w tym przypadku jest tylko cienką zieloną linią nie trzeba nikogo przekonywać, kto odwiedził wyspę. Restauracje, knajpki oraz tawerny, małe i duże zajęte są do późnych godzin przez rodziny, przyjaciół. Bawią się, jedzą, piją zwłaszcza po zachodzie słońca, gdy wieczór przyniesie trochę chłodu po upalnym dniu.


Jako, że większość czasu spędziliśmy w Kuzey Kibris (północny Cypr), to skupimy się na smakołykach z tej części wyspy, aczkolwiek południe jest bardzo podobne.

Kulinarną przygodę z Cyprem (o wakacjach na Cyprze czytaj: http://7mildalej.pl/wakacje-na-cyprze/) zaczęliśmy od przekąski po dotarciu do Kyrenii. W pobliżu promenady odnaleźliśmy restaurację Simit Dünyasi (20 Temmuz Kordonboyu Caddesi), gdzie zamawiamy lokalną odmianę kebaba z baraniny, podawanego w… tortilli – zaskoczenie – a gdzie pita..? Do tego obowiązkowo wjechały frytki oraz zielone ostre papryczki chili wraz z sałatką ze świeżych warzyw.

Oprócz tego zamawiamy, coś, co trzeba obowiązkowo spróbować: lachmacun, czyli tureckiej pizzy. Cienkie ciasto, a na nim warzywa i plasterki siekanego mięsa. Czym ta pizza różni się od popularnej w całym świecie włoskiej pizzy? Po pierwsze ciasto, po drugie – klasycznie zawsze skrapiają ją sokiem z cytryny. Tureccy puryści kulinarni twierdzą, że są jej dwie odmiany: antep (z czosnkiem) i urfa (z cebulą), w praktyce bywają mieszane. Wracając do ciasta – w wielu rejonach do ciasta dodaje się mleko i cukier, co w przypadku pizza italiana byłoby już profanacją. Za co cenię lachmacun? Ano za to, że zawsze jest to cieniutkie ciasto, jakie w pizzach uwielbiam.

W Lapcie zwiedziliśmy chyba większość nadmorskich knajpek wpadając na przekąskę, obiad, lub kolację.

FLY INN w Lapcie oferuje nam mięsko – w tym przypadku marynowany i opiekany kurczak. I co charakterystyczne dla kuchni cypryjskiej – frytki z pitą. W cypryjskich restauracjach często obok mięsa podawane są co najmniej dwa rodzaje “wypełniaczy” – frytki sąsiadują z ryżem albo pitą. Te frytki – najczęściej otrzymywaliśmy z ziemniaków, to zdaje się być pozostałość po długim, brytyjskim panowaniu.

Obok hotelu, w którym mieszkaliśmy (Manolya Resort Hotel) znajduje się knajpka zwana BLUE SONG (fevzi çakmak cd lapta), którą można spokojnie polecić, jako że byliśmy w niej dwu lub trzykrotnie. Coś co smakowało to były köfte z opiekanym serem halloumi – cypryjskim specjałem. Ten półtwardy ser wytwarza się z mleka owczego, a czasem z domieszką krowiego i koziego. Pod widelcem elastyczny, w zębach “świszczący”. Osobiście do gustu przypadła mi jego wersja grillowana. Niebo w gębie. Podobno statystyczny Cypryjczyk zjada statystycznie prawie 9 kg tego sera. Nie sądzę, żebym go dogonił, ale na naszym stole zaczął po cypryjskich wakacjach gościć częściej.

W drodze powrotnej z Gór Troodos zatrzymaliśmy się w Güzelyurt – nazwa miasta znaczy piękne miejsce. Spieszyło się nam, więc skorzystaliśmy z tureckiej street-foodowej sieciówki jaką jest CMR Çig köfte. Bar z prostym, klasycznym tureckim jedzeniem w którym zasiadali sami lokalsi, a z właścicielami ucięliśmy miłą pogawędkę.

Zamówiłem Biftek Tantuni, w opcji dürüm, a więc w placku lavas. Tantuni to cienko pokrojona wołowina obsmażana na wielkiej patelni z wgłębieniem na środku, na której oprócz smażenia, dodatkowo lekko dusi się ją w sosie i wodzie. Następnie zawijana w lavas wraz ze świeżymi warzywami.

Przyznaję, że tantuni jadłem po raz pierwszy i smakowało wybornie. Czasami nawet street-food zaspokoi nie tylko głód, ale też wyższe doznania kulinarne. Ceny takiego ulicznego jedzenia są niezbyt wygórowane, a niejednokrotnie jego smak jest lepszy niż w niejednej restauracji. Próbowaliśmy też kebaba – tutaj zwanego Mega Dürüm – również bez zarzutu.

Jednakże clou cypryjskiej kuchni to meze. Meze to nie tylko zestaw dań na obiad lub kolację. Meze to filozofia biesiadowania, zaczyna się jak przystawka, rozbudowana przystawka, a kończy się cięższym uderzeniem. Są różne opcje – najmniejsze liczy 15, największe jakie spotkaliśmy 25 potraw (takie też wjechało na nasz stół). Zasadniczo meze dzieli się na mięsne oraz rybne. Można zamówić też mieszane meze – i takiego skosztowaliśmy – zamiast ryb było mięso, ale z owocami morza. A restauracją, w której zapoznaliśmy po raz pierwszy z tą cypryjską tradycją była SILVERROCKS RESTAURANT w Lapcie.

Zaczęło się od prologu – hummusu oraz innych past, i warzyw podawanych w marynatach i/lub sosach albo dipach, oliwek, itp. Następnie wjeżdżają sery – oczywiście z halloumi na czele oraz sałatki. Później otrzymaliśmy krewetki, małże, ośmiorniczki, na koniec mięso – köfte, souvlaki, itp. Finisz – cypryjskie słodkości, które przybierają formę baklawy oraz innych jeszcze bardziej słodkich wynalazków. Wszystkim tym potrawom towarzyszy chleb i/lub pita.

Nie wyobrażam sobie natomiast meze bez wina. Przecież ta piękna, rozciągnięta w czasie uczta powinna zyskać dopełnienie w postaci najbardziej biesiadnego alkoholu, jakim jest wino. Nie da się zamówić jednego zestawu meze, najlepiej minimum dwa i oczywiście skosztować go gronie rodziny lub przyjaciół.

Dla tych, którzy żyją nie tylko tradycją i lokalną kuchnią, mogę polecić w Lapcie restaurację, która oferuje tzw. europejską kuchnię, gdzie można zjeść dobrego wołowego burgera oraz spaghetti. Restauracja THE HUT, mimo, że reklamuje się również jako turecka, to według mnie jest najlepszą europejską kuchnią na zachód od Kyrenii.


Kuchnia cypryjska to oczywiście swoista mieszanka kuchni greckiej i tureckiej. Nie może być zresztą inaczej – z biegiem czasu musi nastąpić wzajemne przesiąkanie smakami, przyprawami, potrawami dwóch koegzystujących narodów.

  • Co jest charakterystyczne dla Cypru – oczywiście przewaga mięsa nad rybami. Mogłoby to zaskakiwać, ale o ile z owocami morza (jak ja nie lubię tego słowa) nie ma problemu, to ryb w morzach otaczających Cypr raczej zbyt wiele nie ma, więc ryba jest droga i rzadziej spotykana. Również tradycja – szczególnie turecka opiera się na mięsie. Tak też było w aspekcie historycznym – łatwiej było przygotować mięso dla wojowników, czy też pasterzy, niż rybę. Jedno co można powiedzieć o mięsach. Przyrządza się je  w najzdrowszy sposób – grilując (nie liczę gotowania, ale to jest dobre na oddziale gastroenterologicznym, a nie restauracji). Najpopularniejsze to:
  • köfte na tysiąc sposobów, czyli mielone mięso z przyprawami, rozrabiane z bulgurem lub bez;
  • tantuni – drobno krojona wołowina obsmażana i duszona na wielkiej specjalnie do tego celu wykonanej patelni;
  • kebab – oczywiście baranina, jagnięcina lub rzadziej wołowina;
  • souvlaki – mięso w formie szaszłyków
  • kleftiko – pieczona (we własnym sosie) jagnięcina

Co jeszcze warto spróbować z cypryjskiej kuchni?

  • halloumi – grillowany, opiekany, obsmażany – z mięta lub bez; ostatecznie może być na surowo – najlepiej z młotkowanym pieprzem
  • dolmades – czyli gołąbki w liściach winogron

 

SMAKI MONTENEGRO

Czarnogórska kuchnia to bogata mozaika ciężkich, górskich potraw opartych na mięsach z rusztu, ryb i owoców morza z Primorja oraz warzyw i owoców podawanych zarówno w formie sałatek, jak też sauté. Każdy, kto odwiedził różne regiony i kraje Półwyspu Bałkańskiego dostrzeże w serwowanych daniach podobieństwa sąsiedzkich kuchni. Da się przecież zjeść sałatkę szopską zarówno w Bułgarii, jak też w Serbii, Chorwacji, Macedonii czy Czarnogórze. Plejskavica czy cevapcici też będzie pomimo niewielkich regionalnych różnic obecne na stołach całego półwyspu.

Nasza krótka (niestety) podróż po Monetnegro (czytaj: http://7mildalej.pl/czarnogora-balkanska-perelka/) miała dać nam możliwość poznania różnych snmaków czarnogórskiej kuchni – taki był kulinarny plan odwiedzin tak ślicznego zakątka Europy jakim jest Czarnogóra.

Pierwsze kroki, a raczej kilometry naszej podróży wiodły nas z doliny Podgoricy do Żabljaka położonego wysoko w Durmitorze. Jż same jego położenie na wysokości ok. 1.460 m.n.p.m. oraz pobliskie  szczyty wyższe od naszych tatrzańskich Rysów dają okazję do skosztowania górskiej kuchni.

Jest wieczór, więc po prawie całodniowej podróży czas na kolację – pierwszą czarnogórską strawę zamawiamy w hotelowej restauracji ZLATNI BOR. “Miejscówka” okazuje się jedną z lepszych lokalnych restauracji.

Wnętrze, oddające regionalny klimat oraz historię terenów – wśród eksponatów, aczkolwiek aczkolwiek niekoniecznie kulinarnych znajdzie się i wykopany niemiecki hełm i pistolet partyzantów walczących pod dowództwem Josipa Broz Tito i parę innych równie “przydatnych” w kuchni gadżetów 🙂

No, ale w knajpie nie zamierzamy uruchamiać radia sprzed ponad 60 lat, tylko mamy zamiar podrażnić nasze kubeczki miejscowymi specjałami (mówiąc górnolotnie) lub po prostu zjeść i napić się (mówiąc przyziemnie).

Z karty wybór pada na dwa dania: CEVAPĆI oraz TELETINA SA PEĆURKAMA

Cevapći w tym wydaniu, to 10 sztuk mielonych paluszków z mieszanego mielonego przyrządzanego na typowy bałkański sposób – miękkie w środku mięso, z wierzchu lekko chrupiące. Ogólne wrażenie – OK – poprawne, świeże.

Teletina sa pećurkama – czyli cielęcina z pieczarkami w sosie śmietanowym – smaczna, dobrze wysmażona, miękka – smak cielęciny inny niż w Polsce. Zaserwowane danie również poprawne i świeże.

Sałatka szopska – typowe bałkańskie danie – przyrządzane z pomidora i ogórka oraz sera; w Zlatnim Borze dostaliśmy wersję podstawową, czyli pomidor, ogórek, ser; bywa też z dodatkiem cebuli (taką też jedliśmy). Ser tarty obowiązkowo na drobnej tarce. Standardem jest ser solankowy typu szopskiego wyrabiany z mleka owczego, ale bywa też z dodatkiem mleka koziego lub krowiego.

Ogólne wrażenia..? Kuchnia w ZLATNIM BORZE jest smaczna, ceny przystępne, żeby nie powiedzieć, że niskie, obsługa bardzo miła. Fajerwerków nie było, ale kuchenna poprawność, świeżość – tego doświadczyliśmy. Aha… Porcije su velike!

Drugiego dnia udaliśmy się na rafting – w bazie przygoda z Tarą zaczęła się obowiązkowo od rakiji – była w pakiecie raftingowym 🙂 Po powrocie do bazy czekał na nas obiad (również w pakiecie raftingowym) – do wyboru: wieprzowina, jagnięcina lub “rybina” – skorzystaliśmy z tej ostatniej opcji i dostaliśmy pastrmka, czyli pstrąga, ale nie jednego na dwie osoby, tylko dwa pstrągi na jedną osobę – na bogato! Do tego prostą (czytaj: bałkańską) sałatkę, czyli pomidor + ogórek z moim ulubionym krawljim sirom.

Pstrąg – świeżutki, bez hodowlanego zapachu – może po raftingowym wysiłku powinno się pójść w kierunku mięsiwa, ale nie żałowaliśmy tej opcji – pycha!

Wieczorem po spacerze nad Crne Jezero był mundialowy mecz FRA-BEL, więc postanowiliśmy kolację spożyć przed ekranem barowego TV. Zastanawiałem się tylko – zamówić żabie udka czy frytki po brukselsku..? Ostatecznie jako zagorzali frankofile (od czasu wyjazdu do Paryża) znaleźliśmy w jelovniku (karcie) pasulj (czyli fasolkę) prawie po bretońsku 🙂

Fasolka – miała być w wersji skromnej, a tymczasem nie była to mała miseczka, ale duży talerz + mały talerz z dodatkowymi kiełbaskami. W związku z tym, że do fasolki doskonale komponuje się czerwone wino, a należało też uczcić prowadzenie FRA, zamówiliśmy czerwone wino, może nie bordeaux, ale miejscowego vranaca. Porcja znów okazała się słuszna, a smak wyśmienity.

Ciekawe co czeka na nasze podniebienia na czarnogórskim wybrzeżu (Primorje)..?

Wycieczka do Starego Baru – Stari Grad – przy murach twierdzy jest klimatyczna uliczka, przy której odnajdujemy przybytek, który zwie się KONOBA KULA.

Konoba Kula, to nie tylko restauracja, ale też guesthouse, miejsce gdzie kupicie lokalną oliwę z oliwek, czy po prostu pogawędzicie z kelnerem przy kawie. Jest już może trochę skomercjalizowane, ale takie już mamy czasy… Wnętrze zachęcało do zjedzenia, ale z uwagi na pogodę wybraliśmy miejsce na tarasie.

Pogoda sprawiła, że zaczęliśmy od popularnego na wybrzeżu napoju zwanego: bijeli špricer . To nic innego jak znany w Chorwacji “gemiszt, na Węgrzech “frycz”, Włosi piją proseco – generalnie białe wino z wodą sodową i ewentualnie lodem. Nie było w karcie szprycera, ale nasz ulubiony kelner – Radko zadbał, abyśmy mogli jego proporcje sami skomponować 🙂

Dzień był taki, że zwyciężyła w nas opcja w stylu vege – wiem, było tam jajko i minimalny udział mięsa – bulion był zrobiony na cielęcinie – więc wegetariańscy puryści i tak pozostaną przy swoim zdaniu, ale dla nas warzywa to vege!

Cóż się znalazło w naszym popołudniowym jelovniku… – Starobarski pjat – po naszemu po prostu półmisek warzyw na ciepło, do tego begova ćorba i šopska salata. W karcie stało, że jest to predjedlo, czyli przystawka. Jeśli kilogram warzyw jest apetizerem, to wolałem zrezygnować z dania głównego. 🙂

No więc, skład tego był mniej, a może więcej następujący:

  • bakłażan w panierce
  • bakłażan w sosie śmietanowym
  • opiekany marynowany bakłażan
  • bakłażan w pomidorach
  • cukinia w panierce
  • jajko zapiekane z odrobiną mięsa (też nie vege)
  • japrak – malutkie gołąbki w liściach winogron z ryżem i odrobiną mięska (też nie vege)
  • okra z marynaty
  • pieczony pomidor z czarnymi oliwkami

Jak to wszystko smakowało? Większość była genialna, dobrze przyprawiona, warzywa w wyrazistej marynacie – super to mało powiedziane. Czy można przejeść się warzywami – po wizycie w Konoba Kula – powiem, że TAK.

Begova ćorba – to zupa z okry sporządzona na bazie bulionu cielęcego. A cóż to takiego ta okra? Przyznaję, że dane mi było pierwszy raz spróbować tego smakołyku – znana w Polsce również pod nazwą piżmianu  – rodzaju krzewu o owocach trochę podobnych do zielonej fasolki; w smaku przypomina połączenie fasolki, szparagów, cukinii. Doskonale sprawdza się jako zagęstnik do zup, ma wiele wartości odżywczych i jednocześnie niską kaloryczność. Może służyć jako źródło antyoksydantów, kwasu foliowego.

No więc spróbowaliśmy tej okry na dwa sposoby – w zupie i w marynacie – Polecamy! Wiele wyjaśnił i podpowiedział nam też nasz ulubiony kelner – Radko – Hvala ti Radko, sve bylo ukusne! (Dzięki Ci Radko, wszystko było pyszne). Reasumując uczta w Konoba Kula się udała.

Kolejna restauracja, do której dotarliśmy w czasie pobytu w Barze zwała się KONOBA SUNCE. Miała tę zaletę, że była blisko naszego hotelu, a w googlach opinie były pozytywne.

Jak wypadł nasz test? Jak to mawiał klasyk: “są plusy ujemne”. Być nad morzem w Czarnogórze i nie zjeść owoców morza byłoby grzechem, więc zamówiliśmy kreweteki z rusztu, czyli gambori na źaru. Niestety było to pierwsze kulinarne rozczarowanie. Poza świeżością nie reprezentowały sobą niczego, co warte byłoby wspomnienia – smak morza i tyle! Podobnie było z często spotykanym tu zestawem: kartofel + szpinak – bez soli, bez pieprzu – mdło i bezpłciowo.

Skoro już była jedna wpadka, to mieliśmy nadzieję, że nieszczęścia nie chodzą parami i klasyka czarnogórskiej kuchni czyli podgorićki popeci. Może ta rolada z wieprzowiny z szynką oraz serem w jajecznej panierce okaże się lepszym wyborem. Czasami, na szczęście, nieszczęście (czyli: krewetki) jest sierotą. Mięso było smaczne, soczyste z posmakiem zawiniętej długodojrzewającej szynki panierka bardziej jajeczna niż mączna, aczkolwiek mąka też w tym była. Słowem tym razem “plus okazał się dodatni”.

Jak widać w tej samej restauracji można trafić na dwa odmienne światy kulinarne.

Na koniec pobytu trafiliśmy jednak na coś, co chyba będzie dla mnie świętym graalem w kategorii ryba w kuchni i w związku z tym: THE (COOKING) OSCAR GOES TO: ZORAN!

Jadąc z Primorja na lotnisko należy przejechać groblą przez Skadarskie Jezero. Jedno z najpiękniejszych w Europie, największe na Bałakanach, będące głównym elementem parku narodowego o tej samej nazwie. Bezpośrednio przy drodze znajdziecie chyba trzy knajpki, z czego jedną totalnie niepozorną, aczkolwiek z polsko- i rosyjskojęzycznymi napisami: ZORAN RYBAK.

Na pierwszy rzut oka ciężko nazwać to knajpką, wygląda to bardziej na opuszczone pole kampingowe. No więc idziemy przez ten kamping, parę schodów w dół i tym razem znajdujemy się na głębokiej (w czasie) prowincji. Kilka stołów w części “vip”:

kilka stołów na “patio”:

W wiszącym na ścianie “wypasionym” jelovniku – kilka ryb żyjących w rozciągającym się poniżej jeziorze, zupa rybna, co do picia…

Ale Zoran to legenda – na predjedlo bierzemy 2x zupę rybną podaną w “srebrnej” zastawie wypożyczonej z paryskiego Wersalu (sorry, miało być: “srebrzystej”).

Zupa – gorąca, na zewnątrz też gorąco: +36ºC, ale je się ją bez potu na czole; ugotowana na rybnych “resztkach”, lekko gęsta, ale nie “stojąca” doskonale komponująca się z dodanymi ziołami. Dla mnie !bomba!, aczkolwiek zaprawiona octem dla podkreślenia rybneg smaku. Zupa u Zorana – 4,5/5 – zawsze można się przyczepić 😉

Główne danie to jednak już kompletny odlot!!! Tak właśnie wygląda ten święty graal, o którym powyżej pisałem.

Karp czyli šaran, nie ma nic wspólnego z hodowlanym karpiem – jest to pełnołuski, czyli jak nasze rzadko już spotykane sazany, dziki mieszkaniec jeziora szkoderskiego. Na stół wjechał taki oto mierzący ponad 50 cm okaz, złowiony przed naszym przyjazdem, skrobany i patroszony na świeżo. Przyrządza się go jak poniżej – u nas by to nie przeszło, jest magiczne słowo na “s”- sanepid.

Głęboki tłuszcz, ale świeży (nie rodzimy Olej Bałtycki z 10-tego smażenia). Wcześniej ryba natarta gruboziarnistą solą, i obsmażana jak widać na załączonym obrazku. Jest jeszcze do tego specjalna a’la marynata z trawą, jak mówi Zoran, czyli po prostu mieszanką 7-8 ziół i na koniec jeszcze dochodzi do tego natarcie czosnkiem.

Smaku tego karpia nie da się podrobić w żaden sposób – nie da rady. Niebo w gębie, creme de la creme – nie wiem jakich użyć słów – bez słów – tego trzeba po prostu spróbować.

Jak mam zrobić karpia na wigilię..? Co ja teraz zrobię..? Pojadę na karpia do Zorana!!!

Na koniec Zoran trochę mnie pocieszył – powiedział starą rybacką prawdę. “Smak ryby to nie tylko jej przyrządzanie, ale przede wszystkim, sama ryba”. A szkoderski karp sam w sobie jest kulinarną pysznością!

Kuchnia czarnogórska nie istnieje bez rakiji i wina.

Rakija jest wszędzie obecna, mówi się, że leczy nastrój, niestrawność, ból głowy, pobudza lepiej od kawy, rozgrzewa – istne perpetum mobile o mocy “40V”. Sprawdziliśmy – coś w tym jest! Rakija jest dostępna w sklepach (jak ta poniżej), ale przede wszystkim jest pędzona w domach. Sprzedają ją w przydrożnych kramikach – jest po prostu wszędzie. Jak nie przepadam za smakowymi wódkami, tak czarnogórska rakija wyjątkowo dobrze mi służyła. Oczywiście w rozsądnych ilościach, najlepiej pić ją małymi łyczkami w niewielkiej ilości.

            

W Montenegro mówią, że wino to nie alkohol – wino pija się wszędzie i zawsze, do obiadu, do kolacji, jako szprycera dla schłodzenia organizmu w upały. W sklepach znajdziecie wina europejskie, ale Czarnogóra nie ma się czego wstydzić – mają dwa własne szczepy:

  • czerwony – Vranac,
  • biały – Krstac.

W sklepach i knajpach często bywają wina z winiarni Plantaze – można je spokojnie polecić. Biały krstac jest wyrazistym, ale nie kwaskowatym winem o lekko słomkowej barwie, z wyczuwalnym aromatem cytrusów z kwiatową nutą.

Czerwony vranac – już jego nazwa oznaczająca karego konia mówi, że mamy do czynienia z pełnym, średniociężkim winem o intensywnym kolorze. Smak – głównie czarne i czerwone owoce – jeżyny, jagody, wiśnie. Bez nadmiernej kwasowości.

Jak dla mnie – super – myślę, że nie są gorsze od swoich włoskich czy francuskich odpowiedników. W swoim przedziale cenowym uznałbym je za jedne z topu. Przywieźliśmy zresztą do domu po jednej butelce Vranaca i Krstaca (ale z fere duty shop na TGD).

O czarnogórskim szprycerze – bijeli špricer już pisałem wyżej przy okazji wizyty w Konoba Kula. Polecam do zrobienia w domu – wystarczy kupić butelkę przyzwoitego, najlepiej o cytrusowo-kwiatowej nucie białego wina. Następnie dodajecie do tego kostkę lodu i wodę sodową. Proporcje według gustu. W upalny dzień – nie ma niczego lepszego, praktykujemy od lat w naszym ogrodzie. Czarnogórskim szprycery bardzo nam smakowały chyba z uwagi na krstača – idealnie komponującego się z wodą mineralną.


INFORMACJE PRAKTYCZNE:

  1. Wszędzie, w każdej restauracji doświadczyliśmy świeżości potraw i w wielu przypadkach braku konserwantów – znamy swoje żołądki.
  2. Porcje są na ogół duże – mięsa to często 300 g (!) – w zależności od apetytu i stopnia w skali głodu. Można zamawiać porcję na dwie osoby.
  3. Za słuszne nie tylko wielkością mięsne posiłki w restauracjach zapłacicie generalnie od ok. 6 EUR do 12 EUR za osobę; butelka wina to wydatek w knajpie ok. 8-12 EUR.
  4. W cenie głównych dań często oferowane są już frytki.
  5. W sklepach butelkę przyzwoitego wina kupicie już od 4,50 EUR.
  6. Na wypasioną kolację dla dwojga z butelką wina wystarczy 25-30 EUR.
  7. Wszędzie gdzie jedliśmy – jedzenie było świeże, nie napakowane konserwantami i to jest chyba jeszcze najważniejsza przewaga czarnogórskiej kuchni.
  8. Obsługa w knajpach bardzo miła, nigdzie nie spotkaliśmy z przysłowiowym czarnogórskim, leniwym kelnerem, który sam prosi aby podać mu piwo 😉
  9. Gdybym nie leciał z hand-bagiem, co bym przywiózł? Na pewno: wino, rakiję z domowego pędzenia, sery: zarówno owczy, jak też biały krowi, domowe soki z leśnych owoców.