LWÓW – SZLAKIEM HISTORII, SZLAKIEM KUCHNI

Nad dachami… Lwowa

Czy lwowskie klimaty w naszym, polskim rozumieniu jeszcze istnieją? Jaki jest Lwów dzisiaj? Co się zmieniło w XXI wieku? Ostatni raz byłem tutaj jeszcze w latach 90-tych XX wieku… Tym razem w 2020 covidowym roku jest to dla mnie czwarta podróż. Była więc klimatyczna Apulia PUGLIA MIA… , był olśniewający Stambuł SMAKI STAMBUŁU, był Frankfurt na szybko (nawet niechcący 2x) FRANKFURT AM MAIN, czas na Lwów!

Jest marzec 2020 roku. Pierwsza fala covid19 we Włoszech rozpędza się zabierając ze sobą pierwsze ofiary. 4. marca w Polsce mamy pierwszy przypadek sars-cov2, a w samolocie na trasie WAW-KBP pojawiają się pierwsze osoby w maseczkach. Natomiast na lotnisku w Boryspolu czeka na nas pierwszy pomiar temperatury ciała. Również obsługa lotniska ma na twarzach maseczki a na dłoniach lateksowe rękawiczki. Zestaw ten, jak się okaże w najbliższych miesiącach, na stałe zagości na wszystkich lotniskach świata. Niestety rodzice, którym przede wszystkim był ten wyjazd dedykowany, z uwagi na przeklętego wirusa rezygnują z podróży.

Podczas taxiingu można zapoznać się ze starym urokliwym dworcem lotniczym

Tak więc sami po krótkim locie via Kijów lądujemy we Lwowie. 3 dni, zaledwie 3 dni muszą starczyć na przypomnienie miasta, które mniej lub bardziej jest mi już znane.

LWOWSKIE NUMBER ONE

Lwów to miasto number one na Ukrainie. Brzmi tajemniczo, ale wystarczy sobie wspomnieć, że:

  • w 1574 roku we Lwowie wydrukowano pierwszą książkę na terenach Ukrainy,
  • pierwsza linia kolejowa w latach 60-tych XIX wieku prowadziła z Przemyśla do Lwowa,
  • pierwszy uniwersytet ukraiński powstał również we Lwowie – w 1661 roku,
  • w 1715 roku założono we Lwowie pierwszy browar,
  • II połowa XVI wieku to pierwszy park miejski w ukraińskich miastach,
  • 1749 rok przyniósł pierwsze wydanie gazety,
  • 14.07.1894 roku odbył się pierwszy mecz piłki nożnej,
  • a pierwszy mecz hokeja na lodzie odbył się w 1905 roku,
  • “Pid Rymskym Tsesarem” to nazwa pierwszego ukraińskiego hotelu powstałego w 1785 roku.

To jednak nie wszystko – Lwów dzierży swoją palmę pierwszeństwa również w przypadku kilku światowych wynalazków:

  • w lipcu 1853 roku Ignacy Łukasiewicz zapalił pierwszą na świecie lampę naftową,
  • rok 1784 – to wypuszczenie pierwszego na świecie balonu na ogrzane powietrze.

Teraz już wiemy dlaczego o Lwowie mówi jako o mieście numer jeden na Ukrainie.

LWÓW – NOSTALGICZNIE I HISTORYCZNIE

Faktem jest, że przez wieki Lwów był miastem polskim. Ba, wręcz jednym z symboli polskości. Założony przez króla Rusi Daniela Halickiego, w latach 1349-1772 znajdował się pod polskim władaniem, z małą przerwą w XIV wieku, kiedy to należał do Królestwa Węgier. Po I rozbiorze polski, do 1918 roku był natomiast stolicą Galicji (i Lodomerii) – jednego z terytoriów Austro-Węgier. Do Rzeczpospolitej miasto wróciło w latach 1918-1939, by w roku 1945 wejść w skład ZSRR, a od 1991 roku stać się jednym z głównych miast niepodległej Ukrainy.

Pamiętam Lwów z lat 90-tych XX wieku, jako totalnie zaniedbane miasto, brudne, szare i ponure – pomimo bogatej historii i całkiem niezłego położenia. Nie było w nim tego galicyjskiego charakteru, z którym chociażby mamy do czynienia w Krakowie. Jak będzie tym razem? Jak wygląda cmentarz łyczakowski? Czy można spędzić saturday-night we Lwowie?

LWÓW – DZIEŃ 1.

Lądujemy, wsiadamy do trolejbusa, który z lotniska zabierze nas do centrum miasta. Śpimy w EUROHOTELU, z którego okien mamy widok na Kościół zaślubin najświętszej Maryi i klasztor Sakramentek.

Przy kościele mieści się klasztor Sakramentek

Najpierw czeka nas krótka rozgrzewka w hotelowej restauracji:

Jägermeister na chłodny, marcowy lwowski dzień

Ale nie tylko! Zaczynamy między innymi od banosza czy też banusza. Jak zwał, tak zwał, ale danie to typowe jest dla zakarpackich górali, na Łemkowszczyźnie, czy też Huculszczyźnie, a sporządzane z mąki kukurydzianej, bryndzy i skwarków. Wersja VIP zawiera również grzyby i kawałki mięsa. Pierwsza ciekawostka na kulinarnym szlaku Lwowa zaliczona.

Banosz – idealne na rozgrzewkę, pożywne, ale dla fanów mamałygi

Jako że, blisko do rynku, to sprawdzamy jak wygląda sobotnie życie towarzyskie w stolicy zachodniej Ukrainy. Rynek wraz z okolicznymi knajpkami tętni życiem – wszystko wygląda jeszcze tak, jakby covid nie istniał! Tak w ogóle to Lwów porwał nas swoim szaleńczym nocnym życiem. Lwów to piękna historia, ale też wspaniała kuchnia, więc jak tu nie zwiedzać miasta kulinarnym szlakiem!

Plac Katedralny tętni życiem w sobotni wieczór

PIJANA WIŚNIA (П’яна вишня)

Takie przybytki jak sławna Pijana Wiśnia (П’яна вишня) cieszą nie słabnącym oblężeniem zarówno w dzień, jak też w nocy.

П’яна вишня Pij

Chwileczkę zatrzymajmy się na fenomenie ukraińskich nalewek. Ukraińcy rozróżniają nalewkę od nastojanki – jedna ma moc około 20-25%, natomiast druga nawet 30-40% i tym się różnią. Ukraińcy najczęściej zalewają owoce spirytusem, rzadziej wódką, która akurat do nalewek jest moim pierwszym wyborem. Bogactwo nalewek i nastojanek we lwowskich barach jest praktycznie nieograniczone. Tak naprawdę to limituje go tylko ilość gatunków dostępnych owoców. W barze podchodzisz do kontuaru, zamawiasz i pijesz – w środku, przy stoliku, lub na zewnątrz. W miłej, spokojnej atmosferze galicyjskiego chilloutu.

GAZOWA LAMPA (Гасова лямпа)

Nie licząc spacerów uliczkami lwowskiej starówki, sobotni wieczór spędzamy w restauracji zwanej Гасова лямпа (Gazowa Lampa).

Tak jak poprzednio, tak też w przypadku tej restauracji mamy do czynienia z historią. Ignacy Łukasiewicz – farmaceuta spod Mielca – w 1846 roku, za działalność niepodległościową został osadzony we Lwowie, gdzie pracował w aptece i prowadził prace nad destylacją ropy naftowej. Prawdopodobnie wieczorem 31.07.1853 roku światłem pierwszej lampy gazowej została rozświetlona wystawa apteki, w której pracował.

Wynalazca lampy gazowej i patron Гасова лямпа – jednej z najlepszych lwowskich knajp

Poza quick-barem, gdzie oczywiście można wejść na jednego z dziesiątek shotów, znajdziecie tam dwa, a nawet trzy poziomy restauracji, która serwuje ukraińskie i zakarpackie jedzenie.

Gazowa Lampa – pierwsza przygoda z lwowską kuchnią

W sobotni wieczór w GAZOWEJ LAMPIE ciężko znaleźć miejsce, ale miła Pani sadza nas przy stoliku i możemy skosztować lwowskiej kuchni. Zamawiamy wareniki czyli pierogi ze skwarkami (oraz śmietaną), pawljukową rozradę czyli obsmażaną kiełbasę z pieczonymi kartoflami. Natomiast jako przystawko-deser ląduje na stole doszka kwaszenini czyli wszystko co kiszone: kapusta, ogórki, pieczarki, pomidory, itd. Ukraina, podobnie zresztą jak cała wschodnia Europa słynie z kwaszenia wszystkiego co pod ręką i są to produkty pierwszorzędne, że też o ich zdrowotnych właściwościach nie wspomnę. Będąc więc za naszą wschodnią granicą warto spróbować tych tradycyjnych kiszonek. Są super – w większości przypadków nie natkniecie się na przyspieszacze, a smakują wybornie.

Po kolei: pierogi ze skwarkami, deska kwaszeniaków oraz pawljukowa rozrada

Zdziwienie obsługi było tylko przy karcie napojów. Kilkukrotnie pytano nas czy na pewno nie piwo lub coś mocniejszego. Wino nie jest tam alkoholem pierwszego wyboru, ale w końcu podali odeskoje czorne. W ten sposób, aby podróżniczo-kulinarnej tradycji stało się zadość, spróbowaliśmy lokalnego (czytaj: ukraińskiego) wina. Szału nie było, niestety pomimo czarnomorskiego wybrzeża, gdzie można uprawiać winorośl, tradycja winiarska wciąż jeszcze przed tym narodem.

Żeby zaznajomić się z rachunkiem… Nie, nie zdradzę. Będąc we Lwowie warto odwiedzić GAZOWĄ LAMPĘ i poczekać na ten moment. Tymczasem opuszczany ten przybytek kulinarnej rozpusty i udajemy się na nocne zwiedzanie okolic rynku.

Lwowski rynek w sobotnią noc
Lwów nocą

LWÓW – DZIEŃ 2.

Miasto słynie, co za naszą wschodniej granicy jest rzadkością, z kawy i czekolady. Kawa to jeden z symboli tego galicyjskiego miasta. Na ulicach wręcz unosi się zapach kawy, a mieszkańcy miasta nie tylko uwielbiają ten napój, ale też potrafią go doskonale przyrządzić. Co ciekawe, historia lwowskiej kawy związana jest oczywiście z Jerzym Franciszkiem Kulczyckim – dzielnym żołnierzem króla Jana III Sobieskiego. Dragon, posłaniec, dyplomata, a przede wszystkim zapobiegliwy człowiek zorganizował od oblegających Wiedeń Turków kilkadziesiąt worków kawy, którą wykorzystał do założenia w Wiedniu pierwszej w Europie kawiarni. Jako, że pochodził z podlwowskiego Sambora, to kawa zawitała w również do Lwowa. O ile kawę pijała głównie polska część mieszkańców miasta, a tyle Ukraińcy preferowali herbatę. Kawowe tradycje udało się uratować również w czasach sowieckich – kawa w ramach wymiany handlowej przypływała z bratnich socjalistycznych krajów jak chociażby z Kuby.

Będąc we Lwowie nie można sobie odmówić z pewnością: kawy i czekolady
Nawet w manufakturze świec znajdziecie pyszną kawę

Tymczasem spacerując szlakiem porannej kawy mamy okazję zobaczyć:

Kościół i klasztor karmelitów bosych przy ulicy Wynnyczenki

Przy Placu Muzealnym znajduje się Bloshynyy Knyzhkovyy Rynok, gdzie handluje się staymi (i nie tylko) książkami.

Niedzielny, książkowy pchli targ

POMNIK NIKIFORA KRYNICKIEGO

Kilka kroków dalej, przy katedrze dominikańskiej znajdziecie pomnik upamiętniający Nikifora Krynickiego, czy też Epifaniusza Dworniaka, bo właśnie tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko. Ten jeden z najsłynniejszych malarzy-prymitywistów znalazł swoje upamiętnienie nie tylko w rodzimej Krynicy, ale też na Ukrainie. Wielkim fanem jego twórczości był ukraiński malarz i mecenas sztuki – Roman Turyn, stąd też Nikifora upamiętniono we Lwowie. Pomnik wzniesiono w 2006 roku, czyli zaledwie rok później od czasu gdy swojego najwybitniejszego malarza upamiętniła Krynica.

Tak, to jest Nikifor, Krynicki Nikofor

RYNEK I JEGO ATRAKCJE

Stąd już kilka kroków do rynku, gdzie znajdziecie funkcjonującą do dzisiaj aptekę będącą jednocześnie muzeum lwowskiej farmacji. Oprócz zakupów, za 20 UAH zwiedzicie również część muzealną.

Apteka przy Stavropihiiskiej to również muzeum XVIII wiecznej farmacji
Wnętrze utrzymano jak za dawnych czasów

Lwowski ratusz powstał w latach 1827-1835 w miejscu poprzedniego gotyckiego. Na wieży liczącej 65 metrów wysokości znajduje się taras widokowy.

Lwowski ratusz wybudowano w stylu klasycystycznym

DZIELNICA ORMIAŃSKA

Wracamy w okolice Gazowej Lampy, tym razem na rozgrzewającego shota.

Pijemy z meznurki, a może z probówki

A wybór jest spory, każdy znajdzie swój smak – zarówno wielbiciele wytrawnych smaków, jak też fani słodkości.

Możecie wybierać jak w teleturnieju 1 z 10… smaków

GAZOWA LAMPA zlokalizowana jest przy ulicy Wirmeńskiej, a to już jest Dzielnica Ormiańska czyli Вірменський квартал – ten fragment miasta, który naprawdę warto zobaczyć. Już w średniowieczu Lwów był centrum Ormian zamieszkujących tereny Rzeczypospolitej. Ulica Wirmeńska stanowiła oś całej dzielnicy, a do dzisiaj stoją przy niej kamienice z XVI wieku. Zlokalizowana tam katedra ormiańska pochodzi z XIV wieku.

Katedra ormiańska pod wezwaniem NMP

Spacer po bocznych uliczkach przenosi nas w inny świat. Tutaj można poczuć świat niekoniecznie galicyjski, ale też inny. I czas płynie jakby wolniej…

Dzielnica Ormiańska to piękno starych zaułków
Ot, takie wzajemne przenikanie czasów…

DOM NAUKOWCÓW (Будинок вчених)

W pobliżu Parku Kościuszki, przy ulicy Łystopadohowo Czynu znajduje się jedna – jak dla mnie – perełek Lwowa. Niepozorny Dom Naukowców (Будинок вчених), który można zwiedzić za 20 UAH, czyli ok. 3 PLN. Nomen omen, “kustosza” sami szukaliśmy, aby móc zapłacić za tę atrakcję. Ten budynek, to stare Kasyno Szlacheckie przy dawnej ulicy Mickiewicza – tak było do 1939 roku.

To było nie tylko kasyno, ale też miejsce spotkań towarzyskich

Budynek został wybudowany w 1898 roku i służył jako miejsce spotkań i gier towarzyskich. Oczywiście hazard też był obecny w tych ścianach, ale należało przede wszystkim zostać członkiem klubu, który tutaj istniał. Po II wojnie światowej urządzono tutaj Dom Uczonych, a z historii najnowszej należy wspomnieć, iż we wnętrza tego budynku gościły w 1999 roku sztab wyborczy Łeonida Kuczmy.

Kasyno Szlacheckie to najpiękniejszy budynek neobaroku we Lwowie
Niegdyś znany był również jako Kasyno Narodowe, Końskie oraz Ziemiańskie
Projektantami budynku byli sławni wiedeńscy architekci – Fellner & Helmer

BACZEWSKI – HISTORIA LWOWSKIEJ KUCHNI

BACZEWSKI (Ресторація Бачевських) to chyba najbardziej kultowa lwowska restauracja. Początki biznesu Baczewskich sięgają 1782 roku i założonej fabryki wódek i likierów. Sprawcą największego boomu był Józef Adam Baczewski, który stery rodzinnej firmy objął w 1856 roku. Wprowadził nowoczesne metody produkcji alkoholu i rozwinął gastronomiczną część przedsiębiorstwa. Marka J.A.Baczewski na całe dziesięciolecia stała się synonimem wysokiej jakości wódek i likierów. W 2015 roku w kamienicy przy ulicy Szewskiej reaktywowano sklep z alkoholem sygnowanym tradycyjną rodzinną marką, a także restaurację.

Restauracja Baczewskich – najlepsza lwowska tradycja

Niestety obowiązują rezerwacje lub należy poświęcić trochę czasu aby odstać w kolejce. Aby usiąść przy stoliku odczekaliśmy około 20 minut, ale warto było czekać jak śpiewał klasyk! Restauracja BACZEWSKI zajmuje dwa poziomy, w tle słychać muzykę na żywo. Najważniejsza jest jednak kuchnia. A z jej bogactwa naprawdę warto skorzystać.

Jedna z sal restauracji
Baczewski dzisiaj to nie tylko alkohol, ale też dobra kuchnia

Dla porównania z GAZOWĄ LAMPĄ zamawiam pieczoną kiełbasę, a także lwowskie gołąbki. Jedno i drugie wypada doskonale!

Gołąbki po lwowsku i smażona kiełbas

Hitem jest jednak faszerowany lin. Niewiele jadłem smacznych faszerowanych ryb – ta jest przykładem najlepszej polskiej tradycji kulinarnej; dzisiaj na terenach ukraińskich, ale zapachy polskiej kuchni wciąż obecne są we lwowskich restauracjach.

Faszerowany lin

Jedyne, co może irytować, to czas oczekiwania na zamówienie. Wykracza poza oczekiwania, ale jest niedziela, pełne sale gości, co może dawać wytłumaczenie tej niedogodności. Całość oceniłbym na 4,5/5. Jeśli jedziecie do Lwowa – zajrzyjcie do Baczewskiego, a nie pożałujecie.

WŚRÓD ATRAKCJI LWOWA

Gdy już BACZEWSKI zaliczony, można udać się na leniwe popołudniowe zwiedzanie miasta. Lwów to miasto kościelnych wież. Kościoły – w przewadze i cerkwie, łącznie w liczbie 41.

Lwowska cerkiew

W pobliżu lwowskiego rynku, przy ulicy Teatralnej znajduje się pochodzący z 1610 roku kościół św. Piotra. Dzisiaj pełni rolę garnizonowej cerkwi greko-katolickiej.

Kościół św. Piotra i Pawła

Śladów lwowskiej polskości nie trzeba w tym mieście nawet szukać, znajdują się w zasięgu wzroku. W 1844 roku powstała GKO, czyli jak na foto poniżej. W 1938 przemianowano ją Centralną Małopolską Kasę Oszczęności. Niegdyś był to róg ulic Jagiellońskiej oraz Legionów, dzisiaj zbieg prospektu Swobody (Wolności) oraz ulicy Akademika Hnatiuka. Rzeźby na kopule stworzył Leonardo Macroni. Kiedyś bank, dzisiaj siedziba Muzeum Etnografii.

Galicyjska Kasa Oszczędności – jedna z najbardziej zasłużonych dla Lwowa i Polski instytucji finansowych

Przy krańcu Wałów Hetmańskich, sorry… Prospektu Swobody jest przepiękny, eklektyczny budynek Lwowskiej Opery, a przed 1939 rokiem Teatru Wielkiego. Jako że muzyka i sztuka nie ma mianownika w postaci języka, to warto wybrać się by tego doświadczyć. Podobno no.1 na Ukrainie.

Budynek Opery Lwowskiej zamyka północną pierzeję Alei Wolności (Prospektu Swobody)

Kolumna Adama Mickiewicza we Lwowie , to nie jest XX-lecie międzywojenne, to rok 1904! Dokładnie 30.10.1904 roku dokonano jej odsłonięcia, a więc jeszcze w czasach zaboru austriackiego. Polskość to były nie tylko zbrojne powstania, to również praca budująca bogactwo i umiejętność dialogu. Dokładnie tak było na terenach Galicji…

Pomnik Adama Mickiewicza

Przy tym samy bulwarze stoi pomnik poświęcony największemu chyba ukraińskiemu poecie – Tarasowi Szewcence. Gdy był na wygnaniu w Kazachstanie, gdzie zaprzyjaźnił z zesłanymi tam również Polakami, a na jego pogrzebie oprócz Ukraińców najbardziej liczni obecni byli Polacy.

Upamiętnienie największego ukraińskiego poety – Tarasa Szewczenki

Dzisiejszy Lwów to nie tylko historia, to również współczesność – graffiti to uliczna (czasami) sztuka. We Lwowie również znajdziecie to, co powstało dawno temu na tzw. zachodzie.

Uwielbiam graffiti, gdy niesie coś więcej

We Lwowie jest znalazłem jeszcze jedną… atrakcję?, zjawisko..?, nie wiem jak to nazwać…

PODWÓRKO ZAGINIONYCH ZABAWEK

W necie spotkałem się ze skrajnymi opiniami na temat tego miejsca. Większość, pomimo tego, że przychylna nie nie zachęca do odwiedzenia. Tymczasem… Gdzieś przy Starym Rynku, a nawet ulicy Kniazia Lwa, czy też knajpy Stary Lew znajdziecie stare pluszowe Lwy i nie tylko.

Podwórko zaginionych, a może zagubionych zabawek

Ktoś, kiedyś przyniósł pluszaka, ktoś inny przyniósł kolejnego i tak się zaczęło. Legenda jest więc prosta i krótka, ale pewnie będzie wzbogacana z każdym rokiem, kiedy podwórko będzie funkcjonowało.

Kubuś Puchatek i spółka
To wszystko dostępne tu i teraz 🙂

Zaletą tej plenerowej ekspozycji jest jej dostępność. Czynne 24h, free of charge – czego chcieć więcej. Nie byłem po zmroku, ale

Jest podwórko, jest piaskownica!
Leżymy, siedzimy, wisimy – każda pozycja jest dobra!

Kończymy drugi dzień we Lwowie. Wieczór jednak też piękny, a lwowskie noce, jak już wiemy potrafią być bogate!

Lwowskie zabytki nocą

Tym razem trafiamy do KRYJÓWKI! Niekoniecznie nam, Polakom może się ta knajpa dobrze kojarzyć, ale spróbujmy się z nią zapoznać.

KRYJÓWKA (Криївка) – GASTRO-PARTYZANTKA

Криївка to lokal kultywujący nacjonalistyczne ukraińskie tradycje i stanowiący gloryfikację UPA, która dla Polaków nie jest organizacją, mówiąc oględnie, najmilej wspominaną. Lokal jest ukryty w południowej pierzei rynku i ciężko go znaleźć wejście. Przy wejściu wita nas “uzbrojony” partyzant, który żąda podania hasła. Hasło nie może być oczywiście inne jak “Slava Ukrajini”, a następnie obowiązkiem jest wypicie naparstka miodowej wódki (medowuchy). Restauracyjne sale przypominają nam o wojennych kryjówkach ukraińskich partyzantów. Całość – wystrój, menu, naczynia i serwowane dania oraz muzyka i kelnerzy przypominają nam o miejscu, gdzie się znaleźlismy.

Wnętrze “KRYJÓWKI”

O ile podane dania można uznać za totalnie spełniające oczekiwania, o tyle już nomenklatura karty dań już niekoniecznie. Nie ma co prawda żadnego nawiązania do działań UPA na Wołyniu, a raczej walce z hitlerowskimi Niemcami, to jednak nie do końca czułem się tam dobrze. Co by nie powiedzieć – gloryfikacja działań UPA, to niekoniecznie atmosfera, w której chciałbym delektować się posiłkiem. Na zasadzie – byłem, to doświadczenie mam za sobą.

LWÓW – DZIEŃ 3.

Dzień powrotu, a raczej dzień wyjazdu ze Lwowa. Do popołudniowego lotu do Kijowa pozostaje jeszcze trochę czasu. Udajemy się na Cmentarz Łyczakowski, ale o tym poczytacie tutaj: CMENTARZ ŁYCZAKOWSKI WE LWOWIE.

Lwów odkrywa jeszcze swoje piękno, którego nie zdążyliśmy dostrzec.

Lwowski Rynek

Lwów przyniósł nam jakże odmienne od Kijowa wrażenia. I nie chodzi bynajmniej tylko o architekturę.

Wąskie uliczki w śródmieściu Lwowa
Lwowskie dachy

To miasto jest odmienne chociażby z powodu atmosfery w nim panującej, której nie da się powtórzyć w innych ukraińskich metropoliach. To miasto jest jak pomost łączący dwie kultury i dwa światy, to przedsionek, który łączy Ukrainę ze światem zachodniej Europy.

Przed wylotem do Kijowa zdążymy jeszcze z jedną kulinarną atrakcją miasta. Pomiędzy pomnikami dwóch wieszczów – Mickiewicza oraz Szewczenki, przy Alei Swobody jest restauracja-muzeum słoniny, zwana oczywiście:

SAŁO – (Сало ресторан)

Słonina we wschodniej kuchni zajmuje swoje poczesne miejsce i jest oczywiście jedną z historycznych tradycji kulinarnych Ukrainy. Sało jako przekąskę jada się najczęściej peklowaną albo wędzoną. Oczywiście wykorzystuje się też jako farsz po zmieleniu), a także w odmianach solonej lub marynowanej.

Сало ресторан – bardziej restauracja niż muzeum

Gdyby ktoś jednak wątpił w muzealny charakter knajpy oraz fakt, że słonina może być doskonałym plastycznym materiałem na rzeźbę, to w gablotach znajdzie zaprzeczenie swoich myśli.

Eksponat nr 1 z prawdziwej słoniny
Eksponat nr 2 – również prawdziwa słonina

Nie decydujemy się na sało w najczystszej postaci, ale w zamówionych daniach musi być obecna. Pamiętajcie, że słonina to prawie 100mg cholesterolu w 100 gramach produktu; to również istna bomba kaloryczna – 800kcal w 100-gramowej porcji.

Pierogi z mięsem i mieloną słoniną
Barszcz ukraiński z przekąską z mielonej słoniny

Gdyby ktoś chciał sprawdzić wpływ posiłków spożywanych w SAŁO na jego wagę, to nie ma z tym problemu. Przed wyjściem czeka na niego prawdziwy test 🙂

Sałokontrol stoi i czeka na odważnych

Nie licząc topionej słoniny ze skwarkami, czyli smalcu – pyszny, to zarówno pierogi jak też barszcz ukraiński można spokojnie polecić. W SAŁO znajdziecie kuchnię ukraińską w najlepszym wydaniu – może ciężkostrawna, może czasami odważna w formie i smaku, ale z pewnością smaczna. Jedliście chociażby słoninę w czekoladzie..? Nie? Odwiedźcie koniecznie SAŁO!

ŻEGNAMY LWÓW…

SAŁO było ostatnim punktem naszej wizyty we Lwowie, jeszcze tylko podróż na lotnisko i lądujemy w Kijowie, gdzie wita nas mglisty wieczór.

Z okien Hotelu UKRAINA rozpościera się widok na Majdan

Lwów jest miastem jakże odmiennym od Kijowa. Nie da się porównać panującej tam atmosfery do innych części Ukrainy. Nie przypomina też miasta sprzed 20 lat. Wiele się zmienia, impulsem było chociażby EURO 2012. Modernizacja lotniska, dworca kolejowego, centrum miasta. Lecz zmiany to nie tćylko infrastruktura, ale głównie zmiana charakteru miasta, mentalności ludzi. A to nie zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na to potrzebne są lata pracy u podstaw.

Lwów wydaje się jednak być awangardą tych zmian. Być może bliskość Polski – granicy UE, być może pozostałość po austriackim zaborze… Inaczej człowiek jest obsługiwany w knajpie, inaczej się tutaj ludzie uśmiechają. Podobno mieszkańcy Lwowa są najszczęśliwszymi na Ukrainie. Daje się to odczuć na każdym kroku. Nigdzie nie spotkaliśmy się negatywną postawą wobec Polaków, wręcz przeciwnie – doświadczyliśmy sympatii ze strony Ukraińców. Tutaj prawie każdy mówi po polsku, albo stara się mówić, a przecież historia polsko-ukraińska nie jest łatwa i przyjemna.

Lwów turystycznie rozwija się najszybciej na Ukrainie, w trakcie pobytu słychać było język polski, angielski, niemiecki czy słowacki. Za kilka lat będą tutaj tłumy z zachodniej Europy. Cieszę się, że miałem szansę zobaczyć to miasto jeszcze przed turystycznym szturmem. Życzę Lwowiakom jak najlepiej, a bliskość miasta sprawia, że pewnie wpadnę tam jeszcze na niejeden weekend.

COVID19 – MARZEC 20

Gdy przylatywaliśmy do Lwowa, nikt się utaj Covidem jeszcze nie przejmował. W Polsce nie było już płynu do dezynfekcji, a tutaj był dostępny w każdej aptece. O maseczkach i rękawiczkach nie wspomnę. Słowo social distance też było wszystkim obce. Życie toczyło się zwyczajnym rytmem, a ludzie wciąż byli uśmiechnięci. Wieczory pełne gości na rynku czy też w knajpach. Ba! Były nawet kolejki jak za czasów słusznie minionych.

Z Ukrainy udaje się nam wrócić 3 dni przed pierwszym lockdownem i załapujemy się na pierwszą kwarantannę. Jeszcze nie przypuszczałem, że następnym razem wsiądę do samolotu dopiero na początku czerwca, a w pierwszą podróż za granicę polecimy na początku lipca…

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Pogoda w marcu nie rozpieszcza – jest raczej chłodno; opadów prawie nie doświadczyliśmy, ale temperatury nie przekraczały 10C.
  • Z lotniska do centrum najlepiej dojechać trolejbusem linia nr 9) – czas dojazdu do Uniwersytetu – ok. 25-30 minut, skąd do rynku można dojść per pedes w 10-15 minut.
  • Proponuję unikać taksówek na lotnisku – ceny za dojazd do centrum to minimum 10-15 EUR, a za bilet na trolejbus zapłacicie nie więcej niż 7 UAH.
  • Jako miejscówkę wybraliśmy EUROHOTEL – róg Terszakowców i Tuhan-Baranowskiego – strona www: eurohotel.lviv.ua dobre opinie w necie pokrywają się z moimi odczuciami. Plus za obsługę, śniadania, restaurację, spokojną okolicę. Do rynku ok. 1km – 12-14 minut spaceru.
  • Strona www Restauracji Baczewskich: baczewski.com.ua – proponuję miejsce zarezerwować: +380 98 224 4444
  • Gazowa Lampa: fest.lviv.ua/en/restaurants/gasovalampa
  • Strona www SALO: salo.virtual.ua
  • Komunikacja miejska we Lwowie jest tania; podróżuje się za grosze: bilet zwykły 6-7 UAH, studencki: 3-3,5 UAH, duża walizka 7 UAH – droższa wersja u kierowcy. Kara za jazdę na gapę to 120 UAH ale nie próbowaliśmy).
  • Kurs hrywny – marzec 2020: 1 UAH = 0,15 PLN; 1 PLN = 6,66 UAH
  • Inną charakterystyczną rzeczą są muzea, a raczej obiekty muzealnopodobne – apteka z muzeum, knajpy z muzeum – każdy sposób jest dobry na chargowanie turysty, ale niewątpliwą zaletą tych mikroekspozycji jest ich cena – na ogół free, albo 10-20 hrywien

SMAKI STAMBUŁU

Tantuni – jedna z tureckich tradycji kulinarnych

Czym są dla mnie smaki Stambułu..? Mam problem z odpowiedzią na to pytanie. Turecka tradycja kulinarna ma oczywiście swoje korzenie w położeniu kraju. To styk Azji oraz Europy, islamu oraz chrześcijaństwa. To w końcu naleciałości arabskie. Bogactwo tureckich kulinariów polega głównie na całkiem swobodnym mieszaniu smaków i składników. Turaj każdy znajdzie coś dla siebie – zarówno fani kuchni w stylu vege, jak również mięsożercy.

O historycznym szlaku pisałem tutaj: STAMBULSKIE OPOWIEŚCI – CZĘŚĆ I – HISTORIA. Spacery przybliżające miasto znajdziecie tutaj: STAMBUŁ DZISIAJ – CZĘŚĆ II STAMBULSKICH OPOWIEŚCI. Natomiast o futrzanych mieszkańcach tutaj: KEDI – KOTY ZE STAMBUŁU.

Czas więc zacząć kulinarną wycieczkę po Stambule! Kilka miejsc, które subiektywnie przybliżą smaki Stambułu.

SUAT USTA MESRIN TANTUNI – JEMY TANTUNI!

Gdyby komuś przyszło do głowy próbować rozszyfrować nazwę tej restauracji w pobliżu Taksim Meydani, to służę pomocą. Suat to imię, Usta to mistrz, Mersin to miasto w Turcji, natomiast Tantuni to oczywiście potrawa. Tantuni to nic innego jak drobno siekana wołowina (wiadomo – muzułmanie wieprzowiny nie jedzą), czasem jagnięcina. To mięso w pierwszej kolejności się poszetuje, a następnie smaży na mocno rozgrzanej blasze z niewielką ilością oleju bawełnianego (cotton-oil). Dodaje się do tego przyprawy oraz równie drobno posiekane warzywa. A to wszystko na suchej patelni!

Tantuni zawsze z dodatkami na na ostro – albo w lawaszu (durum)…
…albo w pieczywie (pide)

SUAT USTA MERSIN TANTUNI, to knajpka w Beyoglu niedaleko od Placu Taksim, ale naprawdę w warto ją odwiedzić. O ile tradycyjne tantuni serwuje się z wołowiny (et) lub rzadziej z jagnięciny (kuzu), to w tej restauracji zaserwują je również z kurczaka (tavuk). Czym się wyróżnia dobre tantuni? – Przyprawami – jest na ostro! A jeśli nie, to obok na talerzyku znajdziecie pikantną papryczkę jako dodatek.

Restauracja położona jest w bocznej, wąskie uliczce, niedaleko Placu Taksim, a w środku praktycznie sami Turcy. Gdy weszliśmy wszystkie oczy na nas – jednak widać, że rysy mamy niekoniecznie janczarskie :). Knajpka nie jest duża; widać, że raczej lokalsi ją sobie upodobali. Ale jedzenie było wyśmienite!

Przenieśmy się w inne miejsce Stambułu – tym razem w jego azjatycką część. W uliczkach Üsküdaru znaleźliśmy przybytek, który zwie się:

ZEKIBEY İSKENDER – TRADYCJA No.1

Skoro już dotarliśmy di Azji, to wypada przecież zjeść coś azjatyckiego. Snując się uliczkami Üsküdaru, natknęliśmy na ciekawe zjawisko – godzina 16-ta, część restauracji jakby sjestę miała o tej porze, a przecież prom z Eminönü przywiózł głównie mieszkańców azjatyckiej części miasta. Jak więc porównać stambulskie smaki oraz aromaty jakie rozchodzą się po obu stronach cieśniny bosforskiej, jeśli wszystko zamknięte. Tak bywa poza sezonem…

W końcu trafiamy na coś otwartego. ZEKIBEY İSKENDER okazuje się genialnym wyborem. Restauracja istnieje od 1969 roku, a że karmi ludzi doskonale, to pewnie będzie istnieć kolejne 50 lat. Jedzenie oraz obsługa trzymają wysoki poziom, ceny przystępne, porcje olbrzymie. Na talerzach tradycja i świeżość.

Zekibey İskender serwuje przepyszny pilav

Wybór w menu pada na dwie potrawy: coś co jest specjalnością szefa kuchni czyli kebab w stylu iskender oraz pilav, którego jeszcze w Stambule nie próbowałem. Decyzja okazuje się ze wszech miar słuszna.

Zekibey İskender

Zekibey İskender Kebab

İskender Kebab, to klasyka tureckiej kuchni. Nazwa pochodzi od imienia wynalazcy – İskendera Efendi – mieszkańca niedalekiej Bursy. Nowe wcielenie İskender kebab przygotowane przez kucharzy Zekibey İskender prezentuje się jak powyżej, czyli: siekana wołowina/baranina w dużej ilości pomidorowego sosu z dodatkiem grilowanego bakłażana, przybranego pomidorem oraz zieloną papryką. To wszystko już na stole obficie zostaje podlane roztopionym masłem. Pyszne, ale sycące na cały dzień. Kalorii lepiej nie liczyć, bo nie ma sensu… W przypadku Zekibeya właśnie ten grillowany bakłażan daje dodatkowy smaczek różniący go od XIX-wiecznego pierwowzoru. Nie jestem fanem mięsnych potraw – bliżej mi do fleksitarian, ale nie wyobrażam sobie w Turcji nie spróbować ich kebabów.

Perde Pilav

Perde Pilav robiony na sposób Siirt

Siirt to miasto w południowo-wschodniej Turcji, do którego prawdopodobnie ze środkowej Azji przywędrowała ta potrawa. Niegdyś perde pilav przygotowywany był jako danie weselne. W końcu podstawą jest ryż, którego sypanie podobno przynosi młodej parze szczęście. Ale po kolei… Perde pilav to ryż z kurczakiem (tavuk) cebulą (soğan) w cieście z migdałami. To wszystko jest zapiekane, a razem symbolizuje parę młodą, dzieci, dobrobyt i jeszcze ma dawać ochronę dla domu stworzonego przez młodożeńców. Takie wierzenia, taka tradycja. Jeśli ktoś jeszcze nie próbował – polecam, ciekawe w smaku!

Cóż jeszcze ciekawego nam się przydarzyło na kulinarnym, stambulskim szlaku, gdzie jeszcze odnajdziemy smaki Stambułu w najlepszym wydaniu..?

ORTAKLAR KEBAP RESTAURANT,

która to jest dosyć tłumnie odwiedzaną przez turystów knajpą. Co doskonale widać na stolikach:

Pod szkłem oczywiście pamiątki po turystach – 10 PLN z PL też było przy sąsiednim stoliku

Na dwóch poziomach znajdziecie nienajgorszą turecką kuchnię, ale zachwytu nie było. Na stół wjechały:

Alti Ezmeli Kebap

Alti Ezmeli Kebap – niestety serwowany z frytkami dobrze, że można je odrzucić)

Ta potrawa zwana Alti Ezmeli Kebap to oczywiście kolejna odsłona kebaba. Jak tą wersję się przyrządza? Otóż… wołowina (et) kroi się na kawałki i grilluje na szpadkach, z pomidorami robi się to samo – na szpadkę i opieka na grilu, do tego cebula, ostra zielona papryczka. Całość należy posypać dla dekoracji i smaku zieloną pietruszką. Tyle mówi wzorzec Alti Ezmeli Kebap. W tym przypadku brak papryczki i pietruszki, które zastąpiono frytkami zatraciły pierwotny smak, chociaż mięso i pomidorowy były ok, to jednak to nie to co klasyka i tradycja. Szkoda…

Kusabasi Kasar Pide

Kusbasi Kasar Pide

Pide, czyli pitę przygotowuje się według standardowego przepisu. Ciasto drożdżowe robione na mleku i wodzie, które następnie wypełnia się farszem – w tym przypadku serowo-mięsnym. Może być kurczak, może być wołowina. Jak dla pasują tam ostre sery – na przykład cheddar. Zapieka się całość w piekarniku i wędruje na stół.

Jak już wspomniałem ORTAKLAR KEBAP nie rzuca na kolana, ale jedzenie jest co najmniej poprawne. Kelnerzy się starają – obsługa jest po prostu miła. Pozytywne zaskoczenie to ceny – 25 TL za pide oraz 28 TL za kebap są naprawdę konkurencyjne.

ISTNABUL ANATOLIAN CUISINE

W niedalekiej odległości od hotelu oraz Küçük Ayasofya, w bocznej uliczce znaleźliśmy knajpkę zwaną ISTANBUL ANATOLIAN CUISINE. Niewielka, sympatycznie wyglądająca z nienachalną obsługą, a że wokół niewiele już takich przybytków było czynnych, to skorzystaliśmy z zaproszenia. Nie żałowaliśmy.

Tavuk Güveç

Polecono nam Tavuk Güveç czyli casserole z kurczakiem. Skwiercząca zapiekanka w żeliwnym, gorącym naczyniu roztaczała aromat, który powodował tylko dodatkowe ssanie w żołądku. Pomidory, papryka i oczywiście bakłażan. Gdybym miał powiedzieć z jakim warzywem kojarzy mi się Turcja – bez wątpienia powiedziałbym – bakłażan, czy też jak go tutaj zwą – patlıcan. Tutaj wszystko jest z bakłażana, z bakłażanem, w towarzystwie bakłażana. Jako, że w kuchni również nadużywam tego warzywa, to znalazłem na stole nie tylko smaki Stambułu, ale również swojej kuchni. A jak smakowało? Było pyszne.

Tavuk Guvec czyli Casserole z kurczakiem

Zeytinygli Yaprak Sarma

Jako przystawka wcześniej wjechały dolmady, czyli coś, co tutaj zwało się Zeytinyağlı Yaprak Sarma. Sarma w języku tureckim znaczy tyle co wrap w języku angielskim, a więc “owinięty”. W wersji na foto jak niżej w liście winogron zawinięto kaszę – chyba bulgur, używa się też ryżu. To wszystko w towarzystwie cebuli, czosnku, mięty i cynamonu, a także soli i pieprzu, ale najważniejszy składnik to rodzynki lub porzeczki oraz oliwa z oliwek (zeytin yağı)! Nie dogadałem się – czy to było kuşu czy kuru üzümü. Całe to nadzienie podsmaża się delikatnie wraz z ugotowanym / sparzonym ryżem lub kaszą i zawija w yapraki czyli liście winogron. W każdym razie pychotka w stylu vege.

Zeytinyağlı Yaprak Sarma – vege “gołąbki” w liściach winogron

W ISTANBUL ANATOLIAN CUISINE spotkaliśmy się z bardzo sympatyczną obsługą. Atmosfera prawie rodzinna, niewielu gości było, ale zajęto się nami bardzo serdecznie. W gratisie zaserwowano turecką herbatę i przekąskę (pide). Wypada tylko polecić. Ta niewielka, niepozorna wręcz knajpka ma bardzo wysokie oceny w google – tym razem zgadzam się w 100%. Karmią dobrze, a nawet bardzo dobrze.

Wspomnę jeszcze o jednym miejscu z cyklu “gastroturystyka”. Jest to:

ZIYA BABA TURK MUFTAGI

Niestety nie zachowały zdjęcia z tego niewielkiego baru prowadzonego rodzinnie przez starszego Pana, który z właściwą sobie nonszalancją, acz atencją karmi swoich gości.

Ziya Baba Turk Mutfagi – obowiązkowo

W (do)wolnym tłumaczeniu (czytaj: autora tego bloga) nazwa baru znaczy tyle co “odwiedź kuchnię tureckiego taty”. To typowy niewielki bar z tureckim jedzeniem, gdzie na stolach znajdziecie ceraty, a obsłuży Was osobiście właściciel. Wszystko zrobi jakby od niechcenia – od przyjęcia zamówienia do zainkasowania rachunku, ale z jakimś dziwnym urokiem starej Turcji, której coraz mniej można znaleźć. Więc jeśli najdzie Was nostalgiczna chęć skosztowania tureckiej tradycji i spróbowania czym są smaki Stambułu, starego Stambułu koniecznie usiądźcie przy stoliku w Ziya Baba.

SMAKI STAMBUŁU – PODSUMOWANIE + SŁOWNICZEK KULINARNY GRATIS

Każde miejsce, w którym jedliśmy możemy polecić. W każdym jedzenie było totalnie świeże – i to jest dla mnie kolejny wyznacznik tureckiej kuchni. Wszystko, czego skosztowaliśmy było świeże – czy też w niewielkim barze Ziya Baba, czy też w piętrowym gastrokombinacie Ortaklar Kebap Restaurant. W każdym – dosłownie – lokalu spotkaliśmy się z miłą obsługą. Staraliśmy się omijać miejsca w pobliżu zabytków, czy też większych atrakcji miasta. Niejednokrotnie łamiąc sobie języki wdawaliśmy się w anglo-tureckie pogawędki, które kończyły się gratisem, a jak Turek stawia Ci herbatę, to znaczy, że nie tylko bawi się w tani marketing, ale naprawdę Cię polubił.

Każdy z adresów – tych poniżej wymienionych mogę polecić. W każdym z nich dostaniecie kawałeczek wielkiego ciasta, jakim jest kuchnia turecka. Od lat jestem fanem kuchni śródziemnomorskiej oraz arabskiej. W kuchni tureckiej, która leży na styku dwóch różnych kontynentów oraz dwóch różnych kultur mam jedne i drugie smaki. Odkrywanie smaków Stambułu wciąż jeszcze przede mną, ich bogactwo jest jednym z tych, które sprawiają, że decyzja o powrocie do miasta zwanego Stambułem została podjęta jeszcze zanim opuściłem stambulską ziemię.

Jeszcze jedno – być w Stambule i nie spróbować ulicznego, wyciskanego soku z granatów..? Nie wypada!

Sok z granatów – specjalność stambulskiej ulicy

==============================================================

Na koniec jeszcze (kronikarsko) kilka stron i adresów:

Jeszcze trochę o tureckim pieczywie – coś dla insulinoopornych, diabetyków, bezglutenowców, itd.:

  • Ekmek – chleb pszenny
  • Tam Buğday Ekmeği – chleb pełnoziarnisty
  • Kepekli Ekmeği – chleb z otrębami
  • Çavdar Ekmeği – chleb żytni
  • Mısır Ekmeği – chleb z mąki kukurydzianej

Trochę jeszcze o mięsie po turecku:

  • Et – wołowina
  • Tavuk – kurczak
  • Kuzu – jagnięcina

GDZIE ZJEŚĆ W MALMÖ?

Jeśli śledź, to tylko tutaj!

Gdzie zjeść w Malmö? To pytanie nurtowało mnie po wylądowaniu na lotnisku Sturup… O ciekawostkach miasta można poczytać tutaj: TAM GDZIE COVID NIESTARSZNY – MALMÖ Na szczęście nasz przyjaciel odebrał nas i pierwsze, czego dotknęły nasze podniebienia, to oczywiście fisk, czyli ryba. Z jeśli Szwecja, to musi być śledź! Nie wiem czy to dobrze, czy to źle…? Już pierwszego dnia “skazić” swoje kubeczki smakowe takim żarłem…? Ale po kolei…

Limhamn to nadmorska dzielnica Malmö – ta położona najbliżej Øresundsbron, czyli mostu nad Sundem. Jak mówią mieszkańcy Malmö (chciałem napisać malmöńczycy;) Ci z Limhamn mają się podobno za lepszych i zawsze mówią, że nie mieszkają w Malmö, tylko w Limhamn. Tak jakby to było oddzielne miasto, a to tylko fragment wielkiego Malmö. Ok, mają marinę, blisko do Kopenhagi, domy na bogato, ale czy Limhamn mnie aż tak zauroczyło. Spokojna, mieszczańska dzielnica. Jak widać w każdym kraju znajdą się wyznawcy swojsko brzmiącego hasła: Mój Limhamn jest lepszy niż Twój.

LIMHAMN FISKRÖKERI

Dzięki Kasimowi poznajemy jednak piękną, kulinarną stronę Limhamn. Cóż w niej takiego było – niepozorna knajpka połączona ze sklepem zwana LIMHAMNS FISKRöKERI. W wolnym tłumaczeniu znaczy to tyle co wędzarnia ryb. Limhamns Fiskrökeri została założona w 1946 roku i jest rodzinną firmą do dnia dzisiejszego. W ostatnich latach firma przeżywa swój rozkwit – świeże wędzone ryby, świeżo gotowane owoce morza, własne nadzienia śledziowe i inne przysmaki. Ich motto, które brzmi: Allt som finns under vatten kan vi ordna – czyli: wszystko, co pływa pod wodą, możemy wam przyrządzić – nie jest absolutnie przesadą.

Restauracja i sklep w jednym

Jedzenie można zamówić na wynos, kupić do własnego przygotowania lub po prostu skosztować na miejscu. Znajdziecie tam nie tylko ryby, ale też skorupiaki oraz inne podwodne mięsko.

Śledź z Limhamn bije jednak wszystko na głowę. Nie pamiętam, z jestem fanem ryb z różnych zakątków świata, abym gdziekolwiek zjadł tak pysznego śledzia. No więc sill (po szwedzku – śledź) na sposób z Malmö był rewelacją.

Kwintesencja szwedzkiego śedzia (sill)

Trzy solidne płaty szwedzkiego śledzia w towarzystwie ziemniaków puree oraz żurawiny, o których to dodatkach nie wspomnę dalej. Śledź był mięsisty, bez zapachu, ale za to smak… Jeśli miałbym przyjąć wzorzec śledzia z patelni, to właśnie byłby ten z Limhamn. Panierka, której osobiście w przypadku ryb nie znoszę, tym razem była delikatna, z otrębami i nie była destrukcyjna dla smaku takich delicji.wart

Oprócz śledzia na stół wjechała flądra. Tym razem już w pszennej panierce – nie była takim rarytasem jak śledź, ale całość poprawna. Kawałek również mięsisty, bez “obcego” smaku i zapachu. Myślę, że wielbiciele ryb dennych byliby bardzo usatysfakcjonowani. Zwłaszcza, że podana była bardzo ciekawie – w asyście krewetek oraz pieczonych małych kartofelków. Czy można połączyć morskie skorupiaki z rybą – teraz wiem, że tak, a nawet taka wariacja warta jest skosztowania.

Flądra z krewetkami – połączenie, jakiego jeszcze nigdy nie próbowałem

ORIENT-STREET-FOOD

Szwecja to nie tylko kuchnia skandynawska, a jako że jest to kraj wielokulturowy, to i świat gastronomii jest bogaty. W końcu ten największy z krajów Skandynawii stanowił przystań dla wielu ludzi z różnych stron świata. Począwszy od Polaków, wspominając chociażby emigrację stanu wojennego, przez Włochów (tak! – biedne południe ciągnęło do bogatej północy), przez rzesze imigrantów arabskiego pochodzenia, szczególnie z bliskiego wschodu.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zaliczył prawdziwej arabskiej kuchni w mieście, w którym ponad 20% populacji przyznaje się do arabskich korzeni. Jako, że miałem przewodnika dobrze znającego te klimaty, to zapuściliśmy się w rejony miasta, gdzie przeciętny turysta raczej nie dotrze. Okolice Rosengård nie cieszą najlepszą sławą i nie są ulubionym miejscem weekendowych wycieczek mieszkańców Malmö. Czasem spali się jakiś samochód, czasem gdzieś polecą szyby… Są ulice z biznesem syryjskim, palestyńskim, itd, itp. Wielu imigrantów, którzy dzisiaj wiodą normalne, uczciwe życie zaczynało swoją przygodę właśnie od Rosengård. Tutaj też mieszkał w młodości Zlatan Ibrahimović (widziałem blok, w którym się wychował), tutaj swoją przygodę z Malmö zaczynał Kasim, który przywiózł nas do… najlepszego irackiego “kebaba” w mieście.

Dzielnica może nie najciekawsza, za to kuchnia wspaniała – tutaj możesz kupić dolmy od domowych kucharek, tutaj znajdziecie też orient food – nie tylko sklep z arabską żywnością, produktami i przyprawami, ale też street-food z bliskiego wschodu w najlepszym wydaniu. W ten sposób trafiliśmy do

FALAFEL BAGHDAD

…prowadzonego przez chłopaków z Iraku. Na rogu Norra Grängesbergsgatan oraz Annelundsgatan jest prosta budka z ogródkiem – niepozorna, ale tłumnie oblegana przez lokalsów. Jeśli tak, to musi tu być jedzenie z tradycją.

FALAFEL BAGHDAD – the best orient-street w Malmö

Chłopaki dowiedziały się, że będą na blogu kulinarnym więc przygotowały ucztę jakich mało… Przegląd irackich kulinariów w wersji nie tylko XL, ale też w różnorodności dań. A wyglądało to dokładnie tak:

Shoarma z frytkami i warzywami
Falafele, dolmy z dodatkami j/w
Od lewej: hummus, tzatiki, pasta z bakłażana, tabboulech, grilowany kalafior oraz bakłażan

Tak naprawdę nie wiedziałem od czego zacząć ucztę, a teraz nie wiem od czego zacząć opis. Tego nie sposób opisać – tego trzeba koniecznie spróbować. Ale… hummus – inny niż ten, który wychodzi spod mojej ręki. Jest bardziej płynny, a jest to wynikiem tego, iż dodaje się jogurtu – muszę spróbować tej wersji. Podobnie pasta z bakłażana – również z dodatkiem jogurtu. Falafele – też extraklasa – soczyste, aromatyczne. Tabbouleh pachnący świeżością i dużą ilością mięty. Jedynie co nie do końca wyszło – to jeden z moich ulubionych przysmaków, a mianowicie dolmy – tym razem chłopaki się nie popisały. Te “gołąbki” pochodziły ewidentnie z puszki ze sklepowe półki. Wybaczam, ponieważ shoarmy z baraniny nie byłem już w stanie spałaszować, a ewidentnie była dobra – soczysta, a nie wysuszona, dobrze przyprawiona, ale nie zabijająca smak mięsiwa. Aha… jeszcze jedna ciekawostka – iracki chlebek / pita z pszennej mąki – samun – akurat była dostawa:

Samun – tradycyjny iracki chlebek/pita

Jeśli więc ktoś chce w Malmö spróbować orientalnego street-foodu – nie ma wyjścia – tylko FALAFEL BAGHDAD!

CZY JESZCZE COŚ MNIE ZASKOCZYŁO KULINARNIE?

Praktycznie na tych dwóch kulinarnych wyprawach mógłbym zakończyć opowieści o gastronomii w Malmö. Tym niemniej pamiętam jak w czasie swojej pierwszej wizyty w Szwecji, a był to rok 1990 (30 lat temu – wtedy byłem piękny i młody; dzisiaj już tylko młody) zajadałem się pizzą i pastą z włoskich restauracji w Norrköpingu. Były naprawdę smaczne, a wiem co mówię, bo “wychowałem się” na włoskiej kuchni u źródła – w Italii. Zresztą Włosi zarówno w XIX, jak też XX wieku chętnie emigrowali na północ. Południe Europy bogactwem nie grzeszyło, w przeciwieństwie do bardziej rozwiniętej północy. Emigrowali więc również kucharze, którzy rozpowszechniali tradycje kulinarne w nowych miejscach. Gdzie zjeść w Malmö Z tego też tytułu odwiedziliśmy włoską ristorante w centrum miasta.

EPICURE – WŁOSKA FANTAZJA W SZWEDZKIM WYDANIU

W samym sercu miasta, przy Gustav Adolfs Torg, znajdziecie restaurację serwującą włoskie dania: EPICURE. Menu lunchowe wyglądało zachęcająco, również cenowo, a że niedziela to dzień, w którym nie wszędzie w porze lunchu można zjeść, to wskazówką do wejścia był również głód.

Menu mają tam stosunkowo proste – kilka pozycji z każdej kategorii: pasty, risotta, dania główne, sałatki. W niewielkiej restauracji nie chodzi o to, by mnożyć pozycje – kilka dobrze opanowanych potraw potrafi stanowić o legendzie knajpy.

We wnętrzu da się poczuć włoską tradycję i styl i rzeczywiście właściciel pochodzi z południa Włoch, a konkretnie z Salento. Ale jak to..? Kucharz z Puglii i nie ma orrechiette, albo chociaż strascinate..?

Menu w EPICURE

Jako że jesteśmy w Szwecji, a tutaj ryby są naprawdę dobre (patrz: LIMHAMNS FISKRöKERI), to zdecydowałem się na Spaghetti alla aciughe – czyli makaron z sardelami. W karcie był oczywisty błąd językowy – powinno być “alle aciughe”, ale to da się wybaczyć. Bardziej interesował mnie smak.

Spaghetti alle aciughe

Pewnie na talerzu nie wylądowała typowa sardela, a bardziej szprot lub sardynka – te dadzą się złowić w Bałtyku i duńskich cieśninach. Musiałbym jednak mieć obok na talerzu drugi egzemplarz do celów porównawczych aby móc odgadnąć co było przedmiotem mojej konsumpcji. Jedno i drugie śledziowate, a i smak zbliżony. Ważna była jednak całość, która kompozycyjnie i smakowo była zadowalająca. Nie oszalałem, jak po wizycie w POSTICINO DA TONINO w Rzymie, albo DAMARE czy BRIGANTE w Monopoli ale wszystko mieściło się w klasie średniej. Czuć włoską tradycję kulinarną.

Drugi talerz to Pappardelle ai Funghi – tym razem żałowałem, że nie wziąłem, bo… znad talerza unosił się zapach trufli. Nie były to oczywiści trufle, ale całość była przyprawiana pastą truflową – to jasne – za 169 SEK nie da się zjeść oryginalnych trufli, w Szwecji tym bardziej. Całość może zbyt mocno potraktowana tłustym sosem, ale nutę truflowo-czosnkową – nie powiem – bardzo lubię.

Pappardelle ai Funghi

PIZZA I PIWO…

…tak też oczywiście można, powiem więcej, nawet czasem trzeba zejść z kulinarnych oczekiwań i zejść na ulicę, gdzie popularne żarcie potrafi zaskoczyć. Tyma razem jednak zaskoczenia nie było. Niedaleko Torso Turning oraz promenady w Malmö trafiamy na pizzerię reklamującą się jako Turning Torso Food – można się pławić w cieniu najwyższego budynku w Skandynawii. Pizza, jak pizza, ale ten majonez – już nie jestem jego zagorzałym fanem.

Pizza…
…i piwo

Skoro pizza nie nadaje się do komentowania, to może chociaż poświęcę kilka słów piwu, którego kiedyś byłem wielkim fanem, a które z biegiem lat zdradziłem na rzecz wina. Po prostu – ewolucja! Dobrego piwa nadal jednak chętnie spróbuję – w zeszłym roku swoje urodziny spędziłem między innymi w Delirium Tremens w Brukseli, a piwosze wiedzą co to za kultowe miejsce.

Dawno nie piłem szwedzkich piw, więc należało spróbować, a wybór w karcie padł na MARIESTADS EXPORT. Ten szwedzki wyrób pochodzi z browaru Spendrups, która jest jedną z największych szwedzkich kompanii piwnych. Poza Mariestads warzą Lokę, Norrlands Guld, Nygandę. Mariestads Export nie jest to oczywiście wyrobem rzemieślmniczym – bliżej mu do koncernowych produktów, ale… Jak na koncernową masówkę zaskoczył mnie pozytywnie. Tak więc, co jest w szkle..? Typowy pilzneński lager z drobnopęcherzykową pianą. Piana gęsta, wyrazista, ale niestety dość szybko opadająca. Smak – jak dla mnie – wyczuwalna słodowość w kontakcie z nutą chmielu. Na plus – brak charakterystycznego koncernowego posmaku metalu i chemii. Na minus – na pewno utrzymująca się w ustach goryczka. Kolor – jasny wpadający w bursztyn, w pełni klarowne. Podsumowując: jak na “koncerniaka” – niezły, pozbawiony wielu wad masowej produkcji. Gdybym miał ocenić w skali 1-10, dałbym mocne 6,5, no prawie 7.

SYSTEMBOLAGET

Każdy, kto zawitał do naszych północnych sąsiadów musiał poznać SYSTEMBOLAGET. W Szwecji jakikolwiek trunek powyżej 3,5 jest dostępny tylko w tej jednej sieci sklepów. To państwowy monopolista na rynku alkoholi. Nie mówicie tylko o tym naszej władzy, bo jeszcze wezmą przykład ze Szwedów… Wszystko co można znaleźć w marketach ma mniej niż te ustawowe 3,5 i naprawdę nie warto tym sobie zaprzątać głowy – sorry – podniebienia. A niestety, z alkoholem z SYSTEMBOLAGET wyjdziesz mając co najmniej 20 lat. Co więcej sklepy zamykane są w sobotę o 15.00 i otwierane dopiero o 10.00 w poniedziałek, mimo że handel doskonale funkcjonuje również w niedziele. Nie ma również tych przybytków rozpusty zbyt wiele. W 300-tysięcznym Malmö trzecim, największym mieście Szwecji znajdziecie tylko ok. 7 sklepów – może jeszcze ze 2-3 na obrzeżach miasta.

Ceny alkoholu w Szwecji są jednymi z najwyższych w Europie. Pozytywnie zaskoczyły mnie jednak ceny wina w SYSTEMBOLAGET. Butelka włoskiego, hiszpańskiego czy też portugalskiego trunku, to wydatek rzędu 90-120 SEK, czyli 38-50 PLN są również po 70-80 SEK, ale nie próbowałem). I gwarantuję, że

Dla tych co się martwią – czarny rynek ma się dobrze. Gdyby ktoś naprawdę miał ochotę i potrzebę – da się w sobotni wieczór zorganizować butelkę – zupełnie jak w Polsce lat 80-tych, nie mówiąc o USA lat 30-tych…

KUCHNIA SZWEDZKA

Tych kilka dni, to zbyt krótki czas na zapoznanie się ze szwedzką kuchnią. Ale gdzie zjeść w Malmö już wiem. W pamięci pozostanie mi oczywiście to co zafundował nam Kasim – LIMHAMNS FISKRöKERI oraz FALAFEL BAGHDAD – te miejsca odległe od siebie również kulturowo – na kulinarnej mapie Malmö to no.1! Nie poznałbym ich, gdyby nie Kasim – nasz lokalny przewodnik.

Kuchnia szwedzka to nie tylko śledź – zwłaszcza sławetny surströmming – kiszony, sfermentowany śledź, który jest w top-10 pachnących inaczej. Każdy zna, chociażby z IKEA, köttbullar, czyli sławne szwedzkie klopsiki z wołowiny (trafiają się też z mieszanego mięsa).

Czego będę szukał następnym razem w Szwecji..?

  • Janssons frestelse (czyli pokusa Jansona)
  • bostongurka (pasta z ogórków kiszonych z dodatkiem papryki i ostrych przypraw)
  • nyponsoppa (jesienna zupa z… owoców dzikiej róży)
  • pölsa – danie mięsne, ale warto spróbować (mielona wątróbka, cebula i wołowina – obowiązkowo w towarzystwie jajka)

Gdzie zjeść w Malmö i kiedy zaopatrzyć się na weekend już wiecie…

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • http://lihmansfiskrokeri.se – na tej stronie znajdziecie info o tej knajpie / sklepie; adres: Strandgatan 17B – w pobliżu Södra Fiskehamnen (południowego portu rybackiego)
  • FALAFEL BAGHDAD – Rosengård; róg Norra Grängesbergsgatan oraz Annelundsgatan
  • epicure.nu – tutaj znajdziecie info o opisywanej włoskiej knajpie
  • SYSTEMBOLAGET – czynny max w sobotę do 15.00
  • W Malmö znajdziecie również polskie delikatesy – są w centrum miasta

==============================================================

Z podziękowaniami dla Kasima, który odkrył przed nami miejsca, których pewnie byśmy nie zobaczyli, ale przede wszystkim pokazał kawałek historii swojej i swojej rodziny. Dziękuję za to, również za czas spędzony na rozmowach. Shukraan w ilalika Kasim!

==============================================================

CZARNOMORSKIE KULINARIA

Bogactwo bułgarskiego morza na jednym talerzu

Czarnomorskie kulinaria, tym razem w wydaniu bułgarskim to prawdziwa mieszanka tego co najlepsze w tamtych regionach. Krótka wyprawa do Nesebyru w erze COVID-19, w lipcu 2020 roku zaowocowała rozkoszami podniebienia. O odwiedzinach Nesebyru poczytacie tutaj: http://7mildalej.pl/nesebyr-w-erze-koronawirusa/, natomiast o zaletach kuchni bułgarskiego wybrzeża poczynię kilka słów poniżej.

BUŁAGRSKIE SMAKI

Kuchnia bułgarska to przede wszystkim wpływy i naleciałości: greckie i tureckie, włoskie i rosyjskie. Przede wszystkim jest to kuchnia bałkańska, mająca swoje wspólne geograficzne korzenie. Na tej szerokości geograficznej, gdy znajdziecie się na półwyspie bałkańskim znajdziecie chociażby sałatkę szopską. Ta bułgarska będzie się oczywiście różniła od tej, którą znajdziecie na stołach Montenegro czy Chorwacji. Myślę, że właśnie dania przygotowane przez bułgarskich, serbskich i macedońskich górali zwanych Szopami powinny bardziej rozsławiać bułgarskie kulinaria od tych z wybrzeża Morza Czarnego. Ale…

W kuchni bułgarskiej znajdziecie czorby – zupy: z ryb, bobu, soczewicy oraz wiele innych. Dostaniecie też flaczki, które zwą się szkembe czorba oraz sosy i pasty – głównie przygotowywane na bazie papryki: lutenica, ajwar, pindżur. W górach znajdziecie syte potrawy mięsne (sacz, kawarma), jak również warzywne. Wszystko może być leko/mek (łagodne), lub częściej luto (ostre).

Jako że, tereny Bułgarii historycznie rzecz ujmując, były odwiedzane przez gości ze wschodu, to bez jakiegokolwiek trudu odnaleźć można: kebapcze, pilaw, a także słodkie bliskowschodnie desery.

NESEBYR I JEGO CZARNOMORSKA KUCHNIA

Ponieważ ostatecznie wylądowaliśmy w Nesebyrze, to właśnie czarnomorskie kulinaria podbiły moje kubeczki smakowe. Każda nadmorska kuchnia korzysta z bogactwa morza. Nie da się tego nie skosztować będąc w Nesebyrze. Zresztą – bułgarskie określenie na frutti di mare – морски дарове – bardziej podoba mi się od tego włoskiego. Mówię to JA – fan włoskiej kuchni!

RESTAURACJA NEPTUN – WSZYSTKO Z MORZA

Zacznijmy od tych darów morza. Mule, zupa rybna i białe wino w Restauracji „Neptun” (Ресторант Нептун) w pobliżu plaży BUNATA.

Restauracja NEPTUN

Restauracja jest pięknie położona na skarpie, z której roztacza się przepiękny widok w kierunku południowym.

Obiad z takim landszaftem… smakuje lepiej

Zupa rybna sporządzona była na bazie wywaru warzywnego z dodatkiem kawałków (chyba) ostroboka. Dodatek selera naciowego i pietruszki nadawał charakterystyczny dla tych terenów smak. Przede wszystkim kawałki ryby były zwarte i nie rozpadały się. Czasem na wigilię robię fińskie Lohikeitto – różni się tym, że jest z łososiem i zabielone lekko śmietaną. Niewykluczone, że będę robić bułgarską ribną czorbę.

Ribna czorba

Danie podstawowe to jednak było to na co czekałem – wielki talerz na dwie osoby (0,5 kg) muli.

Midi czyli małże

Mule były dobrze obgotowane, bez zbędnego posmaku kojarzącego mi się z mułem. Dodatek koperku zawsze im dobrze robi, choć osobiście stosowałem też pietruszkę. Zabawa na pół godziny, ale warto było. Bułgarzy przekonali mnie do frutti di mare w ich wykonaniu. Dzień wcześniej próbowałem kalmara i też był poprawny.

KOLACJA W NEPTUNIE

Do NEPTUNA wróciliśmy jeszcze na kolację – tym razem a’la fish. I była to prawdziwa uczta. Czarnomorskie kulinaria w swej najlepszej formie.

Czarnomorskie kulinaria

Cóż więc znalazło się na tym półmisku nie licząc opiekanych kartofelków i czosnkowego sosu na bazie jogurtu..? Zacznijmy więc odliczać!

Primo – turbot (zwany też skarpem) – z kształtu i wyglądu podobny do naszej flądry, prowadzący również denny tryb życia, a przy tym drapieżnik żywiący się małymi rybkami. Białe mięso, zwarte i delikatne, powiedziałbym nawet… wykwintne. O ile nie jestem fanem flądry, to turbota jak najbardziej skosztuję kolejny raz.

Secundo – obok turbota – ostroboki. Ryba, powiedziałbym makrelowata, ale o bardzo charakterystycznym smaku – jest lekko kwaśna. W żadnym przypadku nie proponuję dodawać cytryny! Mięso również białe, ale nie tak zwarte jak w przypadku turbota. Trzeba być fanem ostroboka, żeby go naprawdę polubić, ale warto z uwagi niewielką zawartość tłuszczu (zdaje się pływa szybko i chaotycznie – tak to sobie wyobrażam;). Same więc zalety z tej czarnomorskiej i nie tylko rybki.

Terzo – na talerzu wylądowały także niewielkie belony. Przyznam się, że pierwszy raz jadłem belonę a przecież w Bałtyku bywa odławiana. Ta rybka o węgorzowatym ciele, ale długim pysku prawie jak u miecznika ma zielonkawe ości. Te belonki były tak małe (kto je łowi..?), że nie było tego charakterystycznego zabarwienia, ale były smak był war uwagi.

Quarto – ostatnią rybą na półmisku była tsa tsa (ca ca) – ryba wyśmiewana przez bułgarskich (i nie tylko) rybaków. “Albo ryba, albo tsa tsa” – mówi stare, lokalne, morskie powiedzenie. Te małe rybki, to nic innego jak szprotki, czy też sardynki. W każdym razie małe i śledziowate, a smażone w głębokim tłuszczu smakują wybornie. Taki sposób przyrządzania znajdziecie też w innych bałkańskich krajach – Chorwacji (pyszne jedliśmy na Okrugu Gornjim koło Trogiru), czy też Czarnogórze.

FAMILIA FISH & GRILL – CIĄG DALSZY FISH & VEGETABLES

Фамилия фиш и грил to knajpa położona na północnej stronie wyspy/półwyspu obok tzw. pristavi, czyli małego portu. Widoki wspaniałe, zwłaszcza z tarasu – idealnie na romantyczny wieczór przy zachodzie słońca.

Social distance w FAMILIA FISH & GRILL

Przygodę z czarnomorskim frutti di mare zaczęliśmy właśnie tutaj, a na stół wjechał kalmar. Jak mówią niektórzy – “torpedokształtny” żelek. Ta dziesięciornica – nie mylić z ośmiornicą – ma lekko słodkawy smak o równie lekko gumowej konsystencji. Taki był też ten podany w FAMILIA FISH & GRILL. Najbardziej lubię kalmara grilowanego – ten, o ile jego smak i konsystencja były właściwe, to jednak warzywny sos na słodko był już lekką przesadą… Dla mnie kalmar musi być podany w wykwintnym, sorry… wytrawnym towarzystwie!

Grilowany kalmar

Dobrze, że do tego zamówiłem talerz grilowanych warzyw z ciekawą zieloną pastą (dipem/sosem). Trafione! Grill w stylu vege – bakłażan, cukinia, pomidor, pieczarka, marchewka w towarzystwie krótko grilowanego sera bałkańskiego – smakował jak krowi. Niewątpliwie odkryciem był dip – na bazie grochu i czosnku. Smakował bosko!

Te warzywa + ten sos + ten ser…!!!

MENA NORTH DOCK…

…właśnie tam zaczęliśmy poznawać czarnomorskie kulinaria.

Pierwsze kulinarne doświadczenia w Nesebyrze

Po prostu, przed tą restauracją zatrzymała się nasza taksówka, a głód wskazał właśnie to miejsce. Nie żałowaliśmy – pierwsza przygoda to 2x ryba (foto nie zachowało się) oraz oczywiście bułgarska specjalność – sałatki: szopska oraz owczarska. Te sałatki towarzyszyły nam przez cały pobyt, ale były doskonałe. W domu robię bałkańskie sałatki: horiatiki, szopską (na wzór adriatycki), serbską. Tutaj dostaliśmy ją w wersji bułgarskiej. Jako, że na Bałkanach wszyscy kłócą się o wszystko, to również pokłócono się o sałatkę szopską.

SAŁATKA SZOPSKA

Nazwa wzięła się od Szopów, którzy zamieszkują tereny zachodniej Bułgarii – te przy granicy z Serbią. Serbia twierdzi, że ich Szopowie (wynalazcy sałatki) mają serbskie pochodzenie i konflikt oczywiście gotowy. Pamiętacie księcia Ferdynanada i Gawriło Principa..? Co więcej Ci górale zamieszkiwali tereny dzisiejszego Prizren, a miasto to leży w dzisiejszym… Kosowie – więc ciszej nad tym talerzem, bo wojna murowana! Anglicy walczyli z Islandczykami o dorsze (XX w.), Francuzi tłukli się z Anglikami o śledzie (XV w.), w Bawarii toczyła się wojna kartoflana (XVIII w.). Mam nadzieję, że tym razem bałkańscy adwersarze się dogadają i obejdzie się bez wystrzału.

Sałatka szopska – bulgarian version

Sałatka szopska to nic innego jak: pomidor, ogórek, papryka. To wszystko chowa się pod pierzynką drobno startego sera sirene, który nadaje charakterystyczny smak. Dla towarzystwa podsuwa się jeszcze cebulkę oraz natkę, a dla zamknięcia kompozycji dekoruje czarną oliwką – zawsze – jedną! To trochę żart, ale większość serwowanych “szopskich” w Nesebyrze miała jedną oliwkę. Może taki trend kulinarny… Ser sirene kradnie przedstawienie. Ten specyficzny biały ser solankowy (Бяло саламурено сирене), który pierwotnie wytwarzany był z mleka owczego, dzisiaj produkowany jest również z mleka krowiego. Bułgarska wersja szopskiej różni się od tych z Czarnogóry czy Chorwacji – w tamtych oryginałach papryki nie uświadczysz, a i oliwek nie żałują.

SAŁATKA OWCZARSKA

Druga bułgarska specjalność sałatkowa to: sałatka owczarska. Sałatka owczarska to wersja szopskiej “na bogato”. Niby taka sama, ale jednak nie taka sama, bo wzbogacona o jajko i odrobinę szynki. Pozostałe składniki bez zmian.

Szopska w wersji VIP, czyli owczarska; tutaj w obstawie tradycyjnego chlebka czosnkowego

Czasem bywa wzbogacona o grzyby – taką wersję też widziałem. Generalnie nie dla wegetarian, bo kilka cienkich paseczków szynki, lub innego treściwego mięsiwa też się w niej znajdzie.

SACZ – TRADYCJA KULINARNA BUŁGARII

Sacz to zapiekane tradycyjnie w żeliwnym naczyniu warzywa z mięsem. Istnieje też wersja vege oparta o same warzywa. Co do mięsa to znaleźć można i kurczaka, i wieprzowinę, i baraninę, i wołowinę. Warzywa to inwencja kucharza, ale jak to bywa w bułgarskiej kuchni dominuje: bakłażan, cukinia, papryka, pomidor. To wszystko zapiekane pod cienkim serem podpuszczkowym w typie mozarelli i posypane pietruszką. Pietruszka to prawdopodobnie ulubiona przyprawa Bułgarów. W Gruzji prawie wszystko nosiło smak kolendry, tutaj unosi się zapach natki.

Sacz z kurczakiem w MENA NORTH DOCK – pycha!

To było jedyne mięsne danie spożyte w uznaniu bułgarskiej tradycji kulinarnej. Cały wyjazd od strony kuchni to czarnomorskie kulinaria – to co wydało z siebie morze oraz warzywa. Zarówno bułgarskie warzywa w wersji surowej sałatki), jak też zapiekanej czy też grilowanej to pyszności. Smak warzyw będzie mi się kojarzył ze świeżością. I to w każdej knajpie, którą odwiedziłem.

KASZKAWAŁ

Pamiętam, jak wiele lat temu w Polsce prawie w każdym sklepie można było kupić ostry ser zwany kaszkawałem. Nie wiem dlaczego, ale teraz nie jest on tak popularny. A jest to jeden z najlepszych żółtych serów. W restauracji KRIM zamówiliśmy na śniadanie omleta z kaszkawałem. Co za smak!

Omlet z kaszkawałem

Kaszkawał to ser z rodziny serów podpuszczkowych, twardych i dojrzewających. Barwa żółta, bez oczek, im starszy tym ostrzejszy. Jeśli miałbym porównać jego smak, to najbliżej mu chyba do włoskiego caciocavallo.

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA

Kuchnia bułgarska urzekła mnie swoją świeżością. Zakochałem się w skorupiakach i głowonogach, o rybach nie wspominając. Świeżość produktów – wszystkich – czy z morza, czy z pola to największa wartość. Tak naprawdę warto jechać i spróbować wszystkiego na miejscu – czarnomorskie kulinaria to bogactwo potraw, smaków i zapach świeżości. Tak przynajmniej było w Nesebyrze w lipcu 2020 roku.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • W Nesebyrze odwiedziliśmy: MENA NORTH DOCK, FAMILIA FISH AND GRILL, RESTAURACJĘ NEPTUN, REASTAURACJĘ DIONIS, a także bardziej przekąskowe / śniadaniowe: KRIM oraz OLD ARCHOR – każdą z nich mogę ze spokojem duszy i podniebienia polecić.
  • Trochę informacji o Nesebyrze znaleźć można na ich stronie oficjalnej: http://www.nesebarinfo.com/
  • Poza smakami, to co niewątpliwie mnie “urzekło” to ceny – lipiec 2020:
  • talerz 0,5 kg muli w NEPTUNIE – 10 BGN = 23 PLN
  • sacz z kurczakiem dla 2 osób – 26 BGN = 59 PLN
  • 2x ryba, 2x sałatka, 2x piwo – 35 BGN = 80 PLN
  • koszt wypasionego śniadania z kawą i wodą dla 2 osób nie powinien przekroczyć 20 BGN = 46 PLN
  • Najważniejsze jednak pozostają niewątpliwie smaki, ze swoich kulinarnych odwiedzin mogę polecić:
  • Ресторант Нептун (NEPTUN) – ryby i owoce morza
  • MENA NORTH DOCK – ryby, sacz, sałatki
  • Фамилия фиш и грил – FAMILIA FISH & GRILL – owoce morza, warzywa
  • Ресторант KPIM (KRYM) – pyszne omlety z kaszkawałem i olbrzymie sałatki
  • RESTAURACJA DIONIS – spróbowaliśmy kuchni śródziemnomorskiej – risotto oraz tagliatelle – oczywiście z owocami morza – też wyśmienite.

KUCHNIA PUGLII

Kuchnia Puglii i jej prawdziwe bogactwo: frutti di mare

Puglia, a jak mówi się często w Polsce Apulia to region południowych Włoch słynący z owoców morza, ryb, ale również z oliwy i wina. Region rozciąga się na leniwych wzniesieniach wzdłuż południowo-wschodniego krańca Italii. Od północy jego kraniec wyznacza półwysep Gargano, a kończy się obcasem włoskiego buta zwanym półwyspem Salento. Kuchnia Puglii i jej tradycja kulinarna to niezaprzeczalne bogactwo regionu. O podróży do Puglii przeczytacie tutaj:

W takim miasteczku jak przeurocze Monopoli z 16 tysięcy mieszkańców co najmniej połowa utrzymuje się z rybołówstwa. Znaczy to, że stoły muszą wręcz uginać się od darów morza w postaci ryb, mięczaków i skorupiaków.

TYTUŁEM WSTĘPU…

Jeśli przemierzasz autobusem trasy w głąb lądu widzisz za oknem autobusu niekończące się gaje oliwne i winnice. To właśnie z Puglii pochodzi większość produkowanej w Italii oliwy. Ziemie nasączone z jednej strony słońcem, smagane lekkim wiatrem od morza, a także żyzne gleby dają bogate plony. Zaskoczeniem może być fakt, że stąd pochodzi również znaczna część włoskiej pszenicy.

Winnice, których wzgórza obsadzone są winnoroślą, wśród której dominują szczepy Primitivo oraz Negroamaro. Niewielka mieścina zwana Locorotondo słynie natomiast z apelacji DOC pod tą samą nazwą, która dla mnie była ponownym odkryciem białego wina. Ziemie Puglii dają prawie 20% łącznej produkcji włoskiego wina. Niegdyś wysyłano je na północ, gdzie było mieszane z innymi szczepami. Dzisiaj coraz częściej gości na stołach nie tylko regionu, ale całych Włoch czy Europy.

Swoją kulinarną wędrówkę przez stoły Apulii zaczęliśmy od… sjesty. Niestety do celu, czyli niewielkiego miasteczka zwanego Monopoli dotarliśmy po godzinie piętnastej. A to sprawiło, że na pierwszy puglijski przysmak przyszło nam poczekać. Pierwszą otwartą knajpką był prosty bar-cafeteria Barumba. W Barumba dostaliśmy apulijską kanapkę zwaną puccia z… lokalnym czerwonym winem w szkle czyli al calice. Puccia lub pucce, to nic innego jak niewielki chlebek lub podłużna bułka wypiekana na ogół z semoliny z dowolnym farszem. Spróbowaliśmy z tonno czyli tuńczykiem, sałatą, pomidorem oraz z lokalną szynką i octową marynatą z grzybami (funghi). Puccia to tradycyjna farmerska kanapka nadziewana tym co akurat puglijscy chłopi mieli pod ręką.

VIGILIA DI CAPODANNO

Jako że wylądowaliśmy w Puglii w vigilia di capodanno – przepięknie Włosi nazywają ostatni dzień roku – to wszędzie w knajpach trafialiśmy na menu fisso – typowo sylwestrowe. W końcu w jednym z barowo-muzycznym przybytków (Alchemico Bar e Cose) usiedliśmy przy prostym antipasti, na które składały się: oczywiście butelka wina, butelka prosecco, a także deska lokalnych serów i wędlin, oliwki, focaccia i sałatka.

Nasze sylwestrowe menu w “Alchemico”

Szału nie było, w końcu do Alchemico przychodzi się posłuchać muzyki, czasem potańczyć. Czasem co najwyżej posiedzieć przy kieliszku wina (lub drinku). Prosecco się lało, lekko jazzowa (na zmianę z pop-rockiem) muzyka leciała. Było sylwestrowo!

PRANZO DI CAPODANNO

Jeśli ktoś się we Włoszech budzi po gorączce sylwestrowej nocy z post sbronza, czyli po prostu… kacem, to z pewnością po zjedzeniu pranzo di capodanno będzie jak nowonarodzony! Zgodnie z noworoczną tradycją Włosi całymi rodzinami – w knajpach lub domach – witają nowy rok wspólnym biesiadowaniem. Często zaczyna się taki obiad w południe, a kończy wieczorem. Wszystko na bogato! W restauracjach obowiązuje wtedy tzw. menu fisso – stały zestaw, z którego nie sposób zrezygnować, a pochłonąć jeszcze trudniej. Uczucie post sbronza (lub post sbornia) ustępuje uczuciu przejedzenia i nie pomaga nawet butelka jednego z doskonałych włoskich win. Jedna z życiowych teorii mówi, że człowiek rodzi się sybarytą. Skoro więc rodzi się nowy rok, to rodzi się nowa okazja na kultywowanie tego stanu umysłu (i ciała).

Gdy wybiła godzina ich noworocznej fiesty przechodziliśmy akurat wzdłuż Cala Porta Vecchia obok Osterii Gallo Nero (czyli Czarnego Koguta).

Osteria Gallo Nero przy via Largo Portavecchia 22

Noworoczne menu fisso obejmowało przystawkę, dwa (!) pierwsze dania, drugie danie, deser oraz wino i wodę. Uff!!!

Startujemy z pranzo di capodanno

Zaczęliśmy od małż, sardelli, sałatki, ciekawej, wariacji na temat caprese, zapiekanych kiełbasek w cieście – a to dopiero był początek!

PRIMO PIATTO…

(pierwsze danie) to dwie pasty: capunti in guazzetto con scorfano e molluschi oraz calamarata ai profumi di bosco.

Noworoczne primo piatto

Capunti to nic innego jak podłużny makaron z charakterystycznym nacięciem. Widywałam go w wersji znacznie dłuższej. Tym razem nabrał kształtu niewielkiego ziarna. Guazzetto to specyficzny włoski sos – najczęściej na bazie ryb, a lo scorfano to przesmaczna ryba zwana po polsku karmazynem. Pytanie tylko czy to na pewno był to karmazyn, a nie zwykła krewetka..? We włoskim slangu czasem “niezbyt rozgarniętą” osobę określa się mianem krewetki. Nie wdając się w szczegóły pasta była przepyszna, zwłaszcza że jej smak nadawały przede wszystkim małże.

Jeśli chodzi o drugą pastę, to calamarata, jak sama nazwa wskazuje musi mieć coś wspólnego z kałamarnicami. Jako że Włosi uwielbiają połączenie głowonogów z makaronem, to wymyślili makaron w kształcie podawanych kałamarnic zwany właśnie calamarata. A żeby było zabawniej, to mający swoje morskie korzenie makaron ubrano w smaki lasu (profumi di bosco). W ten sposób w sosie można było odnaleźć grzyby. Całość również poprawna, właściwie skomponowana.

SECONDO PIATTO

Secondo piatto – orata e gamberone

Gdy człowiek już odpoczął przepiwszy pierwsze danie odpowiednią ilością wina i wody, na stół wjechało secundo piatto – a jakże – o czysto morskim pochodzeniu. Dorada (l’orata) jest dla nas rybą szczególną, tym razem była świątecznie udekorowana przepiękną krewetką. Rodzajów krewetek jest podobno ponad 2000! Mieliśmy okazję spróbować tej odławianej gdzieś u brzegów Puglii. W tym przypadku mam pewną wątpliwość – była tak świeża, że kucharz zapomniał chyba przetrzymać ją odpowiedni czas na ruszcie… Jak dla mnie zbyt mało wyprażona, w przeciwieństwie do delikatnej i miękkiej dorady. A może tak miało być..?

WŁOSKIE DOLCE…

Ananas in barca – pierwsze i moje ostatnie “dolce”

…to oczywiście historia deserów.

Skończyłem na pierwszym z deserów ananasie w łódeczce (ananas in barca), choć mili właściciele dorzucili od siebie jeszcze jeszcze drugie dolce – kremówki. Sorry – po prawie czterogodzinnej uczcie nie miałem już siły jeść. Trochę miejsca zostawiłem sobie jeszcze na wspomagacza trawienia, czyli wino!

Noworoczny obiad we Włoszech to okazja do rodzinnego spotkania, długich rozmów przy jedzeniu. Wiele godzin spędzonych nie tylko nad talerzem, ale przede wszystkim na wspólnym biesiadowaniu stanowi o sile tej tradycji.

PIZZA ROKU 2014

Jest w Monopoli, przy Piazza Garibaldi knajpka, której właściciele muszą być fanami tego boskiego dzieła Felliniego. Zwie się oczywiście La Dolce Vita.

La Dolce Vita przy Piazza G. Garibaldi 29

Na ścianach, a jakżeby inaczej fotosy z filmu, sala pokaźnych rozmiarów, a jedną z jej ścian zdobią półki z winem.

Fotosy w La Dolce Vita jak widać tematyczne

Koniec z wystrojem wnętrz – przejdźmy do konsumpcji! Zamawiamy pizzę pod romantycznie brzmiącą nazwą: “Puglia mia”, która to pizza została wybrana najlepszą pizzą 2014 roku.

Tak właśnie wygląda najlepsza pizza 2014 roku

W tym miejscu właśnie odczuwam dysonans… Rzadko kiedy staram się przenieść na papier smak pizzy. Z niejednego pieca je jadłem – również te domowe, tworzone przez włoskie matrony w domowym zaciszu. Zdjęcie tego nie odda, ale pierwszy raz od wielu lat zachwyciła mnie właśnie pizza! Ciasto..? Cienkie, jak prawdziwe sycylijskie lub kalabryjskie, na których się “wychowałem”. Przy tym jednakże miękkie i puszyste – ottimo! Doskonale skomponowane “nadzienie” – szynka w typie crudo z suszonymi pomidorami. Do tego – tarty na grubo – lokalny ser w typie mozzarelli. Burrata wytwarzana jest z krowiego mleka i jest jednym z lokalnych przysmaków – lekko kremowy ser o puszystej konsystencji. Gdybym miał wybierać pomiędzy mozzarellą, a tym puglijskim przysmakiem – bez wątpliwości wygrywa burrata! Wracając do pizzy – całość przybrana oczywiście świeżą rukolą. Coś wspaniałego! Dla mnie powrót do młodości.

W OBIADOWEJ PORZE ODWIEDZAMY “DAMARE”…

…przy via Garibaldi 15. Knajpka o lekko barowym wnętrzu – skrojona według modernistycznego stylu. Ale jedzenie..? Zgodne z najlepszymi, kulinarnymi tradycjami Apulii. Zamawiamy oczywiście monopolijskie przysmaki – frutti di mare z vino al calice. Kieliszek białego lokalnego doskonale był skomponowany z tym co było na talerzu. W smaku wino było lekkie, cytrusowe i orzeźwiające – takie w typie apulijskich szczepów bombino bianco.

Damare przy via Giuseppe Garibaldi 15

Innamorato cotto znaczy po włosku tyle co zakochany bez pamięci. Mottem DAMARE jest innamorati della nostra cucina – zakochani w lokalnej kuchni. Powiem krótko – motto zgodne z tym, co otrzymacie na talerzu.

Pasta no.1 to spaghetto alle cozze. W karcie stało: spaghettone di grano duro con cozze, battuto di prezzemolo e pomodorini ciglielinio. Makaron w typie spaghettone z pszenicy durum zaserwowano z mulami w towarzystwie pietruszki i wiśniowych pomidorków. Kolejna knajpa, kolejny zestaw fantastycznie skomponowany. Nie spodziewałem się tego w barowej restauracji. Fakt – była pełna, a przy stolikach tylko Włosi. Rzeczą, która przede wszystkim mnie uderzyła we wszystkich knajpkach w Monopoli, to świeżość ryb i mięczaków. Te proste pasty które udekorowano owocami morza to majstersztyk!

Spaghetto alle cozze

Druga pasta zwana była równie krótko, bez zbędnych dodatków: Tortellone.

Tortellone (al gambero)

Tortellone ripieno al gambero con ragu di crostacei, olio al basilico e mandorle tostate. Nic innego jak: pierożki w kształcie tortellone nadziewane krewetkowym ragu z oliwą bazyliową oraz prażonymi migdałami. Również w tym przypadku połączenie pierożka z morskim nadzieniem w pełni współgrało ze sobą. Danie, rzekłbym stanowiące połączenie dwóch symboli agrokultury regionu – bogactwa otaczających region mórz oraz równin obsianych pszenicą, z której powstają najsmaczniejsze makarony.

GDZIE ZJEŚĆ W ARBELOBELLO?

Gdy człowiek odwiedza Puglię, to nie sposób nie pojechać do Alberobello. Mieścina znana z bajkowych domków trulli wpisanych na listę dziedzictwa UNESCO. Pytanie gdzie zjeść coś dobrego nabiera znaczenia z każdym krokiem wykonanym po wzniesieniach dzielnicy “trulli”. Tym razem przegooglowaliśmy okolice wzgórz “trulli” w poszukiwaniu czegoś interesującego, ale nie zawsze internetowa ocena odpowiadała naszemu tzw. pierwszemu wrażeniu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na ocenianą zaledwie na googlach “3,8” Ristorante Trattoria “Largo Trevisani”. Nietrudno ją odnaleźć, usadowiła się w narożnej kamienicy przy Largo Martellotta u stóp białego miasteczka trulli.

Danie, które między innymi zamówiliśmy zwało się: Strascinate con cime di rape e pan grattato fritto. Zabawmy się znowu w tłumacza przysięgłego języka włoskich kucharzy. Ta niby skomplikowana nazwa mówi, że właśnie za chwilę na stole wyląduje makaron typu strascinate (wyglądający jak odcisk palucha kucharza) z rzepą brokułową oraz zasmażaną tartą bułką. Proste połączenie – makaron, lokalne warzywo, z którego słynie Puglia i… zasmażka! Cima di rape chociaż uprawiana jest w całych południowych Włoszech, to właśnie w Puglii stanowi produkt regionalny. Swoją drogą warzywa prawie nieznane w Polsce, a szkoda, bo z pastami i sosami komponuje się znakomicie.

Jak się międzyczasie dowiedzieliśmy od lokalsa – cibo dobrze wybrałem – to popisowe danie szefa kuchni. Perfetto! Tak skwitował je wspomniany wyżej Włoch siedzący przy sąsiednim stoliku, a mnie pozostało tylko się z tym zgodzić – D’accordo!

Strascinate con cime di rape

W przypadku drugiej pasty zwanej Orrechiette e braciole takie szału już nie było, ale danie poprawne. Pod nazwą braciole we Włoszech kryje się cała masa niespodzianek z jednym tylko wspólnym mianownikiem – jest to jakiś kawałek mięsa. Na północy będzie to dorodny (często wieprzowy) sznycel, w Neapolu również słusznych rozmiarów zraz z wołowiny. Apulia w swojej tradycji kulinarnej oferuje pod tą nazwą maleńkie zraziki w gęstym pomidorowym sosie. Jak widać co… region, to obyczaj.

Orrechiette e braciole

Tak więc, jeśli ktoś chce posilić się w Alberobello po zwiedzeniu sławnych, białych domków, to w Trattorii “Largo Trevisani” polecam przede wszystkim pastę z cima di rape.

ŻEGNAMY SIĘ KUCHNIĄ PUGLII W “IL BRIGANTE”

Przedostatniego dnia pobytu, na pożegnalną (ale zamierzamy wrócić) kolację odwiedzamy Trattorię Il Brigante przy via Cavaliere 17. Lokal słynący z morskich dań. Jako wielbiciele włoskich (i nie tylko) makaronów zamawiamy: linguine con vongole (okazały się genialne) – oraz strascinate rape – również doskonałe tym razem z prażonymi okruchami chleba oraz pod pierzynką z sera w rodzaju burraty. Te pyszności przepijaliśmy pochodzącym z półwyspu Salento lokalnym, białym winem ze szczepu Malvasia. Wytrawne, pochodzące z Salento wina Malvasia mają lekki orzeźwiający smak, w którym bez przeszkód doszukacie się nuty owoców cytrusowych, ale też wanilii czy też jabłek. Zapach intensywny, lekko kwiatowy. Do owoców morza – jak znalazł!

Strascinate rape seppi

PROSTE WIEJSKIE PUGLIJSKIE JEDZENIE

Odwiedzając w Polignano a Mare karnawałowy festyn można było natknąć się na kilka stoisk z najprostszym, wiejskim jedzeniem. W ten sposób trafiliśmy na Pana, który przygotowywał farmerskie kanapki, takie jak ta na zdjęciu poniżej. Panini con porchetta – lokalny specjał – to solidna bułka z pieczoną wieprzowiną. Region Apulii to również żyzne ziemie i hodowle, a więc rolnictwo. Jedzenie więc bywa również proste i syte.

Przemiły Pan pochodzący z pogranicza Puglii oraz Abruzzo częstował nas też miniszaszłyczkami zwanymi arrosticini – już za free. Im dłużej tam staliśmy przed jego stoiskiem, tym więcej smaków poznawaliśmy. Na koniec nasze niedojedzone bułki wysmarował jeszcze domowej roboty pastą truflową. My się dobrze bawiliśmy, on też, tylko mina jego żony mówiła co innego – jakby zaraz miała wybuchnąć… południowa kłótnia! Do tego obowiązkowo nalewał grzanego wina zwanego tutaj vin brulè. O ile po polskich grzańcach miewam zgagę, to tego grzanego wina mógłbym nawet nadużyć bez konsekwencji dla żołądka.

Panini con porchetta

Poza tym co z morza Puglia generalnie słynie z także z mięs. Właśnie takie kanapki jak powyższe panini, czy puccia, o której wspominałem na początku stały się lokalną tradycją kulinarną.

KUCHNIA PUGLII

Bogactwo lokalnej kuchni jest oczywiście determinowane położeniem regionu i jego bogactwami. W przypadku Apulii ciężko jest cokolwiek wyróżnić, gdyż region ten nazywany jest włoskim spichlerzem. Jeśli znakomita część produkcji wina, oliwy, pszenicy pochodzi z tego obszaru, to muszą za tym podążać wspaniałe tradycje kulinarne. I to mnie nie zawiodło. Wręcz przeciwnie dawno we Włoszech nie zjadłem tylu dań, które mnie urzekły i połechtały moje kubeczki smakowe. Jeżeli do tego dodamy bogactwo morskich głębin, to otrzymamy niezapomniane kompozycje, które będziemy wspominać latami. I marzyć o jak najszybszym powrocie na puglijskie wybrzeże.

W Monopoli praktycznie każde miejsce, w którym jedliśmy można wpisać na listę “must eat”! każdą z restauracji można nagrodzić:

  • La Dolce Vita – za wspaniałą pizzę Puglia mia,
  • Il Brigante – za przecudne owoce morza,
  • Damare – za genialne połączenie tradycji i nowoczesności, http://www.cucinadamare.it/
  • Gallo nero – za rodzinną atmosferę i uprzejmość.

Jest też jedna sprawa, którą u mnie Puglia zmieniła – jako zagorzały fan czerwonych win zwykłem nie dostrzegać win białych. Odwiedziny w Puglii sprawiły, że częściej spoglądam w kierunku jasnych trunków, a te w Puglii były doskonałe!

KULINARNA WĘDRÓWKA DOOKOŁA GARDY

Na początku był(o) Brenzone (Castelletto)

Czerwiec 2019 – kilka dni odpoczynku należy się człowiekowi nie tylko w wakacje, ale również przed nimi! Miał być trekking i via ferrata, ale niestety nie tym razem. Dopadła mnie konieczność rehabilitacji. Tym niemniej z włoskich gór nie zamierzałem rezygnować. Jeśli nie wspinaczka to co…? Zmieniamy miejscówkę z typowo górskiej na bliższą jeziora, przecież w trydenckich klimatach zawsze jest co robić.

Na trasie z Werony do Riva del Garda dopadł nas już nie głodek, a głód, a kuchnia włoska jest jak piękna kobieta przyciąga nie tylko wzrok, ale też inne zmysły. Urokliwa miejscowość Castelletto di Brenzone leży na zachodnim brzegu jeziora u południowych krańców masywu Monte Baldo. W niej nad brzegiem jeziora znajdujemy Ristorante da Umberto.

Da Umberto to kulinarna perełka w Castelletto (Brenzone)

Restauracja ma długą i bogatą historię. Już w pierwszej połowie XX wieku była w tym miejscu niewielka tawerna, w której spotykali się lokalni rybacy. Wraz z budową Gardesany, czyli drogi wokół jeziora Garda osteria była coraz częściej odwiedzana przez gości. Zio Umberto, czyli wuj Umberto po licznych podróżach wrócił, w 1963 roku tchnął w niewielką knajpkę nowego ducha. Miejscowa lasagne oraz pstrąg (la trota) stały się wręcz legendą miejscowej gastronomii. Później dołączył, z nowymi pomysłami brat Umberto – Loris. W latach 90-tych ubiegłego wieku młodsze pokolenie rodziny: Luca i Cristiana wniosło świeży powiew do kuchni i do dzisiaj wspaniale przekuwają tradycję oraz nowoczesność w kulinarne mistrzostwo.

LASAGNE – NOWE OTWARCIE

Lasagne – ricetta del 1963

Długo zastanawiałem się nad wyborem pierwszej, od ostatniej wizyty na ziemi włoskiej, pasty. Ostatnie, które kosztowałem w Rzymie były genialne. Lasagne według przepisu wujka Umberto z 1963 roku było nowym spojrzeniem! Olbrzymia porcja (na dwie osoby) zawierała makaron w kształcie papardelle zapieczony z niewielką ilością wołowego mięsiwa w kremowym beszamelu. Nie było żadnej pierzynki, pasta po prostu przechodziła serowym i puszystym beszamelem. Rewelacja!

Jeśli do tego dodamy przepiękne położenie i widok z tarasu z bryzą wiejącą od jeziora oraz miłą obsługę, to nie pozostaje nic innego jak zatrzymać się i spróbować tej wspaniałej kuchni. Jeszcze jedno – aperol spritz jest u nich wyśmienity!

Jadąc nad Lago di Tenno, za wodospadem Varone odwiedzamy w porze obiadowej niewielką restaurację pod nazwą Trattoria Piè di Castello. To rodzinny interes prowadzony w tym miejscu od stuleci. Początki miały miejsce w XIX wieku, kiedy to Eugenio i Giuseppina Benini założyli pierwszą restaurację. Tak też pozostało do dzisiaj, kiedy to kolejne pokolenia rodziny Benini uczestniczą w budowaniu kulinarnej legendy.

Lokalna historia – Trattoria Pie di Castello

Niepozorne wejście na maleńki dziedziniec kryje za sobą klimatyczną, urządzoną w regionalnym stylu trattorię. Wnętrze typowe dla regionu Trentino oferuje też typową trydencką kuchnię. Trattoria Pie di Castello to nie tylko zwykła jadłodajnia, to miejsce, gdzie olbrzymią wagę przywiązuje się do tradycji i smaku. Przepisy są przekazywane z pokolenia na pokolenie. W końću jest to miejsce, gdzie jest produkowana własna oliwa z oliwek oraz lokalne wino.

Trattoria Pie di Castello

STRANGOLAPRETI CZYLI ZIELONE KOPYTKA Z CZERSTWEGO CHLEBA

Tak, to nie pomyłka, jeden z regionalnych i rustykalnych przysmaków charakterystyczny dla trydenckiej kuchni wyrabia się z czerstwego chleba.

Strangolapreti alla trentina

Takie właśnie tradycyjne strangolapreti alla trentina zagościły na moim talerzu. Te zielone gnocchi wyrabiane są właśnie z czerstwego chleba, mleka, jajek oraz szpinaku i szałwi. Ugotowane podaje się je, jak to często bywa w opisach, w cascacie (wodospadzie) masła (!) i posypane lokalnym tartym serem. Pamiętajcie – oryginał nie zawierał ziemniaków, ani ricotty – i takie są najlepsze. Te podane w Trattorii w Cologna były fanatystyczne, z dominującym smakiem szpinaku i ziół.

CARNE SALADA COTTA

La carne salada to typowy regionalny specjał. Potrawę znano już średniowieczu, a powstała z potrzeby konserwowania mięsiwa. Carne Salada przygotowuje się z wołowiny, którą obsypuje się solą, ewentualnie innymi przyprawami. Następnie umieszcza się je w zamkniętych pojemnikach w zacienionym miejscu o temperaturze nie wyższej niż 12° Celsjusza. W ten sposób, w zależności od wielkości kawałków przechowuje się je od 2 do 5 tygodni. Co dwa dni mięso jest masowane. Tak zakonserwowane może służyć do dalszej obróbki, a w międzyczasie nabiera swojego smaku i aromatu.

Carne Salada Cotta według tradycji kulinarnej Trattoria Pie di Castello

La carne salada cotta czyli gotowana stanowi sztandarowe danie Trattorii prowadzonej od ponad 120 lat przez rodzinę Benini. Mięso jest miękkie, delikatne bez żadnych “obcych” aromatów. W wersji crudo czyli surowej służy do przygotowania wołowego carpaccio, równie doskonałego jak to w wersji cotta.

W Trattorii Pie di Castello wszystko to otrzymacie zrobione własnoręcznie, według tradycji kulinarnej kultywowanej przez kolejne pokolenia rodziny Benini.

Jest w Riva del Garda jeszcze jeden przysmak, który rozbroił mnie całkowicie. Spacerując przez starą część miasta natknęliśmy się na brzmiącą z angielska ristorante Piccadilly Bar. Położony w bocznej uliczce, oferujący kilka stolików na zewnątrz i przemiłą obsługę, ale też godną skosztowania kuchnię.

Piccadilly Bar w Riva del Garda

Tam Miałem okazję skosztować marynowanego pstrąga w sałatce (la trota marinata in insalata).

Marynowany pstrąg w sałatce z pesto agrumi

Sztukę marynowania pstrąga nad Gardą opanowano do perfekcji. Ryby tak miękkiej, a jednocześnie o zwartej konsystencji dawno nie jadłem. Jeśli kiedykolwiek jadłem… Delikatność o lekko słodkim zabarwieniu, w której brak octowego posmaku czy też zapachu. Wszystko to skomponowane z cytrusowym pesto, czyli agrumi. Limonkowo-cytrusowy smak uzyskuje się na bazie limonek, cytryn i pomarańczy. Trzeba przyznać, że stanowi doskonałe zestawienie z delikatną, marynowaną rybą.

KLASYCZNE RISOTTO

Miało być o makaronach, ale zacznę od risotto:

Risotto ai porcini w VILLA ARANCI przy Viale Rovereto – poprawne i smaczne; prawdziwki były prawdziwkami.

Risotto ai porcini

NIE MA TO JAK WŁOSKA PASTA…

Smaczne w VILLA ARANCI było również spaghetti carbonara – mocno jajeczne, ale aromatyczne i bardzo poprawne.

Spaghetti alla carbonara

Jednego, czego nie polecamy, a nawet wręcz odradzamy, to podane tam vino della casa – tak podłego trunku nie piłem jeszcze nigdy we Włoszech. W taki sposób qualcosa da bere potrafi zniszczyć qualcosa da mangiare

We wspomnianym wyżej Piccadilly Bar genialne były penne al ragu – makaron mocno al dente, równie mocno pomidorowe – całość wyważona i godna polecenia.

Penne al ragu

W Weronie, w pobliżu najsławniejszego balkonu świata, znajduje się LOCANDINA CAPELLO. Osteria słynie z kanapek i przekąsek, ale nie należy omijać ich makaronów. Są przepyszne!

Tagliolini w Locandina Capello

Z tego powodu, że pełna nazwa brzmiała: Tagliolini con ragu bianco di pollo, olive Taggiasche, funghi champignon trifolati e rucola croccante, to żal było tego dania nie zamówić. Znaczy to tyle, co: tagliolini w białym ragu z kurczaka, oliwkami odmiany Taggiasca, pieczarkami w typie trifolati i chrupiącą rukolą. Nazwa piękna i długa, czyli powinno być smaczne. Zawodu nie było, a wręcz było to obłędne, pyszne obłędnie. Tagliolini to odmiana tagliatelle, czyli cienkich wstążek, tyle, że w tym przypadku o lekko cylindrycznym kształcie. Z kolei funghi trifolati to grzyby duszone w oliwie z udziałem pietruszki i czosnku. Reszty chyba tłumaczyć nie trzeba. Wszystko razem stanowiło zrównoważoną kompozycję pasty, mięsa i dodatków.

Bigoli w Locandina Capello

Drugie danie w pełnym brzmieniu to: Bigoli di pasta fresca con passatina di pomodoro San Marzano BIO e salsiccia veneta. Tak jak długo się czyta, tak dobrze się konsumuje. Znaczy tyle co: bigoli ze świeżo robionego makaronu z pomidorowym przecierem BIO i kiełbasą wenecką. Bigoli, czyli takie grubsze, weneckie spaghetti, a salsiccia veneta to regionalna kiełbasa średniozmielona z wieprzowiny i pancetty. Chciałoby się powiedzieć: skrome… a pyszne. W tym przypadku również pełna równowaga na talerzu.

WRAŻENIA Z KULINARNEGO SZLAKU

Kulinarna wędrówka dookoła Gardy dostarczyła nowych, niezapomnianych wrażeń. przemierzyliśmy wiele dróg, z których niejedna prowadziła do knajpy. Lokalna kuchnia oferuje wszystko, co ten piękny region ma w sobie najlepszego. Góry, jeziora, lasy i słońce dają produkty, które tworzą lokalną kuchnię i smaki. Próżno ich szukać w innych regionach. Stoki okolicznych gór to nierzadko pokłady trufli. Garda oraz inne okoliczne jeziora zasobne są w ryby: pstrągi, sardele, szczupaki. Doliny i zbocza szczytów to winnice słynące oliwek i winorośli. Oliwa wyciskana z oliwek w okolicach jeziora Garda ma wielowiekowa tradycję. Czyż trzeba lepszej rekomendacji..? Wina z okolic Gardy to nie tylko uprawiane tutaj od lat Chardonnay, ale również czerwone lokalne szczepy – Marzemino Trentino i Teroldego Rotaliano. Jesteśmy na przednóżku Alp, czyli nie może zabraknąć regionalnych serów: Trentignana, czy też Casolet. Mieliśmy okazję do skosztowania nie tylko lokalnych specjałów, ale też smaków, których pamięć przywiedzie nas z pewnością w te strony pięknej Italii!

INFORMACJE PRAKTYCZNE I ADRESY

  • RISTORANTE DA UMBERTO – Brenzone (Castelletto) nad brzegiem jeziora, przy Via Imbarcadero, 15 – http://www.daumberto.it/
  • TRATTORIA PIE DI CASTELLO – Cologna, Via al Cingol Ros, 38 – około 4 kilometry od Riva del Garda w kierunku na Tenno – http://www.piedicastello.it/
  • RISTORANTE PICCADILLY BAR – Riva del Garda, Via dei Fabbri, 11
  • RISTORANTE VILLA ARANCI – Riva del Garda, Viale Rovereto, 25 (główna ulica w Rivie) – https://www.villaaranci.it/
  • OSTERIA LOCANDINA CAPELLO – Verona, Via Cappello, 16 (w pobliżu balkonu Julii) – http://www.osteriacappello.com/

LAZUROWE SMAKI

2 dni to niewiele aby zapoznać się z kuchnią Lazurowego Wybrzeża. Jesteśmy nad morzem, więc poza typowymi francuskimi przysmakami mamy bogactwo nie tylko tego co na lądzie, ale też tego co w wodzie. Dodatkowo mamy przecież sąsiedztwo włoskiej Ligurii. Jeśli uświadomimy sobie, że Nicea dopiero od 1860 roku została trwale włączona w granice Francji, to musi powstać fantastyczna kulinarna mieszanka smaków.

Niestety niecałe 48h w Nicei nie pozwoliło na zapoznanie się bogactwem lokalnych smaków. A przecież zaliczyliśmy też Monte Carlo. Krótki pobyt w Nicei opisuję tutaj: http://7mildalej.pl/weekendowa-nicea/. Kilka lazurowych smakołyków udało nam się jednak pochłonąć. Na pierwszy rzut:

MONAKIJSKIE ŚWIEŻOŚCI

Przed niedzielnym południem wybraliśmy się w odwiedziny do… Monte Carlo. W związku z faktem, że pogoda nie była dla nas zbyt gościnna odwiedziliśmy Caffè Milano – Restaurant Monaco przy sławetnym zakręcie nr 12. W Monako wszystko kojarzy się z trzema rzeczami: F1, F1 i jeszcze raz… pieniędzmi.

Pora by zjeść coś treściwego jeszcze nie nadeszła, poza tym w planie był spacer ulicami Monte Carlo. Wybór więc mógł być tylko jeden – zapoznamy się z sałatkami “na bogato”. Pierwsze zaskoczenie – zamiast tradycyjnej karty otrzymujemy… tablety z menu. Klikanie zamiast wertowania – znak czasów. Wnętrze knajpy – bardzo przyjemne utrzymane, jak to nazywam, w lekkim jachtowym stylu. W końcu widok zobowiązuje; za oknem port jachtowy w Monte Carlo.

CAESAR

Zamawiamy znaną w całym świecie sałatkę – Caesara. Sałatkę wymyślił mieszkający w Meksyku Włoch – Caesar Cardini. Prowadził tam swoją restaurację i pewnego razu, z braku produktów i potrzeby chwili wymyślił prostą sałatkę, która do dzisiaj króluje na stołach w wielu regionach świata. Tak głosi przynajmniej jedna z legend.

Caesar – włoska inwencja kulinarna w wersji monakijskiej

Oryginalna wersja Cezara była przyrządzana z: sałaty rzymskiej, parmezanu, grzanek, do tego sos Worcestershire, sok z cytryny, oliwa czosnkowa, surowe jajko oraz sól i pieprz. Z czasem dodano kurczaka (chyba dzisiaj najpopularniejsza wersja) lub anchois (podobno pomysł francuski). To, co zaserwowano w Caffe Milano było zgodne z pierwowzorem, z tym, że zamiast kurczaka były tam plastry boczku. Boczek zgrillowano na chrupko. Gdybym miał obstawiać, to był to speck lub guanciale z akcentem na to pierwsze. Bardziej przypominało to podwędzany speck z Trentino. Całość – w smaku super, wyważone, o lekko cytrynowej nucie.

CHORIZO

Gdzie to chorizo..?

Pomimo swojej nazwy ta sałatka to wersja prawie vege. Prawie jest rzeczywiście różnicą, ale kompozycja rukoli z parmezanem oraz orzechami włoskimi była nowością w naszym menu. Chorizo też się znalazło i chociaż na talerzu było w mniejszości, to swój aromat pozostawiało. Takiego mixa z aksamitnym sosem jeszcze nie smakowaliśmy.

Do tego wybraliśmy butelkę włoskiego białego wina. W końcu to knajpa prowadzona i zarządzana przez Włochów. Kilka słów podsumowania. CAFFE MILANO jest bardzo wysoko oceniana począwszy od 4,4 (google) do 5,0 (tripadvisor). Nie mieliśmy okazji skosztować głównych dań, to te, które otrzymaliśmy były więcej niż poprawne. Na stół wjechała woda mineralna (ale wcześniej nas uprzedzono, a raczej poinformowano). Obsługa szalenie miła, zainteresowana, ale nie nachalna. Czas oczekiwania – w normie. Jeśli do tego dodamy widok za oknem, mamy komplet. Ceny..? O pieniądzach w Monte Carlo się nie dyskutuje, w Monte Carlo pieniądze się po prostu ma…

SAŁATKA NICEJSKA (Salade niçoise lub la salada nissarda)

Sałatka nicejska w La Trattoria du Palais

Być w Nicei i nie spróbować potrawy, z której to miasto słynie, to jak być w Krakowie i nie zobaczyć Wawelu. Sałatkę zna chyba każdy. Przypomnę, że obowiązkowo należy przygotować ją w oparciu o pomidory, sałatę rzymską, anchois oraz oliwę z oliwek – takie były początki i jej bardzo purystyczna wersja. Robili ją na ogół mniej zamożni mieszkańcy, więc wersje na bogato pojawiały się później. Swoje do tego dołożyli też szefowie kuchni. Pierwsza, którą zjadłem w La Trattoria du Palais w Nicei była rozbudowana w stosunku do XIX-wiecznego pierwowzoru. Obecne były również: jajka, czerwona papryka, rzodkiewki, oliwki oraz tuńczyk. A wszystko to przy udziale niewielkiej ilości sosu winegret. Bardziej dominująca była w potrawie oliwa z oliwek niż sos. Porcja olbrzymia, mogąca służyć wręcz za danie obiadowe!

DAUBE NICOISE (DOBA A LA NISSARDA)

Daube nicoise

Przysmak prowansalskiej kuchni: Daube nicoise to typowe danie lokalne. Rodzaj gulaszu sporządzany w oparciu o duszoną, w czerwonym winie, wołowinę. Aby danie było pełne swego smaku i aromatu dodaje się marchewkę, garni, czosnek, bekon oraz solidnie przyprawia – między innymi pieprzem cayenne. Nie może też zabraknąć miejscowych grzybów – najlepiej prawdziwków. W niektórych przepisach obecny jest również naparstek koniaku.

W każdym razie, gulasz był doskonały – miękki, aromatyczny a towarzyszyły mu ziemniaczane kluseczki, a’la nasze kopytka, ale zdecydowanie o konsystencji purée.

AïOLI DE CABILLAUD

Aioli de Cabillaud

Cabillaud czyli nasz swojski dorsz, ale ten niekoniecznie swojski, bo na pewno nie jest to pomuchla (Kaszubi wiedzą…). Bardziej obstawiałbym dorsza atlantyckiego. Tak czy inaczej został podany na ziemniaczanym purée z lekkim sosem aioli. I tym razem wszystko doskonale skomponowane.

Powyższe przysmaki mieliśmy okazję kosztować w LOU KALU. To jeden z tych przybytków, które na kulinarnej mapie Nicei, najlepiej karmią. O godzinie 13-tej siedzieli w niej tylko Francuzi sącząc piwo (w większości) lub wino (w mniejszości) i jedząc le déjeuner.

W karcie było tez oczywiście miejscowe wino – Winnice Pays du Var leżą w bliskiej odległości od Nicei produkują białe wina na bazie szczepów grenache blanc, roussanne, ugni blanc, chardonnay. Zamówiliśmy un pichet (dzbanek) nie żałowaliśmy. Wina te sprzedawane są głównie lokalnie, a cała produkcja nie przekracza 250.000 hektolitrów rocznie.

Lokalne wino z winnic departamentu Var

TROCHĘ O TYM, CZEGO NIE SKOSZTOWAŁEM W NICEI

Kuchnia nadmorskich Alp (Alpes Maritimes) jest różnorodna. Doskonałe i sycące mięsa, ryby i frutti di mare, do tego lokalne przysmaki. Trafiliśmy (w Nicei) do dwóch restauracji – prowadzonej przez Francuzów – Lou Kalu oraz przez Włochów – La Trattoria du Palais. Obie mogę polecić, a i budżetu nie zrujnują.

Charakterystyczna cecha dla lazurowego wybrzeża to silne przenikanie włoskich wpływów kulinarnych. Wszechobecna jest oczywiście włoska pizza na sposób francuski. Ale Nicea to również lokalne potrawy, których nie zdążyłem spróbować, ale gdy wrócę, nie ominę ich. To co charakterystyczne dla nicejskich kulinariów to:

PAN-BAGNAT – czyli chleb na mokro – nic innego jak sałatka nicejska w bułce lub bagietce

PISSALADIERE – cebulowa tarta z oliwkami oraz anchois – sprzedawana jako przekąska, starter lub plat à emporter (na wynos)

SOCCA – taki chlebek (niektórzy mówią: naleśnik) z mąki z ciecierzycy. Podobny jadałem we Włoszech pod nazwą cecina (jeśli dobrze pamiętam). Podobnie jak pissaladiere najczęściej sprzedawany albo jak włoskie pizze al taglio, czyli w kawałkach albo typowy street-food.

BRUKSELA – MEKKA PIWA

Delirium Cafe zwane też Pink Elephant przy Impasse de la Fidélité

Nie frytki, nie gofry, nie czekolada, ani nawet specjały belgijskiej kuchni były celem wizyty w Brukseli (o czym tutaj: http://7mildalej.pl/bruksela-nie-tylko-gofry-frytki-i-czekolada/). Clou programu stanowiło oczywiście piwo. Jeśli piwo, to:

DELIRIUM TREMENS

Czy jest bardziej kultowa piwiarnia niż Delirium Cafe..? Oczywiście ilość browarów belgijskich i tym samym ich knajp “firmowych” jest przeogromna. Na 11 milionów mieszkańców Belgii przypada ponad 160 browarów, a liczba gatunków piwa sięga 1.500. W tym małym kraju o powierzchni 30 tysięcy km2 produkuje się rocznie około 19 milionów hektolitrów piwa, z których co najmniej 8 milionów hektolitrów jest wypijanych “na miejscu”. Statystyczny Belg wypija rocznie około 75 litrów litrów złocistego (i nie tylko) napoju. I zaznaczmy, że mówimy w tym miejscu o piwie przez duże “P”, a nie koncernowym produkcie piwodobnym.

Piwo i Belgia to nieodłączne skojarzenie, którego nie da się rozdzielić. Piwo jest fragmentem belgijskiej kultury, a smak belgijskich piw należy do tych najbardziej wysublimowanych na świecie. Jeśli miałbym wybrać lagera – udałbym się do Czech, weissbiera szukałbym w Bawarii, a po piwa ciężkie i ciemne pognałbym do Belgii. Ich “blondy”, “trapisty” czy “darki” pozostały moimi ulubionymi piwami. Zdradliwa potrafi być ich moc. Są to najczęściej piwa o zawartości alkoholu 6-10 procent, a mimo to w smaku niezalkoholizowane, wyważone i pełne.

Każdy znajdzie w Brukseli swoją ulubioną piwiarnię, przy ponad 160 belgijskich browarach nie jest o to trudno – uwierzcie mi. Ktoś, gdzieś napisał, że “prawdziwy Brukselczyk nie chadza do Delirium, tylko wybiera mały browar”…

Ksiądz Józef Tischner mawiał, że góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: świenta prowda, tys prawda i gówno prowda. To powyższe stwierdzenie jest tą trzecią prawdą. W Delirium spotkasz i lokalsa, i turystę japońskiego i smakosza piwa. Lokal jest jakby nie patrzeć legendą i taki pozostanie. 2400 gatunków piwa z całego świata, a znakomitą większość doskonałych piw belgijskich znajdziecie właśnie w Delirium Cafe.

DELIRIUM CAFE DZIŚ

Piwa delirium produkowane są w browarze HUYIGHE w miejscowości Melle nieopodal Gandawy. Pierwszy browar powstał tam w roku 1906, a pod nazwą Delirium, w 1938 roku, rozpoczęto produkcję zbliżonego do czeskich pilznerów piwa. Delirium Blonde uwarzono pierwszy raz w 1989 roku. Dzisiaj browar, który pozostał (na szczęście) browarem rzemieślniczym zatrudnia tylko 20 osób, a do jego najbardziej znanych trunków należą: Delirium, Campus i Floris.

Flagowa knajpa rozrosła się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Obecnie to już prawie przemysł. Kilka sal i barów przy Impasse de la Fidélité spokojnie pomieści kilkaset osób.

Około godziny 12-tej w Delirium nie ma jeszcze tłumów
W Delirium czasem można usiąść i wypić piwo w starej kadzi fermentacyjnej
Sufit i ściany to przekrój piw z całego świata
W gablotach można zapoznać się z historycznymi sposobami warzenia piwa

BAR

Sam bar w głównej sali wygląda imponująco. Ilość nalewaków wprost powala, a z każdego leje się “złoty nektar”. Tyle dobra na długości blatu…

Zaopatrzenie wygląda imponująco
Prawie jak w PRL – o 13-tej bar zaczyna tętnić życiem
Instalacja pod “parą”, a raczej pod ciśnieniem

Karta, jak wspomniałem oferuje około 2400 piw z ponad 60 państw świata. Znaleźć można też polskie piwa. Tzw. short-lista wisi nad barem i obejmuje głównie piwa z własnego browaru.

Poza własnymi piwami na pierwszej linii frontu – “trapiści”

PIWO

Stwierdziliśmy, że skupimy się na piwach od HUYIGHE. Od czego zaczęliśmy więc degustację…? Oczywiście od przypomnienia sobie sztandarowych produktów browaru czyli Delirium Blonde i Delirium Nocturnum.

Na początek: historia browaru w wersji blonde i dark

Delirium Blonde – górna fermentacja na wzór pilzneński, czyi czeski. Piwo o mocy 8,5% – zdradliwe, bo pije się go jak lekkiego lagera. Co do smaku – lekko zaskakuje i intryguje, gdyż dominują słodkie nuty owocowe. Pomimo, że nie lubię słodkości w piwie – w tym przypadku nie przeszkadzają mi, a wręcz dopełniają jego smak. Ocena – 4,0/5.

Delirium Nocturnum – w tym przypadku – poezja smaku ciemnego piwa; od goryczki przez czekoladę do ostrych nutek pieprzowych, ale na finiszu daje się wyczuć karmel. Również 8,5%. Ciemna, nieprzejrzysta barwa i drobnoziarnista piana (spodziewałbym się raczej bardziej gęstej). Dla mnie – jedno z najlepszych ciemnych piw, jakie przyszło mi spróbować. Ocena 4,5/5

Co jeszcze wybraliśmy..?

Campus Premium – 5% lager – lekki chmiel i słodowy aromat. Wyrób pilzneropodobny. Niestety na końcu wychodzi z niego pilznerowata goryczka, za którą nie przepadam. Ocena – 3,0/5.

Floris White – również 5%, ale tym razem witbier. W witbierach lubię połączenie słodkich, pszenicznych smaków z nutą cytrusów. Odpowiadają mi te, które zaczynają od słodkości a kończą na cytrusach. Pod jednym wszakże warunkiem, że nie są te cytrusy zbyt intensywne, a wręcz, jak to określam – miękkie, kolendrowe. I taki jest właśnie Floris White. Witbiery to belgijskie piwa pszeniczne, powstały w Brabancji, na wschód od Brukseli. Ten jest całkiem poprawny, nawet bardziej niż poprawny – 3,5/5 – to właściwa ocena.

Jeszcze jedna ważna informacja na temat belgijskiej tradycji piwnej, tam każde piwo pija się w odpowiednim dla siebie rodzaju szkła. Są szklanice dla lagerów, są również pucharki (pokale), które różnią się kształtem i wielkością. Tak też podawano nam poszczególne piwa w Delirium Cafe. Jeśli ktoś chce spróbować historii i współczesności belgijskiej tradycji piwnej niech odwiedzi Delirium Tremens w Brukseli. A jeśli już znajdzie swój ulubiony smak i aromat napoju bogów niech odwiedzi którąś z małych cafe.

ZAKOŃCZENIE – TROCHĘ HISTORII O PIWIE BELGIJSKIM

Pierwsi na terenie Belgii piwa warzyli oczywiście mnisi. Około 1100-ego roku zezwolono flamandzkim i francuskim opactwom na warzenie piwa. Ówcześnie bezpieczniej było pić piwo zamiast wody, której jakość pozostawiała – mówiąc eufemistycznie – wiele do życzenia. Po Wielkiej Rewolucji Francuskiej na tereny Belgii przybyli Trapiści, którzy już od 1685 roku w Normandii warzyli doskonałe piwa. W nowym klasztorze w Westmalle warzono piwo początkowo na własny użytek, od 1836 roku również na sprzedaż dla okolicznych mieszkańców. 15 lat później (1861) rozpoczęto masową sprzedaż klasztornego piwa. Dzisiaj na terenie Belgii działa 6 browarów trapistowskich, a ich piwa uznawane są za jedne z najlepszych na świecie. ACHEL, CHIMAY, WESTMALLE czy też WESTVLETERN będący świętym graalem browarnictwa to najważniejsze dla Belgów piwa. Warto spróbować też LAMBIEKA na dzikich drożdżach czy też KRIEKA z dodatkiem wiśni. Dla porównania z niemieckim witbierem można sięgnąć po jego flandryjskiego odpowiednika.

Belgijskie piwa odkryłem wiele lat temu po skosztowaniu DUVELA z browaru Moortgat. Warzony jest metodą górnej fermentacji w rodzaju belgian strong ale i zawiera około 8,5% alkoholu. Od tamtej pory jestem jego (i innych “belgów”) wiernym fanem, a życie bez belgijskiego piwa byłoby jakby smutniejsze…

BRUKSELA – NIE TYLKO FRYTKI, GOFRY I CZEKOLADA

Delirium Cafe to centralny punkt wizyty w Brukseli

Świętowanie urodzin zaczałęm od Brukseli (czytaj: http://7mildalej.pl/spacerem-przez-bruksele-10-godzin-w-stolicy-belgii/), a jeśli świętowanie w Brukseli, to oczywiście wspomnienie młodych lat: Delirium Tremens! Czy jest bardziej kultowe miejsce na świecie niż ta legendarna piwiarnia..? Pytanie pozostanie pewnie retoryczne.

Zanim jednak zajmiemy się wspomnieniem z tego przybytku rozpusty zajmijmy się innymi słabościami Belgów. Człowiek jest z natury sybarytą i hedonistą. Bruksela to miasto, które pozwala spełnić wszelkie zachcianki, a te kulinarne w szczególności!

La Grande Bouffe (“Wielkie Żarcie”) – tak brzmiał tytuł filmu filmu, który Marco Ferreri nakręcił w 46 lat temu. Nie licząc tego, że Bruksela to miasto… smerfów, to jest to mekka piwa, czekolady i frytek, ale nie tylko. Kuchnia belgijska zaskakuje bardzo pozytywnie i zaspokoi gusta nie tylko mięsożerców, ale też wegetarian.

Celem naszej wizyty było oczywiście wspomniane na wstępie DELIRIUM CAFFE, więc zmierzając pospiesznie w jego kierunku zatrzymajmy się na kilku przystankach z brukselskimi specjałami

FRYTKI BELGIJSKIE

Nigdzie frytki nie smakują jak w Belgii

Podobno Amerykanie przypisują sobie wynalezienie frytek. Nic bardziej błędnego. Francuzi też twierdzą, że to ich pomysł. Jeśli już ktoś wziął do ręki nóż i kartofla, to był to z pewnością Belg. Tezy, że Belgia to ojczyzna frytek obalić w żaden sposób się nie da. Ziemniak pokrojony w słupki i smażony pierwotnie w łoju wołowym miał swoje korzenie w Walonii. Tak już było, jest i będzie. Widzę frytki, myślę Belgia!

Być jednak w Brukseli i nie spróbować sztandarowego dania belgijskiej kuchni byłoby z mojej strony co najmniej faux pas. Jako, że czas nie pozwolił nam na poszukiwanie najlepszych frytek w Brukseli, to spacerując w okolicach Grand-Place i Giełdy Brukselskiej wybraliśmy pierwszy czynny lokal oferujący ten brukselski przysmak czyli FRITLAND. Olbrzymia porcja za stosunkowo niewielkie pieniądze: 3,70 EUR. Nie jestem fanem frytek, być może dlatego, że w Polsce rzadko trafia się po prostu smaczny produkt.

Te smakowały nieźle – były rzeczywiście chrupkie na zewnątrz oraz miękkie (maślane) w środku. Przyglądając się procesowi ich smażenia można było odnieść wrażenie, że były zgodnie z tradycją smażone dwa razy. Smak różnił się zasadniczo od polskich – nadmorskich. Natomiast czy były smażone w tłuszczu zwierzęcym, czy zwykłym oleju..? Na to pytanie już nie dam do końca jednoznacznej odpowiedzi. Frytki w bułce? Proszę bardzo. Frytki jak frytki, ale ilość sosów powaliła mnie już totalnie! W karcie było ich kilkadziesiąt! Co kto lubi, co kto chce.

GOFRY BELGIJSKIE

Podstawowa zasada – naucz się rozróżniać gofry z Brukseli od gofrów z Liege

W przypadku gofrów sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Zasadniczo istnieją dwa rodzaje gofrów zwanych tutaj waflami. Jeden z nich to gofr z Brukseli (gaufre de Bruxelles, lub Brusselse wafel), drugi natomiast, to gofr z Liege (gaufre de Liège, niderl. Luikse wafel). Ten ostatni zwany też gofrem cukrowym (suikerwafel).

Gofry z Brukseli są robione na bazie rzadkiego ciasta drożdżowego bez cukru, a więc z mąki pszennej, mleka, wody, jajek, drożdży i wanilii. Klasyczne brukselskie mają kształt prostokąta. Do gofrów z Liege oprócz tych wszystkich wyżej wymienionych dodaje się też granulki cukru perłowego zwane tutaj z flamadzkiego “parelsuiker”. Czy tak jest rzeczywiście, czy jest to zwykły cukier… nie miałem okazji sprawdzić. Kształt gofrów leodyjskich jest bardziej nieregularny, często owalny, a ich smak jest cięższy i słodki – zdecydowanie nie moja bajka.

Skoro mamy całą już nomenklaturę za sobą, to czas sprawdzić czym się różnią. Gofry, jak powszechnie wiadomo, je się… oczami, a belgijskie już szczególnie. Gofry je się tutaj ze wszystkim: czekoladą, owocami, cukrem pudrem, bitą śmietaną. Oprószane są każdym możliwym rodzajem posypki. Od samego patrzenia można dostać oczopląsu, a chwila zamawiania przeciąga się w nieskończoność.

CZEKOLADA BELGIJSKA

Czekolada belgijska to smak i jakość na najwyższym poziomie

W czym tkwi sukces belgijskiej czekolady? Odpowiedź jest prosta – w smaku! A smak, to jakość ziaren kakaowca. I tutaj koło się zamyka. Belgijskie czekolady i wyroby na jej bazie oraz ciasta z czekoladą są jednymi z najlepszych na świecie. Wszelkiej maści “czekolaterie” znajdziecie na każdym rogu. Piwa nie zapakujecie do cabin baga, czekoladę – tak, a naprawdę warto to przywieźć z Brukseli.

Czekoladowe pyszności przygotowywane są na Waszych oczach

BELGIJSKIE SPECJAŁY

“L’Arlequin” przy Rue des Bouchers – raczej niedoceniony w “recenzjach”

Wychodząc z DELIRIUM TREMENS wpada się w ulicę, którą ktoś kiedyś nazwał “brzuchem Brukseli”, czyli Rue des Bouchers. Skorzystaliśmy z restauracji L’ARLEQUIN i wybraliśmy dania typowe dla belgijskiej kuchni. A kuchnia belgijska to tak naprawdę dwa (przenikające sobą) światy: flamandzki i waloński. W ten sposób postanowiliśmy zapoznać się z całym światem kuchni belgijskiej.

CARBONNADE A’LA FLAMANDES

Z kuchni flamandzkiej wybór padł na CARBONNADE A’LA FLAMANDES – nic innego jak gulasz z wołowiny, ale gulasz to szczególny, bo duszony w ciemnym piwie. Do lepszej jakości wołowiny pokrojonej w grubą kostkę dodaje się ciemne piwo – oczywiście belgijskie. To wszystko zaciąga się ostrą musztardą francuską oraz… brązowym cukrem.

Carbonnade flamande spróbuję zrobić w swojej kuchni

Niektórzy dodają jeszcze do sosu jako naturalny zagęstnik – chleb. Kluczem do uzyskania słodko-gorzkiego smaku (takiego bitter) jest oczywiście obłędnie dobre któreś z belgijskich ciemnych piw. Gulasz z L’Arlequina w Brukseli smakował więcej niż poprawnie – mięso miękkie, sos o pożądanej gęstości, choć smak nie do końca był tak wyraziście słodko-gorzki, to należy danie uznać za smaczne. Post factum przeczytałem recenzje knajpy na googlach. Stanowczo za nisko oceniony przynajmniej według mnie. Również czas oczekiwania i obsługa mieściły w przyjętych standardach. Chyba w związku z małym ruchem otrzymaliśmy w gratisie piwo – belgijskiego lagera.

CHICONS AU GRATIN

Drugie danie – CHICONS AU GRATIN – czyli cykoria zawijana w szynce i zapiekana w serowym sosie beszamelowym była raczej wersją de lux w stosunku do tej widniejącej w karcie.

Chicons gratin to jedno z klasycznych dań kuchni walońskiej

Na czym polega smak tej potrawy – oczywiście na prawdziwym beszamelu z gałką muszkatołową oraz serze. W tym przypadku Belgowie wezwali na pomoc Szwajcarów. Klasycznie używa się sera szwajcarskiego Gruyere’a, ale także pożądany jest francuski Comte, produkowany w pobliżu granicy szwajcarskiej w okolicach Besançon. Aha… jeszcze jedno: cykorie. Te, których kosztowaliśmy były specyficznej odmiany – wąskie, prawie jak szparagi i w smaku zbliżonym do szparagów. Dla mnie nowość. Podana całość była zapieczona w olbrzymiej ilości serowego beszamelu. Pychotka. Tak i w tym przypadku L’Arlequinowi należy się więcej gwiazdek niż googlach. Knajpę – dania, obsługę, czas oczekiwania oceniłbym na 4,0.

No ale nie frytki, nie gofry, nie czekolada, ani nawet specjały belgijskiej kuchni były celem wizyty w Brukseli – clou programu stanowiło oczywiście piwo. Jeśli piwo, to:

DELIRIUM TREMENS

ale o tym już w następnym poście: http://7mildalej.pl/bruksela-mekka-piwa/

W Belgii piwo pija się w… cafe

SMAKI I AROMATY BRUKSELI ZAMIAST PODSUMOWANIA

Nie tylko “motocykliści są wszędzie”, w Brukseli wszędzie są: frytki, gofry i czekolada. Czym więc pachnie Bruksela..? Belgijska tradycja kulinarna to nie tylko frytki i czekolada, chociaż te specjały należy uznać za wyjątkowe. Zapach frytek, gofrów to zapach belgijskiej ulicy. Bynajmniej nie jest to zapach oleju, ale pociągający aromat.

Odkryciem były dania kuchni belgijskiej – gulasz flamandzki – coś nowego, co spróbuję przenieść do mojej kuchni. Zwykły polski, węgierski pörkölt, czy bawarski gulasz piwny już niejednokrotnie rządziły na naszym stole. Flamandzkiej carbonady przyznaję, że pomimo wizyt w Belgii, skosztowałem po raz pierwszy.

Endywie, czyli “chicony”, czyli cykorie pod beszamelem pełnym orzechowego sera były już ćwiczone w naszej kuchni ponad 10 lat temu, ale w wersji bez sera. Tym razem spróbujemy zapiec to w serze. Może już na dzisiejszą kolację…

Zresztą w belgijskiej kuchni znaleźć można mnóstwo pyszności: waterzooi (kurczak w rosole pod śmietaną), zupa belgijska (bardzo pożywna na wołowinie z cebulą, kapustą i jabłkiem), suflety z cebuli, zapiekane jabłka i wiele innych. Brabanckie kiszki znane są w zachodniej Europie, a owoce morza (słowo, którego nie lubię) – jak na przykład krewetki w pomidorach, to również belgijska tradycja kulinarna. Nic tylko lecieć i nie poprzestać na Brukseli.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • FRITLAND mieści się przy Rue Henri Maus 49 – czynny codziennie od 11.00 do 1.00 – 3.00 w nocy (w zależności od dnia tygodnia).
  • Z innych frytkowni chwalone są: MAISON ANTOINE w dzielnicy europejskiej, FRITERIE TABORA niepodal Grand-Place i wiele innych. Każdy znajdzie coś dla pod własne gusta.
  • Gofry znajdziecie praktycznie wszędzie, gdzie znaleźć te najlepsze..? Nie mam pojęcia! Miejska legenda niesie, że na przykład THE WAFFLE FACTORY na rogu Rue du Lombard.

ŚWIĘTA NA SZLAKU PIZZY I PASTY

Jak przeżyć kulinarnie Boże Narodzenie we Włoszech? Najlepiej podążając szlakiem pizzy i pasty! Kulinaria to przecież jeden z trzech filarów naszych podróży. Jedz, pij, zwiedzaj – co po włosku będzie brzmiało mniej więcej: mandziare, bere, esplorare!

Przez sześć dni we Włoszech (o podróży tutaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie/) sprawdzaliśmy gdzie w Rzymie można dobrze zjeść. Giro di Roma – tak nazwaliśmy nasz kulinarny tour po rzymskich trattoriach, restauracjach i barach. Allora! Cominaciamo la nostra pista! 

ETAP I – L’ANGOLO NAPOLI

Pierwszy etap – L’angolo Napoli – knajpka, leży w centrum Rzymu na rogu via Agostino Depretis oraz via Cesare Balbo, a nie na rogu Neapolu jakby nazwa sugerowała. Znajdziecie ją pomiędzy bazyliką Santa Maria Maggiore oraz Piazza Viminale.

Sale jadalne umieszczono na dwóch poziomach. Przy wejściu znajduje się oczywiście tradycyjny opalany drewnem piec do wypieku pizzy.

W sali na piętrze obowiązkowy ekran TV dla tifosi  (pl: kibiców) – bez tego urządzenia nie można sobie wyobrazić wielu włoskich knajp.

Menu typowo włoskie, a że postawiliśmy sobie za cel oczywiście klasykę la cucina italiana, to kulinarna uczta właśnie się zaczęła… od vino della casa.

Wersja rosso podana w zamykanej na ceramiczny korek butelce było jednym z lepszych vino da tavola, na jakie trafiliśmy jakie trafiliśmy w trakcie tego pobytu. Nie przesadzałbym z opisem jego bukietu, w końcu to tylko vino da tavola, ale rzeczywiście brak kwasowości, nuta leśnych owoców były fajnym uzupełnieniem podanych potraw. Można je również zamówić na wynos (a portare via) w firmowej butelce.

Zamówienie – 3x pasta 1x pizza – czyli: lasagne. Tym razem podana w fajny sposób, zapieczona z wierzchu, rozpływająca się w środku. Spróbowałem, jedna z lepszych.

Druga pasta – spaghetti carbonara – super! Klasyka na guanciale z pecorino. Wszystko zrównoważone i – zgodnie ze sztuką – oczywiście bez śmietany. Carbonara ze śmietaną to jak sex w skarpetkach jak mawiał klasyk.

Kolejna pasta – spaghetti amatriciana – przypadła mi w udziale – tak naprawdę było to bucatini (czyli grubsze spaghetti). Matriciana to sos składający się pomidorów (każdy region ma swoją odmianę), guanciale (rodzaj boczku, a raczej podgardla wieprzowego) oraz cebuli i sera pecorino. Moje danie było wyborne, bucatini oczywiście al dente, guanciale – smak i konsystencja bez zarzutu.

No i oczywiście pizza – crudo bianco. Długodojrzewająca szynka w wersji prosciutto di parma. Jedyna pizza w trakcie pobytu mająca zawinięte na grubo brzegi – ten zapach, ten smak… A wszystko przy udziale rozpływającej się mozzarelli bufana i lekko potraktowanej oliwą z oliwek.

Pierwsze wrażenia kulinarne z Rzymu jak najbardziej pozytywne. Knajpa spełniła nasze pierwsze oczekiwania, zarówno pasty jak pizza wszystkim smakowały. Olbrzymi plus za pełną listę alergenów oraz dania wegetariańskie. Serwis – uprzejmy i profesjonalny. Czas oczekiwania – w standardzie. Potrawy przywędrowały ciepłe. Restauracja w googlach oceniona na 4/5 (280 opinii) – w pełni podzielamy opinie, a za pasty i wino dałbym nawet wyższą notę.

ETAP II – CAFFE ARGENTINA (POD SZYLDEM TRATTORIA, PIZZERIA, LUNCH CAFFE)

Na drugim etapie ponieśliśmy niestety klęskę… Adres podam tylko ku przestrodze – omijajcie to miejsce: Largo delle Stimmate 16, czyli przy północno-wschodnim krańcu Largo Torre di Argentina.

O ile na zewnątrz i wewnątrz klimatycznie, a personel krząta się z właściwym sobie włoskim ni to pośpiechem, ni to lenistwem, to już to, co wylądowało na stole było szczególnie w moim przypadku było (totale) fallimento culinario.

Tym razem zdecydowałem się na risotto. W karcie dobrze wyglądało risotto con porcini (z prawdziwkami), więc zamówienie powędrowało w kierunku tej potrawy. Niestety, poza prawdziwkami, cała reszta było kompletnym nieporozumieniem, a ogólne wrażenie fatalne. Sos był bezsmakową wodą o lekkim zabarwieniu, ryż nie był z pewnością arborio czy też carnaroli. Przede wszystkim używa się do risotto takiego rodzaju ryżu, gdyż doskonale wchłaniają smak i aromat innych składników. W tym przypadku każdy z nich żył na talerzu oddzielnym życiem. Ocena 1/5

Inne, zamówione przez nas potrawy podam tylko z reporterskiego obowiązku. Pizza campagnola – o ile ciasto jeszcze ok, to już reszta czyli tzw. “góra” – kwintesencja pośpiechu. Niedbale rzucona rukola i jeszcze gorzej komponujące się z tym kawałki pomidorów to pełny obraz tego niechlujstwa. Nie tego spodziewam się po włoskiej pizzy. Ocena 2/5

Fettucine con funghi – makaron pewnie nie przypominał tego, co jako pierwszy zrobił w 1914 roku Alfredo di Lelio, ale przynajmniej całość w miarę się komponowała. Całość możemy ocenić na 3/5.

Ostatnia pasta to penne amatriciana. Jeżeli moja matriciana z “L’angolo Napoli” to 4/5, to tej paście nie dałbym więcej niż 2,5/5.

Wino nie rozpieściło nas swoim bukietem. Czas oczekiwania na potrawy mieścił się w normie, ale na rachunek czekaliśmy już masakrycznie długo. Obsługa nie zareagowała na uwagi odnośnie potraw. Doliczony “urzędowo” napiwek – 10% – uniemożliwił mi “wynagrodzenie” kucharza za tą porażkę. W googlach mają 2,4/5 – o 0,5 za wysoko. Jeśli odwiedzicie koty w Largo Torre di Argentina poszukajcie innej miejscówki na obiad.

ETAP III – L’AQUILA NERA

Wieczorem opanowało nas lenistwo i zamiast eksploracji dalekich zakątków miasta w poszukiwaniu świętego graala la cucina romana postanowiliśmy odwiedzić jeden z przybytków przy naszej ulicy. Lokal pod nazwą L’aquila Nera przy via Principe Amadeo 51 prezentuje oczywiście typową włoską kuchnię. Sama nazwa (pl: czarny orzeł) oraz wiszące nad wejściem logo nie myliły mnie jednak. Knajpa prowadzona przez Albańczyków.

Nie byłbym sobą gdybym nie spróbował w końcu czegoś z frutti di mare.

Spaghetti vongole jest co prawda potrawą, która swoje korzenie ma w Neapolu, ale rozlała się na całą Italię. Vongole, czyli małże mogą być veraci (duże) oraz lupini (małe). Smak tej prostej potrawy zależy oczywiście od smaku małży. Było poprawnie, ale rękawów nie urwało. Małże świeże, ale czegoś mi jednak zabrakło.

Smak włoskiej zupy – zuppa fagioli – w wersji romana nie ma nic wspólnego z zupami jakie jadałem w Trydencie czy Lombardii. Generalnie taka zasada panuje we Włoszech – im bardziej na północ, tym pożywniej. Logiczne – chłodniej i wyżej, więc więcej kalorii potrzeba człowiekowi. Rzymski jej odpowiednik jest płynny i daje się wyczuć nuty pomidora oraz papryki. Bez fajerwerków, ale też nie mam skali porównawczej innych fasolowych alla romana. Generalnie – preferuję fasolową z północy tego kraju.

Jeśli chodzi o pizzę, to dwa bieguny – ciasto OK, nawet bardzo poprawne. Nie suche, a miękkie, z przypieczonym brzegiem. Miała być con prosciutto – wyszło, jak na foto, dwa plastry szynki rzucone na wierzch i pokryte miękkim serem. Niestety clou tej pizzy, czyli szynka bardziej popsuła niż wydobyła smak pizzy.

Podsumowując L’AQUILA NERA zasługuje na ocenę 3,5/5. Obsługa miła, czas oczekiwania na potrawy standardowy, mieszczący się w granicach normy. Jedzenie było ogólnie poprawne. Jeśli na jednym biegunie znalazłyby się poprawne małże, to na drugim pizza. Ceny przystępne.

IV ETAP – DA TONINO (TRATTORIA BASSETTI)

Znam miejścówkę u Tonia – takim napisem powitała nas maleńka tawerna (Conosco un posticino… da Tonino).

W trakcie wigilijnego spaceru z Watykanu, pomiędzy Ponte Wittorio Emanuele II a Piazza Navona, natknęliśmy się niewielką rodzinną trattorię. Ciasne wnętrze, tłum nie tylko przy stolikach, ale też oczekujący na stolik, z czego 90% to Włosi. Zapowiadało się nieźle. A było..?

Karta bardzo prosta – ich specjalność to pasta. Będąc więc na szlaku pizzy i pasty – 4x pasta.

Zacznę od mojej pasty – pasta cacio e pepe – tak proste, a chyba jedne z najlepszych, jakie zdarzyło mi się zjeść we Włoszech. A czasu spędziłem w tym kraju, że… ho, ho (jakby powiedział św. Mikołaj). To u Tonina, w tej maleńkiej trattorii było prawie ideałem. Dwoma składnikami – czarnym grubo zmielonym świeżym pieprzem i pecorino romano – kucharz wyciągnął takie smaki i aromaty z tego dania, że zapragnąłem powtórzyć to w domu. Dla mnie bomba – 5/5!

Jednym z dań kuchni laziale (czyli z regionu Lacjum, inaczej mówiąc – z regionu Rzymu) jest pasta gricia. W tym przypadku było to penne alla gricia. Makaron penne wynaleziono gdzieś na południe od Rzymu. Jeśli jest rowkowany, jak ten na zdjęciu, to zwą go penne rigate. Jeżeli gładki, to chyba penne lisce… (mogę się mylić). Jak przygotowuje się tradycyjne penne gricia? Guanciale – rodzaj boczku, a raczej długo dojrzewającego w soli oraz pieprzu podgardla/policzka wystarczy pokroić w niewielkie słupki i podsmażyć. Następnie ugotować (al dente) makaron (oprócz penne popularne jest spaghetti oraz bucatini), a część wody z gotującego się makaronu przelać na patelnię z boczkiem i dodać do tego makaron. Co nam daje taka operacja..? Pełną symbiozę pasty i mięsiwa. Tak też była zrobiona gricia “da Tonino”. Do tego znowu starte pecorino romano i mamy niebo w gębie, czyli il cielo nella bocca! Kolejny majstersztyk w tej maleńkiej kanjpce.

Fettuccine, a raczej fettuccelle z mięsnym ragu – szalenie aromatyczne i cudowe w smaku.

Penne pesto – spróbowałem tylko kilka kęsów, ale też niczego mu nie brakowało. Zawsze mnie zastanawia smak pesto w Polsce i smak pesto we Włoszech.

Un posticino… da Tonino, to kultowe miejsce dla mojego podniebienia. Nie wyobrażam sobie, będąc w Rzymie, nie zjawić się tam ponownie. Kolejny raz potwierdziła się zasada – proste wnętrze, ceraty na stole, rodzinny biznes z tradycją. Krótkie menu, ale całe serce włożone w każdą potrawę. Moje kubeczki wyszły totalnie zadowolone. Ceny nie zrujnują portfela, a vino della casa z dzbaneczka również ma swój smak. Czy jest coś, co można zapisać na minus..? Tak – fakt, że trattoria czynna jest tylko od 12.00 do 19.00 i to z przerwą… Ale dobro luksusowe podobno musi być limitowane.

NIESPODZIANKA W “LA CASA DI AMY”

Tymczasem po powrocie do hotelu zastaliśmy niespodziankę. W każdym pokoju na gości czekał świąteczny prezent – butelka prosecco oraz tradycyjna, włoska wigilijna babka. Che sorpresa! Jakież to miłe i niosące ze sobą długofalowe, pozytywne wspomnienia z pobytu w hotelu.

V ETAP “KRÓLEWSKI” – LA CENA DI NATALE

Kolejna z odwiedzonych knajp musiała być królewska – to była wigiljna kolacja (la cena di Natale). Problem zaczął się już wieczorem. Włosi zamykają sklepy, restauracje i zasiadają do wieczornej kolacji wigilijnej. Różnica jest między innymi taka, że robią to znacznie później niż nakazuje polska tradycja. U nich standardem jest biesiadowanie od godziny 20-tej, u nas w wielu domach nawet od 16-tej (czego nigdy nie byłem w stanie zrozumieć). Zamknięte 90% restauracji to olbrzymi problem, a w wielu tych, co są czynne menu wigiljne to wydatek od 60 EUR do 270 EUR (!) oczywiście za osobę. Wyższa cena niejednokrotnie obejmuje również bożonarodzeniowy obiad.

Wracając do hotelu i oglądając zamykające się wrota kolejnych gastronomicznych przybytków stwierdziliśmy, że nie będziemy ryzykować dalekich wypraw w poszukiwaniu wigilijnej strawy. Niestety miejsc jak na lekarstwo, a przed jednym ristorante pod mało włoską nazwą Elettra kolejka na 30 minut stania; dobrze, że wieczór ciepły. Po ominięciu znacznej części kolejki zostaliśmy zaproszeni do środka – tu pewnie pomogła moja “niekwestionowana” znajomość la lingua italiana, a tak naprawdę blond włosy i kreacje moich kobiet. Zanim usiedliśmy otrzymaliśmy szampana – nigdy jeszcze tak nie zaczynałem kolacji wigilijnej, ale nie odmówiliśmy tej “włoskiej tradycji” 🙂 Tak więc zaczynaliśmy kolację wigilijną, podczas gdy niektórzy w kraju już łykali po niej rapacholin…

Wigilia bez ryby to nie wigilia, więc talerz “morskości” był dobrym opcją. Okoń morski, czyli labraks udawał karpia, krewetka robiła za rybę faszerowaną, a kałamarnica była substytutem pierogów. Trzeba sobie radzić na obczyźnie.

Inni woleli jednak dochować nowej, wyjazdowej tradycji bożonarodzeniowej. Z wigilijnych potraw wybrali: pizza con prosciutto parma, bardzo dobra, na cienkim cieście, z rozpływającym się w ustach serem…

…oraz lasagna – tym razem zapieczona w ceramicznej miseczce – inna niż w L’Angolo Napoli, ale równie smaczna.

Jeśli wigilia, to musi być wino. Wzięliśmy butelkę syraha, czyli sziraza z lokalnych winnic z regionu Lazio – Willa Simone . Kolor – głęboki, kwasowość – średnia. W bukiecie dało się wyczuć nuty wiśni. Jak do kolacji – można polecić, ale nie porywa.

Kolacja wigilijna musi trwać, ilość potraw musi się zgadzać, więc zaczęliśmy następny jej etap – słodkości. Zacznijmy od gelato al tartufo – kulki kawowego lodu z orzechową posypką oraz nadzieniem z czarnych trufli. Na ogół nie zamawiam deserów – nie jadam słodkości, ale atmosfera świąt na obczyźnie sprawiła, że się zapomniałem i… nie żałowałem.

Tiramisu na sposób “rzymski”. Choć deser ten został wymyślony około 60 lat temu, a przyznają się do niego i Wenecja, i Florencja, i Siena, to przyznam, że taką wariację na jego temat widziałem po raz pierwszy. Nie próbowałem, więc zacytuję opinię tego, kto jadł: “doskonały”.

Na finisz było jeszcze tiramisu bez serka mascarpone, czyli mus czekoladowy – też podobno smaczny.

Nasz wyścig wyjechał z historycznego centrum Rzymu , a jego kolejna odsłona miała miejsce w Ostiense:

VI ETAP – DA NOANTRI (AL 41)

Na początku był głód. Głód wziął się z faktu, iż w Boże Narodzenie niewiele jest czynnych jadłodajni. Na dodatek nie kursowały pociągi do Ostii, więc nie mogliśmy się nałykać nawet nadmorskiej bryzy… Tak więc głód wypędził nas na via Ostiense 41. Tam znaleźliśmy Ristorante Da Noantri.

Trafiliśmy na świąteczne menu, ale a la carte – w normalnych cenach. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że tych dań na co dzień w karcie nie ma. Niestety pierwsze wrażenie popsuła obsługa… Zamawiając nasze dania próbowaliśmy zamówić do tego wino, a kelnerka próbowała nam wcisnąć butelkę markowego (oczywiście droższego) zamiast karafki domowego. Na dodatek odradzano nam za wszelką cenę tą tańszą opcję, próbując wcisnąć najdroższą butelkę jak była karcie win. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z wina, a kelnerka strzeliła włoskiego focha. Nie mniej to co nam podano było rzeczywiście warte pozostania. Zresztą nie mieliśmy innego wyjścia, wszystko było zamknięte. Wnętrze było świątecznie przystrojone i sprawiało ciepłe i sympatyczne wrażenie.

Z tego co było warte zapamiętania, to: gnocchi di patate con ragu in bianco l’agnello. Ziemniaczane minikopytka w towarzystwie ragu z białej jagnięciny – szkoda, że to tylko danie świąteczne. Całość doskonale skomponowana smakowo, a gnocchi bezbłędne w swojej konsystencji. Do tego zaostrzony aromat poprzez pecorino. Poezja smaku.

Fettuccine carciofi, guanciale e pecorino – na nasz równie piękny język brzmi to następująco: karczochowe fetucine z boczkiem i serem pecorino. Kolejne kulinarne mistrzostwo, które podbiło nasze podniebienia. Niby zwykły makaron z boczkiem, ale karczoch nadał mu miękkości w smaku i nuty, którą nazywam “zieloną”.

Po wizycie w Da Noantri pozostały pozytywne wrażenia. Wyszliśmy zadowoleni, a na koniec ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z właścicielem. Za jedzenie 4,5/5.

Ostatnie etapy naszego kulinarnego rajdu rozegrały się w Ostii.

ETAP VII – ANTICO TRAIANO

Na deptaku (via Lucio Coilio 28) znaleźliśmy lokal dobrze oceniony w google (4,3/5). Już z zewnątrz Antico Traiano wygląda zachęcająco. W środku tłum ludzi i bogata karta. Skusiliśmy się więc na ostatnią kolację tej podróży.

Zaczynamy od czegoś da bere; tym razem nietypowo – vino bianco, a skoro zaczęliśmy święta na szlaku pizzy i pasty, to tak też zakończymy. Pierwszy rzut: Tonnarelli alla gricia tartufata. Gricia, tyle, że poza tradycyjnymi składnikami: guanciale, pieprzem, pecorino dorzucono krem z trufli. Pecorino, tym razem starte na grubej tarce, powoli rozpływało się na talerzu delikatnie zaostrzając potrawę. W ten sposób w mej głowie do dzisiaj wybrzmiewa pytanie – gdzie zjadłem najlepszą pastę: w Da Tonino czy w Antico..? Jedno i drugie było genialne, doskonale skomponowane, z przenikającymi się wzajemnie smakami. Coś wspaniałego.

Fettuccine all’uovo con vero ragu alla bolognese – druga pasta równie w swym smaku pełna poezji.

Pizza toscana w całkowicie innym wydaniu – z wyglądu calzone, ale wyszła raczej klasyka na grubym cieście z wysoko zawiniętymi brzegami. Taka oto ciekawostka kulinarna.

Na koniec burger traiano – jak wygląda włoski burger – jak poniżej. Z cyklu zaskoczenia: zamiast tradycyjnej bułki – pinsa romana czyli coś, co przypomina focaccię. Ciasto miękkie i chrupiące, wyrabiane ze specjalnej mąki. Dodatkowo formaggio fuso, czyli swoisty ser topiony. Burger liczył sobie 300 g – czyli był słusznej wielkości.

Antico Traiano było doskonałą klamrą spinającą nasz nietypowy świąteczny stół anno domini 2018. Nietypowy, bo składający się głównie z pizzy i pasty. Ocena tej restauracji w google jak najbardziej zasłużona. Trzyma poziom, obsługa również miła, aczkolwiek trochę zaganiana. Czas oczekiwania na potrawy i rachunek – bez zastrzeżeń.

W ten sposób dotarliśmy do ostatniego etapu – etapu przyjaźni:

VIII ETAP (PRZYJAŹNI) – SPIAGGIA 🙂

Było na bogato, było też na luzie. Nigdzie pizza*) i prosecco nie smakują, jak na plaży! Słońce, szum morza, lekka bryza, błekit nieba. Oprócz czegoś na ząb dostarczymy organizmowi również witaminy D3 oraz jodu. A także czegoś totalnie bezcennego – spokoju i odpoczynku…, czego każdemu w święta Bożego Narodzenia życzę!

*) pizza bufala pochodziła z Ost Friendly Food. Najlepsza pizza na wynos w Ostii

PODIUM

Patrząc z perspektywy czasu i właściwego już dystansu mogę pokusić się o mój subiektywny ranking potraw. The winner is…

1st place – Tonnarelli alla gricia tartufata (team ANTICO TRAIANO)

2nd place – Pasta cacio e pepe (team POSTICINO DA TONINO)

3rd place – Gnocchi di patate co ragu in bianco l’agnello (team DA NOANTRI)

Specjalne wyróżnienie: Lasagna (team: L’ANGOLO NAPOLI)

W kategorii drużynowej:

1st place – UN POSTICINO DA TONINO (Rzym)

2nd place – ANTICO TRAIANO (Ostia)

3rd place – L’ANGOLO NAPOLI (Rzym)

Specjalne wyróżnienie: LA SPIAGGIA (plaża)

Szlak pizzy i pasty pokonaliśmy bezbłędnie, bez żadnej kontuzji. Każdy etap pokonaliśmy uczciwie. Mieliśmy olbrzymie szczęście trafiając prawie za każdym razem na doskonałą kuchnię. Da Tonino czy też w Antico kubeczki wręcz oszalały. Większość tych miejsc możemy z całą odpowiedzialnością polecić.

Kuchnia włoska to jedna z moich ulubionych. Jest oczywiście znacznie bogatsza niż tylko pizza i pasta, ale takie mieliśmy tym razem założenie. Trochę monotematyczne, jakby niektórzy rzekli. Mieliśmy też na celu poszukiwanie nowych smaków do odtworzenia we własnej kuchni. Na pewno takie znaleźliśmy, na pewno je sprawdzimy, a kulinarnym sukcesem podzielimy się na vlogu.

Poza pamięcią smaku i wspomnieniem atmosfery rzymskich trattorii zdobyliśmy jeszcze jedną cenną rzecz – doświadczenie, które zamierzamy wykorzystać w przyszłości – więcej takich świąt Bożego Narodzenia.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Jadąc na Boże Narodzenie do Włoch pamiętać należy, iż podobnie jak u nas wiele restauracji i sklepów może być w tych dniach zamkniętych. To samo dotyczy komunikacji miejskiej – znaczne ograniczenia i przerwy dadzą się we znaki.
  2. W wielu knajpach na stole może już oczekiwać chleb i woda – zawsze płatne.
  3. Radzę patrzeć w kartę, również w menu, które jest na zewnątrz restauracji – sprawdzicie czy doliczony został obowiązkowy serwis, który wynosi od 1 EUR do 2 EUR za osobę.
  4. Nie spotkaliśmy w żadnej knajpie tzw. coperto, czyli popularnej niegdyś opłacie za nakrycie; w wielu regionach Włoch uznaje się ją jako niezgodną z prawem, ale powyższe dwa punkty doskonale ją zastępują – cóż – życie nie znosi próżni…
  5. Koszt pizzy lub pasty w Rzymie w dobrej miejscówce – od 8 EUR do 12 EUR.
  6. W Ostii – “Ost Friendly Food” serwuje naprawdę bardzo dobrą bufalę na wynos (a portar via) za 7 EUR.
  7. Vino della casa do obiadu od 6-7 EUR za karafkę.