WEEKEND W HARRACHOVIE – CZEMU NIE…

Czeskie Karkonosze

Majówka w Czechach…? Może weekend w Harrachovie… To nie tylko dobra opcja dla mieszkańców Wrocławia. Dojazd jest całkiem przyjazny, nawet z Warszawy odległość prawie 500 km nie powinna być problemem. W lipcowy 2014 roku pakujemy się, siadamy w auto i za niecałe 5 godzin wysiadamy po czeskiej stronie Sudetów. Cel: Harrachov!

Harrachov to pierwsza miejscowość zaraz za przejściem granicznym w Jakuszycach, zaledwie 4 kilometry od granicy. W XVII wieku zostaje założona tu wieś o nazwie Dörfl. Niedługo później wieś trafia w ręce szlacheckiego rodu pochodzącego z Dolnej Austrii i zmienia nazwę na Harrachsdorf. Nazwę swą bierze oczywiście od nazwiska rodu Harrachów. Harrachowie pisali historię nie tylko austriacką, ale również czeską, słowacką, a także węgierską. Nie tylko odległą historię, ale również tę najnowszą. Péter Harrach pełnił rolę ministra rządu węgierskiego w latach 1998-2002, a także kilkukrotnie wiceprzewodniczącego węgierskiego parlamentu.

Harrachov, to niewielka miejscowość. Jeśli już tam dotrzecie, to można zostawić samochód na hotelowym parkingu, a na zwiedzanie miasta i okolic udać się na własnych nogach.

Droga 01021 ciągnie się wzdłuż miejscowości

Poza okolicznymi szlakami górskimi jest kilka miejsc, w które z pewnością warto dotrzeć. Spróbujemy je wypunktować, a zaczniemy od pierwszego odwiedzonego:

1. ČERT’AK

Čerťák to nie tylko górujące nad miasteczkiem wzniesienie, na które wiedzie malowniczy szlak, ale przede wszystkim kompleks skoczni narciarskich. 1.020 m.n.p.m. to niewiele, a warto wejść, chociażby dla pięknej panoramy miasta i okolicznych gór.

Čertova Hora znaczy tyle, co Czarcia Góra
Widok z Čertovej Hory

Punkt konstrukcyjny skoczni na Čert’aku mieścił się na 185 metrze, co predysponowało ją do zaliczenia do tzw. skoczni mamucich. Jej rozmiar, czyli tzw. hill-size ulokowano natomiast na 205 metrze. Ciekawostką jest fakt, że była to skocznia naturalna, której tory zjazdowe umieszczono na zboczu góry, a nie była wynikiem wyrafinowanej myśli konstrukcyjnej.

Nie tylko lata świetności tej, wybudowanej w 1980 roku, skoczni mamy już za sobą, ale również jakiekolwiek zawody czy treningi nie są już tam organizowane. Po około 35-tu latach rozgrywania zawodów pucharu oraz mistrzostw świata nadszedł dzień 15. marca 2014 roku. Ostatnie rozegrane zawody – Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich wygrał Severin Freund, a 5. miejsce padło łupem Kamila Stocha.

Čert’ak w lipcu 2014 roku
Widok ze skoczni na Harrachov

Z kibicowskiego punktu widzenia przypomnę tylko kilka interesujących faktów:

  • Na skoczni dwa razy triumfował Adam Małysz (13-14.01.2001 roku), a 8.01.2011 roku zdobył trzecie miejsce.
  • Rekordzistą skoczni jest Matti Hautamäki – 214,5 m (9.03.2002); rekord wyrównał Thomas Morgenstern w 2008 roku.
  • 18. lutego 1983 roku czeski skoczek Pawel Ploc ustanowił rekord Świata skacząc na odległość 181 metrów; dzisiaj w Harrachovie były skoczek prowadzi pensjonat i restaurację pod nazwą PAVEL PLOC PENSION RESTAURANT.
  • 13. lutego 2013 roku Jurij Tepeš skoczył 220 metrów, ale niestety skoku nie ustał.

Niestety od roku 2014 mamut na Čerťáku niszczeje. Skocznia, z tego co pamiętam, znajdowała się co prawda w kalendarzu FIS, ale za każdym razem odwoływano planowane zawody. W 2017 roku powstał komitet reaktywacji obiektu pod nazwą “na mamuta”. Miejmy nadzieję, że uda im się przywrócić skocznię do życia.

2. MUMLAVSKE VODOPADY

Mumlava to niewielka górska rzeka o długości około 12 kilometrów, która przepływa przez Harrachov i stanowi dopływ Izery. W odległości około 2 kilometrów od centrum miasta w kierunku wschodnim znajdują się Mumlavské vodopády.

Mumlavské vodopády
Mumlava tworzy 10-metrową kaskadę

Rzeka, w dolinie zwaną Mumlavský důl tworzy liczne kaskady, z których największa ma 10 metrów wysokości. Zresztą cała trasa jest malowniczo położona wzdłuż rzeki i widoki są przepiękne.

Mniejsze kaskady na Mumlavie
W porze letniej Mumlava przypomina bardziej potok niż rzekę
Wzdłuż rzeki znajdziecie “tarasy” widokowe
Mumlava w Harrachovie

W knajpce, znanej jako “Srub U Lišáka”, a którą znajdziecie nieopodal vodopadów zjadłem chyba najlepsze w Czechach knedle z jagodami… Nie prawdopodobnie, a z pewnością istna poezja smaku. Z czeskim piwem smakują wybornie.

Knedlíky s borůvkami

Zresztą… wszystkie knedle (z piwem) smakowały tam wspaniale!

Klasyka czeskiej kuchni

3. HORNICKE MUZEUM

Nieopodal południowej ścieżki wiodącej do Mumalvskich vodopadów znajdziecie lokalne muzeum górnictwa. Niestety było nieczynne – wcześnie jest zamykane. Już w 1947 roku podjęto prace wydobywcze, ale złoża były eksploatowane przede wszystkim w latach 1957-1992. W kopalni wydobywano rudy kwarcu, barytu, fluorytu oraz baleny. Z ponad 21 kilometrów chodników wydobywczych do zwiedzania udostępniono trasę o długości ponad 1 kilometra.

Hornicke muzeum to historia kopalni rudy w Harrachovie

4. BOBOVA DRAHA

Gdy już zmęczą nas okoliczne trasy i zapragniemy powrotu do miasta, to możemy skierować swoje kroki nad drugą z rzek zwaną Kamenice. Tam znajduje się Bobova draha czyli tor saneczkowy, na którym można poszaleć w również w letnie dni.

Tor – da Wam z pewnością ponad 1000 metrów frajdy z jazdy. 38 metrów różnicy przy średnim nachyleniu 6%, a przede wszystkim 17 zakrętów w doskonały sposób łączy adrenalinę z radością. Miejsce z pewnością warte odwiedzenia.

Chwila rozrywki na letnich bebslejach

5. MINIBROWAR I HUTA SZKŁA “NOVOSAD A SYN”

Kiedy wrócimy już z górskich spacerów albo wyszalejemy się na “bobovce” możemy zaspokoić nasze zmysły w jeszcze jednym fantastycznym miejscu. Przy wjeździe do Harrachova znajduje się założona jeszcze przed rokiem 1712 rokiem huta szkła.

Jednym z najciekawszych miejsc w hucie jest bezsprzecznie szlifiernia szkła funkcjonująca do dzisiaj w oparciu o metody sprzed 300 lat. Urządzenia i maszyny nadal napędzane są turbiną wodną. W hucie znajduje się minibrowar, w którym godne uwagi są dwa artefakty:

  • ciemne piwo – Čerťák oraz…
  • lager František

obydwa, jak mówią Czesi, “dvanáct-ki”. Doskonałe, a może sobie również vzít pryč (na wynos) w czteropaku. Niestety nie zachowały mi się żadne foty z wizyty w hucie, ale szkło, które nabyliśmy w hucie, w przeciwieństwie do piwa, od wielu już lat jest namiętnie używane.

WRAŻENIA Z HARRACHOVA

Ta niewielka mieścina położona na wysokości 700 m.n.p.m. – pierwsza w Czechach po przekroczeniu granicy w Jakuszycach jest z pewnością dobrą miejscówką nawet na krótki weekendowy wypad nie tylko dla mieszkańców Dolnego Śląska, ale wydaje się, że również dla tych mieszkających dalej.

Co mnie urzekło poza sezonem narciarskim..? Z pewnością brak tłumów oraz… ceny. Harrachov na weekend to dobra opcja, jeśli ktoś zapragnąłby się wyciszyć i pooddychać górskim powietrzem. Nie ma może tam zbyt wielu atrakcji, ale weekend z pewnością da się spędzić zarówno relaksacyjnie, jak też aktywnie. Jeśli ktoś lubi czeską kuchnię i tradycyjne czeskie piwo, to również się nie zawiedzie.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Dojście do Mumlavskich Vodopadów – najlepiej – szlakiem niebieskim z centrum Harrachova w kierunku schroniska Labská bouda lub żółtym szlakiem . W pobliżu znajduje się schronisko Mumlavská bouda a także restauracja “Srub U Lišáka”. Droga ta jest częściowo asfaltowa wzdłuż północnego brzegu Mumlavy – w przeciwieństwie do leśnej ścieżki po południowej stronie rzeki.
  • Więcej o letnim torze saneczkowym przeczytacie przede wszystkim tutaj: http://www.bobovka.cz
  • Nie powinno być problemów z zakwaterowaniem nawet “last minute” – hoteli i pensjonatów jest wystarczająca ilość (jak na letnią porę) i znajdzie się coś na każdą kieszeń.
  • Zimową porą Harrachov zamienia się w narciarski kurort. Nie byłem, nie wypowiadam się, ale bywalcy mówią, że tym bardziej warto odwiedzić to miasteczko.

VERONA – 4 GODZINY DO ODLOTU

Verona – Piazza delle Erbe

W Weronie zaczęła się nasza czerwcowa, włoska przygoda, w Weronie też zakończyła. Wracając znad Lago di Garda nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Verona musi poczekać na inną okazję, bo kilka godzin to czas zbyt krótki, aby zapoznać się z tym pięknym miastem. Jednakże najsławniejszy balkon świata zdążyliśmy zobaczyć.

VILLAFRANCA AIRORT

Lotnisko Villafranca (VRN) nosi imię Valerio Catullo. Patrząc z punktu widzenia Werony jako miasta poezji i miłości patron nie mógł być inny jak ten pochodzący z Verony rzymski poeta znany szerzej jako Katullus. Port lotniczy znajduje się na południowy wschód od miasta. Pas startowy dzieli z bazą włoskich sił powietrznych.

Port Lotniczy Verona-Villafranca widziany od strony płyty postojowej

Lotnisko obsługuje prawie 3,5 miliona pasażerów rocznie. Posiada jedną drogę startową o długości ponad 3.000 metrów. Zarówno przyloty, jak też odloty znajdują się w jednym długim parterowym budynku. Zaletą jest szybkość poruszania się, wyjścia do miasta, natomiast minusem ciasnota na odlotach. Brak jest rękawów, dlatego też boarding odbywa się za pośrednictwem lotniskowych autobusów. Samochodem dojazd z centrum miasta zajmuje nie więcej niż 15-20 minut. Do miasta można dotrzeć autobusami linii nr 199 (na stację kolejową) oraz nr 164 (na Piazza Bra). Orientacyjny czas dojazdu – ok. 30 minut. Na lotnisko dotarliśmy liniami AIR DOLOMITI; o wrażeniach z lotu tymi liniami czytaj tutaj: http://7mildalej.pl/air-dolomiti-recenzja-z-lotu/

Do Werony docieramy niecałe 4 godziny przed odlotem do Frankfurtu. Czasu nie będziemy więc mieć zbyt wiele, a jeszcze trzeba oddać auto w lotniskowej wypożyczalni. Ustalamy krótki plan – balkon, ścisłe centrum, koloseum i standardowo: zapoznanie się z lokalną kuchnią.Parkujemy na parkingu przy Tribunale di Verona. Miejscówka dobra, jak wszystkie zresztą, które są poza Porta Nuova czy też Porta Palio. To praktycznie już centrum miasta.

CASA DI JULIETTA

W niedzielne, czerwcowe popołudnie miasto wygląda prawie na wymarłe. Podczas spaceru z Tribunale di Verona do Domu Julli spotykamy co najwyżej kilku spacerowiczów. Dla tubylców to godzina obiadowa, ale gdzie się podziali turyści tak tłumnie odwiedzający to romantyczne i piękne miasto?

W takich warunkach to ja lubię zwiedzać… prawie jak ghost city!

Będąc w Weronie i nie zobaczyć najsłynniejszego balkonu świata…? Fikcyjny balkon, fikcyjnej panny rozsławiony przez Williama Shakespeare’a, który nigdy nie odwiedził Werony. Średniowieczna historia tragicznej miłości Julii Capuleti oraz Romeo Montecchi sprawiła, że Werona pojawiła się na mapie najbardziej romantycznych miast świata. Wykorzystali to Włosi w latach międzywojennych, kiedy to w domniemanym domu rodziny Capuletich dobudowano balkon, który stał się miejscem pielgrzymek zakochanych i nie tylko.

Jeśli ulice miasta były puste, to XIII-wieczna kamienica uznana przez wyznawców kultu Romea i Julii była oblegana bardziej niż sklep z pralkami za czasów słusznie minionych.

Balkon Julii w Casa di Julietta przy via Capello

Wyjaśniły się więc pustki na ulicach miasta. Wszyscy chyba turyści byli przede wszystkim tłoczyli się w bramie kamienicy przy via Capello 23. Istna wieża Babel. W wejściu do kamienicy całe ściany zapisane są oraz oblepione są karteczkami z miłosnymi wyznaniami i pragnieniami zakochanych z całego świata.

Na ścianie kamienicy przy via Capello ludzie chyba sobie drabiny podstawiali żeby wyznać miłość

Co ciekawe, miłość to największa siła świata, więc mamy na tych ścianach wyznania również międzygatunkowe, a w szczególności do ukochanych… klubów piłkarskich!

Na dziedzińcu kamienicy stoi też posąg Julii Capuleti. Podobno potarcie jej piersi ma przynosić szczęście w miłości. Stąd też jest to najbardziej wypolerowana część jej pomnika. Miliony rąk głaskały te piersi w nadziei, że będzie to zbawienne dla ich miłości i uchroni ich to przed tragicznym losem patronki. Zakrawa to prawie na religię 🙂

Posąg najsłynniejsze 14-latki świata

PIAZZA DELLE ERBE

Dużo mniejszym powodzeniem cieszy się natomiast domniemany dom partnera Julii – Romea. Mieści się on przy via Arche Scaligere 2. Niestety nie da się zagiąć czasoprzestrzeni i do odlotu pozostały niewiele ponad trzy godziny. Casa di Romeo musi poczekać.

Swoje kroki kierujemy ku spotkaniu z lokalną kuchnią, bez tego żadem wyjazd nie byłby pełen. Wrażenia z kuchnia di Verona pozostały na kubeczkach smakowych na długo. W związku z tym, że bigoli oraz tagliolini były wyśmienite, to kulinarna strona Werony będzie miło wspominana. Z pastami werońskimi zapoznaliśmy się w LOCANDINA CAPELLO: http://7mildalej.pl/kulinarna-wedrowka-dookola-gardy/ nieopodal Piazza delle Erbe.

Piazza delle Erbe to najstarszy plac miasta, powstał w miejscu starożytnego forum romanum. Ślady po rzymskim rynku można znaleźć już na via Capello.

Wykopaliska archeologiczne – czemu nie..?

Plac wyłożony jest marmurowymi płytami.

Piazza delle Erbe – widok od strony południowo-wschodniej

Na środku znajduje się Fontanna Madonna Verona – najstarszy, gdyż pochodzący z 1368 roku, zabytek placu. Zwieńczenie północnej pierzei placu to z kolei 84-metrowa Torre dei Lambretti.

Torre dei Lambretti

Jedną z najpiękniejszych rzeczy na Piazza delle Erbe są freskowane fasady budynków. Wiele wieków temu Werona była zwana “pomalowanym” miastem. Część tych malowideł pozostała na ścianach. I właśnie te freski były dla mnie najpiękniejszą stroną tego placu.

Typowe dla Werony freskowane elewacje kamienic na Piazza delle Erbe

PIAZZA BRA

Piazza Brà to największy plac Werony. Zorganizowany na planie trapezu z zadrzewionym skwerem w jego centrum, przy którym usytuowanym pomnikiem króla Wiktora Emanuela II. Jedną z jego pierzei zamyka starożytny amfiteatr – Arena di Verona, zwieńczenie kolejnej stanowi Comune di Verona, czyli miejski ratusz. Od strony południowej dostrzec można mury miejskie zaprojektowane przez Viscontiego w XIV wieku.

Skwer na Piazza Brà

ARENA DI VERONA

Amfiteatr w Weronie to jedna z największych tego typu budowli we Włoszech. Zbudowany w I wieku naszej ery funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Arena di Verona jest również trzecim pod względem wielkości, po rzymskim koloseum i amfiteatrze w Kapui niedaleko Neapolu. Natomiast jest jedynym, który do dnia dzisiejszego jest wykorzystywany użytkowo. Jeden z najsławniejszych festiwali operowych świata, organizowanych od 1913 roku, ma miejsce między innymi w werońskim amfiteatrze.

Arena di Verona

Początkowo walki gladiatorów mogło oglądać w nim 30.000 widzów, dzisiaj eventy oraz koncerty jest w stanie obserwować nie więcej niż 15.000. Trzeba wspomnieć, że dwie kondygnacje zachowały się w stanie pierwotnym. Reszta uległa poprzez wieku zniszczeniu. Ale tylko te dwie kondygnacje to 44 rzędy siedzeń na widowni.

Niestety nie starczyło już czasu na zwiedzenie werońskiego koloseum

Gdyby nie trzęsienie ziemi w XII wieku moglibyśmy podziwiać również trzecią kondygnację amfiteatru.

PODSUMOWANIE

Verona – 4 godziny do odlotu… a miasto przecież piękne. I znowu pozostanie niedosyt. Nie ma szczęścia u mnie. Wiele lat temu również byłem w nim tylko przejazdem. Może kiedyś, w przyszłości poświęcę chociaż weekend na uporządkowanie swoich wspomnień i uda się choć weekend spędzić zatracając się w uporządkowanym labiryncie uliczek średniowiecznego centrum jednego z piękniejszych miast włoskiej północy.

Werona nie jest też miastem, które może Cię pochłonąć na wiele wizyt. Starówka jest dość mocno kompaktowa, na jej zwiedzanie jeden dzień w zupełności wystarczy. Drugi dzień można przeznaczyć na Castelvecchio i jedno z muzeów, lub dokładniejsze zapoznanie się z Areną. Weekend to czas optymalny, aby wczuć się w klimat miasta i skosztowanie lokalnej kuchni oraz “leżakowanych” plonów okolicznych wzgórz porośniętych winoroślą. A pamiętać trzeba, że pobliskie okolice to znana apelacja Valpolicella, która słynie z włoskich czerwonych win!

Bardziej niż zatłoczona kamienica przy via Capello zachwyciły mnie romantyczne uliczki miasta literackiej miłości. Spacerując po ich bruku można poczuć się mieszczaninem średniowiecznej Werony.

Romantyczne uliczki stanowią o klimacie miasta
Kościół San Fermo Maggiore

Właśnie ten dyskretny urok średniowiecznych kamieniczek i uliczek starego centrum miasta stanowi o uroku Werony. Zagłębiając się w tereny wewnątrz miejskich murów poprzez jedną z licznych bram, jak chociażby poniższa Porta Cittadella, można na spacerze nimi spędzić długie godziny.

Ilość zachowanych murów miejskich oraz bram jest imponująca

Od przyjazdu mieliśmy 4 godziny do odlotu. Ponad 3 godziny wystarczyły tylko na pobieżne zapoznanie się ze średniowiecznym centrum miasta. Miasto tak nas pochłonęło, że na lotnisku zameldowaliśmy się niewiele ponad 30 minut przed odlotem. Tym razem zdążyliśmy…

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • z całą pewnością jako tani i praktyczny parking mogę polecić parcheggio Tribunale di Verona – wjazd od Via dello Zappatore
  • koszt – ok. 1 EUR za 1h – tyle nas kosztowało parkowanie w niedzielę
  • w ścisłym centrum również są parkingi, ale głównie podziemne; koszty jednak już znacznie wyższe
  • wejściówka na balkon Julii przy via Capello kosztuje 6 EUR, ale zaopatrując się w VERONA CARD (koszt = 18 EUR) jest chyba darmowy
  • VERONA CARD upoważnia do szeregu zniżek, a nawet darmowych wejściówek – warto się w nią zaopatrzyć przyjeżdżając do miasta na minimum 2-3 dni
  • wejściówka na Arenę di Verona kosztuje 10 EUR
  • w niedzielę stacje benzynowe we włoskich miastach są standardowo zamknięte; można próbować tankować na automatycznych, ale nie wszędzie chciały zaakceptować nasze karty – wniosek jest jeden – jak widzisz otwartą stację tankuj do pełna 🙂

WEEKENDOWA NICEA

Stary port w Nicei i Alpy Prowansalskie

Nicea to miasto, które urzeka swoim pięknem, klimatem i atmosferą. Jednocześnie tak mi bliskie, gdyż od mojej ukochanej włoskiej Ligurii oddalone zaledwie o powiew śródziemnomorskiej bryzy. Nieformalna stolica Lazurowego Wybrzeża przyciąga nie tylko zwiedzających z zasobnym portfelem, ale też każdego, kto chce odkryć piękno nadmorskiej części Prowansji. Wspaniałe wybrzeże, przepyszna kuchnia, kosmopolityczna atmosfera miasta miała być dla mnie miejscem świętowania urodzin.

Do Nicei przylecieliśmy wieczornym lotem z Brukseli po całym dniu spędzonym w stolicy Belgii i UE (czytaj: http://7mildalej.pl/spacerem-przez-bruksele-10-godzin-w-stolicy-belgii/). Stan wyjątkowy, który obowiązuje we Francji dotknął nas na lotnisku NCE – zaliczyliśmy obowiązkową kolejkę do kontroli paszportowej. Po około 20 minutach odbieramy bagaże z claimu i szukamy transportu do miasta.

Tramwaj niestety już nie kursuje, ale wielu pax-ów na niego wciąż czeka, widocznie to “tramwaj zwany pożądaniem… Kilka kroków dalej odnajdujemy przystanek autobusowy i pakujemy się to linii nr 98 jeżdżącej do miasta. 15 minut później wysiadamy na osławionej Promenadzie Anglików w dzielnicy Gambetta; z przystanku mamy 3 minuty do hotelu.

Po brukselskim chłodzie Nicea wita nas pięknym i ciepłym wieczorem.

Pierwsze kroki na Promenade des Anglais

Po drodze znajdujemy sklep z winem, taka nowa świecka tradycja, zawsze wpadamy do hotelu z butelką lokalnego wina. Okolice hotelu super – są knajpki, sklepiki, cisza – wszystko w pakiecie. Szybki check-in w Hotel La Villa Nice Promenade (o wrażeniach z hotelu możecie poczytać tutaj: http://7mildalej.pl/przytulny-i-klimatyczny-hotel-w-nicei/).

Poranna promenada jest jeszcze piękniejsza niż nocą.

7 kilometrów nadmorskiego bulwaru

Dzisiejszy dzień poświęcamy na spacer uliczkami Nicei i podróż do Monte Carlo. Z hotelu do dworca kolejowego mamy około 15 minut spaceru i można podziwiać architekturę i kamienice Nicei.

W końcu docieramy do głównego dworca miasta – Gare de Nice Ville. Stąd za parę minut ruszymy na podój Monte Carlo.

Architektura Gare de Nice Ville niczym nie odbiega od mijanych kamienic

MONTE CARLO

Podróż pociągiem z Nicei do Monako zajmuje nie więcej niż 20 minut. Połączenia są średnio co pół godziny, więc warto udać się do drugiego najmniejszego państwa świata (po Watykanie) aby skosztować atmosfery luksusu i przepychu. Na dwóch kilometrach kwadratowych żyje ponad 37 tysięcy osób, a obywatelstwo monakijskie jest jednym z najbardziej pożądanych na świecie. Spoglądając z perspektywy wieków, nikt by nie przypuszczał, że XIII-wieczne wydarzenia, które doprowadziły do uniezależnienia się Monako od władających tymi terenami rodów genueńskich dadzą początek jednemu z najbogatszych państw świata…

Ród Grimaldich, który do dnia dzisiejszego włada tym księstwem, wszedł w posiadanie monakijskich wzgórz w niezbyt chwalebny sposób. W 1297 roku jeden z mnichów – Franciszek Grimaldi – zwany Malizia (z włoskiego: złośliwość) podstępem zdobył znajdującą się tutaj twierdzę. Później wymordował całą ówczesną jej załogę. Ponad 7 wieków później książę Albert II już w całkiem pokojowy sposób – sukcesji – objął rządy tego najmniejszego europejskiego księstwa.

Przez pół życia, odkąd wiele lat temu odwiedziłem ten skrawek lądu wciśnięty na na wzgórza pomiędzy Genuą a Niceą, zastanawiam się nad jego fenomenem. Od 90 lat jego ulice zamieniają się w tor F1, w porcie cumują najdroższe jachty. Przez wiele lat kasę księstwa zasilały wpływy z jednorękich bandytów i popularnej gry na “r” gdzie do obstawienia jest jedna z 37 liczb.

W XX wieku, gdy wydawało się, że Monako będzie uzależnione kasy, którą zostawiają goście w kasynach, a Francja wchłonie tereny Monako, rządy objął książę Rainier III. Dzięki służbie w armii francuskiej, wprowadzeniu konstytucji, przyznaniu praw wyborczych kobietom (w 1962 roku!) ocalił niepodległość i niezależność księstwa. Małżeństwo z Grace Kelly “ściągnęło” Amerykanów”, a jednocześnie boom na nieruchomości spowodował rozkwit państwa monakijskiego.

MONAKO DESZCZOWO

Tymczasem Monako powitało nas… deszczem. W Nicei słońce i klar na niebie, w Monte Carlo ciepło, parno i deszcz, a to tylko 20 kilometrów. Tak czasem bywa na liguryjskim i prowansalskim wybrzeżu, że kilka kilometrów decyduje o pogodzie.

Widok na port przy L’Hermitage

Przy wyjściu ze stacji wita nas kościół – rzymsko-katolicka parafia Sainte Devote Chapel. Ulokowany między urwiskami sprawia wrażenie jakby znalazł się nie w tym miejscu i nie w tym czasie.

Jeden z dwóch kościołów rzymskokatolickich w Monako (ten znacznie mniejszy)

MONAKO SPORTOWO

Monako i Formuła 1 to dwa nierozerwalne światy. Ślady jej historii znajdziemy praktycznie na każdej ulicy.

Pomnik 1-go zwycięzcy GP Monako w 1929 (jeszcze nie F1) przy 1-szym zakręcie zwanym Sainte Devote

Co roku na ulicach tego państwa-miasta ścigają się najlepsi kierowcy i tak się dzieje od kilkudziesięciu lat. Wyścigi uliczne w Monako znane były już przed II wojną światową. Pierwszy zorganizowano w 1929 roku Wygrał Wiilliam Grover-Wiliams na Bugatti. Zawody inaugurujące sezon F1 w 1950 roku wygrał nie kto inny, jak J.M. Fangio na Alfie Romeo. Rekordzistą pozostaje nieżyjący już niestety Ayrton Senna – wygrał GP Monako 6x, z czego 5x z rzędu. Ostatni wyścig – jubileuszowy – w 2019 roku padł łupem Lewisa Hamiltona z Mercedesa.

Trybuna główna przy marinie – zakręt 12 (Tabac)

Wyścig jest uważany za jeden z najcięższych – 78 okrążeń toru o długości 3,34 km wiedzie głównie ulicami dzielnicy Monte Carlo. Jest to również jeden z najniebezpieczniejszych torów F1 i ma też swoją mroczną historię – w 1967 roku zginął Lorenzo Bandini.

Trybuny rozkładane są prawie dwa miesiące wcześniej, a 2 dni przed wyścigiem jest szansa na darmowe obejrzenie sesji treningowych. Cały, zresztą weekend to jedno wielkie święto motoryzacji i miłośników F1.

Silniki bolidów zaryczą 26. maja 2019 – widok na zakręt nr 12 (Tabac) oraz nr 13 (Louis Chiron)

Gdyby ktoś pragnął wybrać się na GP Monako budżetowo, to spieszę z informacją, że szanse na obejrzenie wyścigu są niestety niewielkie… Pomimo, że jest to wyścig uliczny, to wygrodzenia (wysokie i mało przeźroczyste) są wszędzie. Piękne widoki natomiast z okien pobliskich hoteli, cena za nocleg w tym czasie nie jest już taka piękna. Rośnie 2-3x w stosunku do tej z weekendu poprzedzającego wyścig. Jest też opcja obejrzenia wyścigu z okien któregoś z położonych przy jego trasie apartamentu… Można kupić – ceny najtańszych zaczynają się od 1,5 mln euro!

MONAKO BAROWO…

W związku z tym, że niestety pogoda w Monako nie była zbyt sprzyjająca to odwiedziliśmy knajpkę przy sławetnym zakręcie nr 12 w oczekiwaniu na poprawę pogody. Widok z okien kafejki – powalający. Jeśli kobieta może wyglądać jak milion dolarów, to niektóre z tych jachtów wyglądają na dziesiątki milionów USD.

La Condamine – siedziba między innymi Yacht Clubu Monako

Monakijskie ceny nie odstraszyły nas od złożenia chociażby skromnego zamówienia. Zresztą jak się powiedziało “A” (wchodząc do knajpy), to trzeba powiedzieć “B” czyli coś zamówić. Wybór padł na lokalne sałatki oraz butelkę liguryjskiego prosecco. O tym kulinarnym doświadczeniu oraz przysmakach “lazurowej” kuchni możecie przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/lazurowe-smaki/.

Pogoda była jednak mało gościnna tego popołudnia i wygoniła nas z Monte Carlo do Nicei. Nie pierwszy raz w Monako, pewnie i nie ostatni, więc żegnamy ten skrawek światowego luksusu. Swoją drogą można stać się jednym z najbogatszych państw przy zerowym podatku dochodowym…? Można!

Okolice Sainte Devote

Nie wiem czy ktoś to sprawdzał, ale Monako ma chyba przewodzi chyba stawce państw o najdłuższych liniach kolejowych położonych pod ziemią w stosunku do linii kolejowych łącznie, czy też na km2 🙂

Gare de Monaco schowana jest pod ziemią

STARY PORT (VIEUX PORT)

Wracamy do Nicei, ale tym razem nie wysiadamy na stacji Nice-Riquier. Stąd będziemy mieć bliżej do starego portu oraz na wzgórze zamkowe. Stary Port, to właściwie Port Lympia nazwany od starej doliny o tej samej nazwie. Port powstał, w 1748 roku, na zlecenie króla Sardynii Karola Emanuela III. W najgłębszym basenie cumują dzisiaj tu głównie jachty oraz miejscowi rybacy.

Stary Port (Port Lympia)

Port od strony zachodniej zamknięty jest przez wzgórze zamkowe, od północy Place de l’Île de Beauté wraz z kosciołem Notre-Dame du Port, od wschodu liczne kafejki, siedziba Yacht Clubu nicejskiego oraz terminal promowy, z którego kursują liczne promy na Korsykę oraz Sardynię. Atrakcją portu jest podziemny parking, który jest nie tylko podziemny, ale też podwodny, a jego sufit przykryty jest szklanymi taflami

Widok na terminal promowy

WZGÓRZE ZAMKOWE

Wychodząc ze starego portu obchodzimy wzgórze zamkowe (Colline du Château), które stanowi najlepszy punkt widokowy Nicei. To również interesujący kawałek historii tego jakże pięknego prowansalskiego miasta. Od strony portu w skale wykuto pomnik zwany Monument aux Morts – wszystkim, którzy zginęli walcząc za Francję w obu wojnach światowych XX wieku.

Monument aux Morts

Na 92-metrowe, dominujące nad miastem, wzgórze prowadzą schody, ale też można skorzystać z windy – wejście od Rue des Ponchettes przy Tour Bellanda. Jazda windą dla niektórych sama w sobie może być już atrakcją – wlecze się, skrzypi i telepie na wszystkie strony.

Wzgórze zamkowe to miejsce, gdzie już w starożytności osiedlili się Grecy zakładając osadę zwaną Nikaia. Zamek na wzgórzu powstał w XI wieku, ale w 1706 roku na polecenie króla Ludwika XIV został zburzony. W tym miejscu powstał w latach późniejszych park oraz cmentarz.

Park na wzgórzu zamkowym

Z Colline du Château rozciąga się przepiękny widok na miasto, a także wybrzeże sięgające lotniska (NCE). W związku z długą i bogatą historią wzgórza aktualnie prowadzone są tam liczne prace archeologiczne.

Widok ze wzgórza zamkowego na Promenadę Anglików
Widok ze wzgórza zamkowego na miasto

Codziennie o godzinie 12.00 ze wzgórza zamkowego słychać wystrzał armatni. W Nicei ta tradycja ma swoją dość zaskakującą genezę. W drugiej połowie XIX wieku mieszkający tutaj Brytyjczyk Sir Thomas Coventry-More miał notoryczny problem z żoną, która spóźniała się na obiad (obiad rzecz “święta”). Ekstrawagancki Anglik wpadł na pomysł, aby każdego dnia o 12.00 żonę przywoływał wystrzał z armaty. Armaty już nie ma, ale tradycja pozostała i odpalane są o tej godzinie fajerwerki przypominające do złudzenia armatni wystrzał.

Wzgórze słynie również ze sztucznego wodospadu; poniżej jego mniejszy brat

Ten wodospad jest malutki, a wrażenie robi jego większy brat

PROMENADA ANGLIKÓW (PROMENADE DES ANGLAIS)

To miasto to chyba najbardziej angielskie z francuskich miast, chciałoby się powiedzieć. Śladów anglosaskich co niemiara… W XVIII wieku zjeżdżali tutaj, aby korzystać z pięknej pogody (w przeciwieństwie do angielskiej) i właściwości klimatu, liczni arystokraci angielscy. Aby ułatwić spacery wzdłuż pięknego wybrzeża wybudowano, w XIXwieku, promenadę. Sfinansowali ją również Anglicy i tak już pozostało. Dzisiaj Anglików na bulwarze jakby mniej, a dominuje język francuski, choć słychać również… rosyjski i włoski. Mam tyko nadzieję, że nazwa pozostanie, pomimo, że nie jest naród przez Francuzów najbardziej umiłowany…

Ulubione miejsce spacerowiczów, biegaczy i (desko)rolkarzy

Promenada Anglików rozciąga się na długości 7 kilometrów od Ogrodu Alberta I (Jardin Albert I) do okolic portu lotniczego NCE. Na promenadzie można odpocząć na krzesełku lub ławeczce w kolorze niebieskim – innych nie ma. Taką mają tam tradycję – wszystkie krzesełka i ławeczki są tylko w kolorze niebieskim.

W kwietniu tłumów jeszcze nie ma, a pogoda zachęca do odwiedzin bulwaru

14. lipca 2016 roku miała miejsce jedna z największych tragedii ostatnich lat w Europie. Islamski zamachowiec w trakcie obchodzonego we Francji Dnia Bastylii wjechał na bulwar ciężarówką w świętujących i bawiących się tam ludzi. Zanim został zastrzelony przez policję, zdążył zabić 86 osób. Wystarczyło 5 minut pomiędzy 22.30 a 22.35 i niecałe 2 kilometry, aby rozjechać tylu niewinnych ludzi… Dzisiaj na promenadzie niedaleko ogrodu Alberta I znajduje się tablica upamiętniająca ofiary tego okropnego mordu. Po tej tragedii władze zabezpieczyły licznymi barierkami, słupkami oraz linami ten ulubiony teren spacerowy Nicejczyków oraz turystów.

Odwiedzający promenadę mogą czuć się bezpieczniej

PLAC MASSENA I OGRÓD ALBERTA I

Podobne zabezpieczenia zainstalowano między innymi na Placu Massena.

Znak współczesnych czasów – ochrona przed potencjalnym atakiem terrorystycznym w każdym miejscu

Place Masséna to serce miasta. Położony na skraju Vieille Ville oraz Jean-Medecin – dwóch najbardziej popularnych dzielnic miasta przyciąga rzesze odwiedzających. Nad placem góruje siedem postaci na wysokich słupach. Plac Massena to stosunkowo młody “twór”. Jeszcze w XIX wieku płynęła tędy rzeka Paillon, którą przykryto zapobiegając w ten sposób wylewom rzeki i zyskując piękny teren. Przykryte koryto rzeki nosi nazwę Promenady du Paillon.

Południowy kraniec placu wieńczy Fontanna Słońca (Fontaine du Soleil)

Z placem Massena graniczy Jardin Albert 1er czyli Ogród Alberta 1-go. Ten zielony kawałek stanowi łącznik pomiędzy Promenadą Anglików oraz Placem Massena. Park został założony w 1914 roku, a dzisiaj na jego terenie znajduje się kilka atrakcji takich jak:

namiastka lasu tropikalnego
łuku Veneta symbolizującego nicejskie wybrzeże
lub instalacji naśladującej rafę koralową

VIEILLE VILLE

Stara Nicea to obszar miasta pomiędzy placem Massena a wzgórzem zamkowym. Kamieniczki, uliczki, sklepiki knajpki, bazarki – to wszystko stanowi o nieco leniwej atmosferze i nadmorskim klimacie starej Nicei.

Rue Saint-François de Paule
Uliczki starej Nicei to również klimat nieco artystyczny
na pchlim targu kupicie wszystko (…w stylu prowansalskim)

Szczególnym miejscem jest Cours Saleya – targ z kwiatami, warzywami, lokalnym jedzeniem i wszystkim, czego tylko oczy lub podniebienie zapragnie.

Poniedziałek na Cours Saleya

Znalazłem też taki monotematyczny sklep:

Raj dla fanów sardynki i tuńczyka

Niestety, krótka przygoda z nadmorską stolicą Prowansji dobiegła końca… Z żalem żegnamy się z Niceą mając nadzieję na powrót.

Nicea widziana z pokładu startującego samolotu

WRAŻENIA Z POBYTU W NICEI

Nicea pozostawiła w moich wspomnieniach same pozytywne wrażenia. Przepiękne miasto, gdzie słońce świeci 300 dni w roku. Do tego dochodzi niewymuszona gościnność Nicejczyków, wspaniała nadmorska kuchnia francuska. Atmosfera miasta “poza sezonem” (był kwiecień) sprawiła, że nie było dzikich tłumów, które zabierają radość ze zwiedzania. Zabrakło niestety czasu na eksplorację okolic, a prowansalskie wybrzeże to liczne perełki, do których zamierzam wrócić. Zamiast słowa końcowego niech przemówi obraz, pod którym podpisuję się z całym przekonaniem:

Nic(e) dodać, Nic(e) ująć !

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Na trasie lotnisko (NCE) – miasto kursują 2 linie autobusowe: 97 oraz 98; obie dowiozą Was do Promenady Anglików; w dzień kursuje też tramwaj linii T2, a bilet lotniskowy to 6 EUR.
  • Bardziej opłaca się kupić (nawet u kierowcy) karnet 10-przejazdowy lub bilet 24h.
  • Bilety na F1 Monako kosztują od 70-80 EUR za miejsca stojące do 500-600 EUR za miejsca na zwykłej trybunie. Ilość jednak mocno ograniczona, więc należy rezerwować odpowiednio wcześnie.
  • Sklepy z pamiątkami F1 znajdziecie między innymi przy Rue Grimaldi.
  • Pociąg z Nicei do Monako jedzie ponad 20 minut i kosztuje (RT) 8 EUR.
  • Winda na wzgórze zamkowe jest bezpłatna i kursuje od 9.00 do 18.30 każdego dnia

SPACEREM PRZEZ BRUKSELĘ – 10 GODZIN W STOLICY BELGII

Bruksela – mekka piwa, czekolady, frytek i… smerfów. O tym będzie jednak w oddzielnym poście. Co można więc robić mając kilka godzin w stolicy zjednoczonej Europy..? Lot WAW – NCE miał tę niezaprzeczalną zaletę, że miał stopa w BRU. Było coś dla ducha i oka, a także coś dla ciała – czytaj: podniebienia.

Do Brukseli przylecieliśmy porannym lotem Brusselsem. Kwiecień 2019 roku przywitał nas w tym mieście przepięknym słońcem, ale też chłodem wiejącym z nad północnego Atlantyku. Cóż.., taki mamy klimat… jak mawiała jedna z naszych europosłanek.

Lądujemy na Zaventem, największym belgijskim lotnisku, położonym ok. 12 km na północny wschód od centrum Brukseli.

Zachodnie podejście na Zaventem

Szybko i bezproblemowo odnajdujemy drogę do lotniskowej stacji kolejowej i po 20-minutowej podróży pociągiem wysiadamy na Brussel-Centraal. Zanim przejdziemy do naszego, ukrytego celu wizyty w Brukseli, kilka słów o spacerze po centrum Brukseli.

Pierwsze kroki kierujemy w kierunku niewielkiego parku Mont des Arts oraz Place d’Albertine, gdzie znajdziecie między innymi Statue du Roi Albert 1er. Albert I, panujący w latach 1909-1934, był jednym z najbardziej uwielbianych władców Królestwa Belgii. Belgowie docenili jego postawę szczególnie w czasach I wojny światowej, kiedy to przeciwstawił się Niemcom i osobiście dowodził armią belgijską w kilku bitwach.

Widok na Place d’Albertine spod pomnika Króla Alberta I

Wędrując wzdłuż Rue de Hopital oraz Vieille Halle aux Blés odnajdujemy na plac, na którym mieści się pomnik Jaques Brela – najsłynniejszego belgijskiego barda i piosenkarza. Obok pomnika, w jednej z uroczych kamieniczek znajduje się muzeum poświęcone Brelowi.

Pomnik Jacquesa Brela w centrum miasta

MANNEKEN PIS

Zaledwie 200 metrów od pomnika upamiętniającego Jacquesa Brela, u zbiegu ulic du Chene i de l’Etuve znajdziecie jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta – niewielką figurkę sikającego chłopca zwanego Manneken Pis. Zawsze zastanawiałem się nad fenomenem tego miejsca i tej figurki…

Chyba najbardziej znana na świecie figurka sikającego chłopca – Manneken Pis

Niezliczone tłumy pielgrzymują do tego miejsca, jakby było święte. Tymczasem takie figurki, ze znacznie bogatszą przeszłością znaleźć można w innych miastach Europy. Ale cóż, Manneken Pis jest tylko jeden… w Brukseli. Statua, a raczej statuetka stoi w tym miejscu od XV wieku. Pierwotnie wykonana z kamienia, później, od XVII wieku z brązu ma swoje korzenie w legendzie. Która jednak z dwóch legend jest prawdziwa..? Tego nie wie nikt. Jedna z nich głosi, że, chłopiec był synem jednego z królów belgijskich. Podczas polowania królewicz miał zaginąć. Przeszukano wszystkie lasy, jednak dziecka nie odnaleziono. Dopiero po kilku dniach, lokalny leśniczy usłyszał szemrzący strumyczek, a tam ujrzał nagiego, sikającego chłopca będącego zaginionym dzieckiem. Druga legenda mówi, że w XIV wieku Bruksela została zaatakowana. Najeźdźcy podłożyli materiały wybuchowe w murach miasta. Jednak chłopiec (Juliaanske) odkrył miejsce, gdzie zaraz miał nastąpić wybuch. Wtedy oddał mocz na palący się lont, czym uratował miasto.

Figurka była wielokrotnie ” uprowadzana”, czyli kradziona. Ostatni raz, w roku 1965, kiedy to po roku odnaleziono ją w jednym z brukselskich kanałów. Od tego czasu, “oryginał” przechowywany jest w muzeum, a w pierwotnym miejscu posadowiła się kolejna jego kopia.

JEANNEKE PIS

Jeśli jest sikający chłopiec, to dla poprawności politycznej powinna być również sikająca dziewczynka. Takową, zwaną Jeanneke Pis znajdziecie przy Impasse de la Fidelte, czyli z drugiej strony Grand Place.

Siostrzyczka Mannekena, czyli Jeanneke Pis

Figurka powstała w 1987 roku, gdy belgijskie feministki zażądały damskiej wersji Mannekena, a może to tylko legenda…?

Przecznicę od Halles Saint-Gery – Agory jest ostatnia z sikającej świętej trójcy – tym razem – psa, zwana Zinneke Pis. Odwiedziny sikającego pieska zostawiam next time.

GRAND-PLACE

Bruksela ma szczęście posiadać jeden z najpiękniejszych rynków miejskich w Europie. Grand-Place, wpisany na listę światowego dziedzictwa w 1998 roku, powstał około XII wieku, a wytyczony został w połowie XIV wieku. Plac został zniszczony w 1695 roku przez wojska francuskie.

Dzisiejsze piękno tego pięciokątnego placu wyraża się głównie w bogato zdobionych kamienicach, które stanowią jakby odzwierciedlenie Belgii z jej historią i bogactwem. Każda z nich, kiedyś będąc siedzibą różnych cechów, ma swoją nazwę i charakterystyczne zdobienia. Z placu promieniście wychodzi siedem ulic, którymi można udać się na dalsze zwiedzanie miasta, a każda z nich zaprowadzi nas do kolejnych atrakcji Brukseli.

Północna pierzeja Grand-Place – po lewej stronie słynny ratusz, po prawej muzeum miejskie

Na głównym placu Brukseli, po południowej stronie ratusza, znajduje się muzeum piwa – wstęp 5 EUR i można sprawdzić jak warzono słynne belgijskie piwa. Niestety bez możliwości degustacji.

W 1401 roku rozpoczęła się budowa najwspanialszej budowli na Grand-Place – gotyckiego ratusza, którą ukończono w połowie XV wieku. Po tym, jak w 1695 roku ratusz zniszczyły francuskie wojska, Belgowie odbudowali go w stylu gotyku brabanckiego. Ratusz stanowił niejednokrotnie inspirację dla wielu architektów. Jeśli miałbym znaleźć pewne podobieństwa w innych miastach, to jako pierwszy przychodzi mi na myśl Neues Rathaus w Monachium…

Ratusz wypełnia znaczną część zachodniej pierzei Grand-Place

Jego strzelista wieża, wysoka na 96 metrów góruje nad całym Grand-Place. Wybudowano ją w latach 1449-1454. Na wieży znajduje się posąg patrona Brukseli – Archanioła Michała. Z jej budową wiąże się też jedna z brukselskich legend. Budowniczy ratusza i wieży rzucił się z niej gdyż wyszły niesymetryczności. Nie rozumiem tego, efekt zachwyca swym pięknem do dziś.

Wieża ratuszowa zachwyca lekkością swojej konstrukcji

OKOLICE GRAND-PLACE

Atmosfera i architektura flamandzkich uliczek zawsze mnie urzekała, a Bruksela takowe mi przypomina. Niejednokrotnie odrestaurowano je z poszanowaniem dla ich historii.

Spacer w okolicach Grand-Place pozwala poczuć atmosferę starego miasta

Wiele ulic zamieniono w deptaki z ograniczonym ruchem. Wszystko przyjazne dla mieszkańców i spacerowiczów. Dbałość o zgodność współczesnych trendów z historią jest dominująca dla magistratu.

Sobotni ranek na Boulevard Anspach
Okolice dworca Brussel-Centraal
Dekor na dworcu Brussel-Centraal
Okolice fontanny Charlesa Bulsa – XIX-wiecznego burmistrza Brukseli

Zdążyliśmy też odwiedzić jedną z pierwszych galerii handlowych świata – Galeries Royales Saint-Hubert. Galerię wykonano w stylu renesansowym, a całość przykryto szklanym dachem.

Galerie du Roi

Galerię otwierał król Leopold I, a działo się to w roku 1847. Natomiast w 1896 roku na jej terenie odbyła się pierwsza projekcja kinowa braci Lumiere.

KILKA SŁÓW NA KONIEC

Brukseli w 10 godzin oczywiście nie da się zwiedzić. Skupiliśmy się na okolicach Grand-Place pomijając całkowicie Atomium, dzielnicę Europejską czy też inne, a równie ciekawe tereny miasta. Tłumy towarzyszyły nam na Grand-Place, przy figurkach Mannekena czy Jeaneke. Poza tym nie było tak źle. Zaskoczenie raczej pozytywne, ale to zależy co kto lubi. Zabrakło też czasu na muzea, a na kilka z nich naprawdę warto poświęcić chwilę czasu. Już czekał na nas samolot do Nicei: http://7mildalej.pl/weekendowa-nicea/.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Lotnisko BRU (Zaventem) jest bardzo dobrze oznakowane; do wyjścia trafia się szybko; autobusy do centrum odjeżdżają z poziomu “0”, pociągi natomiast z “-1”.
  • Podróż pociągiem do stacji Brussel-Centraal trwa niecałe 20 minut; bilet na pociąg RT (tam i z powrotem kosztował w 04.2019, ze zniżką weekendową – 15,20 EUR.
  • Raz na dwa lata Grand-Place zamienia się w wielki kwiatowy dywan – najbliższe takie wydarzenie to czerwiec 2020 roku – wystarczający czas aby kupić bilety i przygotować się do odwiedzenia Brukseli!
  • Śródmieście Brukseli najlepiej zwiedza się per pedes – spacer obejmujący centralną część miasta zajmie więcej niż pół dnia; odległości nie są wielkie. Czas można więc poświęcić na odkrywanie kulinarnej strony miasta, ale o tym już w oddzielnym poście.

PO SŁOWACKIEJ STRONIE TATR

Kilka wolnych chwil znalezionych w lipcu 2013 roku skierowało naszą podróż w kierunku utęsknionych gór. Pierwszy wybór padł na Tatry. A podstawowe pytanie było gdzie w Tatry..? Jako, że przekomercjalizowane, drogie oraz zatłoczone Zakopane nie jest moim ulubionym miejscem wypadowym w góry, to wybór był prosty – zaatakujemy Tatry od strony południowej. Wybór padł na Stary Smokovec.

VILLA DR. SZONTAGH – MOJA MIEJSCÓWKA W SMOKOWCU

Byliśmy w piątkę, szukaliśmy noclegu ze śniadaniami i najlepiej w postaci co najmniej dwupokojowego apartamentu. Wymagania z górnej półki, a miało być jeszcze ekonomicznie. Może niekoniecznie materac na podłodze w schronisku, ale jakiś tam standard musiał być zachowany…

Dzięki uprzejmości naszego przyjaciela prowadzącego interesy z właścicielami hotelu otrzymaliśmy jedyny taki pokój spełniający nasze wygórowane żądania w hotelu Villa Dr. Szontagh. Później okazało się, że nasz apartament jest użytkowany przez właścicieli lub ich przyjaciół, lub specjalnych gości. Poczuliśmy się wyróżnieni.

Hotel posiada piękną i bogatą historię. Pierwotnie był rezydencją rodziny Szontagh, której członkowie byli pionierami rozwoju miejscowości w XIX wieku. Bajkowo położony, spełnia bardziej funkcje rodzinnego pensjonatu niż typowego hotelu. Tym niemniej standard odpowiedni dla kilku gwiazdek trzyma. Śniadania są pyszne, a obsługa szalenie miła. Dostępna restauracja ze słowacką kuchnią również zaspokoi wszelkie kulinarne gusta.

Zieleń, góry, spokój i cisza – wszystko czego człowiek oczekuje od widoku z hotelowego balkonu letnią porą można właśnie otrzymać w Villi Dr. Szontagh.

Ten hotel to historia Smokovca i rodziny Szontagh. Już po przekroczeniu progu znajdujesz się w innym świecie, a historii i czasów minionych dotykasz w tym domu w każdej chwili. Każdy pokój czy apartament to oddzielny wystrój, daleki od komercji i powtarzalnych standardów. Każda ściana, drzwi, każdy mebel ma swoją długą historię. Piękno tego budynku tkwi właśnie w jego historii i wspaniałej atmosferze oraz gościnności właścicieli.


Gdybym miał zatrzymać się w Starym Smokovcu – Villa Dr. Szontagh byłaby moim pierwszym wyborem. W skali 0-5 ocena = 4,5 chyba najlepiej oddaje wrażenia z pobytu.

STARY SMOKOVEC – PEREŁKA PO SŁOWACKIEJ STRONIE TATR

Początki historii tej miejscowości sięgają końca XVIII wieku. Największy jego jednak rozkwit, jako uzdrowiska datuje się na XIX wiek. Wtedy to właśnie węgierski lekarz, botanik i taternik Miklos Szontagh prowadził w Smokovcu zakłady przyrodolecznicze, a także założył sąsiednią miescowość – Novy Smokovec. Trzeba też przypomnieć, że Stary Smokovec, to najwyżej położone tatrzańskie uzdrowisko – ok. 1000 m.n.p.m.

Smokovce są tak naprawdę cztery: Stary, Nowy, Dolny i Górny. Stary Smokovec jest najstarszym z tatrzańskich uzdrowisk. Dzisiaj, miasto jest idylliczną, nieco staroświecką osadą pełną zieleni, starych willi. Znaczna ich część pochodzi jeszcze z XIX wieku, lub początku XX wieku, jak na przykład Grand Hotel z 1904 roku.

Trzeba jednak dodać, że częściowo stary charakter miejscowości został zniszczony przez nowoczesną zabudowę pochodzącą głównie z lat siedemdziesiątych XX wieku. Jednakże, jeśli ktoś chce odpocząć od zgiełku Zakopanego, to jest to idealna alternatywa. Cisza, spokój, piękne widoki na tatrzańskie szczyty. Do tego wspaniała kuchnia, wyśmienite piwo. Jak dla mnie to czeskie i słowackie piwa z małych browarów są najlepsze na świecie! Dobrze oznakowane szlaki turystyczne prowadzą w Wysokie Tatry. Zimą liczne wyciągi i trasy zjazdowe – to wszystko + cena (która czyni cuda, a nie odchudza portfela) sprawia, że wszystkie cztery Smokovce mogą być fajną alternatywą dla Zakopanego.

Na najbliższy szczyt zwany Hrebienok (1.285 m.n.p.m.) dojechać można również naziemną kolejką linową. Słowacy dumni są faktu, iż korzystała z niej królowa angielska Elżbieta II podczas swojego pobytu w Tatrach.

TATRZAŃSKIE SZLAKI – FOTORELACJA

Jeśli chodzi o górskie wędrówki i trekking, to szlaków jest mnóstwo, dobrze oznakowane, o różnym stopniu trudności. Widoki tatrzańskie gwarantowane i równie piękne jak po polskiej stronie. Jako, że góry mają w sobie tyle piękna, że słów nie starczy na oddanie wszystkich ich wspaniałości, to… niech foto będzie z wami!

Bilikova Chata – pierwszy przystanek za Hrebienokiem
Vodopady Studeneho Potoka
Rainerova Chata (1.301 m.n.p.m.)
Veľka Studena Dolina
W dole – Stary Smokovec
Widok ze Slavkovskiej Vyhliadki zwanej Maximilianką

SŁOWACKI LIS TATRZAŃSKI 🙂

Najczęstszym gościem na górskich szlakach były lisy. Podchodzą blisko ludzi, a najczęściej można ich spotkać w okolicach górskich schronisk. Tam urządzają polowania na kanapki i kradną plecaki (prawie jak magoty na Upper Rock w Gibraltarze). Jeden z takich egzemplarzy i jego atak poniżej.

Faza pierwsza – przygotowanie.

W II fazie obserwujemy – wspinanie się.

III etap – przed atakiem szczytowym.

Fazy IV nie zarejestrowałem – wbiegł na górę, ukradł kanapki z plecaka siedzących obok nas Słowaków i… tyle go widziano. Znaczy się – do następnego ataku.

VEL’KA KALAMITA czyli…

Wielka Katastrofa jak Słowacy nazwali olbrzymi huragan z 19. listopada 2004 roku. Huraganowy wiatr, który nawiedził okolice Starego Smokovca wiał z prędkością ponad 120 km/h, a w porywach osiągał prędkość 160 km/h. Około 15 tysięcy hektarów okolicznych lasów na południowych stokach Tatr uległo całkowitemu zniszczeniu i powaleniu. Samo usuwanie skutków huraganu trwało ponad 2 lata, a skutki jego były widoczne również w 2013 roku. Szacuje się, że odrodzenie zniszczonych połaci świerkowego lasu potrwa nawet do 100 lat.

STRBSKE PLESO (SZCZYRBSKIE JEZIORO)

Szczyrbskie Jezioro czyli Štrbské Pleso leży około 15 kilometrów na zachód od Starego Smokovca. Znane było między innymi ze skoczni narciarskich (K-120 oraz K-90), na których odbyły się mistrzostwa świata w skokach narciarskich w 1970 roku. Do 1990 roku odbywały się również konkursy pucharu świata w skokach oraz pucharu świata w kombinacji norweskiej.

Ta podtatrzańska miejscowość swój rozkwit przeżywała, podobnie jak Smokovec, w XIX wieku; w 1885 roku nadano jej status uzdrowiska. Wokół górskiego jeziora o tej samej nazwie prowadzi malowniczy szlak turystyczny, którym mieliśmy przyjemność wędrować.

POPRAD – MIASTO NA JEDNO POPOŁUDNIE

Największe miasto w okolicy, stolica powiatu, leży ponad 330 metrów poniżej Starego Smokovca, a to tylko 12 kilometrów. Warto tam spędzić chociaż jedno popołudnie. Miasto nie jest wielkie, a jego część, którą warto odwiedzić zamyka się w granicach Starego Miasta.

Starówka nie obfituje w oszałamiającą ilość zabytków, ale na kilka z nich warto poświęcić trochę czasu. Dwa najważniejsze zabytki to budowle sakralne: wczesnogotycki kościół św. Idziego oraz neoromański ewangelicki kościół św. Trójcy.

Kościół ewangelicki św. Trójcy

Miasto ma również polską historię. W 1412 roku znalazło się wraz ze Spiszem w granicach Rzeczpospolitej. Król Władysław Jagiełło udzielił królowi węgierskiemu – Zygmuntowi Luksemburskiemu pożyczki, której zastawem były właśnie ziemie spiskie wraz z Popradem. Węgrzy pożyczki nie oddali, więc w ramach windykacji skorzystano z hipoteki 🙂 Tak pozostało do czasów rozbiorów w XVIII wieku. Miasto przeżywało w tym czasie jedne z najlepszych swoich czasów. Drugim impulsem do rozwoju miasta była budowa kolei z Ostrawy do Koszyc.

Zwiedzanie miasta zajmie Wam nie więcej niż pół dnia – śródmieście nie jest rozległe, a powolny spacer deptakiem jest przyjemnością.

Rzeka Poprad

Nowa architektura próbuje dość nieudolnie naśladować historyczną zabudowę.


Przy rozwidleniu dróg na Liptowski Mikulasz (D1) oraz Wysokie Tatry (534) znajduje się jedyne tatrzańskie lotnisko Poprad – Letisko Poprad-Tatry – (TAT). Niestety aktualnie brak połączeń lotniczych z Polską.

JASKINIA WAŻECKA

Przy drodze D1 w kierunku Liptowskiego Mikulasza na skraju wsi Ważec znajduje się jedna z okolicznych jaskiń – krasowa Važecká Jaskyňa. Niezbyt rozległa, ale warta odwiedzin.

Długość korytarzy wynosi ponad 530 metrów, a te udostępnione do zwiedzania mają około 250 metrów. Swoją nazwę jaskinia zawdzięcza odnalezionym w jej komorach licznym kościom niedźwiedzi jaskiniowych. Odkrył ją, w 1922 roku, student Ondrej Huska, a w 1934 roku udostępniono jej trasy turystom. Pomimo niewielkich rozmiarów ma dosyć bogate formy: stalaktyty, draperie naciekowe, itd., itd. Ciekawostką jest fakt, że część trasy pokonuje się w całkowitej ciemności.

COŚ DLA CIAŁA

Ze słowackich aquaparków nasz wybór padł na ten położony we wsi Bešeňová (Beszeniowa). Nie jest tak znany i tak rozległy jak popradzka Tatralandia. Mniej tłumów, niższe ceny, niewiele skromniejsze atrakcje mogą być również zaletą tego kompleksu.

Aquapark Besenova

SŁOWACKIE TATRY – JESTEM NA TAK!

Zawsze lubiłem jeździć do naszych południowych sąsiadów, czy to do Czech, czy na Słowację. Odpowiada mi ich kuchnia, piwa uznaje za jedne z najlepszych na świecie. Słowację znam nie tylko od południowej strony Tatr, ale też okolic Bratysławy, Spiszu, Bardejowa. Więcej o słowackich podróżach możecie poczytać w tych postach: http://7mildalej.pl/bratyslawa-weekend-w-zimowej-aurze/, natomiast o słowackich pysznościach tutaj: http://7mildalej.pl/delicje-ze-slowacji/

Południowe stoki Tatr okazały się dobrym wyborem na powrót w góry. Nigdy nie przepadałem za atmosferą, a raczej jej brakiem takowej w Zakopanem. Tutaj mam – te same szczyty i krajobrazy, ale w znacznie przyjemniejszej oprawie. Jest jakby ciszej, spokojniej, a przy okazji taniej. Szlaki nie są tak zapchane i gwarne. Stary Smokovec to wręcz senna mieścina, ale piwo, beherovka i kuchnia słowacka są vyborne!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Dojazd do Starego Smokovca – samochodem najlepiej skręcić z “zakopianki” na Łysą Polanę, stamtąd kierować się na Tatrzańską Łomnicę i dalej drogą 537 na Stary Smokowiec.
  • Z Popradu natomiast dojazd jest jeszcze prostszy – droga 534 prowadzi bezpośrednio w Vysoke Tatry i do Smokovca. Z Popradu kursuje też transport publiczny
  • Parę lat temu PLL LOT latał na trasie WAW – TAT; niestety loty do Popradu zawieszono, a szkoda…
  • Dla wielbiciel gastroturystyki poleciłbym dwie knajpy: Kolibę Stary Smokovec oraz Kolibę Kamzik.
  • W Smokovcu musicie spróbować z pewnością dziczyzny – wyśmienita! Najlepsze utopence znajdziecie natomiast w barze na stacji kolejowej!
  • Na szlaku z Hrebienoka najlepsze jedlo znajdziecie znajdziecie w Bilikovej Chacie – polecam!
  • Kolejka na Hrebienok kursuje do godziny 19.00 – warto o tym pamiętać planując wjazd lub zjazd
  • Zwiedzanie Jaskini Ważeckiej zajmuje niewiele prawie 30 minut. Panuje stała temperatura – ca. 7 stopni Celsjusza. Koszt biletów to 3-5 EUR.

RZYMSKIE BOŻE NARODZENIE – CZĘŚĆ II – OSTIA

Trzy i pół dnia w Rzymie wystarczyło aby poczuć atmosferę włoskiego Bożego Narodzenia. O tym czasie możecie przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie/. To były piękne dni. Po rzymskich atrakcjach przyszedł czas na kolejne trzydniowe totalne dolce-far-niente nad pobliskim morzem.

Podróż do Ostii do najprostsza rzecz na świecie. Jedziesz na Piramide metrem (niebieska linia) i wsiadasz w pociąg do Lido di Ostia. Robisz to na zwykłym miejskim bilecie! Proste? Proste, tylko nie w Boże Narodzenie. Ten dzień, a zwłaszcza rzymska komunikacja w tym dniu rządzi się swoimi prawami. W momencie gdy dotarliśmy do metra, stację właśnie zamykano. Niestety 4-godzinna świąteczna przerwa w kursowaniu metra dopadła właśnie nas. I to akurat gdy mieliśmy za godzinę pić prosecco na odległej zaledwie o 30 kilometrów plaży… Zawsze musi być świąteczna wpadka.

Mamy jednak duże doświadczenie w docieraniu do upragnionego celu. Gdy odwołano nam lot ze Skiathos do Aten, dotarliśmy tam, mimo sztormu i ulewy, jeszcze tego samego dnia: promem, autobusem i taksówką! Jako mistrzowie improwizacji ruszamy pociągiem z pobliskiej Stazione Termini. Ferrovie dello Stato jeżdżą! Do Ostiense tylko 10 minut, a pociąg rusza za pół godziny. Jesteśmy uratowani!

Nie doceniliśmy jednak zamiłowania Włochów do świątecznej sjesty. Na miejscu zastaliśmy oczywiście… dalszy ciąg sjesty. Nie tylko pociąg w kierunku Ostii odjeżdżał dopiero za ponad dwie godziny, zamknięta była nawet stacja kolejowa. Jak się bawić, to się bawić…

Czas poświęciliśmy na zwiedzanie okolic Ostiense oraz znalezienie czynnej knajpy, co nie jest prostą sprawą w ten dzień. Jedno i drugie zakończyło się sukcesem.

POKÓJ Z WIDOKIEM NA…

Hotel “Sirenetta” leży w w tzw. pierwszej linii zabudowy; od brzegu morza dzieli nas tylko plaża oraz ulica. Stąd też wieczorny widok na Morze Tyreńskie jest wspaniały. Pomyśleć tylko, że będzie nam towarzyszył przez najbliższe 3 dni Affascinante!

Recepcja hotelu jest równie affascinante jak widok z balkonu naszego pokoju. Jej wystrój jakby zatrzymał się w minionych latach 40-tych, 50-tych, 60-tych. Takie rzeczy tworzą niezapomniany klimat i oddziaływują na ludzką wyobraźnię.

Szybki i bezproblemowy check-in, miła i pomocna obsługa – takie jest pierwsze wrażenie.

Pokój niestety też jakby zatrzymał się w poprzedniej epoce – przydałby się mu chociażby lifting. Niemniej jednak ogólne wrażenie jest pozytywne, a położenie i widok na… rewelacyjny. O to właśnie chodziło.

Jak na niejeden śródziemnomorski hotel przystało – “wyposażony” jest w swojego psa (na zdjęciu) i kota (oczywiście gdzieś poszedł).

Śniadania w formie szwedzkiego stołu może nie powalają, ale uwzględniając włoskie przyzwyczajenia śniadaniowe nie jest źle. Ogólnie polecam – tzw. stosunek jakości do ceny, albo ceny płaconej za jakość (jak kto woli) – wart jest wydanych pieniędzy.

Poza tym – prosecco na balkonie pokoju z widokiem na… – to już bezcenne!

OSTIA – DOLCE FAR NIENTE

Co można robić w Ostii w grudniowe święta..? Nie przyjechaliśmy nad to piękne morze “coś robić”. Przyjechaliśmy na wspomniane już dolce-far-niente. I to nam się udało bezbłędnie. Po rzymskim melanżu spacerów, zabytków, historii, widoków Ostia jest miejscem wyciszenia. Taka nadmorska stacja ładowania akumulatorów… Delikatny szum fal, bezkres morza na którego krańcu leży Sardynia (7-8 godzin promem z Civitavecchia) – to miejsce to cisza i spokój.

Świąteczne dekoracje w mieście są również wszechobecne.

Ostianie.., Ostiańczycy.., Ostiaki.., – poddaje się – mieszkańcy Ostii nie mają problemu z choinką jak Rzymianie. Oni przyozdabiają lokalne palmy 🙂 Też tradycja!

Poza sezonem – nawet w czasie świąt Bożego Narodzenia – przez miasto nie przelewają się tłumy turystów. Jest cicho; czasem tylko pies (prawdziwy) obszczeka psa (chodzącą zabawkę). I nic wielkiego poza tym się nie dzieje.

Ten rzymski kurort – tak, tak, bo Ostia jest jest częścią Rzymu. Dawno temu nosiła zresztą nazwę Lido di Roma. Później papież Grzegorz IV zmienił ją na Lido di Ostia. poza sezonem wiedzie leniwe, niczym nie zmącone nadmorskie życie.

Zabytków zbyt wiele tam nie ma; w mieście znajdziecie kościół Santa Maria Regina Pacis, którego ośmiokątna kopuła wznosi na wysokość 42 metrów.

W pobliżu Ostii odnaleźć natomiast można miejsce, gdzie pierwotnie leżała Ostia, a było to u ujścia Tybru do morza. Przez około 2.700 lat linia brzegowa przesunęła się około 2,5-3 km! Dzisiaj Ostia Antica to olbrzymi kompleks wykopalisk archeologicznych udostępnionych do zwiedzania. Niestety tym razem obejrzeliśmy tylko zza szyb samochodu.

IL MAR TIRRENO

Ostia założona przez Marka Ancjusza w 620 roku p.n.e. dzisiaj stanowi ulubione miejsce wypoczynku Rzymian. W sezonie miasto zalewają tłumy żądnych słońca i morskiej bryzy miłośników nadmorskiego relaksu. Zimą miasto pustoszeje, ale przy temperaturach sięgających w grudniu 15-20 stopni Celsjusza, idealnie nadaje się na wyciszenie i spacery brzegiem morza.

Piasek na plaży, a raczej jego barwa jest wprawdzie daleka od ideału, ale mimo to nadaje się do błogiego lenistwa.

Dodatkowo, ten kolor morza… azzuro, wynagradza wszelkie niedoskonałości piasku.

Czasem na włoskiej plaży można spotkać takie widoki jak poniżej.

Centralnym punktem wybrzeża w mieście jest niewielkie molo.

Zawsze lubiłem morze poza sezonem, bez tych dzikich, krzykliwych tłumów. Tutaj to znalazłem. A do tego jeszcze pogoda i doskonała la cucina italiana. W mieście znajdziecie kilka naprawdę wyśmienitych knajpek (coś o jedzeniu w Ostii znajdziecie tutaj: http://7mildalej.pl/swieta-na-szlaku-pizzy-i-pasty).

Jest jeszcze jedna zaleta Ostii – dojazd na lotnisko Fiumicino zajmuje samochodem nie więcej niż 20 minut.

PODSUMOWANIE

Jakie było rzymskie Boże Narodzenie..?

Odpowiem, że cały wyjazd świąteczny okazał się strzałem w dziesiątkę. Udało się wszystko. Piękne miejsca, pogoda. Przede wszystkim towarzyszyła nam świąteczna atmosfera zbliżona do tej, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce.

Doskonałym pomysłem był również plan naszej podróży – 3 dni w Rzymie (intensywne) + 3 dni w Ostii (leniuchowanie) sprawił, że nie czuliśmy, aby coś nam uciekło. Zobaczyliśmy piękne miejsca, zaspokoiliśmy nasze podniebienia, znaleźliśmy fajny guesthouse w Rzymie. Pomimo, że uważam, że świat jest zbyt piękny, a życie zbyt krótkie aby non-stop wracać w te same miejsce, to chętnie wrócę do La Casa di Amy, aby odkryć to, czego jeszcze w Rzymie nie zdążyłem odkryć.

Do wigilijnej kolacji Włosi zasiadają wieczorem – u nich prawdziwa la cena di Natale zaczyna się około godziny 20-tej. Złudzeniem jest więc fakt, iż sklepy i restauracje są czynne tego dnia. Około 18-tej miasto się wyludnia i rozpoczyna się świętowanie. Większość restauracji zamyka się i tylko nieliczne są czynne. Zawsze jednak da się coś znaleźć. Z podobną sytuację zetkniecie się też następnego dnia. To trzeba przyjąć jako fakt i tyle.

Po tym jakże pięknym czasie pozostało nie tylko miłe wspomnienie, ale też nowe doświadczenie i nauka. Święta poza krajem mogą być równie piękne.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Do Ostii najlepiej dojechać komunikacją miejską. Metrem – niebieską linią najpierw do stacji “Piramide”, później przesiadka na Stazione Porta San Paolo do podmiejskiego pociągu i 30-minutowa podróż do Ostii.
  2. Działają bilety ATAC – wystarczy więc zwykły miejski bilet, nawet jednorazowy za 1,50 EUR i jesteście w Ostii.
  3. Podróż na FCO – najlepiej zamówić w hotelu busa lub taxi – podróż zajmie max. 20 minut. Dojazd środkami komunikacji miejskiej jest dłuższa i bardziej skomplikowana – przez Rzym.

RZYMSKIE BOŻE NARODZENIE

Były “Rzymskie Wakacje”, może być rzymskie Boże Narodzenie. Nie ma to jak uciec od świątecznego zgiełku, obowiązków, prezentów dla całej rodziny, gotowania i… jedzenia kolejnego pieroga oraz ciasteczka. Zamiast tego wystarczy kupić bilety i wyjechać. Proste..? Nie tylko proste, ale i fantastyczne!

Plan prosty 3 dni w Rzymie (nieraz już odwiedzonym – można przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/roma-la-citta-eterna/) i 3 dni dolce-far-niente nad morzem, nad które można dojechać szybko i tanio, czyli w Ostii!

Lecimy ***** linią, czyli LUFTHANSĄ z krótką przesiadką w MUC. Nomen omen – w terminie rezerwacji nie wyszło drożej niż popularnym low-costem zaczynającym się na literę “W”. Obydwa odcinki: WAW-MUC i MUC-FCO obsługuje A320. Nowej, świeckiej tradycji stało zadość – 22. grudnia Warszawa żegna nas deszczem, zamiast śniegiem. Miejsce 11F – przy emergency exit pozwala rozprostować nogi. Czasu na lotnisku Franza Josefa Straussa (MUC) na przesiadkę niewiele, ale wystarczająco, żeby “wciągnąć” bawarskie przysmaki czyli precle. O monachijskiej kuchni czytaj: http://7mildalej.pl/bawarskie-smaki/.

Lecimy na południe, ale pod nami (na trasie MUC – FCO) mijamy pokryte śniegiem szczyty. O tej porze roku w Alpach – normalne zjawisko.

Rzym wita nas pochmurnym niebem, ale wysoką temperaturą – jest około +18 stopni Celsjusza. Z Fiumicino do hotelu podróżujemy tym razem nie lotniskowym expresem LEONARDO, a busem (jest tańszy, z “dostawą” pod hotel, a czas przejazdu zbliżony).

Hotel zarezerwowałem tradycyjnie – w centrum, w pobliżu Stazione Termini – dodatkowo blisko dwóch linii metra i dworca autobusowego. La Casa di Amy okazał się strzałem w dziesiątkę. Jeśli ktoś nie oczekuje **** i full service’u można go jak najbardziej polecić. Jakość w tym przypadku wręcz wyprzedza cenę (więcej: http://7mildalej.pl/nocleg-w-rzymie/).

W związku z tym, że byliśmy stosunkowo wcześnie, to bagaże przechowano nam w recepcji, a pokój przygotowano przed godziną, od której zaczyna się doba hotelowa. Pierwsze kroki skierowaliśmy w okolice wzgórza Eskwilinu, gdzie znajduje się papieska Basilica Santa Maria Maggiore. Bazylika zwana jest również bazyliką Matki Boskiej Śnieżnej – z czym wiąże się pewna legenda. Jeden z papieży, a mianowicie Liberiusz, na początku swojego 14-letniego pontyfikatu, w 352 roku miał sen. Matka Boska nakazała mu wybudować kościół w miejscu, w którym spadnie latem śnieg. Jak powiedziała, tak się stało – nocą z 4. na 5. sierpnia 352 roku na wzgórze eskwilińskie spadł śnieg! Papież wytyczył zarysy przyszłej bazyliki, którą ostatecznie wybudował 80 lat później papież Sykstus III na miejscu świątyni Junony.

Bazylikę odwiedziliśmy raz jeszcze – ostatniego dnia pobytu w Rzymie.

Nad jej wejściem góruje ponad 70-metrowa kampanila (dzwonnica), a trójnawowe ponad 80-metrowe wnętrze charakteryzuje się dwustronną kolumnadą – zgodnie z podaniami – zabranymi ze świątyni Junony. Wnętrze dosłownie powala – szkoda opisu, to po prostu trzeba “naocznie” zobaczyć.

RZYM ZNANY, RZYM ODWIEDZANY

Nie o bazylice miało być na początku! A o zabytkach Romy w wersji light.

Amfiteatr Flawiuszy… Któż go nie zna!

Po odstaniu 40 minut w kolejce, Koloseum można podziwiać od wewnątrz.

Piazza della Repubblica – któż będąc w Romie nie odwiedził tego jakże charakterystycznego placu związanego ze zjednoczeniem XIX-wiecznych Włoch..?

Łuk Konstantyna Wielkiego (Arco di Costantino) z 315 roku – ciężko go nie zauważyć odwiedzając Colosseo.

“Maszynę do pisania” jak mówią miejscowi na Altare della Patria (Ołtarz Ojczyzny) też pewnie widzieliście…

O Fontannie di Trevi, a której kąpała się Anita Ekberg nawet nie wspomnę…

O Schodach Hiszpańskich, zwanych tak naprawdę Scalinata di Trinita dei Monti (tym razem niezatłoczonych!) już szkoda pisać…

Piazza del Popolo – jeden z żelaznych punktów zwiedzania Rzymu – z samej już nazwy – Plac (wszystkich) Ludzi… Swoją drogą – znajdujący się tam obelisk, który został “podprowadzony” przez Oktawiana Augusta z Egiptu wybudował faraon Ramzes II zwany Wielkim.

Dom Westalek, Foro Romano, Palatino, Circus Maximus to takie miejsca, w których wypada być w Rzymie. Oczywiście, że tam byliśmy, spacerując w świąteczne dni okraszone do tego przepiękną pogodą i słońcem.

O historii i zabytkach Romy możecie poczytać tu: http://7mildalej.pl/roma-la-citta-eterna/. Zajmijmy się więc innym Rzymem…

RZYM ŚWIĄTECZNY

W bożonarodzeniowym okresie miasto jest świątecznie przystrojone i żyje głównie jarmarkami. O świętach przypominają dekoracje wręcz na każdym kroku. W końcu to naród (podobno) katolicki, aż 84% Włochów deklaruje ten odłam wiary chrześcijańskiej! W praktyce różnie to wygląda, ale święta Bożego Narodzenia są dla nich ważne.

A jeśli są ważne, to ważna jest również choinka, szczególnie rzymska choinka ustawiana corocznie na Piazza Venezia przed Altare della Patria. Po olbrzymiej wpadce w roku 2017, kiedy to przywieziona z alpejskiego Piemontu choinka po prostu… uschła jeszcze przed Wigilią, jest to obowiązkowy punkt wypraw i dyskusji Rzymian. Coś takiego stało się pierwszy raz – dobrze, że tej rzymskiej choince nie towarzyszy legenda Colosseo, bo Rzym być może nie miałby szans na przetrwanie… Po “spelacchio” (czyli: drapaku) pozostały gorzkie wspomnienia, żeby nie powiedzieć “kac”. Nadzieja na odbudowę rzymskiej godności rosła z każdym miesiącem, by w grudniu 2018 kolejny raz ustąpić miejsca rozczarowaniu…

Drzewko z okolic Varese za niebagatelne 370 tysięcy euro zostało już w czasie transportu ogołocone z niektórych gałęzi przez firmę je wiozącą i po ustawieniu otrzymało “dumnie” brzmiące imię: “spezzacchio” (czyli: połamaniec). Po protestach Rzymian gałęzie… doczepiono, tak więc w wigilijne popołudnie mogliśmy oglądać najsławniejszą choinkę Europy po liftingu.

Świąteczne dekoracje są obecne niemal wszędzie. Od Via dei Condotti – ulicy ociekającej złotem i nieprzyzwoitym wręcz bogactwem. Chociaż, co tak naprawdę nieprzyzwoitego jest w bogactwie – chyba tylko czasem sposób jego osiągnięcia…

do prostej kwiaciarni na Via Catanzaro

Choinka przy Piazzale di Porta Pia przybrała włoskie barwy narodowe

Liczba bożonarodzeniowych jarmarków jest praktycznie równa ilości placów w Rzymie. Stragany ze wszystkim, co można sobie wyobrazić albo i więcej, znajdziecie i na Piazza Repubblica, i przy Stazione Termini, ale jeden z największych jarmarków znajduje się na Piazza Navona.

W tym przypadku to nie tylko świąteczne gadżety, ale również tradycyjne i lokalne włoskie przysmaki – formaggi, prosciutti, pancette, vini i liquori maraschini. Oprócz tego strzelnice, a nawet… teatrzyk kukiełkowy. Taka jest właśnie bożonarodzeniowa Piazza Navona… W końcu miejsce zobowiązuje – od 1477 do 1867 (prawie 400 lat) – działał tutaj targ przeniesiony z Kapitolu.

Jeśli już macie dosyć grudniowych świecidełek i bazarowej “rozpusty”, wszędzie – nie tylko w kościołach – znaleźć można bożonarodzeniowe szopki. Są dosłownie na każdym kroku – zarówno w Koloseum (podobno to miejsce kaźni chrześcijan, ale tylko podobno):


jak też na Piazza Spagna,

gdzie przyjmuje już słuszne rozmiary. Jako, że dzień wigilijny, to udajemy się do najmniejszego państwa świata – Stato della Citta del Vaticano.

RZYM WIGILIJNY

Z Piazza del Risorgimento udajemy się w kierunku Via di Porta Angelica – jednej z watykańskich bram.

Na Piazza San Pietro zastaliśmy bożonarodzeniową szopkę z piasku. Całość konstrukcji ma 16 metrów szerokości oraz 5 metrów wysokości, a piasek pochodził z położonego w Wenecji Euganejskiej miasteczka Jesolo. Setki ton piasku w blokach zlanych wodą ustawiono na Placu św. Piotra, a następnie rozpoczęto rzeźbienie. Tego dokonał przez dwa tygodnie międzynarodowy zespół kilkunastu artystów, między innymi z USA, Rosji, a nawet tak świeckich państw jak Czechy czy też Holandia.

Choinka, której historia sięga pontyfikatu Jana Pawła II, została ufundowana i dostarczona przez gminę Pordenone w północno-wschodnich Włoszech. Tegoroczna miała 21 metrów wysokości i prezentowała się nie gorzej niż ta z Piazza Venezia.

Do kaplicy sykstyńskiej oraz bazyliki św. Piotra kolejka prawie dookoła Watykanu, więc tym razem nie próbujemy nawet się dostać do środka.

Plac jest oblegany, ale bywałem na nim w dniach, kiedy tłum był znacznie większy. Generalnie odwiedzający Watykan w ten wigilijny dzień skupiają się bardziej na wizycie w sakralnych przybytkach niż podziwianiu architektury.

Wizyta w Watykanie dobiega końca… Poprzez Via della Conciliazione jedną z najkrótszych, a najbardziej znanych ulic na świecie opuszczamy Watykan…

…i udajemy się w kierunku Tybru oraz zamku św. Anioła (Castel Sant’ Angelo) – stanowiącego jednocześnie mauzoleum cesarza Hadriana.

Watykan również można zaliczyć do Rzymu – tego znanego i tego odwiedzanego, a…

RZYM MNIEJ ZNANY

jest równie piękny i zaskakujący. Mając dużo czasu postanowiliśmy odwiedzić mniej uczęszczane miejsca wiecznego miasta. Na pierwszy ogień poszła dzielnica EUR. Nie ma nic wspólnego z ani z unią europejską, ani z powszechną dzisiaj walutą. To po prostu akronim od Esposizione Universale (di) Roma. Dzielnica zaczęła powstawać w połowie lat 30-tych XX wieku i miała być gotowa na wystawę światową planowaną na rok 1942, a z drugiej strony miała uświetnić 20-letnie (od 1922 roku) rządy włoskich faszystów. Po wystawie miała stać się siedzibą duce i jego urzędników. Wystawa nie odbyła się z wiadomej przyczyny, ale dzielnica, choć niedokończona, do dzisiaj funkcjonuje.

Jedną z jej głównych budowli jest kwadratowe koloseum (colosseo quadratto). Chociaż pierwotnie miał powstać kolejny łuk triumfalny ku czci Mussoliniego, to powstał budynek, który naśladuje ni to mauzoleum, ni to ser szwajcarski, tyle, że zrobiony z trawertynu, podobnie jak paryska Sacre Coeur. Oficjalna nazwa to Pałac Włoskiej Cywilizacji (Palazzo della Civilta’ Italiana). Ze wzgórza, jednego z wyższych w Rzymie, na którym umiejscowiono ten budynek rozciąga się piękna panorama miasta.

Włosi po wojnie nie zawiesili koncepcji budowy tej dzielnicy, tylko sukcesywnie zmieniali jej przeznaczenie. Chociaż nawet dzisiaj spacer po tej monumentalnej dzielnicy sprawia, ze człowiek czuje się jak w Roku 1984 Orwella – to pierwsze skojarzenie, jakie mi przyszło przechadzając się ulicami EUR.

Puste, jakby wymarłe ulice, z architekturą, jakiej nie powstydziłby się niejeden dyktator (jak powyżej budynek Palazzo dei Congressi) mają w sobie coś tajemniczego i przerażającego. Jakby czas się zatrzymał na planie kiedyś kręconego filmu o jakimś totalitarnym systemie. Dzielnica rzeczywiście niejednokrotnie służyła jako plenery filmów Antonioniego czy Felliniego.

Centralny plac dzielnicy to Piazza Marconi z obeliskiem i licznymi kolumnadami.

To nie jest ten Rzym, który każdy z nas zna z jego historycznego centrum. – Zamiast tego idealne połączenie architektury z polityką i propagandą. Ma być ciężko, prosto i pompatycznie – taka mieszanka zawsze zrobi wrażenie!

Po II wojnie światowej Włosi próbowali EUR zbliżyć do człowieka. Dzisiaj w tych, wyglądających znajomo, bo socrealistycznie budynków mają swoje siedziby liczne firmy. Mieszkania przez pewien czas były jednymi z droższych w Romie – mieszkać w EUR – było po prostu “trendy”. W 1960 roku na potrzeby odbywających się igrzysk olimpijskich wybudowano piękny Palazzo dello Sport, który służy swoją areną do czasów nam współczesnych.

Jadąc do Ostii zatrzymaliśmy się w Ostiense – Przy jednej ze starożytnych bram Rzymu – Porta San Paolo w obrębie murów Aureliusza znajduje się budowla, jakiej spodziewać się można w Egipcie, ale nie w środku Półwyspu Apenińskiego. Piramida (Piramide di Caio Cestio) – na wzór tych egipskich – wygląda jakby była sztucznie wklejona w stare, okalające w III wieku naszej ery Rzym, miejskie mury. Pierwsze wrażenie – happening artystyczny w skali makro, ale…

…jest to prawdziwa, pochodząca z 12 roku naszej ery piramida – grobowiec Gajusza Cestiusza (jednego z bardziej znanych rzymskich pretorów i epulonów). Wielka bryła o kształcie ostrosłupa wysokiego na 36 metrów i podstawie o długości 30 metrów jest współcześnie jedną z niekoniecznie najczęściej odwiedzanych atrakcji la citta eterna.

Czy wiecie, że do dnia dzisiejszego w Rzymie stoi obelisk Mussoliniego? Przy wejściu na Stadio Olimpico – na co dzień obleganym przez tifosi piłkarskiego klubu AS Roma – stoi 17,5 metrowy monument z karraryjskiego marmuru z napisem “Mussolini Dux”.

Cały kompleks zwany Foro Italico, poza stadionem olimpijskim

obejmuje siedzibę włoskiego komitetu olimpijskiego

oraz Stadio dei Marmi.

Być może z internetu znacie tę postać… Papież Jan Paweł II miał na Słowacji swojego sobowtóra. To Julius Pilsko – 59-letni performer mieszkający we Włoszech.

Można go spotkać w weekendy przed wieloma rzymskimi atrakcjami. Przypomina nie tylko turystom, ale też Rzymianom postać lubianego przez nich biskupa Rzymu.

RZYM – MIASTO KOTÓW (LA CITTA DEI GATTI)

Ktoś, kto jest w Rzymie, a przy tym jest jeszcze miłośnikiem tych futrzaków nie może sobie odpuścić wizyty w Largo di Torre Argentina. Miejsce w starożytności chyba najbardziej znane ze śmierci Juliusza Cezara – na miejscu dzisiejszych odkryć archeologicznych rozciągał się Teatro di Pompeo. 15. marca 44 roku p.n.e. w tym właśnie miejscu Brutus zadał sztyletem ostatni, śmiertelny cios Cezarowi.

Dzisiaj jest to miejsce, gdzie od lat 90-tych XX wieku, działa wspierane przez magistrat schronisko dla miejskich kotów. Colonia Felina di Torre Argentina – taką nazwę oficjalną nosi ten przybytek zajmuje się opieką, sterylizacją i dokarmianiem swoich futrzastych podopiecznych.

Mają tam swoje legowiska, miski i kuwety. Każdy, kto chce wesprzeć może to zrobić kupując na miejscu kocie gadżety.

Wszystkie dobrze odkarmione, zadowolone i domagające się miziania 🙂

Szalenie mili i zaangażowani wolontariusze pod opieką mają ponad 100 kociaków!

Nie jest jedyna taka kolonia kotów, równie wspaniałą, zwaną Gatti di Piramide znajdziecie przy piramidzie Cestiusza w Ostiense.

RZYMSKIE ULICZKI

Święta w Rzymie to także czas błogiego relaksu pod znakiem spacerów. Pogoda sprzyjała. Lekko opustoszałe uliczki w dzień Bożego Narodzenia służyły kontemplowaniu piękna starych, klimatycznych, romantycznych uliczek i zaułków…

…oraz typowych, włoskich kamienic 🙂

Niestety Rzym świąteczny, to również Rzym “zamknięty” – wiele atrakcji, podobnie jak w Polsce jest nieczynna. Nie dane więc nam było zobaczyć filmowego miasteczka – sławnej Cinecitta. Może następnym razem..?

Jako, że pogoda była przepiękna, drugą część naszego świątecznego wyjazdu postanowiliśmy spędzić w Ostii nad pięknym Il Mar Tirreno (Morze Tyreńskie). Ale o tym i o świątecznych rzymskich niespodziankach już w drugiej części naszej wigilijnej opowieści. Czytaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie-czesc-ii-ostia/ .

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Pierwszy raz w Romie wypróbowałem inny środek transportu z FCO niż pociąg. Licencjonowane busy wożą chętnych do hoteli, cena – ok. 2-3 EUR niższa niż LEONARDO, a wysiada się przed drzwiami hotelu, a nie tylko na Stazione Termini. Gdyby był ktoś chętny mam namiar na “zaprzyjaźnionego” już kierowcę. Zresztą tzw. naganiaczy-nagabywaczy znajdziecie bez problemu przed automatami biletowymi i wejściem na stację kolejki.
  2. Część rzymskich atrakcji młodzież pochodząca z państw UE, a mająca poniżej 18 lat zwiedza za darmo. Wspaniała idea edukacyjna – oby więcej takich. Część jest dla wszystkich odwiedzających nadal bezpłatna, jak np. Panteon. Ale podobno za Bocca di Verita trzeba już uiścić opłatę 2 EUR.
  3. Zarówno do EUR jaki i do Ostiense dojechać można niebieską linią metra w kierunku “Laurentina” – możliwość zwiedzenia za jednym zamachem.
  4. Komunikacja miejska w Rzymie – ceny biletów poniżej – każdy wybierze coś dla siebie:

CITYBREAK W BUDAPESZCIE

Lengyel, magyar – két jó barát, Együtt harcol s issza borátPolak, Węgier dwa bratanki i do szabli, i do szklanki. Do Budapesztu pojechaliśmy nie wojować, ale już szklaneczki Egri bikavér odmawiać nie zamierzaliśmy! I do głowy by nam nie przyszło, że z bratankami znad Dunaju, już piątkowej nocy będziemy (częściowo) wypełniać stare przysłowie.

Budapesztu przedstawiać nie trzeba, miasto nie dosyć, że położone blisko Polski, to jeszcze jedno z piękniejszych w Europie. Pełne historii, również tej splecionej naszymi wspólnymi więzami. Polacy ginęli za Węgry, Węgrzy za Polskę. Dwa narody, które nigdy nie dały się stłamsić i ciężko walczyły o swoją niepodległość. Miasto, w którym uruchomiono drugą, najstarszą linię metra. Któż nie zna z pocztówek wiszących nad Dunajem mostów czy też eklektycznego parlamentu, że też o kuchni węgierskiej nie wspomnę.


Zaledwie 1h10m i w piątkowy wieczór lądujemy na lotnisku Ferihegy, dzisiaj noszącym imię Ferenca Liszta. Obsługiwało w 2013 roku, wtedy, gdy zwiedzialiśmy Budapest około 7-8 mln paxów rocznie. Lotnisko “poręczne”, ma dwa stosunkowo niewielkie terminale (2A oraz 2B); szybko można wyjść do “miasta”. Ale żeby dostać się do miasta, to czeka nas podróż. Kupujemy bloczki 10-biletowe, które ówcześnie były chyba najwygodniejszą formą płatności za przejazdy – obowiązują na terenie miasta i można korzystać zarówno z autobusów, tramwajów, jak też prawie najstarszego metra na świecie.

Najpierw pakujemy się do autobusu nr 200E, który spod terminala jedzie do stacji Kobanya Kispest, gdzie należy wsiąść w metro linii nr 3 (niebieska), która jeździ do centrum miasta. I tu spotykamy pierwszy powód wizyty w Budapeszcie…

Film “Kontrolerzy” Nimroda Antala o budapesztańskich kanarach z metra to kultowa pozycja w mojej kinematografii. Dokładnie takich kanarów spotykamy na pierwszej stacji metra – te same ubrania, opaski, sposób zachowania – czuję się jak w matrixie. Zarezerwowaliśmy hotel przy stacji Kálvin tér, co okazało się dobrym wyborem.

Hotel The Three Corners przy Királyi Pál utca spełnił nasze oczekiwania, nie tylko pod względem standardu, ale również pod względem skomunikowania z innymi dzielnicami miasta. Samo położenie hotelu – w dzielnicy Belváros,w pobliżu mostu Mostu Wolności, czyli Szabadság hid – spełniło nasze oczekiwania.

Postanawiamy piątkowy wieczór spędzić w pobliskich knajpkach. Pierwsze zderzenie ze stolicą Węgier jest swoistym szokiem. Nie takie mieliśmy wyobrażenie o śródmieściu lewobrzeżnej części miasta. Peszt kojarzył się nam z węgierskim parlamentem, katedrą św. Stefana, kamienicami z epoki cesarzowej Sisi, a otrzymaliśmy ciemne zaułki i sterty śmieci na każdym kroku.

Widok prawie apokaliptyczny, znany mi może z ulic włoskich miast z okresu strajku sprzątających.

W końcu trafiamy do jednej z niewielkich, wręcz mikroskopijnych knajpek, gdzie słychać tylko język węgierski. Proste, wręcz surowe wnętrze, drewniane ławy i stoły ustawione jak w starym wagonie. Skoro już weszliśmy, to zostajemy – przecież właśnie dla takich chwil człowiek podróżuje! To jest ta inność, która mnie pcha do obcego świata. Kelnerzy nie mówią, ani po angielsku, ani po niemiecku… Skoro jednak: Lengyel, magyar két jó barát.., to zawsze się dogadamy. Konwersacja staje się coraz bardziej płynna z każdą następną butelką wina. Nie spostrzegamy, kiedy salę opuszcza ostatni klient, a my zacieśniamy z kelnerami polsko-węgierską przyjaźń do późnych godzin nocnych. Rozstajemy się około 4-tej nad ranem i jak odnajdujemy hotel, wie tylko mój szósty zmysł.

Jeszcze jedno – w rozmowach wyjaśnia się tajemnica budapesztańskich śmieci. Otóż, okresowo organizowane są wywozy różnego rodzaju niepotrzebnych, starych, zużytych rzeczy. Ubrania, meble i inne pozostałości są odbierane i na taki właśnie weekend trafiliśmy. W niedzielę na ulicach Belvárosu już nie było śladów po tych wystawkach.

Drugi dzień wita nas słońcem i… pysznym śniadaniem w hotelu. Pierwsze kroki kierujemy na Szabadság hid, obecnie: Most Wolności, a wcześniej Most Franciszka Józefa. Podobno jest to najkrótszy z budapesztańskich mostów. Dla mnie wszystkie są podobnej długości.

Na zakończenie jego budowy w roku 1896, cesarz Franciszek Józef wbił ostatni nit – złoty nit. Przetrwał wiele lat, aż w końcu została skradziony, raz i drugi. W końcu go odtworzono, ale w miejscu nieznanym postronnym złodziejom nitów. Most słynie jeszcze z jednego, dość mrocznego faktu. Podobno turule czyli kruko-orły dzierżące w swych szponach cztery mostowe wieże były świadkiem kilkuset samobójstw. Tak, jak turule przywiodły lud Madziarów nad panońską nizinę, tak most przyciąga licznych samobójców…

GÓRA ŚW. GELLERTA

Dla nas most był tylko odcinkiem wyprawy do Budy leżącej na prawym, zachodnim brzegu Dunaju. Pierwsze kroki kierujemy na górującą nieopodal mostu górę św. Gellerta (Gellérthegy).

Wzgórze Gellerta, to 235-metrowe wzniesienie w prawobrzeżnej części Budapesztu. Jak, że jest to przede wszystkim najwyżej położony punkt w centralnej części miasta, to panorama, szczególnie Budy jest przepiękna.

Dzisiejszą nazwę swą góra wzięła od św. Gellerta, którego podobno poganie spuścili z góry do Dunaju w beczce. Niewątpliwie – prekursorzy zorbingu sprzed 11 wieków… Tak, czy inaczej góra Kelem dostała swojego patrona.

Ścieżki na szczyt są dosyć przyjazne, nawet dla niezbyt wytrawnych wędrowców – po prostu jeden wielki trawers. Na szczycie znajdziecie cytadelę. Zbudowana przez Austriaków, jako straszak na niepokornych Madziarów, którzy niejednokrotnie próbowali przeciwstawiać się Habsburgom.

Na szczycie dumnie prezentuje się węgierska Stauta Wolności (Szabadság-szobor). Liczący 40 metrów monument przedstawia kobietę trzymającą nad głową liść palmowy. Do dzisiaj toczą się spory o genezę powstania pomnika. Miał być podobno upamiętnieniem pilota Istvána Horthyego de Nagybánya, który zginął na froncie wschodnim. Nazwisko znane w nowszej historii Węgier – był synem Miklósa Horthyego (profaszystowskiego regenta Węgier w latach 1920-1944).

Po wojnie pomnik zawłaszczyli komuniści – ozdabiając go swoimi symbolami. Zmiany w Europie, w 1989 roku przywróciły statuę Węgrom. Dzięki temu możemy go podziwiać również dzisiaj.

WZGÓRZE ZAMKOWE

Następnie nasze kroki kierujemy w kierunku wzgórza zamkowego, po drodze oczywiście wspinając się uroczymi uliczkami Budy.

Dzielnica Zamkowa jest właśnie tym miejscem, gdzie król Bela IV w XIII wieku wzniósł zamek obronny. Tym samym Buda stała się stolicą Węgier. Budavari Palota, czyli pałac królewski był wielokrotnie przebudowywany, niszczony i odbudowywany. Ma to związek przede wszystkim z jakże burzliwą historią Węgier. Na terenie zamku znajdują się między innymi narodowa galeria sztuki oraz muzeum historii Budapesztu.

Starówka została zniszczona w trakcie wojny podobnie jak warszawska. Dzisiaj zrekonstruowana cieszy oczy mieszkańców i turystów odwiedzających jakże piękne miasto.

Na “frycza”, czyli coś, co na przykład w Czarnogórze nazywają bijeli  špricer (o tym czytaj: SMAKI MONTENEGRO) albo Egri można wpaść do przybytku zwanego: PUB SöRöZő KNAJPA. Debreczyńskie kiełbaski, zupa gulaszowa i lokalne piwo też się tam znajdą.

Na starówce jest jeszcze jedna atrakcja warta poświęcenia kilku chwil. Jest nią mianowicie labirynt. W dawnych czasach pieczary wydrążone w skałach przez gorące źródłach służyły jako schronienie dla mieszkańców. Później były wykorzystywane na magazyny, by wreszcie stać się w latach 30-tych XX wieku schronem. Natomiast w trakcie II wojny światowej służyły wielu Budapesztańczyków jako miejsce schronienia nie tylko przed działaniami wojennymi, ale również przed prześladowaniami. Dzisiaj, dla odwiedzających udostępniono około 1,2 km podziemnych korytarzy.

Labirintus podzielony jest tematycznie – poszczególne pieczary przedstawiają wariacje od ich powstania do czasów współczesnych.

Są odcinki poznawcze, są kostiumowe, ale są też mroczne. Część całej trasy przechodzi się w całkowitym mroku; gdy idziesz sam – wrażenia niezapomniane. Niewątpliwie – budapesztańskie must see!

Zaledwie 100 metrów od Labirintusa dzieli Was od jednej z lokalnych perełek architektonicznych – Kościół św. Macieja (Mátyás templom). Dla Węgrów, ten kościół znaczy tyle, co dla nas katedra na Wawelu. Miejsce koronacji wielu węgierskich władców. Sam Matyas Korvin był jednym z najważniejszych węgierskich władców, który dokonał licznych reform i wzmocnił państwo węgierskie, dla którego były to jedne z najlepszych lat. Początkowo próbował zbliżenia z Polską, a z braku takowych możliwości, skierował się przeciwko Polsce. Coóż… jeśli odrzucono jego starania o rękę Jadwigi Jagiellonki nie mogło być inaczej. Tak więc powiedzenie: “Polak, Madziar dwa bratanki…” nie mogło pochodzić z XV wieku. Co ciekawe, jego mentorem był polski biskup – Grzegorz z Sanoka. Przewrotność losu sprawiła natomiast, że po jego śmierci królem Węgier został Władysław Jagiellończyk.

Wytrawny architekt lub historyk sztuki dopatrzy się tam przede wszystkim cech neogotyku, tak popularnego w czasie gdy rekonstruowano tą sakralną budowlę. Pierwotnie miała charakter typowo gotycki, jednakże dziejowe zawieruchy powodowały cykl zwany “zniszczyć-odbudować”. W końcu w XIX wieku nadano świątyni znany nam, dzisiejszy kształt.

W bezpośrednim sąsiedztwie kościoła św. Macieja jest jeszcze jeden z budańskich zabytków – Baszta Rybacka (Halászbástya). Jej styl – kwintesencja neoromanizmu była typowa dla okresu jej budowy, a więc lat 1895-1902. Powstała w miejscu średniowiecznych murów, a swą nazwę zawdzięcza cechowi rybaków, których zadaniem była między innymi obrona tego fragmentu miejskich fortyfikacji. Istnieje też teoria, że w tym miejscu znajdował się targ rybny.

Na wewnętrznym dziedzińcu – pomnik św. Stefana – pierwszego króla Węgier, który władał i jednoczył Węgry praktycznie w tym samym czasie co pierwszy polski król – Bolesław Chrobry. Byli prawie równolatkami – urodzeni ok. 966/967 roku jednoczyli i chrystianizowali swoje kraje. Polska graniczyła wtedy z Węgrami na linii Dunaju.

Z baszty rybackiej rozciąga się przepiękna panorama na Dunaj oraz wschodnią część miasta.

Z zamkowego wzgórza można zjechać w okolice Széchenyi lánchíd czyli mostu łańcuchowego kolejką zwaną Budavari Siklo. Kurs wagonika funicularu trwa kilka minut i kosztował (ceny 2013) około 7 PLN. Dwa kursujące wagoniki stanowią kopie tych, które ówcześnie – w 1870 roku – woziły mieszkańców miasta udających się na wzgórze zamkowe. Wagoniki – jako że jest ich para – noszą imiona: Margit (Małgorzata) oraz Gellert (Gerard).

Most Łańcuchowy – nasza przeprawa na wschodni brzeg Dunaju – został wybudowany w latach 1839-1849 przez Szkota – Adama  Clarka. Temu szkockiemu inżynierowi, którego dziełem jest również tunel pod wzgórzem zamkowym, tak spodobało się węgierskie życie, że osiadł w Budapeszcie na stałe. Zmarł tam w 1866 roku.

Jednym z czterech najbardziej znanych budapesztańskich mostów jest Most Elżbiety (Erzsébet híd). Wybudowany w latach 1897-1903. Jego konstrukcja (mostu łańcuchowego) przez kolejne 23 lata dzierżyła palmę pierwszeństwa na najdłuższe przęsło – 290 metrów.

Obecna jego prostą formę zawdzięczamy przebudowie w latach 1960-1964. Pierwotnie pylony i cała konstrukcja były bogato zdobione zgodnie z ówczesna modą.

PARLAMENT WĘGIERSKI

Po stronie pesztańskiej najbardziej okazałą budowlą jest powszechnie znany budynek węgierskiego parlamentu (Országház). Ten symbol, nie tylko Budapesztu, ale też całych Węgier, dumnie wznosi się nad brzegiem Dunaju. Do dzisiaj jest to jeden z największych parlamentów narodowych.

Choć budowany w latach 1885-1904, to już w 1896 roku odbyło się w nim pierwsze posiedzenie węgierskiego parlamentu.

Do budowy zużyto między innymi 40 kilogramów złota, prawie 0,5 miliona kamieni szlachetnych i około 40 milionów cegieł. Powierzchnia użytkowa budynku wynosi 17.000 metrów kwadratowych a wysokość kopuły – 96 metrów. Jest to drugi pod względem wielkości budynek na Węgrzech. W środku znajduje się 691 pomieszczeń , 29 schodów, 13 wind, 27 wejść i 10 podwórzy. Wnętrza są bogato zdobione, a  na zewnętrznych ścianach gmachu znajdują się herby dawnych Wielkich Węgier – tyle statystyka.

Budynek robi już wrażenie z drugiego brzegu Dunaju, a co dopiero kiedy można go podziwiać z nadrzecznego bulwaru. Strzelisty, “na bogato” zdobiony neogotyk jest kwintesencją snu o potędze kraju.

Niestety, nie mieliśmy szczęścia – trafiliśmy na dni zamknięte i nie było możliwości obejrzenia gmachu od środka. Następnym razem będzie to obowiązkowy punkt odwiedzin.

TROCHĘ O KOLEI ŻELAZNEJ W MIEŚCIE

Przechadzając się po dzielnicy Lipotvaros udajemy się w kierunku Nyugati Pályaudvar (Dworca Zachodniego). Hrabia  Istvan Szechenyi był zapalonym anglofilem, odwiedzając Anglię zapałał miłością do rodzącej się w ówczesnych latach kolei żelaznej. Pierwsza linia kolejowa powstała w Anglii w 1825 roku. Węgrzy 20 lat później, w 1846 roku w miejscu dzisiejszego dworca zachodniego uruchomili pierwszą stację kolei żelaznej. Parowozy kursowały z Pesztu do Vac na 34-kilometrowej trasie, a podróż trwała 50 minut. Dworzec ukończono w 1877 roku i wtedy był to największy dworzec kolejowy w Europie.

Jeśli byliśmy na Nyugati, to postanowiłem udać się również na znany mi z lat młodości Keleti Palyaudvar (Dworzec Wschodni). To właśnie tutaj przyjeżdżały pociągi z Polski. Jest to największy dworzec kolejowy w Budapeszcie. W 1884 roku, w momencie oddania do użytkowania, była to jedna z najnowocześniejszych stacji kolejowych w Europie. Dzisiaj okolice dworca są zaniedbane, nieremontowane od lat kamienice jak również sam dworzec przypominają raczej warszawski dworzec wschodni sprzed jego remontu z okazji EURO 2012.

Skoro jesteśmy już przy kolei żelaznej, to należy wspomnieć o budapesztańskim metrze. Przede wszystkim to drugie najstarsze metro na świecie. Pierwsze londyńskie uruchomiono w 1890 roku; Budapeszt swoją kolej podziemną uruchomił już 6 lat później w 1896 roku. W 2013 roku miasto przecinały 3 linie metra.

Część stacji – 1 linii – zachowało niewiele zmieniony swój charakter przez ostatnie ponad 100 lat. Warto je odwiedzić, a nuż się uda spotkać jednego z “kontrolerów”.

KILKA SŁÓW NA KONIEC

Budapeszt – miasto leżące tak blisko naszych granic, jest niestety często omijane przez naszych rodaków. Stolica Węgier ma przepiękną przeszłość i szalenie bogatą historię, którą do dzisiaj znajdziecie na każdym kroku. W mieście, które było drugą nieoficjalną stolicą Austro-Węgier znajdziecie liczne wpływy szczególnie XIX-wieczne, kiedy to miasto przeżywało swój “złoty wiek”. 

Dzisiaj to miasto również zaniedbane, w którym czas jakby zatrzymał się 20 lat wcześniej. Całe kwartały miasta nie prezentują się najlepiej. Budapeszt anno domini 2013, z epoki orbanowskiej, sprawia momentami wręcz dekadenckie wrażenie.

Mimo wszystko, ma cały wręcz arsenał swoich dobrych stron, a wręcz pięknych stron… Doskonała kuchnia – wino, gulasz, zupy. Lokalny węgierski fast-food w stylu langosza, czy zapiekanek – palce lizać!

Ceny niższe niż w Polsce! Często spotkacie fantastycznych ludzi, którzy są pozytywnie nastawieni do Polaków. Miasto idealne zarówno na weekend, jak również na dłuższy wypad, a mogące stanowić bazę wypadową do innych węgierskich perełek. 

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Z tego co wiem, to w 2017 roku uruchomiono linię autobusową (nr 100E) bezpośrednio łączącą lotnisko z centrum miasta – Deák tér; podróż jest szybka i wygodna, ale koszt 3x większy od starego, wciąż jeszcze istniejącego sposobu.
  2. Podróż autobusem 200E do stacji metra trwa około 20-25 minut; ze stacji Kobanya Kispest do Kálvin tér metro jedzie 15 minut. Możliwe jest więc, przy odrobinie szczęścia, osiągnąć centrum Budapesztu w 40-50 minut.
  3. Hotel The Three Corners przy Királyi Pál utca 12 położony jest 3 minuty spacerem od stacji metra linii 3 oraz linii 4; blisko jest również do innych miejskich atrakcji. Hotel ma standard *** i jest na googlach oceniany na 4,2. Co zapamiętałem: czystość, miła obsługa, przyzwoite śniadania. Co było “-“..? Płatna nawet woda w pokoju, kiepsko działające wi-fi. Ogólne wrażenie – OK – dałbym 4/5.
  4. Labirynt (Labirintus) znajdziecie przy Úri utca 9; cena ok. 1.000 HUF (2013). Można zwiedzać z przewodnikiem, ale można też indywidualnie.
  5. Uwaga – wejście do Kościoła św. Macieja oraz Baszty Rybackiej – płatne.
  6. Do roku 2019 w Budapeszcie przybyła jedna linia metra – uruchomiona w 2014 roku. Obecny system składa się 4 linii. Więcej: http://www.bkv.hu

ROMA… LA CITTA ETERNA

Rzym… wieczne miasto. Starożytna potęga – miał przetrwać wieki, być niezniszczalnym. Dzisiaj,  ponad 2000 lat później, nadal zachwyca swoim pięknem, zabytkami, historią. To miasto ma w sobie niecodzienny dar przyciągania nie tylko turystów, ale też artystów. Iluż to pisarzy, poetów – nie tylko włoskich – portretowało go w swoich dziełach… Iluż reżyserów umieściło akcję swoich filmów w tym jakże fotogenicznym mieście… Scena z “La dolce vita” Felliniego, gdy Marcello Mastroiani wraz z Anitą Ekberg zażywają nocnej kąpieli w Fontannie di Trevi… “Rzymskie wakacje” – gdy Gregory Peck sunie skuterem przez miasto, albo Woody Allen kręcąc “Zakochanych w Rzymie”. Nie wspomnę o Julii Roberts zwiedzającej włoskie w knajpki w “Jedz, Módl się, Kochaj”. Taka właśnie jest Roma – miejsce, gdzie te trzy słowa nabierają swojego pełnego znaczenia.


Tutte le strade portiamo a Roma. Jeśli “wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, to nie mogło nas tam zabraknąć. Dla mnie, dodatkowo, był to powrót do młodych lat. W Italii w latach 90-tych XX wieku spędziłem dużo czasu. Później sporadycznie odwiedzałem ten kraj, ale Włochy mają ten klimat, który sprawia, że czuję się tam jak w domu. HWDP – historia, wino, dania (kuchni), plenery.

Allora, andiamo a Roma! Zima może nie jest najdogodniejszym okresem na podróż do tego miasta, ale lepsze +15ºC, niż -15ºC, a tak było właśnie w 2010 roku. Rzym przywitał przelotnym opadami i tak było przez cały weekend. Szybki pociąg z FCO zawiózł nas do centrum miasta na Stazione Termini przy Piazza dei Cinquecento.

Stazione Termini, to na ogół miejsce, gdzie wiele osób rozpoczyna swoją przygodę z Rzymem. Docierają tutaj pociągi zarówno z FCO, jak też CIA. Nic dziwnego. Jest to centralny punkt miasta. Poza stacją kolejową, znajdziecie też dworzec autobusowy oraz stację metra, gdzie krzyżują się dwie główne linie podziemnej kolejki (“A” oraz “B”).

Z punktu widzenia zwiedzania Rzymu mogę polecić wybór hotelu właśnie w okolicach stacji Termini. Takie rozwiązanie ma same zalety.

Komunikacja – stąd dojedziecie do praktycznie wszystkich dzielnic stolicy Włoch. Stąd dojedziecie na szybko na oba lotniska – Fiumicino, a także Ciampino. Geografia Rzymu sprawia, że najpiękniejsze zabytki zlokalizowane są właśnie w centrum – większość dostępnych per pedes.

Całe śródmieście Rzymu to kwartały kamienic w stylu secesji, renesansu, baroku oddzielone wąskimi uliczkami. Zabytki starożytnego cesarstwa rzymskiego mieszają się modernistyczną architekturą XX-wiecznych projektantów.

 

Zaczynamy standardowo od pobliskich terenów  – wizyta w Colosseo. W końcu zostało uznane za jeden z siedmiu nowych cudów świata. Z Piazza dei Cinquecento podróż metrem – raptem dwa przystanki – trwa około 5 minut. Ruiny Koloseum są jedną z najważniejszych starożytnych budowli. Amfiteatr Flawiuszów, bo właśnie tak nazywano w czasach cesarstwa budowę wybudowano w latach 70-80-tych n.e.

Pierwotnie służyło oczywiście za arenę ówczesnych igrzysk – aż do roku 528 n.e. Później, wewnątrz budowli urządzono kościół i cmentarz. W swojej historii koloseum pełniło również rolę twierdzy oraz kamieniołomu (!). Od XVIII wieku, w święta wielkanocne, papież przewodniczy drodze krzyżowej.

Do dzisiaj toczą się spory, czy miejsce to rzeczywiście było kaźnią dla chrześcijan. Faktem jest, że urządzano tam walki gladiatorów, pomiędzy którymi urządzano egzekucje skazańców. Nihil novi – ta krwawa tradycja ciągnęła się przez następne wieki. Zmieniały się tylko miejsca (na ogół rynek miasta) i formy (szkoda wymieniać).

Ciekawostką jest natomiast sposób budowy w taki sposób, aby goście mogli opuścić amfiteatr w ciągu jak najkrótszego czasu. Układ wyjść – według zapisów mówi o 5-6 minutach – ale wydaje się to nierealne. Mimo wszystko, chapeau bas przed budowniczymi sprzed dwóch tysięcy lat. Na systemie “ewakuacyjnym” architekci stadionów wzorują się do czasów współczesnych.

Z Colosseo wiąże się też jedna z przepowiedni. W VII wieku jeden z mnichów o imieniu Beda powiedział: “Jeśli upadnie koloseum, upadnie Rzym, jeśli upadnie Rzym, upadnie świat.” Tak więc pilnujmy koloseum, bo nigdy nie wiadomo, czy to nie były prorocze słowa.

Przy samym koloseum znaleźć można Łuk Konstantyna Wielkiego (Arco di Costantino). Wybudowany około 30 lat później dla uczczenia dekady panowania cesarza. Jest to jeden z trzech zachowanych do czasów współczesnych łuków triumfalnych na terenie Rzymu.

Parę kroków na zachód, przy Via Sacra znajdziecie drugi z ocalałym łuków triumfalnych – Łuk Tytusa (Arco di Tito). Zaraz za nim rozpościera się Dom Westalek (Casa delle Westali).

Jeden z najstarszych, powstał ok. roku 80 n.e. Wzniesiono go na pamiątkę zwycięstwa nad Żydami i zdobycia Jerozolimy Co prawda Tytus Flawiusz nie nacieszył się nim zbyt długo, bowiem zmarł w roku 81.

Po północnej stronie Via Sacra warto spojrzeć na pozostałości Świątyni Wenus i Rzymu (Il Tempio di Venere e Roma).

Budowano ją około 15 lat (121-136 n.e.) za panowania cesarza Hadriana. Tego samego, który dał się poznać jako wielki miłośnik i mecenas nauki i sztuki, szczególnie greckiej. Jego działalność można poza Rzymem podziwiać do dzisiaj w stolicy Grecji – Atenach (czytaj: http://7mildalej.pl/ateny-w-grudniu/).

O terenach rozciągających się od Koloseum do Kapitolu można opowiadać godzinami, a zwiedzać całymi dniami. Prawdziwa uczta dla oczu i wyobraźni wielbicieli starożytności. Ilość atrakcji na m2 po prostu powala. Zaczytując się w w latach młodości w “Quo vadis” czy “Ja, Klaudiusz” albo “Klaudiusz i Messalina” wracają w wyobraźni sceny i miejsca z tych powieści.

Chwilowo kończymy spacer po starożytności i metrem, najpierw linią “B” spod Colosseo, a później (z przesiadką na wspomnianej już Stazione Termini) linią “A” przenosimy się do najmniejszego państwa świata – Città del Vaticano.

Jedyne na świecie państwo-miasto jest teokracją – siedzibą papieży. Watykan to najmniejsze na świecie państwo zarówno pod względem powierzchni (0,44 km2), jak też ludności (<1.000 obywateli).

Nie pozostało nam nic innego jak przekroczyć granicę, czy też… bramy Watykanu. Ta poniżej, istniejąca od 1563 roku, zwie się Porta Angelica

Państwo watykańskie, jest stosunkowo młode. Powstało na mocy porozumienia pomiędzy ówczesnym papieżem – Piusem XI, a przywódcą i faszystowskim premierem Włoch – Benitto Mussolinim. W 1929 roku podpisali oni traktaty laterańskie, które dały Watykanowi pełną suwerenność. Pierwotnie, począwszy od IV wieku siedzibą papieży był Lateran w południowej części Rzymu. Na wzgórze watykańske – bo od nazwy wzgórza na lewy brzegu Tybru wzięło nazwę Państwo Kościelne – hierarchowie przeprowadzili się w roku 1377. Później, w roku 1870, przyłączono Watykan do Rzymu i taki stan rzeczy trwał aż do 1929 roku.

Otoczony murami Watykan, to olbrzymi zespół sakralno-pałacowo-ogrodowy. Z zabytków najbardziej znana jest Bazylika św. Piotra (Basilica di San Pietro). Budowano ją przez 120 lat (1506-1626) na miejscu pochówku św. Piotra – apostoła i domniemanego pierwszego papieża. Bazylika św. Piotra, to drugi pod względem powierzchni kościół na świecie (ponad 23.000 m2).

Obok niej znajduje się Kaplica Sykstyńska (Capella Sistina) wzniesiona w II połowie XV wieku przez papieża Sykstusa IV. W środku odnajdziecie jedne z najpiękniejszych fresków sakralnych. Pierwszy to Sąd Ostateczny, drugi natomiast to sklepienie składające się – oba namalowane przez Michała Anioła.

Centralnym punktem na Piazza San Pietro (Plac św. Piotra) jest Obelisk Watykański (Obelisko Vaticano).

Jedna z ciekawostek historycznych – obelisk ten został ustawiony w 37 roku n.e. przez Kaligulę. Ten z kolei przywiózł go ze starożytnego Egiptu, gdzie najpierw służył jako obelisk jednego z faraonów – Amenemhata II żyjącego w końcówce II tysiąclecia p.n.e.

Zwiedzamy jeszcze Ogrody Watykańskie (Giardini di Waticano) i powoli wracamy do świeckiej Romy. Przez Ponte Wittorio Emanuele II wracamy na lewy brzeg Tybru (Tevere). Z Watykanu na Plac Hiszpański jest nie więcej niż 30 minut spacerem wśród pięknej rzymskiej scenerii knajpek, uliczek, i kamieniczek. (Una rima italiana.)jí

Schody Hiszpańskie, których prawdziwa nazwa brzmi: Scalinata di Trinita dei Monti (od nawy kościoła na ich szczycie) zostały wybudowane w latach 1723-1725. Żeby było ciekawiej – zostały ufundowane przez rząd… francuski, a nazwa wzięła się od leżącej ówcześnie ambasady hiszpańskiej. Żeby było jeszcze ciekawiej – przy Placu Hiszpańskim miała swoją siedzibę – przez ponad 100 lat, aż do 1795 roku polska ambasada. Ot, takie intereuropejskie multi-kulti.

Fontanna u podnóża schodów przy Piazza di Spagna to Fontanna della Barcaccia – jedna z wielu rzymskich fontann. Jest starsza niż Schody Hiszpańskie – powstała w 1623 roku na pamiątkę powodzi, gdy – w 1598 roku – wody Tybru wyrzuciły w tym miejscu łódkę (barca po włosku).

Niecały kilometr dalej znajduje się jedna największych atrakcji miasta – nie tylko filmowa – Fontanna di Trevi. Legenda jej powstania wiąże się dziewicą o imieniu Trevia, która w miejscu fontanny odnalazła źródło wody. Inicjatorem jej budowy w istniejącym kształcie był… papież – Klemens XII. Ten XVIII-wieczny zabytek jest obecnie jednym z najczęściej odwiedzanych zabytków Rzymu.

Rozsławiona przez kąpiel Anity Ekberg i Marcello Mastroianiego w “La dolce vita”, stała się miejscem pielgrzymek turystów. Ponoć wystarczy wrzucić monetę, aby wrócić do la citta eternà

Spacerujemy uroczymi uliczkami i udajemy się w kierunku Kwirynału.

Przed Placem Weneckim odwiedzamy znajdujące się tuż obok muzeum figur woskowych (Museo delle Cere di Roma) oraz starożytne Forum Trajana (Foro Traiano).

Największe oraz najpóźniej zbudowane (w latach 108 – 113 n.e.) w starożytnym Rzymie.

Przy Placu Weneckim zwieńczeniem forum jest kolumna Trajana – zbudowana w 113 roku n.e. na pamiątkę zwycięstwa cesarza nad Dakami.

Ten, tak bogaty w historię, dzień kończymy na Placu Weneckim (Piazza Venezia). Najbardziej okazałą budowlą jest oczywiście Ołtarz Ojczyzny (Altare della Patria) zwany po prostu Vittoriano. To chyba najważniejsza dla nowożytnych Włoch budowla. Pierwotnie miał być pomnikiem króla Wiktora Emanuela II, który zjednoczył w II połowie XIX wieku ziemie włoskie. Później – w roku 1921 – pomnik stał się również Grobem Nieznanego Żołnierza. Mimo wszystko jest to współcześnie budowla, która jednoczy Włochów.

Budowa rozpoczęła się w 1885 roku, ostatecznie zakończono wiele lat później – w 1935 roku.


Roma… La citta eternà. Przepiękne miasto, które każdy odwiedzi prędzej czy później. To miasto to historia, zarówno ta starożytna, jak też nowożytna. To miejsce, gdzie zaspokoją swoje gusta nie tylko miłośnicy historii, ale też smakosze tak wspaniałej kuchni, jaką jest kuchnia włoska. O ile dzień spędzony w tym mieście to uczta dla mózgu, to wieczór pozostaje niezaprzeczalną ucztą dla podniebienia, a noc staje się czasem spontanicznej zabawy. Odkryliśmy klimatyczne knajpki, zwłaszcza te niewielkie, położone na uboczu od utartych, turystycznych szlaków. Kuchnia jakiej spróbowaliśmy oraz wino pochodzące nierzadko z własnych piwniczek, były cudownym przeżyciem kulinarnym.

Rzym to miasto wieczne..? Tak…, bo wiecznie chce się człowiekowi znaleźć się tam kolejny i kolejny raz.

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

  1. Lotnisko FCO jest największym portem lotniczym Włoch i jednym z największych w Europie. W roku 2010, byliśmy jednymi z ponad 37 milionów paxów, którzy przewinęli się przez ten l’aeroporto. Dla porównania  – wszystkie porty lotnicze w Polsce – 7 lat później (2017) – obsłużyły ok. 39 mln pasażerów.
  2. Na trasie lotnisko Fiumicino (FCO) – Stazione Termini kursuje pociągi podmiejskie oraz expresowe. Podróż trwa około 30-35 minut. Odjazdy mniej więcej co 15-20 minut.
  3. Koloseum odwiedza nawet 30.000 tysięcy turystów dziennie – kolejek nie da się uniknąć. Wybierając się tam, pamiętajmy, aby zarezerwować więcej czasu.
  4. Co jest fantastyczne w Rzymie, to fakt, że nie ma tam praktycznie żadnych stref biletowych (przynajmniej na obszarze, który na ogół odwiedzamy). Te, które są zaczynają się daleko za miastem.
  5. Przez Watykan przewija się około 50.000.000 zwiedzających rocznie – przygotujcie się na kolejki do każdej “atrakcji”. Prędzej czy później – wejdziecie, ale swoje w kolejkach odstać trzeba.
  6. Kąpiel w fontannie di Trevi jest zakazana – kary sięgają kilku tysięcy euro; wrzucane monety idą na szczytny cel – rewitalizację rzymskich zabytków.
  7. Do Schodów hiszpańskich oraz fontanny di Trevi dojedzie metrem linii “A” wysiadając odpowiednio na stacjach “Spagna” oraz “Barberini – Fontanna di Trevi”. Polecam jednak spacer.
  8. Będąc na Piazza Venezia proponuje udać się na Terrazza delle Quadrighe – taras znajdujący się na Vittoriano. Widok z wysokości ponad 80 metrów – bezcenny.

JEDNODNIÓWKA W PIREUSIE

Pireus to największe miasto portowe Grecji oddalone zaledwie około 10 km od Aten. Idealnie nadaje się na krótki break od ateńskiej starożytności. Dojedziecie tam szybko i tanio więc… w drogę! Będąc w grudniu Atenach (czytaj: http://7mildalej.pl/ateny-w-grudniu/) postanawiamy odwiedzić największy grecki port.


Kolejny dzień w Atenach wita nas przepiękną pogodą – temperatura za kilka godzin osiągnie 19ºC. Decyzja może być jedna – udajemy greckie koty i jedziemy leniwie wygrzewać się do Pireusu.

Zielona linia metra z placu Omonia do portu w Pireusie zabierze nas nad morze w około 20 minut. PIRAEUS (Pireus) nie grzeszy zabytkami, nie jest to miasto, w którym odnajdziecie miejsca znane ze starożytnej historii. Miasto portowe, które wraz z kryzysem w Grecji zaczęło podupadać, w ostatnich latach przeżywa rozkwit, a port znowu jest jednym z ważniejszych graczy obsługujących fracht na Morzu Śródziemnym.

Stało się to dzięki sprzedaży większości udziałów w portowej spółce Chińczykom. Wygląda na to, że jedwabny szlak wiedzie teraz właśnie przez port w Pireusie. Spacerując wzdłuż, dominujących w centrum miasta, portowych nabrzeży nie czuje się obecności azjatyckiego kapitału.

M/V PANAGIA TINOU również pozostawał w niezmienionym od kwietnia 2016 roku położeniu / przechyle.

Ciekawe były losy tego promu, który najpierw pływał na Kanale La Manche, a później łączył Pireus z greckimi wyspami. Pierwszy raz został wyrzucony na brzeg w październiku 1987 roku podczas wielkiego sztormu, jaki dotknął Francję i Wielką Brytanię. Drugi raz zatonął w porcie w Pireusie. Podobno w 2017 roku został podniesiony i zezłomowany. Może ktoś ma aktualne informacje na temat promu z Pireusu..?

Niedaleko portu znajduje się wart odwiedzin Kościół Świętej Trójcy (Εκκλησία Αγία Τριάδα). Kościół jest oczywiście świątynią greckiego obrządku prawosławnego.

W środku rzucają się w oczy przede wszystkim charakterystyczne dla wschodniego obrządku freski i malowidła. Trzeba przyznać, że prawosławne cerkwie pod tym względem są niedoścignione. Nieważne czy w autokefalicznym greckim kościele prawosławnym, ukraińskiej czy moskiewskiej cerkwi.

Szopka przed kościołem przypomina nam o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia.

Parę kroków od tego najbardziej okazałego z kościołów w Pireusie znajduje się budynek miejskiego teatru. Te cztery korynckie kolumny (w neoklasycystycznym budynku) muszą wystarczyć za ersatz starożytnych zabytków, których w mieście jak na lekarstwo…

Postanawiamy powłóczyć się po mieście chłonąc słońce oraz lokalną atmosferę. Wtapiamy się w tłum niespiesznie sunący ulicami obserwując życie tego nadmorskiego miasta. Turystów zbyt wiele Pireus nie przyciąga, możemy więc poczuć leniwą grecką atmosferę.

Pireus to miasto położne na niewielkich, acz licznych wzgórzach, ulice prowadzące up & down nie należą więc do rzadkości, więc spacer po nich może być oczywiście niezłą zaprawą.

Grecja to piękny kraj. Jednak jest to kraj wypełniony kontrastami. Stare miesza się z nowym, historia z teraźniejszością,  bieda z bogactwem. Właśnie ta kamienica nie ilustruje najlepiej ten tygiel greckiej różnorodności.

Pogoda nas rozpieszcza, więc kierujemy się w kierunku stadionu miejscowego Olympiakosu, a następnie nad morze. Olympiakos dwa razy mierzył się w PZP w polskimi klubami. Za każdym razem górą były kluby z Polski, najpierw Zagłębie Sosnowiec, później Górnik Zabrze. Różnica jest taka, że Grecy dość systematycznie osiągają rozgrywki grupowe ligi mistrzów, nam pozostały wspomnienia z Widzewa i wstydliwy epizod Legii z 2016 roku.

Nad morzem flauta i pełnia zimowego, śródziemnomorskiego słońca.

Spacerując wzdłuż wybrzeża docieramy aż na żwirowo-piaszczyste plaże Palaio Faliro (Παλαιό Φάληρο). Wydaje się, że ścisłe określenie granic pomiędzy miastami ma charakter umowny i wynika tylko z zapisów administracyjnych. Pierwsza linia wybrzeża w tym miejscu zabudowana jest głównie hotelami, ale też apartamentowcami z jakże pięknym widokiem na Morze Śródziemne.

W jednej z czynnych plażowych knajpek zamawiamy.. nie tylko piwo, ale też lody i delektujemy się nadmorskim spokojem w pełnym słońcu.

Okazuje się, że tuż obok mamy tramwaj, który zawiezie nas pod Akropol. Zza szyb oglądamy życie i architekturę wielkiej aglomeracji ateńskiej. Najpierw wysiadamy na stacji ΝΕΟΣ ΚΟΣΜΟΣ, później wsiadamy się na czerwoną linię metra, która dowiezie nas do hotelu.


KRÓTKIE RESUME

Jeden dzień w Pireusie pozwala odpocząć od ateńskich zabytków i wszechogarniającej starożytności. Miasto ma całkowicie inny charakter niż Ateny, nie ma tutaj tyle zabytków, ale znajdziecie za to plaże a także tawerny nie gorsze niż w Atenach.

Do zwiedzania jest zaledwie kilka kościołów oddalonych od siebie kilkuminutowym spacerem. Dla fanów piłki nożnej stadion imienia G. Karakaiskakisa będzie z pewnością miejscem, na które warto poświęcić trochę czasu. Na zwolenników kolekcji muzealnych czeka natomiast muzeum archeologiczne oraz muzeum marynarki wojennej. Z kolei wielbiciele portów, jak również statków będą na pewno usatysfakcjonowani – port robi wrażenie!

Ciekawym punktem odwiedzin może wydać się prawie 90-metrowe wzgórze zwane Munichia, na które dostaniecie się schodami.

Co można robić jeszcze..? Ponieważ nie jest to miasto oblegane przez tłumy turystów, to można zobaczyć jak wygląda codzienne greckie życie oraz poczuć jego atmosferę.

Do Pireusu z Aten dojedziecie na dwa sposoby.

  1. Zieloną linią metra ze stacji Omonia, a nawet dalszych północnych dzielnic Aten.
  2. Tramwajem (chyba linie nr 4 oraz 5), które z placu Syntagma jadą na przedmieścia Pireusu (Palaio Faliro).

Krótki wypad do Pireusu, w trakcie pobytu w Atenach niewątpliwie dobrze robi człowiekowi, który wpadł w wir zwiedzania Akropolu i okolic. Najważniejsze jest to, że jednodniowy odpoczynek od wykopalisk sprawia, że następnego dnia wraca wzmożona chęć dalszej eksploracji antycznych ruin.