PEREŁKI MAJORKI

Majorka – (nie)odkryte królestwo piękna

Perełki Majorki. Największa wyspa Balearów to nie tylko plażing. Czy to w ogóle jest możliwe..? Na wyspie znanej jako wakacyjny i urlopowy cel połowy Europy..? Jak to zwykle bywa… Czasem wystarczy zejść z uczęszczanych szlaków i odkryć oczywiste piękno oraz pozbyć się tłumów okupujących każde wolne miejsce. Utarta opinia o Majorce – mekkce plażingu oraz baringu nie do końca odzwierciedla charakter tej pięknej śródziemnomorskiej wyspy.

Największa z Balearów liczy sobie ponad 3.600 km2, a wystarczy opuścić imprezowe nadmorskie kurorty i pojechać w głąb wyspy. Ciągnące się w północno-zachodniej części wyspy pasmo gór zwane Serra de Tramuntana zaskakuje pięknem. Przepiękne widoki, wąskie górskie drogi, z których wiele wiedzie nad równie przepięknym wybrzeżem. Najwyższy szczyt – Puig Major wznosi się na wysokość 1.445 m.n.p.m. Jeśli do tego dodamy fakt, że w linii prostej w leży on tylko 3 kilometry od wybrzeża, to mamy wyobrażenie piękna tej części wyspy.

W Palmie godne uwagi jest oceanarium, a więc po jego porannym odwiedzeniu (więcej: https://palmaaquarium.com) udajemy się na zwiedzanie majorkańskiego interioru.

VALDEMOSSA – NIESPEŁNIONA MIŁOŚĆ CHOPINA

Niecałe pół godziny jazdy samochodem od Palma de Mallorca wjeżdżając w Serra de Tramuntana wciśnięta w wąską dolinę leży Valdemossa.

W piękną pogodę z Valdemossy widać Palmę

Fenomen Valdemossy – miasteczka z jednej strony obleganego przez turystów, a z drugiej epatującego swoistym spokojem jest dla mnie zagadką. Z pewnością wizyta w Valdemossie to miła odmiana od tłumów na wybrzeżu wyspy. Ze względu na historię tego miejsca język polski jest, jak mi się wydaje drugim najczęściej słyszanym, po hiszpańskim oczywiście.

Zimą na przełomie 1839 oraz 1840 roku, Fryderyk Chopin wraz ze swoją paryską przyjaciółką – George Sand odwiedził Majorkę. Celem było podreperowanie wątłego już zdrowia. Przypłynęli na wyspę licząc przede wszystkim na kojącą piękną pogodę, ale zima tego roku była deszczowa i wietrzna. Na dodatek celnicy w Palmie “aresztowali” jego fortepian i żądali cła w wysokości prawie połowy wartości instrumentu. Jakby tego było mało, ze względu na chorobę kompozytora, zostali również wyrzuceni przez właściciela pensjonatu, w którym się zatrzymali.

Upamiętnienie Chopina w ogrodach klasztoru

Ostateczne schronienie na kilka tygodni pobytu na Majorce znaleźli w prawie opustoszałym ówcześnie klasztorze kartuzów. Ponieważ XIX-wieczni Majorkańczycy byli raczej konserwatystami, to “dziwna” para z Paryża nie przypadła im do gustu. Oboje byli poddawani społecznemu ostratyzmowi. Niewątpliwie właśnie te przeżycia spowodowały, że Chopin napisał w Valdemossie swoje 24 najpiękniejsze preludia. W Valdemossie znajduje się największa, po Warszawie, kolekcja jego twórczości. Podczas gdy ówcześni mieszkańcy miasteczka nie pałali miłością do Chopina i jego towarzyszki, dzisiaj raczej są dumni z faktu, iż gościli jednego z największych światowych kompozytorów.

W celach klasztoru kartuzów Fryderyk Chopin spędził zimę 1839/40

Chopinowskie muzeum mieści się w celi klasztoru kartuzów będącego największym zabytkiem miasta. Graniczy z Palau del Rei Sanç, czyli pałacem króla Sancho I, który z kolei był fundatorem miasta. Dzisiaj na terenie pałacu i klasztoru w sierpniu organizowany jest festiwal szopenowski. We wnętrzach zaś mieści się muzeum poświęcone naszemu kompozytorowi.

Klasztor kartuzów to główna atrakcja miasta

VALDEMOSSA – POŁUDNIOWA SJESTA

Druga strona Valdemossy to przede wszystkim wszechogarniający spokój. Poczucie południowej sjesty dominuje, puste uliczki sprzyjają leniwym spacerom. I to właśnie urzekło w tym majorkańskim mieście.

Nasłonecznione stoki Serra de Tramuntana oto właśnie Valdemossa

Trafiliśmy na lokalne święto plonów – podobnie do naszych, swojskich dożynek. Klimat jakby podobny, ale myślę, że nawet znacznie bardzie celebrowany.

Dożynkowe dekoracje w Valdemossie

Wystarczy odejść od głównych atrakcji i znajdujemy się w środku śródziemnomorskiej sielanki.

Valdemossa – z dala od turystycznych szlaków
Valdemossa – z dala od turystycznych szlaków

DEIA – MIEJSCE, GDZIE POWSTAWAŁY DZIEŁA ROBERTA GRAVESA

Deià to nawet nie miasteczko, a wręcz wioska położona stokach masywu Puig de Teix. Urokliwa górska mieścinka znana jest przede wszystkim z domu Roberta Gravesa. Angielskiego pisarza urzekło piękno lokalnych gór i majorkański klimat. Zresztą pochowano go w Dei, na miejscowym cmentarzu. Tutaj stworzył swoje największe dzieła – powieści: “Ja Klaudiusz” oraz “Klaudiusz i Messalina”.

Od lat 60-tych XX wieku urokowi okolic poddało się wielu artystów. W Dei natchnienia szukali Pablo Picasso, Mike Oldfield czy nawet Mick Jagger. Wielu mieszkańców Dei jest obcokrajowcami, a swoje domy w okolicy mają Michael Douglas oraz Richard Branson.

Deià – malowniczo położona u stóp masywu Puig de Teix

Przede wszystkim nie dziwię się im. Kilka godzin spędzonych w tym miasteczku sprawia, że człowiek znajduje się jakby w świecie alternatywnym. Dookoła czuć klimat artystycznej bohemy. Knajpki, w których pija się kawę, wino czytając książki… Wąskie strome uliczki prowadzą do zbocza pasma gór z jednej strony, a z drugiej można nimi zejść na Cala Deya – miniaturową, kamienistą plażę.

Deia – ukwiecona w sierpniowym słońcu

Jest tutaj coś kojącego, uspokajającego zmysły. Nikt się nie spieszy, czy mieszkańcy, czy turyści… Wydaje się, że czas się zatrzymał, chociaż jesteśmy w pędzącym XXI wieku…

Czyż nie jest tu pięknie..?

PERŁY MAJORKAŃSKIEGO WYBRZEŻA

Połączenie gór i morza potrafi dać wspaniałe efekty. Są to takie “pocztówkowe” widoki, które cieszą oglądających. Północno-zachodnie wybrzeże daje w rezultacie symbiozę gór i morza. Połączenie niewątpliwe niezapomniane, i taką właśnie Majorkę będę pamiętał.

Na drodze pomiędzy Valdemossa a Deia warto zatrzymać się przy Son Marroig. W miejscu, w którym habsburski książę Ludvig Salvator nabył w 1867 roku ziemie, dziś znajduje się muzeum. Rzec by można przede wszystkim – muzeum poświęcone pierwszemu ekologowi i hipisowi Majorki. A może nie tylko Majorki, ale też świata. Książę Ludvig kochał przyrodę i dbał o nią wyprzedzając nawet dzisiejsze czasy. Dlatego też na jego terenach nie wycięto ani jednego drzewa, nie zabito żadnego dzikiego zwierza. A całą wiedzę spisał w 6000-stronicowym dziele zatytułowanym “Wyspy Balearów”.

Punta Prima widziana właśnie z Son Marroig

Dalsza podróż drogą Ma-10 w kierunku Banyalbufar również niesie ze sobą przepiękne widoki.

Gdzieś przed Banyaalbufar
Okolice Banyalbufar – widok z Torre de Verger w kierunku Snat Elm
Okolice Banyalbufar – widok z Torre de Verger w kierunku Port Soller

Za Banylabufar znajdziecie ruiny wieży strażniczej z XVI wieku – Torre de Verger (czasami zwanej też Torre de Ses Animes). Można więc wspiąć się na szczyt baszty (ostatnie piętro po drabinie) i szukać pirackich galeonów zmierzających ku wyspie. Sorry… jesteśmy już w XXI wieku, a nie XVI.

Torre de Verger w całej okazałości

Na południowo-zachodnim krańcu Majorki znajduje się Mirador Del Cañón Islas Malgrats. Miejsce idealne przede wszystkim do podziwiania zachodów słońca. Nie tylko można, ale nawet trzeba zaliczyć taki spacer będą gdzieś w okolicach Santa Ponsa o noclegu w Santa Ponsa – czytaj tu: http://7mildalej.pl/aparthotel-na-majorce/.

Sunset na Mirador Del Cañón Islas Malgrats
Sunset na Mirador Del Cañón Islas Malgrats

INNA TWARZ MAJORKI

Wyspa niesie ze sobą atrakcje nie tylko dla miłośników plażingu i niekończącej się zabawy. Patrząc jednak na jej piękno i ciszę w miejscach, które jak się wydaje powinny być oblegane można odnieść wrażenie, że wielu przyjezdnych zadowala się tylko słońcem, plażą i drinkiem. Tak też można, ale czasem warto wyrwać się z nadmorskiego tłumu i podziwiać (prawie) w samotności przepiękny zachód słońca. Fajne było to, że wieczorny spacer z butelką wina na jakiś wspaniały punkt widokowy pozwalał rozkoszować się taką chwilą w pełni – bez obecności innych. Tych kilka miejsc, to nie wszystkie, ale na pewno są to perełki Majorki.

¡Salud!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Odcinek Palma de Mallorca – Valdemossa to zaledwie ok. 20 kilometrów – mając na uwadze nawet drogi (wąskie, kręte) wystarcza ok. 20-30 minut.
  • Parkingi w Valdemossie nie są drogie, można parkować również na ulicy – ok. 1 EUR za 1h.
  • Ciężko zaparkować w Dei – to miasteczko jest jak japoński hotel kapsułowy – ale wszędzie można dojść per pedes.
  • Na objazd zachodniego wybrzeża wystarczy jeden dzień, a wygospodarować można nawet 1h na słodkie dolce far niente na jednej z uroczych małych i niejednokrotnie pustych plaż.
  • Stacje benzynowe znajdziecie w miastach i tylko przy głównych drogach, ale wyspa nie jest wielka – 100 km z jednego na drugie wybrzeże nie pozwoli wracać o pustym baku.

PALMA – STOLICA MAJORKI

Już sama nazwa stolicy największej z wysp Balearów rodzi pytanie… Palma czy Palma de Mallorca…? Podobno to piętnaste na świecie najliczniej odwiedzane miasto przez turystów. W rankingu (2018) jest zaraz za tajlandzką Pattayą, a wyprzedza włoski Mediolan. 9,3 mln odwiedzających musi robić wrażenie, zwłaszcza, że mówimy o mieście, które liczy 200 km2 powierzchni i ponad 400 tysięcy mieszkańców. Teoretycznie powinno mnie to odrzucić od wtopienia się w ciągnący się ulicami tłum. Być jednak na Majorce i nie odwiedzić Palmy..?

Wracając do nazwy – nikt z miejscowych nie używa nazwy Palma de Mallorca. W lokalnym obiegu funkcjonuje więc nazwa Palma. Również oficjalna, obowiązująca od grudnia 2016 roku nomenklatura, mówi o stolicy Balearów jako o Palmie. Ale to tylko takie rozterki lingwistyczne.

LA SEU – NAJDŁUŻSZA BUDOWA ŚREDNIOWIECZNEJ EUROPY

Palma położona jest nad zatoką, na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy. Z Santa Ponsa do Palma de Mallorca autobus jedzie około 30 minut. Zwiedzanie stolicy wyspy zaczynamy od katedry – Catedral de Mallorca. Piękna i majestatyczna, zwana również La Seu gotycka budowla robi wrażenie już na zewnątrz. Położona na niewielkim wzgórzu jest również doskonale widoczna nie tylko od strony morza, ale również – jak się przekonałem – również ze pokładu samolotów.

Ciekawostką jest fakt, że jest to chyba najdłużej budowana katedra Europy – powiedzmy, że może się ścigać o… palmę pierwszeństwa w tym aspekcie z barcelońską Sagrada Familia. Budowę katedry rozpoczęto w 1229 roku, a jej poświęcenie w 1601 roku wcale nie było zwieńczeniem prac, które jeszcze ciągnęły się około 20 lat. 400 lat to niezły wynik. Pamiętajmy jeszcze, że w 1851 La Seu doświadczyła trzęsienia ziemi, co natchnęło ówczesne władze do jej face liftingu. Jakby nie patrzeć Jakub I, które zaczął jej budowę nie przypuszczał, że będzie to najdłuższa sakralna budowla Europy.

La Seu – widok od strony morza

Katedra położna na niewielkim wzgórzu, doskonale widocznym z portu, stanowi klasyczny, rzekłbym, przykład gotyku śródziemnomorskiego. Wrażenie niezapomniane, acz już skomercjalizowane.

Największa z witrażowych rozet nad wejściem do katedry

Jedną z cech charakterystycznych są olbrzymie rozety, z których największa ma średnicę ponad 13 metrów, a jej powierzchnia liczy ok. 100 m2. Trzeba przyznać, że spora… Również główna nawa świątyni licząca sobie 44 metry wysokości zalicza się do najwyższych w Europie. Wyższa znajduje się tylko w Beauvais, mieście, które znane jest wielu podróżującym z low-costowego lotniska obsługującego Paryż.

Od domniemanego czasu zakończenia budowy katedry w 1601 roku, doczekała się ona licznych modyfikacji. Jej wnętrza to zasługa również Antonio Gaudiego, który w XIX wieku dołożył swoją cegiełkę do jej wnętrza.

Fontanny w Parc de la Mar

Pomiędzy katedrą a brzegiem morza rozciąga się Parc de la Mar – ze sztucznym jeziorem ozdobionym fontannami i pięknie podświetlonym w wieczornej scenerii. Idealne miejsce do leniwego spaceru i ochłody w upalne dni.

SPACER ULICZKAMI PALMY

Oddalając się od La Seu uliczkami Palmy natkniemy się na polski akcent – Plaça de Frederic Chopin. Niedaleko stąd do Plaça de Cort – miejsca, gdzie przede wszystkim kwitnie życie towarzyskie o wszelkich porach dnia i nocy.

Plaça de Cort

Jak dla mnie jedyną wartą uwagi było tam stare drzewo oliwne. Pewnie nie pamięta czasów oliwki w Starym Barze w Montenegro, ale w pięknie nie ustępuje absolutnie.

Stare drzewo oliwne na jednym z placów w Palma de Mallorca

Spacer uliczkami Palmy w sierpniowym słońcu ma tę niezaprzeczalną zaletę, że pozwala odetchnąć od otaczającego skwaru. Zabudowy starej Palmy to kamienice i wąskie uliczki, które dają trochę cienia, a położenie miasta na morskim brzegu niesie ze sobą lekką, orzeźwiającą bryzę.

Typowa zabudowa starej Palmy

Kilka minut spaceru i znajdujemy się na najważniejszym z rynków Palma de Mallorca – Plaça Major.

Plaça Major

Plaça Major to oczywiście, jak nazwa wskazuje, główny plac w mieście. Zbudowany na prostokątnym rzucie otoczony jest kamienicami o żółtych elewacjach. Dzisiaj okupują go głównie lokalni artyści oferujący, w bardzo skomercjalizowanej opcji nakierowanej oczywiście na turystów, swoje artefakty. Poza tym trochę barów i kafejek…

Jedna z licznych rzeźb, których w Palmie znajdziecie wiele

Jako, że czas naglił, jeżeli takie zjawisko w śródziemnomorskim klimacie w ogóle istnieje, kierowaliśmy się ku Estació Intermodal – głównej stacji kolei, metra oraz autobusów jeżdżących po mieście i okolicach. Przed stacją oczywiście kolejna “placa”, czyli Plaça d’Espanya. Tym razem oczywiście z uhonorowaniem jednej z najważniejszych osób w historii miasta – Jakuba I Zdobywcy (Jaime I el Conquistador). To właśnie jemu zawdzięczamy odbicie Majorki z rąk Maurów, za co został koronowany na króla Majorki, a chwilę później podbił również sąsiednie wyspy: Minorkę oraz Ibizę.

Pomnik króla Jakuba I Zdobywcy

Dla fanów meteo – na Plaça d’Espanya znajdziecie też zabytkowy barometr i termometr. Warto podejść na chwilę.

NA ZAKOŃCZENIE

Palma de Mallorca nie zrobiła na mnie jakiegoś oszałamiającego wrażenia – miasto o dość bogatej historii, dzisiaj czerpie zyski głównie z turystyki. Nie zwiedziliśmy wszystkich ważniejszych “sehenswürdigkeiten”, ale też niewiele tego tam znaleźć można. Ot, takie przyjemne, fajnie zlokalizowane śródziemnomorskie miasto. Jeden dzień w zupełności wystarczy. Na tak na pewno: katedra La Seu oraz Parc de la Mar. Reszta bez szału. Aczkolwiek być na Majorce i nie być w Palmie…

KILKA CHWIL W BERLINIE

Berlin dla mnie był, jest i będzie miastem szczególnym. Spędziłem w nim wiele wspaniałych dni. Pozostanie dla mnie tym miastem, które urzekło mnie swoją swoją różnorodnością. Jest jakby miastem kompletnym – pod każdym względem. No… może zimą brakowało mi śródziemnomorskich klimatów, ale jednak życie – zarówno dzienne i nocne będące mocną stroną stolicy zjednoczonych Niemiec chociaż częściowo wynagradzało braki słońca. Więc tym razem krótko – Kilka chwil w Berlinie – kulinarnie i patetycznie.

O Berlinie mógłbym pisać godzinami. Każda dzielnica ma swój specyficzny klimat i urok, każda ma też swój jasny i ciemny charakter. Chcecie najlepszego kebaba w Niemczech – jedź na Mehringdamm do Mustafy. Regierungsviertel zaoferuje dotyk niemieckiej państwowości, Wannsee da Wam poczucie relaksu (i najlepszej Kartoffelsalat, jaką zdarzyło mi się zjeść). Zwolennicy zadym, zwanych Krawalle nie ominą ulic Kreuzbergu. Można wymieniać w nieskończoność. W końcu, jeśli ktoś chciałby tanio lecieć, choćby za ocean, nie ominie lotniska Tegel. Zimą natomiast doświadczycie atmosfery bożonarodzeniowych jarmarków niemniej wspaniałych i kolorowych niż te w Bawarii lub Wirtenbergii.

Można wymieniać w nieskończoność. W końcu, jeśli ktoś chciałby tanio lecieć, choćby za ocean, nie ominie lotniska Tegel. Zimą natomiast doświadczycie atmosfery bożonarodzeniowych jarmarków niemniej wspaniałych i kolorowych niż te w Bawarii lub Wirtenbergii.

Tym razem musiałem zadowolić się tylko kilkoma wolnymi chwilami. Okolice Tiergarten są mi znane doskonale, tam też zatrzymałem się na kilka chwil w Berlinie. Gdy w odległej młodości zaczytywałem się w książce Christiny F. “Dzieci z dworca Zoo”, byłem już po wizycie w dzielnicy, która stanowiła odbicie literackich wspomnień autorki. Dzisiaj, choć okolice dworca trochę ucywilizowano, to wciąż jeszcze zapach zioła jest nieodłącznym elementem lokalnego folkloru.

CURRYWURST TIERGARTEN

Wysiadasz z autobusu 109 lub X9, który przywiózł Cię z lotniska Tegel, albo wysiadasz z pociągu, który dowiózł Cię na Tiergarten Bahnhof i zastanawiasz się co dalej zrobić…? Nie ma lepszego momentu na zapoznanie się z niemiecką kuchnią i street-foodem! Zaraz przy dworcu znajdziecie Curry 36, która uraczy Was jedną z ulubionych przekąsek nie tylko Berlińczyków, czy też Niemców, ale też amatorów ulicznego jedzenia z całej Europy czyli legendarnym currywurstem.

Berliner Klassiker – Currywurst

Niemiecki street-food to właśnie historia currywursta. Pierwsze kiełbaski z curry podawała Herta Heuwer, która ewakuowała się z Prus Wschodnich do Berlina. Upiekła, a może usmażyła wieprzowe kiełbaski i przyrządziła sos ze składników podarowanych przez żołnierzy z brytyjskiej strefy okupacyjnej. Ten pierwszy, który niemiecka restauratorka przygotowała, składał się z ketchupu, curry oraz sosu Worcestershire. A działo się to podobno 4. września 1949 roku w Berlinie. Dziesięć lat później Frau Heuwer opatentowała swój wynalazek i nazwała go “chillup”, a następnie wynajęła lokal przy Kaiser-Friedrich-Straße 59, gdzie do 1974 roku prowadziła z sukcesem swoją knajpę. Obecnie tradycje currywursta przejęło między innymi CURRY 36, z którego wiedzy, umiejętności i doświadczenia skorzystałem. Odnaleźć może się każdy – klasycznie z bułką, lub po angielsku z frytkami. Można trafić na każdą niemiecką kiełbaskę – białą, wieprzową, mieszaną. Dazu (do tego) otrzymacie dowolny dodatek. Polecam koniecznie z ulubioną niemiecką kapustą!

KUCHNIA WŁOSKA CZY BERLIŃSKA…

Jedno, co dla fana Włoch, a także włoskiej kuchni było dla mnie w Berlinie wspaniałe, to włoskie restauracje. Bywałem w różnych miastach Europy, ale włoskie jedzenie w Berlinie jest jednym z najlepszych poza granicami Italii. Wiele lat temu na Tempelhofie odkryłem knajpę zwaną TRATTORIA TOSCANA – kilku dań, które tam podawano, nie wstydziłyby się najlepsze znane mi knajpy Rzymu, Mediolanu, Genui czy Neapolu.

Przy Meinekestrasse niedaleko Ku’dammu odkryłem RISTORANTE ARLECCHINO. Tym razem na stół wjechała między innymi pasta, konkretnie tagliatelle z wołowiną i kurkami. A wszystko w sosie grzybowo-pomidorowym. Coś wspaniałego. Jedna z lepszych past jakich przyszło mi spróbować poza Italią.

Tagliatelle z Arlecchino można polecić z czystym sercem i… podniebieniem

Niemniej naszą uwagę przykuł jeszcze sposób przyrządzania serowego spaghetti z truflami. Wielki blok parmigiano reggiano (lub grana padano) wydrąża się w środku a następnie zalewa wysokoprocentowym alkoholem i podpala, a następnie intensywnie miesza zeskrobując ser z wewnętrznych ścianek bloku dodając pastę z trufli.

“Flambirowanie” parmezanu

W kolejnym etapie dodaje się spaghetti i nadal intensywnie miesza.

A wszystko to na oczach oczekujących klientów…

Pozostaje więc już tylko nałożyć tak przyrządzoną pastę na talerze!

Bellisimo e gusto!

Zapach i aromat niósł się po całej knajpie, więc nie omieszkam następnym razem, jeśli będę miał sposobność, zamówić tego najprostszego z dań. Prostota w kuchni potrafi pozytywnie zaskoczyć.

LEGENDA BERLIŃSKIEGO KEBABA

Tam gdzie Tempelhof spotyka się z Kreuzbergiem, z południa na północ prowadzi ulica zwana Mehringdamm. Pod numerem 32 znajdziecie jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą w tej części Europy kebabownię. MUSTAFA’S GEMÜSE KEBAP. Niestety kolejka przed budką na Mehringdamm 32 sprawia, że tym razem jestem zmuszony zrezygnować z legendy street-foodu. MUSTAFA oferuje dwa rodzaje kebaba: z kurczaka oraz vege. Jeśli chodzi o wersję mięsną, to zaserwują Wam w bułce, albo durum. A co w środku..? Standardowo: cebulka, pomidor, sałata, ogórek, ale również kartfofel. Natomiast niestandardowo – am Ende – biały ser solankowy – wygląda jak feta, ale w smaku bardziej przypomina sery bałkańskie.

Kolejkę przed Mustafą należało liczyć w kwadransach – co najmniej 3-4. To co można zrobić, to pojechać sześć stacji U-bahną w kierunku Mariendorfu i wysiąść przy Westphalweg. Przy samym wyjściu ze stacji metra jest niewielki turecki imbiss-bar BASILEUS PIZZA & BIRGüL DöNER. I jest to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza z kebabowni Tempelhofu i Mariendorfu.

Adres wart zapamiętania: Mariendorfer Damm 64

Proste wnętrze, kilka stolików, jednoręki bandyta, TV – sprzęty i akcesoria typowe dla tureckiego baru, jakich wiele. Tym niemniej, od swojej pierwszej wizyty w Basileus, jest to niezmiennie jedno z moich ulubionych miejsc na street-foodowej mapie Berlina.

Bar jakich wiele..?

Podawany tam kebab jest jednym z najlepszych w Berlinie. Ten na cieście – durum jest doskonale przyrządzony. Mięso – świeże i dobrej jakości, podobnie warzywa. Wielkość również odpowiednia, tak, że można zaspokoić głoda 😉

Jeden z moich ulubionych kebabów

BERLIN – TROCHĘ NAJNOWSZEJ HISTORII…

Słowa te piszę w 9. listopada – dzień dla Berlina i jego mieszkańców nie tylko symboliczny, ale również ważny. Tego dnia, w roku 1989, upadł mur berliński (Berliner Mauer). Nic nie stało na przeszkodzie, aby przejść za “żelazną kurtynę”. Zimnowojenny podział miasta przeszedł do historii. Historia muru i jego zburzenia to również historia podziału i zjednoczenia Niemiec.

Jeśli zacząć zwiedzanie tego fragmentu miasta, to należy udać się metrem (U6) na Kochstarsse. Tam, przy Friedrichstarsse, odnajdziecie Checkpoint Charlie. Miejsce znane z historii, gdyż mieściło się tam jedno z przejść granicznych pomiędzy Berlinem wschodnim i zachodnim. Przejście było dostępne tylko dla tzw. nie-Niemców. Amerykanie opuścili ostatecznie ten punkt kontrolny dopiero w 1991 roku. Dzisiaj punkt graniczny stanowi atrakcję turystyczną, a wokół kwitnie typowy dla takiego miejsca przemysł gadżetowy.

Niegdyś miejsce pilnie strzeżone, dzisiaj atrakcja turystyczna

Powyższe zdjęcie ma też już swoją wartość historyczną. Niedawno, w październiku 2019 roku, władze miasta zakazały przedstawień z “żołnierzami amerykańskimi”. Każdy mógł sobie zrobić zdjęcie, każdy mógł otrzymać pieczątkę w paszporcie z amerykańskiej (i nie tylko) strefy okupacyjnej.

Mur Berliński miał około 156 kilometrów długości, do dzisiaj pozostało niewiele jego fragmentów. Najdłuższy znajdziecie przy stacji metra U8 przy Bernauer Strasse, najmniejszy natomiast przy Liesenstrasse. Ten najbardziej znany znajduje się natomiast przy Niederkirchnerstrasse – w pobliżu Checkpoint Charlie.

Fragment Berliner Mauer przy Niederkirchnerstrasse

Nieopodal znajduje się okryty ponurą sławą budynek, w których mieściła się siedziba Gestapo oraz SS. Odnaleźć tam można dzisiaj wystawę Topografia Terroru.

BERLIN PATETYCZNIE…

20-minutowa piesza wycieczka doprowadzi do jednych z najbardziej znanych budowli Berlina: Bramy Branderburskiej, Reichstagu oraz Pomnika Holokaustu.

Pomnik holokaustu zwany też pomnikiem pomordowanych Żydów w Europie (Denkmal für die ermordeten Juden Europas lub Holocaust-Mahnmal) stanowi 2711 betonowych bloków ustawionych geometrycznie na obszarze 1,9 ha nieopodal Bramy Brandenburskiej. Najwyższe stele mają ponad 4 metry wysokości, a pomiędzy nimi labirynt przejść o szerokości około 1 metra. Pomnik to dzisiaj również największe niemieckie muzeum holokaustu.

W 2005 roku plac przy Ebertstrasse zamienił się w monumentalny pomnik holokaustu

Bramę Brandenburską (Branderburger Tor) zna prawie każdy. Pomimo, że znana jest głównie z czasów wojennych, to w 1791 roku, była przede wszystkim symbolem pokoju z okazji zakończenia wojny siedmioletniej pomiędzy Francją a Prusami. Dzisiaj stanowi symbol zjednoczenia Niemiec.

Pamiętam z lat 80-tych XX wieku, że nie było wtedy żadnych szans na przejście pomiędzy jej kolumnadą. Brama znajdowała się na ziemi niczyjej, na terenie muru berlińskiego, pomiędzy jego wschodnią i zachodnią granicą. Po 30 latach od upadku muru tak się oto prezentuje od strony dawnego Berlina Wschodniego…

Za bramą – Straße des 17. Juni – ulica Berlina Zachodniego nazwana dla upamiętnienia powstania w Berlinie wschodnim w 1953 rku.

a tak od strony Berlina Zachodniego…

Za bramą – Unter den Linden – w latach 80-tych najbardziej prestiżowa ulica wschodniej części miasta

Reichstag znajdziecie go pomiędzy (nie takim już nowym) Haupbahnhofem, a Bramą Brandenburską. Wybudowany w latach 1884-1894 w noerenesansowej formie jest od roku 1998/99 siedzibą niemieckiego Bundestagu. Udostępniony do zwiedzania przyciąga turystów głównie swoją górującą nad budynkiem szklaną kopułą. Czasy gdy można było tam po prostu wejść głównym wejściem niestety minęły. Czy bezpowrotnie.? Przyszłość pokaże… Dzisiaj należy się zarejestrować i przejść odpowiednią procedurę, a jeszcze 12 czy 15 lat temu było prościej oraz przyjemniej.

DEN DEUTSCHEN VOLKE napis poświęcony niemieckiemu ludowi pojawił się na gmachu w 1916 roku

Wracając na Ku’damm nie sposób nie zauważyć charakterystycznej dla dzielnicy Charlotenburg budowli kościoła Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche. ten ewangelicki kościół został zbombardowany przez aliantów w listopadzie 1943 roku (“dziwne”, bo według goebelsowskiej propagandy nie było w tym czasie żadnych nalotów na Niemcy). W wyniku publicznej dysputy zdecydowano, że zniszczona główna wieża pozostanie jako symbol antywojenny.

KILKA SŁÓW O BERLINIE

Kilka chwil w Berlinie to stanowczo zbyt krótki czas na to aby zwiedzić miasto, ale wystarczający aby poczuć atmosferę miasta i powrócić do niego. Zwiedzałem to miasto w czasach, gdy jeździłem do Niemiec biznesowo, i w czasach, gdy mieszkałem w tym mieście. Dla mnie Berlin ma wartość nie tylko sentymentalną, ale również odkrywczą. Berlin uczył mnie otwarcia na świat, na różnorodność, na innych ludzi. To miasto, to nie tylko niemiecki Ordnung, to miasto to również wspaniałe życie nocne, ale o tym oraz innych stronach stolicy Niemiec, może w (niejednym) następnym odcinku… sorry – poście,

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA – KILA LINKÓW

WEEKEND W HARRACHOVIE – CZEMU NIE…

Czeskie Karkonosze

Majówka w Czechach…? Może weekend w Harrachovie… To nie tylko dobra opcja dla mieszkańców Wrocławia. Dojazd jest całkiem przyjazny, nawet z Warszawy odległość prawie 500 km nie powinna być problemem. W lipcowy 2014 roku pakujemy się, siadamy w auto i za niecałe 5 godzin wysiadamy po czeskiej stronie Sudetów. Cel: Harrachov!

Harrachov to pierwsza miejscowość zaraz za przejściem granicznym w Jakuszycach, zaledwie 4 kilometry od granicy. W XVII wieku zostaje założona tu wieś o nazwie Dörfl. Niedługo później wieś trafia w ręce szlacheckiego rodu pochodzącego z Dolnej Austrii i zmienia nazwę na Harrachsdorf. Nazwę swą bierze oczywiście od nazwiska rodu Harrachów. Harrachowie pisali historię nie tylko austriacką, ale również czeską, słowacką, a także węgierską. Nie tylko odległą historię, ale również tę najnowszą. Péter Harrach pełnił rolę ministra rządu węgierskiego w latach 1998-2002, a także kilkukrotnie wiceprzewodniczącego węgierskiego parlamentu.

Harrachov, to niewielka miejscowość. Jeśli już tam dotrzecie, to można zostawić samochód na hotelowym parkingu, a na zwiedzanie miasta i okolic udać się na własnych nogach.

Droga 01021 ciągnie się wzdłuż miejscowości

Poza okolicznymi szlakami górskimi jest kilka miejsc, w które z pewnością warto dotrzeć. Spróbujemy je wypunktować, a zaczniemy od pierwszego odwiedzonego:

1. ČERT’AK

Čerťák to nie tylko górujące nad miasteczkiem wzniesienie, na które wiedzie malowniczy szlak, ale przede wszystkim kompleks skoczni narciarskich. 1.020 m.n.p.m. to niewiele, a warto wejść, chociażby dla pięknej panoramy miasta i okolicznych gór.

Čertova Hora znaczy tyle, co Czarcia Góra
Widok z Čertovej Hory

Punkt konstrukcyjny skoczni na Čert’aku mieścił się na 185 metrze, co predysponowało ją do zaliczenia do tzw. skoczni mamucich. Jej rozmiar, czyli tzw. hill-size ulokowano natomiast na 205 metrze. Ciekawostką jest fakt, że była to skocznia naturalna, której tory zjazdowe umieszczono na zboczu góry, a nie była wynikiem wyrafinowanej myśli konstrukcyjnej.

Nie tylko lata świetności tej, wybudowanej w 1980 roku, skoczni mamy już za sobą, ale również jakiekolwiek zawody czy treningi nie są już tam organizowane. Po około 35-tu latach rozgrywania zawodów pucharu oraz mistrzostw świata nadszedł dzień 15. marca 2014 roku. Ostatnie rozegrane zawody – Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich wygrał Severin Freund, a 5. miejsce padło łupem Kamila Stocha.

Čert’ak w lipcu 2014 roku
Widok ze skoczni na Harrachov

Z kibicowskiego punktu widzenia przypomnę tylko kilka interesujących faktów:

  • Na skoczni dwa razy triumfował Adam Małysz (13-14.01.2001 roku), a 8.01.2011 roku zdobył trzecie miejsce.
  • Rekordzistą skoczni jest Matti Hautamäki – 214,5 m (9.03.2002); rekord wyrównał Thomas Morgenstern w 2008 roku.
  • 18. lutego 1983 roku czeski skoczek Pawel Ploc ustanowił rekord Świata skacząc na odległość 181 metrów; dzisiaj w Harrachovie były skoczek prowadzi pensjonat i restaurację pod nazwą PAVEL PLOC PENSION RESTAURANT.
  • 13. lutego 2013 roku Jurij Tepeš skoczył 220 metrów, ale niestety skoku nie ustał.

Niestety od roku 2014 mamut na Čerťáku niszczeje. Skocznia, z tego co pamiętam, znajdowała się co prawda w kalendarzu FIS, ale za każdym razem odwoływano planowane zawody. W 2017 roku powstał komitet reaktywacji obiektu pod nazwą “na mamuta”. Miejmy nadzieję, że uda im się przywrócić skocznię do życia.

2. MUMLAVSKE VODOPADY

Mumlava to niewielka górska rzeka o długości około 12 kilometrów, która przepływa przez Harrachov i stanowi dopływ Izery. W odległości około 2 kilometrów od centrum miasta w kierunku wschodnim znajdują się Mumlavské vodopády.

Mumlavské vodopády
Mumlava tworzy 10-metrową kaskadę

Rzeka, w dolinie zwaną Mumlavský důl tworzy liczne kaskady, z których największa ma 10 metrów wysokości. Zresztą cała trasa jest malowniczo położona wzdłuż rzeki i widoki są przepiękne.

Mniejsze kaskady na Mumlavie
W porze letniej Mumlava przypomina bardziej potok niż rzekę
Wzdłuż rzeki znajdziecie “tarasy” widokowe
Mumlava w Harrachovie

W knajpce, znanej jako “Srub U Lišáka”, a którą znajdziecie nieopodal vodopadów zjadłem chyba najlepsze w Czechach knedle z jagodami… Nie prawdopodobnie, a z pewnością istna poezja smaku. Z czeskim piwem smakują wybornie.

Knedlíky s borůvkami

Zresztą… wszystkie knedle (z piwem) smakowały tam wspaniale!

Klasyka czeskiej kuchni

3. HORNICKE MUZEUM

Nieopodal południowej ścieżki wiodącej do Mumalvskich vodopadów znajdziecie lokalne muzeum górnictwa. Niestety było nieczynne – wcześnie jest zamykane. Już w 1947 roku podjęto prace wydobywcze, ale złoża były eksploatowane przede wszystkim w latach 1957-1992. W kopalni wydobywano rudy kwarcu, barytu, fluorytu oraz baleny. Z ponad 21 kilometrów chodników wydobywczych do zwiedzania udostępniono trasę o długości ponad 1 kilometra.

Hornicke muzeum to historia kopalni rudy w Harrachovie

4. BOBOVA DRAHA

Gdy już zmęczą nas okoliczne trasy i zapragniemy powrotu do miasta, to możemy skierować swoje kroki nad drugą z rzek zwaną Kamenice. Tam znajduje się Bobova draha czyli tor saneczkowy, na którym można poszaleć w również w letnie dni.

Tor – da Wam z pewnością ponad 1000 metrów frajdy z jazdy. 38 metrów różnicy przy średnim nachyleniu 6%, a przede wszystkim 17 zakrętów w doskonały sposób łączy adrenalinę z radością. Miejsce z pewnością warte odwiedzenia.

Chwila rozrywki na letnich bebslejach

5. MINIBROWAR I HUTA SZKŁA “NOVOSAD A SYN”

Kiedy wrócimy już z górskich spacerów albo wyszalejemy się na “bobovce” możemy zaspokoić nasze zmysły w jeszcze jednym fantastycznym miejscu. Przy wjeździe do Harrachova znajduje się założona jeszcze przed rokiem 1712 rokiem huta szkła.

Jednym z najciekawszych miejsc w hucie jest bezsprzecznie szlifiernia szkła funkcjonująca do dzisiaj w oparciu o metody sprzed 300 lat. Urządzenia i maszyny nadal napędzane są turbiną wodną. W hucie znajduje się minibrowar, w którym godne uwagi są dwa artefakty:

  • ciemne piwo – Čerťák oraz…
  • lager František

obydwa, jak mówią Czesi, “dvanáct-ki”. Doskonałe, a może sobie również vzít pryč (na wynos) w czteropaku. Niestety nie zachowały mi się żadne foty z wizyty w hucie, ale szkło, które nabyliśmy w hucie, w przeciwieństwie do piwa, od wielu już lat jest namiętnie używane.

WRAŻENIA Z HARRACHOVA

Ta niewielka mieścina położona na wysokości 700 m.n.p.m. – pierwsza w Czechach po przekroczeniu granicy w Jakuszycach jest z pewnością dobrą miejscówką nawet na krótki weekendowy wypad nie tylko dla mieszkańców Dolnego Śląska, ale wydaje się, że również dla tych mieszkających dalej.

Co mnie urzekło poza sezonem narciarskim..? Z pewnością brak tłumów oraz… ceny. Harrachov na weekend to dobra opcja, jeśli ktoś zapragnąłby się wyciszyć i pooddychać górskim powietrzem. Nie ma może tam zbyt wielu atrakcji, ale weekend z pewnością da się spędzić zarówno relaksacyjnie, jak też aktywnie. Jeśli ktoś lubi czeską kuchnię i tradycyjne czeskie piwo, to również się nie zawiedzie.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Dojście do Mumlavskich Vodopadów – najlepiej – szlakiem niebieskim z centrum Harrachova w kierunku schroniska Labská bouda lub żółtym szlakiem . W pobliżu znajduje się schronisko Mumlavská bouda a także restauracja “Srub U Lišáka”. Droga ta jest częściowo asfaltowa wzdłuż północnego brzegu Mumlavy – w przeciwieństwie do leśnej ścieżki po południowej stronie rzeki.
  • Więcej o letnim torze saneczkowym przeczytacie przede wszystkim tutaj: http://www.bobovka.cz
  • Nie powinno być problemów z zakwaterowaniem nawet “last minute” – hoteli i pensjonatów jest wystarczająca ilość (jak na letnią porę) i znajdzie się coś na każdą kieszeń.
  • Zimową porą Harrachov zamienia się w narciarski kurort. Nie byłem, nie wypowiadam się, ale bywalcy mówią, że tym bardziej warto odwiedzić to miasteczko.

VERONA – 4 GODZINY DO ODLOTU

Verona – Piazza delle Erbe

W Weronie zaczęła się nasza czerwcowa, włoska przygoda, w Weronie też zakończyła. Wracając znad Lago di Garda nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Verona musi poczekać na inną okazję, bo kilka godzin to czas zbyt krótki, aby zapoznać się z tym pięknym miastem. Jednakże najsławniejszy balkon świata zdążyliśmy zobaczyć.

VILLAFRANCA AIRORT

Lotnisko Villafranca (VRN) nosi imię Valerio Catullo. Patrząc z punktu widzenia Werony jako miasta poezji i miłości patron nie mógł być inny jak ten pochodzący z Verony rzymski poeta znany szerzej jako Katullus. Port lotniczy znajduje się na południowy wschód od miasta. Pas startowy dzieli z bazą włoskich sił powietrznych.

Port Lotniczy Verona-Villafranca widziany od strony płyty postojowej

Lotnisko obsługuje prawie 3,5 miliona pasażerów rocznie. Posiada jedną drogę startową o długości ponad 3.000 metrów. Zarówno przyloty, jak też odloty znajdują się w jednym długim parterowym budynku. Zaletą jest szybkość poruszania się, wyjścia do miasta, natomiast minusem ciasnota na odlotach. Brak jest rękawów, dlatego też boarding odbywa się za pośrednictwem lotniskowych autobusów. Samochodem dojazd z centrum miasta zajmuje nie więcej niż 15-20 minut. Do miasta można dotrzeć autobusami linii nr 199 (na stację kolejową) oraz nr 164 (na Piazza Bra). Orientacyjny czas dojazdu – ok. 30 minut. Na lotnisko dotarliśmy liniami AIR DOLOMITI; o wrażeniach z lotu tymi liniami czytaj tutaj: http://7mildalej.pl/air-dolomiti-recenzja-z-lotu/

Do Werony docieramy niecałe 4 godziny przed odlotem do Frankfurtu. Czasu nie będziemy więc mieć zbyt wiele, a jeszcze trzeba oddać auto w lotniskowej wypożyczalni. Ustalamy krótki plan – balkon, ścisłe centrum, koloseum i standardowo: zapoznanie się z lokalną kuchnią.Parkujemy na parkingu przy Tribunale di Verona. Miejscówka dobra, jak wszystkie zresztą, które są poza Porta Nuova czy też Porta Palio. To praktycznie już centrum miasta.

CASA DI JULIETTA

W niedzielne, czerwcowe popołudnie miasto wygląda prawie na wymarłe. Podczas spaceru z Tribunale di Verona do Domu Julli spotykamy co najwyżej kilku spacerowiczów. Dla tubylców to godzina obiadowa, ale gdzie się podziali turyści tak tłumnie odwiedzający to romantyczne i piękne miasto?

W takich warunkach to ja lubię zwiedzać… prawie jak ghost city!

Będąc w Weronie i nie zobaczyć najsłynniejszego balkonu świata…? Fikcyjny balkon, fikcyjnej panny rozsławiony przez Williama Shakespeare’a, który nigdy nie odwiedził Werony. Średniowieczna historia tragicznej miłości Julii Capuleti oraz Romeo Montecchi sprawiła, że Werona pojawiła się na mapie najbardziej romantycznych miast świata. Wykorzystali to Włosi w latach międzywojennych, kiedy to w domniemanym domu rodziny Capuletich dobudowano balkon, który stał się miejscem pielgrzymek zakochanych i nie tylko.

Jeśli ulice miasta były puste, to XIII-wieczna kamienica uznana przez wyznawców kultu Romea i Julii była oblegana bardziej niż sklep z pralkami za czasów słusznie minionych.

Balkon Julii w Casa di Julietta przy via Capello

Wyjaśniły się więc pustki na ulicach miasta. Wszyscy chyba turyści byli przede wszystkim tłoczyli się w bramie kamienicy przy via Capello 23. Istna wieża Babel. W wejściu do kamienicy całe ściany zapisane są oraz oblepione są karteczkami z miłosnymi wyznaniami i pragnieniami zakochanych z całego świata.

Na ścianie kamienicy przy via Capello ludzie chyba sobie drabiny podstawiali żeby wyznać miłość

Co ciekawe, miłość to największa siła świata, więc mamy na tych ścianach wyznania również międzygatunkowe, a w szczególności do ukochanych… klubów piłkarskich!

Na dziedzińcu kamienicy stoi też posąg Julii Capuleti. Podobno potarcie jej piersi ma przynosić szczęście w miłości. Stąd też jest to najbardziej wypolerowana część jej pomnika. Miliony rąk głaskały te piersi w nadziei, że będzie to zbawienne dla ich miłości i uchroni ich to przed tragicznym losem patronki. Zakrawa to prawie na religię 🙂

Posąg najsłynniejsze 14-latki świata

PIAZZA DELLE ERBE

Dużo mniejszym powodzeniem cieszy się natomiast domniemany dom partnera Julii – Romea. Mieści się on przy via Arche Scaligere 2. Niestety nie da się zagiąć czasoprzestrzeni i do odlotu pozostały niewiele ponad trzy godziny. Casa di Romeo musi poczekać.

Swoje kroki kierujemy ku spotkaniu z lokalną kuchnią, bez tego żadem wyjazd nie byłby pełen. Wrażenia z kuchnia di Verona pozostały na kubeczkach smakowych na długo. W związku z tym, że bigoli oraz tagliolini były wyśmienite, to kulinarna strona Werony będzie miło wspominana. Z pastami werońskimi zapoznaliśmy się w LOCANDINA CAPELLO: http://7mildalej.pl/kulinarna-wedrowka-dookola-gardy/ nieopodal Piazza delle Erbe.

Piazza delle Erbe to najstarszy plac miasta, powstał w miejscu starożytnego forum romanum. Ślady po rzymskim rynku można znaleźć już na via Capello.

Wykopaliska archeologiczne – czemu nie..?

Plac wyłożony jest marmurowymi płytami.

Piazza delle Erbe – widok od strony południowo-wschodniej

Na środku znajduje się Fontanna Madonna Verona – najstarszy, gdyż pochodzący z 1368 roku, zabytek placu. Zwieńczenie północnej pierzei placu to z kolei 84-metrowa Torre dei Lambretti.

Torre dei Lambretti

Jedną z najpiękniejszych rzeczy na Piazza delle Erbe są freskowane fasady budynków. Wiele wieków temu Werona była zwana “pomalowanym” miastem. Część tych malowideł pozostała na ścianach. I właśnie te freski były dla mnie najpiękniejszą stroną tego placu.

Typowe dla Werony freskowane elewacje kamienic na Piazza delle Erbe

PIAZZA BRA

Piazza Brà to największy plac Werony. Zorganizowany na planie trapezu z zadrzewionym skwerem w jego centrum, przy którym usytuowanym pomnikiem króla Wiktora Emanuela II. Jedną z jego pierzei zamyka starożytny amfiteatr – Arena di Verona, zwieńczenie kolejnej stanowi Comune di Verona, czyli miejski ratusz. Od strony południowej dostrzec można mury miejskie zaprojektowane przez Viscontiego w XIV wieku.

Skwer na Piazza Brà

ARENA DI VERONA

Amfiteatr w Weronie to jedna z największych tego typu budowli we Włoszech. Zbudowany w I wieku naszej ery funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Arena di Verona jest również trzecim pod względem wielkości, po rzymskim koloseum i amfiteatrze w Kapui niedaleko Neapolu. Natomiast jest jedynym, który do dnia dzisiejszego jest wykorzystywany użytkowo. Jeden z najsławniejszych festiwali operowych świata, organizowanych od 1913 roku, ma miejsce między innymi w werońskim amfiteatrze.

Arena di Verona

Początkowo walki gladiatorów mogło oglądać w nim 30.000 widzów, dzisiaj eventy oraz koncerty jest w stanie obserwować nie więcej niż 15.000. Trzeba wspomnieć, że dwie kondygnacje zachowały się w stanie pierwotnym. Reszta uległa poprzez wieku zniszczeniu. Ale tylko te dwie kondygnacje to 44 rzędy siedzeń na widowni.

Niestety nie starczyło już czasu na zwiedzenie werońskiego koloseum

Gdyby nie trzęsienie ziemi w XII wieku moglibyśmy podziwiać również trzecią kondygnację amfiteatru.

PODSUMOWANIE

Verona – 4 godziny do odlotu… a miasto przecież piękne. I znowu pozostanie niedosyt. Nie ma szczęścia u mnie. Wiele lat temu również byłem w nim tylko przejazdem. Może kiedyś, w przyszłości poświęcę chociaż weekend na uporządkowanie swoich wspomnień i uda się choć weekend spędzić zatracając się w uporządkowanym labiryncie uliczek średniowiecznego centrum jednego z piękniejszych miast włoskiej północy.

Werona nie jest też miastem, które może Cię pochłonąć na wiele wizyt. Starówka jest dość mocno kompaktowa, na jej zwiedzanie jeden dzień w zupełności wystarczy. Drugi dzień można przeznaczyć na Castelvecchio i jedno z muzeów, lub dokładniejsze zapoznanie się z Areną. Weekend to czas optymalny, aby wczuć się w klimat miasta i skosztowanie lokalnej kuchni oraz “leżakowanych” plonów okolicznych wzgórz porośniętych winoroślą. A pamiętać trzeba, że pobliskie okolice to znana apelacja Valpolicella, która słynie z włoskich czerwonych win!

Bardziej niż zatłoczona kamienica przy via Capello zachwyciły mnie romantyczne uliczki miasta literackiej miłości. Spacerując po ich bruku można poczuć się mieszczaninem średniowiecznej Werony.

Romantyczne uliczki stanowią o klimacie miasta
Kościół San Fermo Maggiore

Właśnie ten dyskretny urok średniowiecznych kamieniczek i uliczek starego centrum miasta stanowi o uroku Werony. Zagłębiając się w tereny wewnątrz miejskich murów poprzez jedną z licznych bram, jak chociażby poniższa Porta Cittadella, można na spacerze nimi spędzić długie godziny.

Ilość zachowanych murów miejskich oraz bram jest imponująca

Od przyjazdu mieliśmy 4 godziny do odlotu. Ponad 3 godziny wystarczyły tylko na pobieżne zapoznanie się ze średniowiecznym centrum miasta. Miasto tak nas pochłonęło, że na lotnisku zameldowaliśmy się niewiele ponad 30 minut przed odlotem. Tym razem zdążyliśmy…

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • z całą pewnością jako tani i praktyczny parking mogę polecić parcheggio Tribunale di Verona – wjazd od Via dello Zappatore
  • koszt – ok. 1 EUR za 1h – tyle nas kosztowało parkowanie w niedzielę
  • w ścisłym centrum również są parkingi, ale głównie podziemne; koszty jednak już znacznie wyższe
  • wejściówka na balkon Julii przy via Capello kosztuje 6 EUR, ale zaopatrując się w VERONA CARD (koszt = 18 EUR) jest chyba darmowy
  • VERONA CARD upoważnia do szeregu zniżek, a nawet darmowych wejściówek – warto się w nią zaopatrzyć przyjeżdżając do miasta na minimum 2-3 dni
  • wejściówka na Arenę di Verona kosztuje 10 EUR
  • w niedzielę stacje benzynowe we włoskich miastach są standardowo zamknięte; można próbować tankować na automatycznych, ale nie wszędzie chciały zaakceptować nasze karty – wniosek jest jeden – jak widzisz otwartą stację tankuj do pełna 🙂

WEEKENDOWA NICEA

Stary port w Nicei i Alpy Prowansalskie

Nicea to miasto, które urzeka swoim pięknem, klimatem i atmosferą. Jednocześnie tak mi bliskie, gdyż od mojej ukochanej włoskiej Ligurii oddalone zaledwie o powiew śródziemnomorskiej bryzy. Nieformalna stolica Lazurowego Wybrzeża przyciąga nie tylko zwiedzających z zasobnym portfelem, ale też każdego, kto chce odkryć piękno nadmorskiej części Prowansji. Wspaniałe wybrzeże, przepyszna kuchnia, kosmopolityczna atmosfera miasta miała być dla mnie miejscem świętowania urodzin.

Do Nicei przylecieliśmy wieczornym lotem z Brukseli po całym dniu spędzonym w stolicy Belgii i UE (czytaj: http://7mildalej.pl/spacerem-przez-bruksele-10-godzin-w-stolicy-belgii/). Stan wyjątkowy, który obowiązuje we Francji dotknął nas na lotnisku NCE – zaliczyliśmy obowiązkową kolejkę do kontroli paszportowej. Po około 20 minutach odbieramy bagaże z claimu i szukamy transportu do miasta.

Tramwaj niestety już nie kursuje, ale wielu pax-ów na niego wciąż czeka, widocznie to “tramwaj zwany pożądaniem… Kilka kroków dalej odnajdujemy przystanek autobusowy i pakujemy się to linii nr 98 jeżdżącej do miasta. 15 minut później wysiadamy na osławionej Promenadzie Anglików w dzielnicy Gambetta; z przystanku mamy 3 minuty do hotelu.

Po brukselskim chłodzie Nicea wita nas pięknym i ciepłym wieczorem.

Pierwsze kroki na Promenade des Anglais

Po drodze znajdujemy sklep z winem, taka nowa świecka tradycja, zawsze wpadamy do hotelu z butelką lokalnego wina. Okolice hotelu super – są knajpki, sklepiki, cisza – wszystko w pakiecie. Szybki check-in w Hotel La Villa Nice Promenade (o wrażeniach z hotelu możecie poczytać tutaj: http://7mildalej.pl/przytulny-i-klimatyczny-hotel-w-nicei/).

Poranna promenada jest jeszcze piękniejsza niż nocą.

7 kilometrów nadmorskiego bulwaru

Dzisiejszy dzień poświęcamy na spacer uliczkami Nicei i podróż do Monte Carlo. Z hotelu do dworca kolejowego mamy około 15 minut spaceru i można podziwiać architekturę i kamienice Nicei.

W końcu docieramy do głównego dworca miasta – Gare de Nice Ville. Stąd za parę minut ruszymy na podój Monte Carlo.

Architektura Gare de Nice Ville niczym nie odbiega od mijanych kamienic

MONTE CARLO

Podróż pociągiem z Nicei do Monako zajmuje nie więcej niż 20 minut. Połączenia są średnio co pół godziny, więc warto udać się do drugiego najmniejszego państwa świata (po Watykanie) aby skosztować atmosfery luksusu i przepychu. Na dwóch kilometrach kwadratowych żyje ponad 37 tysięcy osób, a obywatelstwo monakijskie jest jednym z najbardziej pożądanych na świecie. Spoglądając z perspektywy wieków, nikt by nie przypuszczał, że XIII-wieczne wydarzenia, które doprowadziły do uniezależnienia się Monako od władających tymi terenami rodów genueńskich dadzą początek jednemu z najbogatszych państw świata…

Ród Grimaldich, który do dnia dzisiejszego włada tym księstwem, wszedł w posiadanie monakijskich wzgórz w niezbyt chwalebny sposób. W 1297 roku jeden z mnichów – Franciszek Grimaldi – zwany Malizia (z włoskiego: złośliwość) podstępem zdobył znajdującą się tutaj twierdzę. Później wymordował całą ówczesną jej załogę. Ponad 7 wieków później książę Albert II już w całkiem pokojowy sposób – sukcesji – objął rządy tego najmniejszego europejskiego księstwa.

Przez pół życia, odkąd wiele lat temu odwiedziłem ten skrawek lądu wciśnięty na na wzgórza pomiędzy Genuą a Niceą, zastanawiam się nad jego fenomenem. Od 90 lat jego ulice zamieniają się w tor F1, w porcie cumują najdroższe jachty. Przez wiele lat kasę księstwa zasilały wpływy z jednorękich bandytów i popularnej gry na “r” gdzie do obstawienia jest jedna z 37 liczb.

W XX wieku, gdy wydawało się, że Monako będzie uzależnione kasy, którą zostawiają goście w kasynach, a Francja wchłonie tereny Monako, rządy objął książę Rainier III. Dzięki służbie w armii francuskiej, wprowadzeniu konstytucji, przyznaniu praw wyborczych kobietom (w 1962 roku!) ocalił niepodległość i niezależność księstwa. Małżeństwo z Grace Kelly “ściągnęło” Amerykanów”, a jednocześnie boom na nieruchomości spowodował rozkwit państwa monakijskiego.

MONAKO DESZCZOWO

Tymczasem Monako powitało nas… deszczem. W Nicei słońce i klar na niebie, w Monte Carlo ciepło, parno i deszcz, a to tylko 20 kilometrów. Tak czasem bywa na liguryjskim i prowansalskim wybrzeżu, że kilka kilometrów decyduje o pogodzie.

Widok na port przy L’Hermitage

Przy wyjściu ze stacji wita nas kościół – rzymsko-katolicka parafia Sainte Devote Chapel. Ulokowany między urwiskami sprawia wrażenie jakby znalazł się nie w tym miejscu i nie w tym czasie.

Jeden z dwóch kościołów rzymskokatolickich w Monako (ten znacznie mniejszy)

MONAKO SPORTOWO

Monako i Formuła 1 to dwa nierozerwalne światy. Ślady jej historii znajdziemy praktycznie na każdej ulicy.

Pomnik 1-go zwycięzcy GP Monako w 1929 (jeszcze nie F1) przy 1-szym zakręcie zwanym Sainte Devote

Co roku na ulicach tego państwa-miasta ścigają się najlepsi kierowcy i tak się dzieje od kilkudziesięciu lat. Wyścigi uliczne w Monako znane były już przed II wojną światową. Pierwszy zorganizowano w 1929 roku Wygrał Wiilliam Grover-Wiliams na Bugatti. Zawody inaugurujące sezon F1 w 1950 roku wygrał nie kto inny, jak J.M. Fangio na Alfie Romeo. Rekordzistą pozostaje nieżyjący już niestety Ayrton Senna – wygrał GP Monako 6x, z czego 5x z rzędu. Ostatni wyścig – jubileuszowy – w 2019 roku padł łupem Lewisa Hamiltona z Mercedesa.

Trybuna główna przy marinie – zakręt 12 (Tabac)

Wyścig jest uważany za jeden z najcięższych – 78 okrążeń toru o długości 3,34 km wiedzie głównie ulicami dzielnicy Monte Carlo. Jest to również jeden z najniebezpieczniejszych torów F1 i ma też swoją mroczną historię – w 1967 roku zginął Lorenzo Bandini.

Trybuny rozkładane są prawie dwa miesiące wcześniej, a 2 dni przed wyścigiem jest szansa na darmowe obejrzenie sesji treningowych. Cały, zresztą weekend to jedno wielkie święto motoryzacji i miłośników F1.

Silniki bolidów zaryczą 26. maja 2019 – widok na zakręt nr 12 (Tabac) oraz nr 13 (Louis Chiron)

Gdyby ktoś pragnął wybrać się na GP Monako budżetowo, to spieszę z informacją, że szanse na obejrzenie wyścigu są niestety niewielkie… Pomimo, że jest to wyścig uliczny, to wygrodzenia (wysokie i mało przeźroczyste) są wszędzie. Piękne widoki natomiast z okien pobliskich hoteli, cena za nocleg w tym czasie nie jest już taka piękna. Rośnie 2-3x w stosunku do tej z weekendu poprzedzającego wyścig. Jest też opcja obejrzenia wyścigu z okien któregoś z położonych przy jego trasie apartamentu… Można kupić – ceny najtańszych zaczynają się od 1,5 mln euro!

MONAKO BAROWO…

W związku z tym, że niestety pogoda w Monako nie była zbyt sprzyjająca to odwiedziliśmy knajpkę przy sławetnym zakręcie nr 12 w oczekiwaniu na poprawę pogody. Widok z okien kafejki – powalający. Jeśli kobieta może wyglądać jak milion dolarów, to niektóre z tych jachtów wyglądają na dziesiątki milionów USD.

La Condamine – siedziba między innymi Yacht Clubu Monako

Monakijskie ceny nie odstraszyły nas od złożenia chociażby skromnego zamówienia. Zresztą jak się powiedziało “A” (wchodząc do knajpy), to trzeba powiedzieć “B” czyli coś zamówić. Wybór padł na lokalne sałatki oraz butelkę liguryjskiego prosecco. O tym kulinarnym doświadczeniu oraz przysmakach “lazurowej” kuchni możecie przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/lazurowe-smaki/.

Pogoda była jednak mało gościnna tego popołudnia i wygoniła nas z Monte Carlo do Nicei. Nie pierwszy raz w Monako, pewnie i nie ostatni, więc żegnamy ten skrawek światowego luksusu. Swoją drogą można stać się jednym z najbogatszych państw przy zerowym podatku dochodowym…? Można!

Okolice Sainte Devote

Nie wiem czy ktoś to sprawdzał, ale Monako ma chyba przewodzi chyba stawce państw o najdłuższych liniach kolejowych położonych pod ziemią w stosunku do linii kolejowych łącznie, czy też na km2 🙂

Gare de Monaco schowana jest pod ziemią

STARY PORT (VIEUX PORT)

Wracamy do Nicei, ale tym razem nie wysiadamy na stacji Nice-Riquier. Stąd będziemy mieć bliżej do starego portu oraz na wzgórze zamkowe. Stary Port, to właściwie Port Lympia nazwany od starej doliny o tej samej nazwie. Port powstał, w 1748 roku, na zlecenie króla Sardynii Karola Emanuela III. W najgłębszym basenie cumują dzisiaj tu głównie jachty oraz miejscowi rybacy.

Stary Port (Port Lympia)

Port od strony zachodniej zamknięty jest przez wzgórze zamkowe, od północy Place de l’Île de Beauté wraz z kosciołem Notre-Dame du Port, od wschodu liczne kafejki, siedziba Yacht Clubu nicejskiego oraz terminal promowy, z którego kursują liczne promy na Korsykę oraz Sardynię. Atrakcją portu jest podziemny parking, który jest nie tylko podziemny, ale też podwodny, a jego sufit przykryty jest szklanymi taflami

Widok na terminal promowy

WZGÓRZE ZAMKOWE

Wychodząc ze starego portu obchodzimy wzgórze zamkowe (Colline du Château), które stanowi najlepszy punkt widokowy Nicei. To również interesujący kawałek historii tego jakże pięknego prowansalskiego miasta. Od strony portu w skale wykuto pomnik zwany Monument aux Morts – wszystkim, którzy zginęli walcząc za Francję w obu wojnach światowych XX wieku.

Monument aux Morts

Na 92-metrowe, dominujące nad miastem, wzgórze prowadzą schody, ale też można skorzystać z windy – wejście od Rue des Ponchettes przy Tour Bellanda. Jazda windą dla niektórych sama w sobie może być już atrakcją – wlecze się, skrzypi i telepie na wszystkie strony.

Wzgórze zamkowe to miejsce, gdzie już w starożytności osiedlili się Grecy zakładając osadę zwaną Nikaia. Zamek na wzgórzu powstał w XI wieku, ale w 1706 roku na polecenie króla Ludwika XIV został zburzony. W tym miejscu powstał w latach późniejszych park oraz cmentarz.

Park na wzgórzu zamkowym

Z Colline du Château rozciąga się przepiękny widok na miasto, a także wybrzeże sięgające lotniska (NCE). W związku z długą i bogatą historią wzgórza aktualnie prowadzone są tam liczne prace archeologiczne.

Widok ze wzgórza zamkowego na Promenadę Anglików
Widok ze wzgórza zamkowego na miasto

Codziennie o godzinie 12.00 ze wzgórza zamkowego słychać wystrzał armatni. W Nicei ta tradycja ma swoją dość zaskakującą genezę. W drugiej połowie XIX wieku mieszkający tutaj Brytyjczyk Sir Thomas Coventry-More miał notoryczny problem z żoną, która spóźniała się na obiad (obiad rzecz “święta”). Ekstrawagancki Anglik wpadł na pomysł, aby każdego dnia o 12.00 żonę przywoływał wystrzał z armaty. Armaty już nie ma, ale tradycja pozostała i odpalane są o tej godzinie fajerwerki przypominające do złudzenia armatni wystrzał.

Wzgórze słynie również ze sztucznego wodospadu; poniżej jego mniejszy brat

Ten wodospad jest malutki, a wrażenie robi jego większy brat

PROMENADA ANGLIKÓW (PROMENADE DES ANGLAIS)

To miasto to chyba najbardziej angielskie z francuskich miast, chciałoby się powiedzieć. Śladów anglosaskich co niemiara… W XVIII wieku zjeżdżali tutaj, aby korzystać z pięknej pogody (w przeciwieństwie do angielskiej) i właściwości klimatu, liczni arystokraci angielscy. Aby ułatwić spacery wzdłuż pięknego wybrzeża wybudowano, w XIXwieku, promenadę. Sfinansowali ją również Anglicy i tak już pozostało. Dzisiaj Anglików na bulwarze jakby mniej, a dominuje język francuski, choć słychać również… rosyjski i włoski. Mam tyko nadzieję, że nazwa pozostanie, pomimo, że nie jest naród przez Francuzów najbardziej umiłowany…

Ulubione miejsce spacerowiczów, biegaczy i (desko)rolkarzy

Promenada Anglików rozciąga się na długości 7 kilometrów od Ogrodu Alberta I (Jardin Albert I) do okolic portu lotniczego NCE. Na promenadzie można odpocząć na krzesełku lub ławeczce w kolorze niebieskim – innych nie ma. Taką mają tam tradycję – wszystkie krzesełka i ławeczki są tylko w kolorze niebieskim.

W kwietniu tłumów jeszcze nie ma, a pogoda zachęca do odwiedzin bulwaru

14. lipca 2016 roku miała miejsce jedna z największych tragedii ostatnich lat w Europie. Islamski zamachowiec w trakcie obchodzonego we Francji Dnia Bastylii wjechał na bulwar ciężarówką w świętujących i bawiących się tam ludzi. Zanim został zastrzelony przez policję, zdążył zabić 86 osób. Wystarczyło 5 minut pomiędzy 22.30 a 22.35 i niecałe 2 kilometry, aby rozjechać tylu niewinnych ludzi… Dzisiaj na promenadzie niedaleko ogrodu Alberta I znajduje się tablica upamiętniająca ofiary tego okropnego mordu. Po tej tragedii władze zabezpieczyły licznymi barierkami, słupkami oraz linami ten ulubiony teren spacerowy Nicejczyków oraz turystów.

Odwiedzający promenadę mogą czuć się bezpieczniej

PLAC MASSENA I OGRÓD ALBERTA I

Podobne zabezpieczenia zainstalowano między innymi na Placu Massena.

Znak współczesnych czasów – ochrona przed potencjalnym atakiem terrorystycznym w każdym miejscu

Place Masséna to serce miasta. Położony na skraju Vieille Ville oraz Jean-Medecin – dwóch najbardziej popularnych dzielnic miasta przyciąga rzesze odwiedzających. Nad placem góruje siedem postaci na wysokich słupach. Plac Massena to stosunkowo młody “twór”. Jeszcze w XIX wieku płynęła tędy rzeka Paillon, którą przykryto zapobiegając w ten sposób wylewom rzeki i zyskując piękny teren. Przykryte koryto rzeki nosi nazwę Promenady du Paillon.

Południowy kraniec placu wieńczy Fontanna Słońca (Fontaine du Soleil)

Z placem Massena graniczy Jardin Albert 1er czyli Ogród Alberta 1-go. Ten zielony kawałek stanowi łącznik pomiędzy Promenadą Anglików oraz Placem Massena. Park został założony w 1914 roku, a dzisiaj na jego terenie znajduje się kilka atrakcji takich jak:

namiastka lasu tropikalnego
łuku Veneta symbolizującego nicejskie wybrzeże
lub instalacji naśladującej rafę koralową

VIEILLE VILLE

Stara Nicea to obszar miasta pomiędzy placem Massena a wzgórzem zamkowym. Kamieniczki, uliczki, sklepiki knajpki, bazarki – to wszystko stanowi o nieco leniwej atmosferze i nadmorskim klimacie starej Nicei.

Rue Saint-François de Paule
Uliczki starej Nicei to również klimat nieco artystyczny
na pchlim targu kupicie wszystko (…w stylu prowansalskim)

Szczególnym miejscem jest Cours Saleya – targ z kwiatami, warzywami, lokalnym jedzeniem i wszystkim, czego tylko oczy lub podniebienie zapragnie.

Poniedziałek na Cours Saleya

Znalazłem też taki monotematyczny sklep:

Raj dla fanów sardynki i tuńczyka

Niestety, krótka przygoda z nadmorską stolicą Prowansji dobiegła końca… Z żalem żegnamy się z Niceą mając nadzieję na powrót.

Nicea widziana z pokładu startującego samolotu

WRAŻENIA Z POBYTU W NICEI

Nicea pozostawiła w moich wspomnieniach same pozytywne wrażenia. Przepiękne miasto, gdzie słońce świeci 300 dni w roku. Do tego dochodzi niewymuszona gościnność Nicejczyków, wspaniała nadmorska kuchnia francuska. Atmosfera miasta “poza sezonem” (był kwiecień) sprawiła, że nie było dzikich tłumów, które zabierają radość ze zwiedzania. Zabrakło niestety czasu na eksplorację okolic, a prowansalskie wybrzeże to liczne perełki, do których zamierzam wrócić. Zamiast słowa końcowego niech przemówi obraz, pod którym podpisuję się z całym przekonaniem:

Nic(e) dodać, Nic(e) ująć !

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Na trasie lotnisko (NCE) – miasto kursują 2 linie autobusowe: 97 oraz 98; obie dowiozą Was do Promenady Anglików; w dzień kursuje też tramwaj linii T2, a bilet lotniskowy to 6 EUR.
  • Bardziej opłaca się kupić (nawet u kierowcy) karnet 10-przejazdowy lub bilet 24h.
  • Bilety na F1 Monako kosztują od 70-80 EUR za miejsca stojące do 500-600 EUR za miejsca na zwykłej trybunie. Ilość jednak mocno ograniczona, więc należy rezerwować odpowiednio wcześnie.
  • Sklepy z pamiątkami F1 znajdziecie między innymi przy Rue Grimaldi.
  • Pociąg z Nicei do Monako jedzie ponad 20 minut i kosztuje (RT) 8 EUR.
  • Winda na wzgórze zamkowe jest bezpłatna i kursuje od 9.00 do 18.30 każdego dnia

SPACEREM PRZEZ BRUKSELĘ – 10 GODZIN W STOLICY BELGII

Bruksela – mekka piwa, czekolady, frytek i… smerfów. O tym będzie jednak w oddzielnym poście. Co można więc robić mając kilka godzin w stolicy zjednoczonej Europy..? Lot WAW – NCE miał tę niezaprzeczalną zaletę, że miał stopa w BRU. Było coś dla ducha i oka, a także coś dla ciała – czytaj: podniebienia.

Do Brukseli przylecieliśmy porannym lotem Brusselsem. Kwiecień 2019 roku przywitał nas w tym mieście przepięknym słońcem, ale też chłodem wiejącym z nad północnego Atlantyku. Cóż.., taki mamy klimat… jak mawiała jedna z naszych europosłanek.

Lądujemy na Zaventem, największym belgijskim lotnisku, położonym ok. 12 km na północny wschód od centrum Brukseli.

Zachodnie podejście na Zaventem

Szybko i bezproblemowo odnajdujemy drogę do lotniskowej stacji kolejowej i po 20-minutowej podróży pociągiem wysiadamy na Brussel-Centraal. Zanim przejdziemy do naszego, ukrytego celu wizyty w Brukseli, kilka słów o spacerze po centrum Brukseli.

Pierwsze kroki kierujemy w kierunku niewielkiego parku Mont des Arts oraz Place d’Albertine, gdzie znajdziecie między innymi Statue du Roi Albert 1er. Albert I, panujący w latach 1909-1934, był jednym z najbardziej uwielbianych władców Królestwa Belgii. Belgowie docenili jego postawę szczególnie w czasach I wojny światowej, kiedy to przeciwstawił się Niemcom i osobiście dowodził armią belgijską w kilku bitwach.

Widok na Place d’Albertine spod pomnika Króla Alberta I

Wędrując wzdłuż Rue de Hopital oraz Vieille Halle aux Blés odnajdujemy na plac, na którym mieści się pomnik Jaques Brela – najsłynniejszego belgijskiego barda i piosenkarza. Obok pomnika, w jednej z uroczych kamieniczek znajduje się muzeum poświęcone Brelowi.

Pomnik Jacquesa Brela w centrum miasta

MANNEKEN PIS

Zaledwie 200 metrów od pomnika upamiętniającego Jacquesa Brela, u zbiegu ulic du Chene i de l’Etuve znajdziecie jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta – niewielką figurkę sikającego chłopca zwanego Manneken Pis. Zawsze zastanawiałem się nad fenomenem tego miejsca i tej figurki…

Chyba najbardziej znana na świecie figurka sikającego chłopca – Manneken Pis

Niezliczone tłumy pielgrzymują do tego miejsca, jakby było święte. Tymczasem takie figurki, ze znacznie bogatszą przeszłością znaleźć można w innych miastach Europy. Ale cóż, Manneken Pis jest tylko jeden… w Brukseli. Statua, a raczej statuetka stoi w tym miejscu od XV wieku. Pierwotnie wykonana z kamienia, później, od XVII wieku z brązu ma swoje korzenie w legendzie. Która jednak z dwóch legend jest prawdziwa..? Tego nie wie nikt. Jedna z nich głosi, że, chłopiec był synem jednego z królów belgijskich. Podczas polowania królewicz miał zaginąć. Przeszukano wszystkie lasy, jednak dziecka nie odnaleziono. Dopiero po kilku dniach, lokalny leśniczy usłyszał szemrzący strumyczek, a tam ujrzał nagiego, sikającego chłopca będącego zaginionym dzieckiem. Druga legenda mówi, że w XIV wieku Bruksela została zaatakowana. Najeźdźcy podłożyli materiały wybuchowe w murach miasta. Jednak chłopiec (Juliaanske) odkrył miejsce, gdzie zaraz miał nastąpić wybuch. Wtedy oddał mocz na palący się lont, czym uratował miasto.

Figurka była wielokrotnie ” uprowadzana”, czyli kradziona. Ostatni raz, w roku 1965, kiedy to po roku odnaleziono ją w jednym z brukselskich kanałów. Od tego czasu, “oryginał” przechowywany jest w muzeum, a w pierwotnym miejscu posadowiła się kolejna jego kopia.

JEANNEKE PIS

Jeśli jest sikający chłopiec, to dla poprawności politycznej powinna być również sikająca dziewczynka. Takową, zwaną Jeanneke Pis znajdziecie przy Impasse de la Fidelte, czyli z drugiej strony Grand Place.

Siostrzyczka Mannekena, czyli Jeanneke Pis

Figurka powstała w 1987 roku, gdy belgijskie feministki zażądały damskiej wersji Mannekena, a może to tylko legenda…?

Przecznicę od Halles Saint-Gery – Agory jest ostatnia z sikającej świętej trójcy – tym razem – psa, zwana Zinneke Pis. Odwiedziny sikającego pieska zostawiam next time.

GRAND-PLACE

Bruksela ma szczęście posiadać jeden z najpiękniejszych rynków miejskich w Europie. Grand-Place, wpisany na listę światowego dziedzictwa w 1998 roku, powstał około XII wieku, a wytyczony został w połowie XIV wieku. Plac został zniszczony w 1695 roku przez wojska francuskie.

Dzisiejsze piękno tego pięciokątnego placu wyraża się głównie w bogato zdobionych kamienicach, które stanowią jakby odzwierciedlenie Belgii z jej historią i bogactwem. Każda z nich, kiedyś będąc siedzibą różnych cechów, ma swoją nazwę i charakterystyczne zdobienia. Z placu promieniście wychodzi siedem ulic, którymi można udać się na dalsze zwiedzanie miasta, a każda z nich zaprowadzi nas do kolejnych atrakcji Brukseli.

Północna pierzeja Grand-Place – po lewej stronie słynny ratusz, po prawej muzeum miejskie

Na głównym placu Brukseli, po południowej stronie ratusza, znajduje się muzeum piwa – wstęp 5 EUR i można sprawdzić jak warzono słynne belgijskie piwa. Niestety bez możliwości degustacji.

W 1401 roku rozpoczęła się budowa najwspanialszej budowli na Grand-Place – gotyckiego ratusza, którą ukończono w połowie XV wieku. Po tym, jak w 1695 roku ratusz zniszczyły francuskie wojska, Belgowie odbudowali go w stylu gotyku brabanckiego. Ratusz stanowił niejednokrotnie inspirację dla wielu architektów. Jeśli miałbym znaleźć pewne podobieństwa w innych miastach, to jako pierwszy przychodzi mi na myśl Neues Rathaus w Monachium…

Ratusz wypełnia znaczną część zachodniej pierzei Grand-Place

Jego strzelista wieża, wysoka na 96 metrów góruje nad całym Grand-Place. Wybudowano ją w latach 1449-1454. Na wieży znajduje się posąg patrona Brukseli – Archanioła Michała. Z jej budową wiąże się też jedna z brukselskich legend. Budowniczy ratusza i wieży rzucił się z niej gdyż wyszły niesymetryczności. Nie rozumiem tego, efekt zachwyca swym pięknem do dziś.

Wieża ratuszowa zachwyca lekkością swojej konstrukcji

OKOLICE GRAND-PLACE

Atmosfera i architektura flamandzkich uliczek zawsze mnie urzekała, a Bruksela takowe mi przypomina. Niejednokrotnie odrestaurowano je z poszanowaniem dla ich historii.

Spacer w okolicach Grand-Place pozwala poczuć atmosferę starego miasta

Wiele ulic zamieniono w deptaki z ograniczonym ruchem. Wszystko przyjazne dla mieszkańców i spacerowiczów. Dbałość o zgodność współczesnych trendów z historią jest dominująca dla magistratu.

Sobotni ranek na Boulevard Anspach
Okolice dworca Brussel-Centraal
Dekor na dworcu Brussel-Centraal
Okolice fontanny Charlesa Bulsa – XIX-wiecznego burmistrza Brukseli

Zdążyliśmy też odwiedzić jedną z pierwszych galerii handlowych świata – Galeries Royales Saint-Hubert. Galerię wykonano w stylu renesansowym, a całość przykryto szklanym dachem.

Galerie du Roi

Galerię otwierał król Leopold I, a działo się to w roku 1847. Natomiast w 1896 roku na jej terenie odbyła się pierwsza projekcja kinowa braci Lumiere.

KILKA SŁÓW NA KONIEC

Brukseli w 10 godzin oczywiście nie da się zwiedzić. Skupiliśmy się na okolicach Grand-Place pomijając całkowicie Atomium, dzielnicę Europejską czy też inne, a równie ciekawe tereny miasta. Tłumy towarzyszyły nam na Grand-Place, przy figurkach Mannekena czy Jeaneke. Poza tym nie było tak źle. Zaskoczenie raczej pozytywne, ale to zależy co kto lubi. Zabrakło też czasu na muzea, a na kilka z nich naprawdę warto poświęcić chwilę czasu. Już czekał na nas samolot do Nicei: http://7mildalej.pl/weekendowa-nicea/.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Lotnisko BRU (Zaventem) jest bardzo dobrze oznakowane; do wyjścia trafia się szybko; autobusy do centrum odjeżdżają z poziomu “0”, pociągi natomiast z “-1”.
  • Podróż pociągiem do stacji Brussel-Centraal trwa niecałe 20 minut; bilet na pociąg RT (tam i z powrotem kosztował w 04.2019, ze zniżką weekendową – 15,20 EUR.
  • Raz na dwa lata Grand-Place zamienia się w wielki kwiatowy dywan – najbliższe takie wydarzenie to czerwiec 2020 roku – wystarczający czas aby kupić bilety i przygotować się do odwiedzenia Brukseli!
  • Śródmieście Brukseli najlepiej zwiedza się per pedes – spacer obejmujący centralną część miasta zajmie więcej niż pół dnia; odległości nie są wielkie. Czas można więc poświęcić na odkrywanie kulinarnej strony miasta, ale o tym już w oddzielnym poście.

PO SŁOWACKIEJ STRONIE TATR

Kilka wolnych chwil znalezionych w lipcu 2013 roku skierowało naszą podróż w kierunku utęsknionych gór. Pierwszy wybór padł na Tatry. A podstawowe pytanie było gdzie w Tatry..? Jako, że przekomercjalizowane, drogie oraz zatłoczone Zakopane nie jest moim ulubionym miejscem wypadowym w góry, to wybór był prosty – zaatakujemy Tatry od strony południowej. Wybór padł na Stary Smokovec.

VILLA DR. SZONTAGH – MOJA MIEJSCÓWKA W SMOKOWCU

Byliśmy w piątkę, szukaliśmy noclegu ze śniadaniami i najlepiej w postaci co najmniej dwupokojowego apartamentu. Wymagania z górnej półki, a miało być jeszcze ekonomicznie. Może niekoniecznie materac na podłodze w schronisku, ale jakiś tam standard musiał być zachowany…

Dzięki uprzejmości naszego przyjaciela prowadzącego interesy z właścicielami hotelu otrzymaliśmy jedyny taki pokój spełniający nasze wygórowane żądania w hotelu Villa Dr. Szontagh. Później okazało się, że nasz apartament jest użytkowany przez właścicieli lub ich przyjaciół, lub specjalnych gości. Poczuliśmy się wyróżnieni.

Hotel posiada piękną i bogatą historię. Pierwotnie był rezydencją rodziny Szontagh, której członkowie byli pionierami rozwoju miejscowości w XIX wieku. Bajkowo położony, spełnia bardziej funkcje rodzinnego pensjonatu niż typowego hotelu. Tym niemniej standard odpowiedni dla kilku gwiazdek trzyma. Śniadania są pyszne, a obsługa szalenie miła. Dostępna restauracja ze słowacką kuchnią również zaspokoi wszelkie kulinarne gusta.

Zieleń, góry, spokój i cisza – wszystko czego człowiek oczekuje od widoku z hotelowego balkonu letnią porą można właśnie otrzymać w Villi Dr. Szontagh.

Ten hotel to historia Smokovca i rodziny Szontagh. Już po przekroczeniu progu znajdujesz się w innym świecie, a historii i czasów minionych dotykasz w tym domu w każdej chwili. Każdy pokój czy apartament to oddzielny wystrój, daleki od komercji i powtarzalnych standardów. Każda ściana, drzwi, każdy mebel ma swoją długą historię. Piękno tego budynku tkwi właśnie w jego historii i wspaniałej atmosferze oraz gościnności właścicieli.


Gdybym miał zatrzymać się w Starym Smokovcu – Villa Dr. Szontagh byłaby moim pierwszym wyborem. W skali 0-5 ocena = 4,5 chyba najlepiej oddaje wrażenia z pobytu.

STARY SMOKOVEC – PEREŁKA PO SŁOWACKIEJ STRONIE TATR

Początki historii tej miejscowości sięgają końca XVIII wieku. Największy jego jednak rozkwit, jako uzdrowiska datuje się na XIX wiek. Wtedy to właśnie węgierski lekarz, botanik i taternik Miklos Szontagh prowadził w Smokovcu zakłady przyrodolecznicze, a także założył sąsiednią miescowość – Novy Smokovec. Trzeba też przypomnieć, że Stary Smokovec, to najwyżej położone tatrzańskie uzdrowisko – ok. 1000 m.n.p.m.

Smokovce są tak naprawdę cztery: Stary, Nowy, Dolny i Górny. Stary Smokovec jest najstarszym z tatrzańskich uzdrowisk. Dzisiaj, miasto jest idylliczną, nieco staroświecką osadą pełną zieleni, starych willi. Znaczna ich część pochodzi jeszcze z XIX wieku, lub początku XX wieku, jak na przykład Grand Hotel z 1904 roku.

Trzeba jednak dodać, że częściowo stary charakter miejscowości został zniszczony przez nowoczesną zabudowę pochodzącą głównie z lat siedemdziesiątych XX wieku. Jednakże, jeśli ktoś chce odpocząć od zgiełku Zakopanego, to jest to idealna alternatywa. Cisza, spokój, piękne widoki na tatrzańskie szczyty. Do tego wspaniała kuchnia, wyśmienite piwo. Jak dla mnie to czeskie i słowackie piwa z małych browarów są najlepsze na świecie! Dobrze oznakowane szlaki turystyczne prowadzą w Wysokie Tatry. Zimą liczne wyciągi i trasy zjazdowe – to wszystko + cena (która czyni cuda, a nie odchudza portfela) sprawia, że wszystkie cztery Smokovce mogą być fajną alternatywą dla Zakopanego.

Na najbliższy szczyt zwany Hrebienok (1.285 m.n.p.m.) dojechać można również naziemną kolejką linową. Słowacy dumni są faktu, iż korzystała z niej królowa angielska Elżbieta II podczas swojego pobytu w Tatrach.

TATRZAŃSKIE SZLAKI – FOTORELACJA

Jeśli chodzi o górskie wędrówki i trekking, to szlaków jest mnóstwo, dobrze oznakowane, o różnym stopniu trudności. Widoki tatrzańskie gwarantowane i równie piękne jak po polskiej stronie. Jako, że góry mają w sobie tyle piękna, że słów nie starczy na oddanie wszystkich ich wspaniałości, to… niech foto będzie z wami!

Bilikova Chata – pierwszy przystanek za Hrebienokiem
Vodopady Studeneho Potoka
Rainerova Chata (1.301 m.n.p.m.)
Veľka Studena Dolina
W dole – Stary Smokovec
Widok ze Slavkovskiej Vyhliadki zwanej Maximilianką

SŁOWACKI LIS TATRZAŃSKI 🙂

Najczęstszym gościem na górskich szlakach były lisy. Podchodzą blisko ludzi, a najczęściej można ich spotkać w okolicach górskich schronisk. Tam urządzają polowania na kanapki i kradną plecaki (prawie jak magoty na Upper Rock w Gibraltarze). Jeden z takich egzemplarzy i jego atak poniżej.

Faza pierwsza – przygotowanie.

W II fazie obserwujemy – wspinanie się.

III etap – przed atakiem szczytowym.

Fazy IV nie zarejestrowałem – wbiegł na górę, ukradł kanapki z plecaka siedzących obok nas Słowaków i… tyle go widziano. Znaczy się – do następnego ataku.

VEL’KA KALAMITA czyli…

Wielka Katastrofa jak Słowacy nazwali olbrzymi huragan z 19. listopada 2004 roku. Huraganowy wiatr, który nawiedził okolice Starego Smokovca wiał z prędkością ponad 120 km/h, a w porywach osiągał prędkość 160 km/h. Około 15 tysięcy hektarów okolicznych lasów na południowych stokach Tatr uległo całkowitemu zniszczeniu i powaleniu. Samo usuwanie skutków huraganu trwało ponad 2 lata, a skutki jego były widoczne również w 2013 roku. Szacuje się, że odrodzenie zniszczonych połaci świerkowego lasu potrwa nawet do 100 lat.

STRBSKE PLESO (SZCZYRBSKIE JEZIORO)

Szczyrbskie Jezioro czyli Štrbské Pleso leży około 15 kilometrów na zachód od Starego Smokovca. Znane było między innymi ze skoczni narciarskich (K-120 oraz K-90), na których odbyły się mistrzostwa świata w skokach narciarskich w 1970 roku. Do 1990 roku odbywały się również konkursy pucharu świata w skokach oraz pucharu świata w kombinacji norweskiej.

Ta podtatrzańska miejscowość swój rozkwit przeżywała, podobnie jak Smokovec, w XIX wieku; w 1885 roku nadano jej status uzdrowiska. Wokół górskiego jeziora o tej samej nazwie prowadzi malowniczy szlak turystyczny, którym mieliśmy przyjemność wędrować.

POPRAD – MIASTO NA JEDNO POPOŁUDNIE

Największe miasto w okolicy, stolica powiatu, leży ponad 330 metrów poniżej Starego Smokovca, a to tylko 12 kilometrów. Warto tam spędzić chociaż jedno popołudnie. Miasto nie jest wielkie, a jego część, którą warto odwiedzić zamyka się w granicach Starego Miasta.

Starówka nie obfituje w oszałamiającą ilość zabytków, ale na kilka z nich warto poświęcić trochę czasu. Dwa najważniejsze zabytki to budowle sakralne: wczesnogotycki kościół św. Idziego oraz neoromański ewangelicki kościół św. Trójcy.

Kościół ewangelicki św. Trójcy

Miasto ma również polską historię. W 1412 roku znalazło się wraz ze Spiszem w granicach Rzeczpospolitej. Król Władysław Jagiełło udzielił królowi węgierskiemu – Zygmuntowi Luksemburskiemu pożyczki, której zastawem były właśnie ziemie spiskie wraz z Popradem. Węgrzy pożyczki nie oddali, więc w ramach windykacji skorzystano z hipoteki 🙂 Tak pozostało do czasów rozbiorów w XVIII wieku. Miasto przeżywało w tym czasie jedne z najlepszych swoich czasów. Drugim impulsem do rozwoju miasta była budowa kolei z Ostrawy do Koszyc.

Zwiedzanie miasta zajmie Wam nie więcej niż pół dnia – śródmieście nie jest rozległe, a powolny spacer deptakiem jest przyjemnością.

Rzeka Poprad

Nowa architektura próbuje dość nieudolnie naśladować historyczną zabudowę.


Przy rozwidleniu dróg na Liptowski Mikulasz (D1) oraz Wysokie Tatry (534) znajduje się jedyne tatrzańskie lotnisko Poprad – Letisko Poprad-Tatry – (TAT). Niestety aktualnie brak połączeń lotniczych z Polską.

JASKINIA WAŻECKA

Przy drodze D1 w kierunku Liptowskiego Mikulasza na skraju wsi Ważec znajduje się jedna z okolicznych jaskiń – krasowa Važecká Jaskyňa. Niezbyt rozległa, ale warta odwiedzin.

Długość korytarzy wynosi ponad 530 metrów, a te udostępnione do zwiedzania mają około 250 metrów. Swoją nazwę jaskinia zawdzięcza odnalezionym w jej komorach licznym kościom niedźwiedzi jaskiniowych. Odkrył ją, w 1922 roku, student Ondrej Huska, a w 1934 roku udostępniono jej trasy turystom. Pomimo niewielkich rozmiarów ma dosyć bogate formy: stalaktyty, draperie naciekowe, itd., itd. Ciekawostką jest fakt, że część trasy pokonuje się w całkowitej ciemności.

COŚ DLA CIAŁA

Ze słowackich aquaparków nasz wybór padł na ten położony we wsi Bešeňová (Beszeniowa). Nie jest tak znany i tak rozległy jak popradzka Tatralandia. Mniej tłumów, niższe ceny, niewiele skromniejsze atrakcje mogą być również zaletą tego kompleksu.

Aquapark Besenova

SŁOWACKIE TATRY – JESTEM NA TAK!

Zawsze lubiłem jeździć do naszych południowych sąsiadów, czy to do Czech, czy na Słowację. Odpowiada mi ich kuchnia, piwa uznaje za jedne z najlepszych na świecie. Słowację znam nie tylko od południowej strony Tatr, ale też okolic Bratysławy, Spiszu, Bardejowa. Więcej o słowackich podróżach możecie poczytać w tych postach: http://7mildalej.pl/bratyslawa-weekend-w-zimowej-aurze/, natomiast o słowackich pysznościach tutaj: http://7mildalej.pl/delicje-ze-slowacji/

Południowe stoki Tatr okazały się dobrym wyborem na powrót w góry. Nigdy nie przepadałem za atmosferą, a raczej jej brakiem takowej w Zakopanem. Tutaj mam – te same szczyty i krajobrazy, ale w znacznie przyjemniejszej oprawie. Jest jakby ciszej, spokojniej, a przy okazji taniej. Szlaki nie są tak zapchane i gwarne. Stary Smokovec to wręcz senna mieścina, ale piwo, beherovka i kuchnia słowacka są vyborne!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Dojazd do Starego Smokovca – samochodem najlepiej skręcić z “zakopianki” na Łysą Polanę, stamtąd kierować się na Tatrzańską Łomnicę i dalej drogą 537 na Stary Smokowiec.
  • Z Popradu natomiast dojazd jest jeszcze prostszy – droga 534 prowadzi bezpośrednio w Vysoke Tatry i do Smokovca. Z Popradu kursuje też transport publiczny
  • Parę lat temu PLL LOT latał na trasie WAW – TAT; niestety loty do Popradu zawieszono, a szkoda…
  • Dla wielbiciel gastroturystyki poleciłbym dwie knajpy: Kolibę Stary Smokovec oraz Kolibę Kamzik.
  • W Smokovcu musicie spróbować z pewnością dziczyzny – wyśmienita! Najlepsze utopence znajdziecie natomiast w barze na stacji kolejowej!
  • Na szlaku z Hrebienoka najlepsze jedlo znajdziecie znajdziecie w Bilikovej Chacie – polecam!
  • Kolejka na Hrebienok kursuje do godziny 19.00 – warto o tym pamiętać planując wjazd lub zjazd
  • Zwiedzanie Jaskini Ważeckiej zajmuje niewiele prawie 30 minut. Panuje stała temperatura – ca. 7 stopni Celsjusza. Koszt biletów to 3-5 EUR.

RZYMSKIE BOŻE NARODZENIE – CZĘŚĆ II – OSTIA

Trzy i pół dnia w Rzymie wystarczyło aby poczuć atmosferę włoskiego Bożego Narodzenia. O tym czasie możecie przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie/. To były piękne dni. Po rzymskich atrakcjach przyszedł czas na kolejne trzydniowe totalne dolce-far-niente nad pobliskim morzem.

Podróż do Ostii do najprostsza rzecz na świecie. Jedziesz na Piramide metrem (niebieska linia) i wsiadasz w pociąg do Lido di Ostia. Robisz to na zwykłym miejskim bilecie! Proste? Proste, tylko nie w Boże Narodzenie. Ten dzień, a zwłaszcza rzymska komunikacja w tym dniu rządzi się swoimi prawami. W momencie gdy dotarliśmy do metra, stację właśnie zamykano. Niestety 4-godzinna świąteczna przerwa w kursowaniu metra dopadła właśnie nas. I to akurat gdy mieliśmy za godzinę pić prosecco na odległej zaledwie o 30 kilometrów plaży… Zawsze musi być świąteczna wpadka.

Mamy jednak duże doświadczenie w docieraniu do upragnionego celu. Gdy odwołano nam lot ze Skiathos do Aten, dotarliśmy tam, mimo sztormu i ulewy, jeszcze tego samego dnia: promem, autobusem i taksówką! Jako mistrzowie improwizacji ruszamy pociągiem z pobliskiej Stazione Termini. Ferrovie dello Stato jeżdżą! Do Ostiense tylko 10 minut, a pociąg rusza za pół godziny. Jesteśmy uratowani!

Nie doceniliśmy jednak zamiłowania Włochów do świątecznej sjesty. Na miejscu zastaliśmy oczywiście… dalszy ciąg sjesty. Nie tylko pociąg w kierunku Ostii odjeżdżał dopiero za ponad dwie godziny, zamknięta była nawet stacja kolejowa. Jak się bawić, to się bawić…

Czas poświęciliśmy na zwiedzanie okolic Ostiense oraz znalezienie czynnej knajpy, co nie jest prostą sprawą w ten dzień. Jedno i drugie zakończyło się sukcesem.

POKÓJ Z WIDOKIEM NA…

Hotel “Sirenetta” leży w w tzw. pierwszej linii zabudowy; od brzegu morza dzieli nas tylko plaża oraz ulica. Stąd też wieczorny widok na Morze Tyreńskie jest wspaniały. Pomyśleć tylko, że będzie nam towarzyszył przez najbliższe 3 dni Affascinante!

Recepcja hotelu jest równie affascinante jak widok z balkonu naszego pokoju. Jej wystrój jakby zatrzymał się w minionych latach 40-tych, 50-tych, 60-tych. Takie rzeczy tworzą niezapomniany klimat i oddziaływują na ludzką wyobraźnię.

Szybki i bezproblemowy check-in, miła i pomocna obsługa – takie jest pierwsze wrażenie.

Pokój niestety też jakby zatrzymał się w poprzedniej epoce – przydałby się mu chociażby lifting. Niemniej jednak ogólne wrażenie jest pozytywne, a położenie i widok na… rewelacyjny. O to właśnie chodziło.

Jak na niejeden śródziemnomorski hotel przystało – “wyposażony” jest w swojego psa (na zdjęciu) i kota (oczywiście gdzieś poszedł).

Śniadania w formie szwedzkiego stołu może nie powalają, ale uwzględniając włoskie przyzwyczajenia śniadaniowe nie jest źle. Ogólnie polecam – tzw. stosunek jakości do ceny, albo ceny płaconej za jakość (jak kto woli) – wart jest wydanych pieniędzy.

Poza tym – prosecco na balkonie pokoju z widokiem na… – to już bezcenne!

OSTIA – DOLCE FAR NIENTE

Co można robić w Ostii w grudniowe święta..? Nie przyjechaliśmy nad to piękne morze “coś robić”. Przyjechaliśmy na wspomniane już dolce-far-niente. I to nam się udało bezbłędnie. Po rzymskim melanżu spacerów, zabytków, historii, widoków Ostia jest miejscem wyciszenia. Taka nadmorska stacja ładowania akumulatorów… Delikatny szum fal, bezkres morza na którego krańcu leży Sardynia (7-8 godzin promem z Civitavecchia) – to miejsce to cisza i spokój.

Świąteczne dekoracje w mieście są również wszechobecne.

Ostianie.., Ostiańczycy.., Ostiaki.., – poddaje się – mieszkańcy Ostii nie mają problemu z choinką jak Rzymianie. Oni przyozdabiają lokalne palmy 🙂 Też tradycja!

Poza sezonem – nawet w czasie świąt Bożego Narodzenia – przez miasto nie przelewają się tłumy turystów. Jest cicho; czasem tylko pies (prawdziwy) obszczeka psa (chodzącą zabawkę). I nic wielkiego poza tym się nie dzieje.

Ten rzymski kurort – tak, tak, bo Ostia jest jest częścią Rzymu. Dawno temu nosiła zresztą nazwę Lido di Roma. Później papież Grzegorz IV zmienił ją na Lido di Ostia. poza sezonem wiedzie leniwe, niczym nie zmącone nadmorskie życie.

Zabytków zbyt wiele tam nie ma; w mieście znajdziecie kościół Santa Maria Regina Pacis, którego ośmiokątna kopuła wznosi na wysokość 42 metrów.

W pobliżu Ostii odnaleźć natomiast można miejsce, gdzie pierwotnie leżała Ostia, a było to u ujścia Tybru do morza. Przez około 2.700 lat linia brzegowa przesunęła się około 2,5-3 km! Dzisiaj Ostia Antica to olbrzymi kompleks wykopalisk archeologicznych udostępnionych do zwiedzania. Niestety tym razem obejrzeliśmy tylko zza szyb samochodu.

IL MAR TIRRENO

Ostia założona przez Marka Ancjusza w 620 roku p.n.e. dzisiaj stanowi ulubione miejsce wypoczynku Rzymian. W sezonie miasto zalewają tłumy żądnych słońca i morskiej bryzy miłośników nadmorskiego relaksu. Zimą miasto pustoszeje, ale przy temperaturach sięgających w grudniu 15-20 stopni Celsjusza, idealnie nadaje się na wyciszenie i spacery brzegiem morza.

Piasek na plaży, a raczej jego barwa jest wprawdzie daleka od ideału, ale mimo to nadaje się do błogiego lenistwa.

Dodatkowo, ten kolor morza… azzuro, wynagradza wszelkie niedoskonałości piasku.

Czasem na włoskiej plaży można spotkać takie widoki jak poniżej.

Centralnym punktem wybrzeża w mieście jest niewielkie molo.

Zawsze lubiłem morze poza sezonem, bez tych dzikich, krzykliwych tłumów. Tutaj to znalazłem. A do tego jeszcze pogoda i doskonała la cucina italiana. W mieście znajdziecie kilka naprawdę wyśmienitych knajpek (coś o jedzeniu w Ostii znajdziecie tutaj: http://7mildalej.pl/swieta-na-szlaku-pizzy-i-pasty).

Jest jeszcze jedna zaleta Ostii – dojazd na lotnisko Fiumicino zajmuje samochodem nie więcej niż 20 minut.

PODSUMOWANIE

Jakie było rzymskie Boże Narodzenie..?

Odpowiem, że cały wyjazd świąteczny okazał się strzałem w dziesiątkę. Udało się wszystko. Piękne miejsca, pogoda. Przede wszystkim towarzyszyła nam świąteczna atmosfera zbliżona do tej, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce.

Doskonałym pomysłem był również plan naszej podróży – 3 dni w Rzymie (intensywne) + 3 dni w Ostii (leniuchowanie) sprawił, że nie czuliśmy, aby coś nam uciekło. Zobaczyliśmy piękne miejsca, zaspokoiliśmy nasze podniebienia, znaleźliśmy fajny guesthouse w Rzymie. Pomimo, że uważam, że świat jest zbyt piękny, a życie zbyt krótkie aby non-stop wracać w te same miejsce, to chętnie wrócę do La Casa di Amy, aby odkryć to, czego jeszcze w Rzymie nie zdążyłem odkryć.

Do wigilijnej kolacji Włosi zasiadają wieczorem – u nich prawdziwa la cena di Natale zaczyna się około godziny 20-tej. Złudzeniem jest więc fakt, iż sklepy i restauracje są czynne tego dnia. Około 18-tej miasto się wyludnia i rozpoczyna się świętowanie. Większość restauracji zamyka się i tylko nieliczne są czynne. Zawsze jednak da się coś znaleźć. Z podobną sytuację zetkniecie się też następnego dnia. To trzeba przyjąć jako fakt i tyle.

Po tym jakże pięknym czasie pozostało nie tylko miłe wspomnienie, ale też nowe doświadczenie i nauka. Święta poza krajem mogą być równie piękne.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Do Ostii najlepiej dojechać komunikacją miejską. Metrem – niebieską linią najpierw do stacji “Piramide”, później przesiadka na Stazione Porta San Paolo do podmiejskiego pociągu i 30-minutowa podróż do Ostii.
  2. Działają bilety ATAC – wystarczy więc zwykły miejski bilet, nawet jednorazowy za 1,50 EUR i jesteście w Ostii.
  3. Podróż na FCO – najlepiej zamówić w hotelu busa lub taxi – podróż zajmie max. 20 minut. Dojazd środkami komunikacji miejskiej jest dłuższa i bardziej skomplikowana – przez Rzym.

RZYMSKIE BOŻE NARODZENIE

Były “Rzymskie Wakacje”, może być rzymskie Boże Narodzenie. Nie ma to jak uciec od świątecznego zgiełku, obowiązków, prezentów dla całej rodziny, gotowania i… jedzenia kolejnego pieroga oraz ciasteczka. Zamiast tego wystarczy kupić bilety i wyjechać. Proste..? Nie tylko proste, ale i fantastyczne!

Plan prosty 3 dni w Rzymie (nieraz już odwiedzonym – można przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/roma-la-citta-eterna/) i 3 dni dolce-far-niente nad morzem, nad które można dojechać szybko i tanio, czyli w Ostii!

Lecimy ***** linią, czyli LUFTHANSĄ z krótką przesiadką w MUC. Nomen omen – w terminie rezerwacji nie wyszło drożej niż popularnym low-costem zaczynającym się na literę “W”. Obydwa odcinki: WAW-MUC i MUC-FCO obsługuje A320. Nowej, świeckiej tradycji stało zadość – 22. grudnia Warszawa żegna nas deszczem, zamiast śniegiem. Miejsce 11F – przy emergency exit pozwala rozprostować nogi. Czasu na lotnisku Franza Josefa Straussa (MUC) na przesiadkę niewiele, ale wystarczająco, żeby “wciągnąć” bawarskie przysmaki czyli precle. O monachijskiej kuchni czytaj: http://7mildalej.pl/bawarskie-smaki/.

Lecimy na południe, ale pod nami (na trasie MUC – FCO) mijamy pokryte śniegiem szczyty. O tej porze roku w Alpach – normalne zjawisko.

Rzym wita nas pochmurnym niebem, ale wysoką temperaturą – jest około +18 stopni Celsjusza. Z Fiumicino do hotelu podróżujemy tym razem nie lotniskowym expresem LEONARDO, a busem (jest tańszy, z “dostawą” pod hotel, a czas przejazdu zbliżony).

Hotel zarezerwowałem tradycyjnie – w centrum, w pobliżu Stazione Termini – dodatkowo blisko dwóch linii metra i dworca autobusowego. La Casa di Amy okazał się strzałem w dziesiątkę. Jeśli ktoś nie oczekuje **** i full service’u można go jak najbardziej polecić. Jakość w tym przypadku wręcz wyprzedza cenę (więcej: http://7mildalej.pl/nocleg-w-rzymie/).

W związku z tym, że byliśmy stosunkowo wcześnie, to bagaże przechowano nam w recepcji, a pokój przygotowano przed godziną, od której zaczyna się doba hotelowa. Pierwsze kroki skierowaliśmy w okolice wzgórza Eskwilinu, gdzie znajduje się papieska Basilica Santa Maria Maggiore. Bazylika zwana jest również bazyliką Matki Boskiej Śnieżnej – z czym wiąże się pewna legenda. Jeden z papieży, a mianowicie Liberiusz, na początku swojego 14-letniego pontyfikatu, w 352 roku miał sen. Matka Boska nakazała mu wybudować kościół w miejscu, w którym spadnie latem śnieg. Jak powiedziała, tak się stało – nocą z 4. na 5. sierpnia 352 roku na wzgórze eskwilińskie spadł śnieg! Papież wytyczył zarysy przyszłej bazyliki, którą ostatecznie wybudował 80 lat później papież Sykstus III na miejscu świątyni Junony.

Bazylikę odwiedziliśmy raz jeszcze – ostatniego dnia pobytu w Rzymie.

Nad jej wejściem góruje ponad 70-metrowa kampanila (dzwonnica), a trójnawowe ponad 80-metrowe wnętrze charakteryzuje się dwustronną kolumnadą – zgodnie z podaniami – zabranymi ze świątyni Junony. Wnętrze dosłownie powala – szkoda opisu, to po prostu trzeba “naocznie” zobaczyć.

RZYM ZNANY, RZYM ODWIEDZANY

Nie o bazylice miało być na początku! A o zabytkach Romy w wersji light.

Amfiteatr Flawiuszy… Któż go nie zna!

Po odstaniu 40 minut w kolejce, Koloseum można podziwiać od wewnątrz.

Piazza della Repubblica – któż będąc w Romie nie odwiedził tego jakże charakterystycznego placu związanego ze zjednoczeniem XIX-wiecznych Włoch..?

Łuk Konstantyna Wielkiego (Arco di Costantino) z 315 roku – ciężko go nie zauważyć odwiedzając Colosseo.

“Maszynę do pisania” jak mówią miejscowi na Altare della Patria (Ołtarz Ojczyzny) też pewnie widzieliście…

O Fontannie di Trevi, a której kąpała się Anita Ekberg nawet nie wspomnę…

O Schodach Hiszpańskich, zwanych tak naprawdę Scalinata di Trinita dei Monti (tym razem niezatłoczonych!) już szkoda pisać…

Piazza del Popolo – jeden z żelaznych punktów zwiedzania Rzymu – z samej już nazwy – Plac (wszystkich) Ludzi… Swoją drogą – znajdujący się tam obelisk, który został “podprowadzony” przez Oktawiana Augusta z Egiptu wybudował faraon Ramzes II zwany Wielkim.

Dom Westalek, Foro Romano, Palatino, Circus Maximus to takie miejsca, w których wypada być w Rzymie. Oczywiście, że tam byliśmy, spacerując w świąteczne dni okraszone do tego przepiękną pogodą i słońcem.

O historii i zabytkach Romy możecie poczytać tu: http://7mildalej.pl/roma-la-citta-eterna/. Zajmijmy się więc innym Rzymem…

RZYM ŚWIĄTECZNY

W bożonarodzeniowym okresie miasto jest świątecznie przystrojone i żyje głównie jarmarkami. O świętach przypominają dekoracje wręcz na każdym kroku. W końcu to naród (podobno) katolicki, aż 84% Włochów deklaruje ten odłam wiary chrześcijańskiej! W praktyce różnie to wygląda, ale święta Bożego Narodzenia są dla nich ważne.

A jeśli są ważne, to ważna jest również choinka, szczególnie rzymska choinka ustawiana corocznie na Piazza Venezia przed Altare della Patria. Po olbrzymiej wpadce w roku 2017, kiedy to przywieziona z alpejskiego Piemontu choinka po prostu… uschła jeszcze przed Wigilią, jest to obowiązkowy punkt wypraw i dyskusji Rzymian. Coś takiego stało się pierwszy raz – dobrze, że tej rzymskiej choince nie towarzyszy legenda Colosseo, bo Rzym być może nie miałby szans na przetrwanie… Po “spelacchio” (czyli: drapaku) pozostały gorzkie wspomnienia, żeby nie powiedzieć “kac”. Nadzieja na odbudowę rzymskiej godności rosła z każdym miesiącem, by w grudniu 2018 kolejny raz ustąpić miejsca rozczarowaniu…

Drzewko z okolic Varese za niebagatelne 370 tysięcy euro zostało już w czasie transportu ogołocone z niektórych gałęzi przez firmę je wiozącą i po ustawieniu otrzymało “dumnie” brzmiące imię: “spezzacchio” (czyli: połamaniec). Po protestach Rzymian gałęzie… doczepiono, tak więc w wigilijne popołudnie mogliśmy oglądać najsławniejszą choinkę Europy po liftingu.

Świąteczne dekoracje są obecne niemal wszędzie. Od Via dei Condotti – ulicy ociekającej złotem i nieprzyzwoitym wręcz bogactwem. Chociaż, co tak naprawdę nieprzyzwoitego jest w bogactwie – chyba tylko czasem sposób jego osiągnięcia…

do prostej kwiaciarni na Via Catanzaro

Choinka przy Piazzale di Porta Pia przybrała włoskie barwy narodowe

Liczba bożonarodzeniowych jarmarków jest praktycznie równa ilości placów w Rzymie. Stragany ze wszystkim, co można sobie wyobrazić albo i więcej, znajdziecie i na Piazza Repubblica, i przy Stazione Termini, ale jeden z największych jarmarków znajduje się na Piazza Navona.

W tym przypadku to nie tylko świąteczne gadżety, ale również tradycyjne i lokalne włoskie przysmaki – formaggi, prosciutti, pancette, vini i liquori maraschini. Oprócz tego strzelnice, a nawet… teatrzyk kukiełkowy. Taka jest właśnie bożonarodzeniowa Piazza Navona… W końcu miejsce zobowiązuje – od 1477 do 1867 (prawie 400 lat) – działał tutaj targ przeniesiony z Kapitolu.

Jeśli już macie dosyć grudniowych świecidełek i bazarowej “rozpusty”, wszędzie – nie tylko w kościołach – znaleźć można bożonarodzeniowe szopki. Są dosłownie na każdym kroku – zarówno w Koloseum (podobno to miejsce kaźni chrześcijan, ale tylko podobno):


jak też na Piazza Spagna,

gdzie przyjmuje już słuszne rozmiary. Jako, że dzień wigilijny, to udajemy się do najmniejszego państwa świata – Stato della Citta del Vaticano.

RZYM WIGILIJNY

Z Piazza del Risorgimento udajemy się w kierunku Via di Porta Angelica – jednej z watykańskich bram.

Na Piazza San Pietro zastaliśmy bożonarodzeniową szopkę z piasku. Całość konstrukcji ma 16 metrów szerokości oraz 5 metrów wysokości, a piasek pochodził z położonego w Wenecji Euganejskiej miasteczka Jesolo. Setki ton piasku w blokach zlanych wodą ustawiono na Placu św. Piotra, a następnie rozpoczęto rzeźbienie. Tego dokonał przez dwa tygodnie międzynarodowy zespół kilkunastu artystów, między innymi z USA, Rosji, a nawet tak świeckich państw jak Czechy czy też Holandia.

Choinka, której historia sięga pontyfikatu Jana Pawła II, została ufundowana i dostarczona przez gminę Pordenone w północno-wschodnich Włoszech. Tegoroczna miała 21 metrów wysokości i prezentowała się nie gorzej niż ta z Piazza Venezia.

Do kaplicy sykstyńskiej oraz bazyliki św. Piotra kolejka prawie dookoła Watykanu, więc tym razem nie próbujemy nawet się dostać do środka.

Plac jest oblegany, ale bywałem na nim w dniach, kiedy tłum był znacznie większy. Generalnie odwiedzający Watykan w ten wigilijny dzień skupiają się bardziej na wizycie w sakralnych przybytkach niż podziwianiu architektury.

Wizyta w Watykanie dobiega końca… Poprzez Via della Conciliazione jedną z najkrótszych, a najbardziej znanych ulic na świecie opuszczamy Watykan…

…i udajemy się w kierunku Tybru oraz zamku św. Anioła (Castel Sant’ Angelo) – stanowiącego jednocześnie mauzoleum cesarza Hadriana.

Watykan również można zaliczyć do Rzymu – tego znanego i tego odwiedzanego, a…

RZYM MNIEJ ZNANY

jest równie piękny i zaskakujący. Mając dużo czasu postanowiliśmy odwiedzić mniej uczęszczane miejsca wiecznego miasta. Na pierwszy ogień poszła dzielnica EUR. Nie ma nic wspólnego z ani z unią europejską, ani z powszechną dzisiaj walutą. To po prostu akronim od Esposizione Universale (di) Roma. Dzielnica zaczęła powstawać w połowie lat 30-tych XX wieku i miała być gotowa na wystawę światową planowaną na rok 1942, a z drugiej strony miała uświetnić 20-letnie (od 1922 roku) rządy włoskich faszystów. Po wystawie miała stać się siedzibą duce i jego urzędników. Wystawa nie odbyła się z wiadomej przyczyny, ale dzielnica, choć niedokończona, do dzisiaj funkcjonuje.

Jedną z jej głównych budowli jest kwadratowe koloseum (colosseo quadratto). Chociaż pierwotnie miał powstać kolejny łuk triumfalny ku czci Mussoliniego, to powstał budynek, który naśladuje ni to mauzoleum, ni to ser szwajcarski, tyle, że zrobiony z trawertynu, podobnie jak paryska Sacre Coeur. Oficjalna nazwa to Pałac Włoskiej Cywilizacji (Palazzo della Civilta’ Italiana). Ze wzgórza, jednego z wyższych w Rzymie, na którym umiejscowiono ten budynek rozciąga się piękna panorama miasta.

Włosi po wojnie nie zawiesili koncepcji budowy tej dzielnicy, tylko sukcesywnie zmieniali jej przeznaczenie. Chociaż nawet dzisiaj spacer po tej monumentalnej dzielnicy sprawia, ze człowiek czuje się jak w Roku 1984 Orwella – to pierwsze skojarzenie, jakie mi przyszło przechadzając się ulicami EUR.

Puste, jakby wymarłe ulice, z architekturą, jakiej nie powstydziłby się niejeden dyktator (jak powyżej budynek Palazzo dei Congressi) mają w sobie coś tajemniczego i przerażającego. Jakby czas się zatrzymał na planie kiedyś kręconego filmu o jakimś totalitarnym systemie. Dzielnica rzeczywiście niejednokrotnie służyła jako plenery filmów Antonioniego czy Felliniego.

Centralny plac dzielnicy to Piazza Marconi z obeliskiem i licznymi kolumnadami.

To nie jest ten Rzym, który każdy z nas zna z jego historycznego centrum. – Zamiast tego idealne połączenie architektury z polityką i propagandą. Ma być ciężko, prosto i pompatycznie – taka mieszanka zawsze zrobi wrażenie!

Po II wojnie światowej Włosi próbowali EUR zbliżyć do człowieka. Dzisiaj w tych, wyglądających znajomo, bo socrealistycznie budynków mają swoje siedziby liczne firmy. Mieszkania przez pewien czas były jednymi z droższych w Romie – mieszkać w EUR – było po prostu “trendy”. W 1960 roku na potrzeby odbywających się igrzysk olimpijskich wybudowano piękny Palazzo dello Sport, który służy swoją areną do czasów nam współczesnych.

Jadąc do Ostii zatrzymaliśmy się w Ostiense – Przy jednej ze starożytnych bram Rzymu – Porta San Paolo w obrębie murów Aureliusza znajduje się budowla, jakiej spodziewać się można w Egipcie, ale nie w środku Półwyspu Apenińskiego. Piramida (Piramide di Caio Cestio) – na wzór tych egipskich – wygląda jakby była sztucznie wklejona w stare, okalające w III wieku naszej ery Rzym, miejskie mury. Pierwsze wrażenie – happening artystyczny w skali makro, ale…

…jest to prawdziwa, pochodząca z 12 roku naszej ery piramida – grobowiec Gajusza Cestiusza (jednego z bardziej znanych rzymskich pretorów i epulonów). Wielka bryła o kształcie ostrosłupa wysokiego na 36 metrów i podstawie o długości 30 metrów jest współcześnie jedną z niekoniecznie najczęściej odwiedzanych atrakcji la citta eterna.

Czy wiecie, że do dnia dzisiejszego w Rzymie stoi obelisk Mussoliniego? Przy wejściu na Stadio Olimpico – na co dzień obleganym przez tifosi piłkarskiego klubu AS Roma – stoi 17,5 metrowy monument z karraryjskiego marmuru z napisem “Mussolini Dux”.

Cały kompleks zwany Foro Italico, poza stadionem olimpijskim

obejmuje siedzibę włoskiego komitetu olimpijskiego

oraz Stadio dei Marmi.

Być może z internetu znacie tę postać… Papież Jan Paweł II miał na Słowacji swojego sobowtóra. To Julius Pilsko – 59-letni performer mieszkający we Włoszech.

Można go spotkać w weekendy przed wieloma rzymskimi atrakcjami. Przypomina nie tylko turystom, ale też Rzymianom postać lubianego przez nich biskupa Rzymu.

RZYM – MIASTO KOTÓW (LA CITTA DEI GATTI)

Ktoś, kto jest w Rzymie, a przy tym jest jeszcze miłośnikiem tych futrzaków nie może sobie odpuścić wizyty w Largo di Torre Argentina. Miejsce w starożytności chyba najbardziej znane ze śmierci Juliusza Cezara – na miejscu dzisiejszych odkryć archeologicznych rozciągał się Teatro di Pompeo. 15. marca 44 roku p.n.e. w tym właśnie miejscu Brutus zadał sztyletem ostatni, śmiertelny cios Cezarowi.

Dzisiaj jest to miejsce, gdzie od lat 90-tych XX wieku, działa wspierane przez magistrat schronisko dla miejskich kotów. Colonia Felina di Torre Argentina – taką nazwę oficjalną nosi ten przybytek zajmuje się opieką, sterylizacją i dokarmianiem swoich futrzastych podopiecznych.

Mają tam swoje legowiska, miski i kuwety. Każdy, kto chce wesprzeć może to zrobić kupując na miejscu kocie gadżety.

Wszystkie dobrze odkarmione, zadowolone i domagające się miziania 🙂

Szalenie mili i zaangażowani wolontariusze pod opieką mają ponad 100 kociaków!

Nie jest jedyna taka kolonia kotów, równie wspaniałą, zwaną Gatti di Piramide znajdziecie przy piramidzie Cestiusza w Ostiense.

RZYMSKIE ULICZKI

Święta w Rzymie to także czas błogiego relaksu pod znakiem spacerów. Pogoda sprzyjała. Lekko opustoszałe uliczki w dzień Bożego Narodzenia służyły kontemplowaniu piękna starych, klimatycznych, romantycznych uliczek i zaułków…

…oraz typowych, włoskich kamienic 🙂

Niestety Rzym świąteczny, to również Rzym “zamknięty” – wiele atrakcji, podobnie jak w Polsce jest nieczynna. Nie dane więc nam było zobaczyć filmowego miasteczka – sławnej Cinecitta. Może następnym razem..?

Jako, że pogoda była przepiękna, drugą część naszego świątecznego wyjazdu postanowiliśmy spędzić w Ostii nad pięknym Il Mar Tirreno (Morze Tyreńskie). Ale o tym i o świątecznych rzymskich niespodziankach już w drugiej części naszej wigilijnej opowieści. Czytaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie-czesc-ii-ostia/ .

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Pierwszy raz w Romie wypróbowałem inny środek transportu z FCO niż pociąg. Licencjonowane busy wożą chętnych do hoteli, cena – ok. 2-3 EUR niższa niż LEONARDO, a wysiada się przed drzwiami hotelu, a nie tylko na Stazione Termini. Gdyby był ktoś chętny mam namiar na “zaprzyjaźnionego” już kierowcę. Zresztą tzw. naganiaczy-nagabywaczy znajdziecie bez problemu przed automatami biletowymi i wejściem na stację kolejki.
  2. Część rzymskich atrakcji młodzież pochodząca z państw UE, a mająca poniżej 18 lat zwiedza za darmo. Wspaniała idea edukacyjna – oby więcej takich. Część jest dla wszystkich odwiedzających nadal bezpłatna, jak np. Panteon. Ale podobno za Bocca di Verita trzeba już uiścić opłatę 2 EUR.
  3. Zarówno do EUR jaki i do Ostiense dojechać można niebieską linią metra w kierunku “Laurentina” – możliwość zwiedzenia za jednym zamachem.
  4. Komunikacja miejska w Rzymie – ceny biletów poniżej – każdy wybierze coś dla siebie: