LAZUROWE SMAKI

2 dni to niewiele aby zapoznać się z kuchnią Lazurowego Wybrzeża. Jesteśmy nad morzem, więc poza typowymi francuskimi przysmakami mamy bogactwo nie tylko tego co na lądzie, ale też tego co w wodzie. Dodatkowo mamy przecież sąsiedztwo włoskiej Ligurii. Jeśli uświadomimy sobie, że Nicea dopiero od 1860 roku została trwale włączona w granice Francji, to musi powstać fantastyczna kulinarna mieszanka smaków.

Niestety niecałe 48h w Nicei nie pozwoliło na zapoznanie się bogactwem lokalnych smaków. A przecież zaliczyliśmy też Monte Carlo. Krótki pobyt w Nicei opisuję tutaj: http://7mildalej.pl/weekendowa-nicea/. Kilka lazurowych smakołyków udało nam się jednak pochłonąć. Na pierwszy rzut:

MONAKIJSKIE ŚWIEŻOŚCI

Przed niedzielnym południem wybraliśmy się w odwiedziny do… Monte Carlo. W związku z faktem, że pogoda nie była dla nas zbyt gościnna odwiedziliśmy Caffè Milano – Restaurant Monaco przy sławetnym zakręcie nr 12. W Monako wszystko kojarzy się z trzema rzeczami: F1, F1 i jeszcze raz… pieniędzmi.

Pora by zjeść coś treściwego jeszcze nie nadeszła, poza tym w planie był spacer ulicami Monte Carlo. Wybór więc mógł być tylko jeden – zapoznamy się z sałatkami “na bogato”. Pierwsze zaskoczenie – zamiast tradycyjnej karty otrzymujemy… tablety z menu. Klikanie zamiast wertowania – znak czasów. Wnętrze knajpy – bardzo przyjemne utrzymane, jak to nazywam, w lekkim jachtowym stylu. W końcu widok zobowiązuje; za oknem port jachtowy w Monte Carlo.

CAESAR

Zamawiamy znaną w całym świecie sałatkę – Caesara. Sałatkę wymyślił mieszkający w Meksyku Włoch – Caesar Cardini. Prowadził tam swoją restaurację i pewnego razu, z braku produktów i potrzeby chwili wymyślił prostą sałatkę, która do dzisiaj króluje na stołach w wielu regionach świata. Tak głosi przynajmniej jedna z legend.

Caesar – włoska inwencja kulinarna w wersji monakijskiej

Oryginalna wersja Cezara była przyrządzana z: sałaty rzymskiej, parmezanu, grzanek, do tego sos Worcestershire, sok z cytryny, oliwa czosnkowa, surowe jajko oraz sól i pieprz. Z czasem dodano kurczaka (chyba dzisiaj najpopularniejsza wersja) lub anchois (podobno pomysł francuski). To, co zaserwowano w Caffe Milano było zgodne z pierwowzorem, z tym, że zamiast kurczaka były tam plastry boczku. Boczek zgrillowano na chrupko. Gdybym miał obstawiać, to był to speck lub guanciale z akcentem na to pierwsze. Bardziej przypominało to podwędzany speck z Trentino. Całość – w smaku super, wyważone, o lekko cytrynowej nucie.

CHORIZO

Gdzie to chorizo..?

Pomimo swojej nazwy ta sałatka to wersja prawie vege. Prawie jest rzeczywiście różnicą, ale kompozycja rukoli z parmezanem oraz orzechami włoskimi była nowością w naszym menu. Chorizo też się znalazło i chociaż na talerzu było w mniejszości, to swój aromat pozostawiało. Takiego mixa z aksamitnym sosem jeszcze nie smakowaliśmy.

Do tego wybraliśmy butelkę włoskiego białego wina. W końcu to knajpa prowadzona i zarządzana przez Włochów. Kilka słów podsumowania. CAFFE MILANO jest bardzo wysoko oceniana począwszy od 4,4 (google) do 5,0 (tripadvisor). Nie mieliśmy okazji skosztować głównych dań, to te, które otrzymaliśmy były więcej niż poprawne. Na stół wjechała woda mineralna (ale wcześniej nas uprzedzono, a raczej poinformowano). Obsługa szalenie miła, zainteresowana, ale nie nachalna. Czas oczekiwania – w normie. Jeśli do tego dodamy widok za oknem, mamy komplet. Ceny..? O pieniądzach w Monte Carlo się nie dyskutuje, w Monte Carlo pieniądze się po prostu ma…

SAŁATKA NICEJSKA (Salade niçoise lub la salada nissarda)

Sałatka nicejska w La Trattoria du Palais

Być w Nicei i nie spróbować potrawy, z której to miasto słynie, to jak być w Krakowie i nie zobaczyć Wawelu. Sałatkę zna chyba każdy. Przypomnę, że obowiązkowo należy przygotować ją w oparciu o pomidory, sałatę rzymską, anchois oraz oliwę z oliwek – takie były początki i jej bardzo purystyczna wersja. Robili ją na ogół mniej zamożni mieszkańcy, więc wersje na bogato pojawiały się później. Swoje do tego dołożyli też szefowie kuchni. Pierwsza, którą zjadłem w La Trattoria du Palais w Nicei była rozbudowana w stosunku do XIX-wiecznego pierwowzoru. Obecne były również: jajka, czerwona papryka, rzodkiewki, oliwki oraz tuńczyk. A wszystko to przy udziale niewielkiej ilości sosu winegret. Bardziej dominująca była w potrawie oliwa z oliwek niż sos. Porcja olbrzymia, mogąca służyć wręcz za danie obiadowe!

DAUBE NICOISE (DOBA A LA NISSARDA)

Daube nicoise

Przysmak prowansalskiej kuchni: Daube nicoise to typowe danie lokalne. Rodzaj gulaszu sporządzany w oparciu o duszoną, w czerwonym winie, wołowinę. Aby danie było pełne swego smaku i aromatu dodaje się marchewkę, garni, czosnek, bekon oraz solidnie przyprawia – między innymi pieprzem cayenne. Nie może też zabraknąć miejscowych grzybów – najlepiej prawdziwków. W niektórych przepisach obecny jest również naparstek koniaku.

W każdym razie, gulasz był doskonały – miękki, aromatyczny a towarzyszyły mu ziemniaczane kluseczki, a’la nasze kopytka, ale zdecydowanie o konsystencji purée.

AïOLI DE CABILLAUD

Aioli de Cabillaud

Cabillaud czyli nasz swojski dorsz, ale ten niekoniecznie swojski, bo na pewno nie jest to pomuchla (Kaszubi wiedzą…). Bardziej obstawiałbym dorsza atlantyckiego. Tak czy inaczej został podany na ziemniaczanym purée z lekkim sosem aioli. I tym razem wszystko doskonale skomponowane.

Powyższe przysmaki mieliśmy okazję kosztować w LOU KALU. To jeden z tych przybytków, które na kulinarnej mapie Nicei, najlepiej karmią. O godzinie 13-tej siedzieli w niej tylko Francuzi sącząc piwo (w większości) lub wino (w mniejszości) i jedząc le déjeuner.

W karcie było tez oczywiście miejscowe wino – Winnice Pays du Var leżą w bliskiej odległości od Nicei produkują białe wina na bazie szczepów grenache blanc, roussanne, ugni blanc, chardonnay. Zamówiliśmy un pichet (dzbanek) nie żałowaliśmy. Wina te sprzedawane są głównie lokalnie, a cała produkcja nie przekracza 250.000 hektolitrów rocznie.

Lokalne wino z winnic departamentu Var

TROCHĘ O TYM, CZEGO NIE SKOSZTOWAŁEM W NICEI

Kuchnia nadmorskich Alp (Alpes Maritimes) jest różnorodna. Doskonałe i sycące mięsa, ryby i frutti di mare, do tego lokalne przysmaki. Trafiliśmy (w Nicei) do dwóch restauracji – prowadzonej przez Francuzów – Lou Kalu oraz przez Włochów – La Trattoria du Palais. Obie mogę polecić, a i budżetu nie zrujnują.

Charakterystyczna cecha dla lazurowego wybrzeża to silne przenikanie włoskich wpływów kulinarnych. Wszechobecna jest oczywiście włoska pizza na sposób francuski. Ale Nicea to również lokalne potrawy, których nie zdążyłem spróbować, ale gdy wrócę, nie ominę ich. To co charakterystyczne dla nicejskich kulinariów to:

PAN-BAGNAT – czyli chleb na mokro – nic innego jak sałatka nicejska w bułce lub bagietce

PISSALADIERE – cebulowa tarta z oliwkami oraz anchois – sprzedawana jako przekąska, starter lub plat à emporter (na wynos)

SOCCA – taki chlebek (niektórzy mówią: naleśnik) z mąki z ciecierzycy. Podobny jadałem we Włoszech pod nazwą cecina (jeśli dobrze pamiętam). Podobnie jak pissaladiere najczęściej sprzedawany albo jak włoskie pizze al taglio, czyli w kawałkach albo typowy street-food.

WEEKENDOWA NICEA

Stary port w Nicei i Alpy Prowansalskie

Nicea to miasto, które urzeka swoim pięknem, klimatem i atmosferą. Jednocześnie tak mi bliskie, gdyż od mojej ukochanej włoskiej Ligurii oddalone zaledwie o powiew śródziemnomorskiej bryzy. Nieformalna stolica Lazurowego Wybrzeża przyciąga nie tylko zwiedzających z zasobnym portfelem, ale też każdego, kto chce odkryć piękno nadmorskiej części Prowansji. Wspaniałe wybrzeże, przepyszna kuchnia, kosmopolityczna atmosfera miasta miała być dla mnie miejscem świętowania urodzin.

Do Nicei przylecieliśmy wieczornym lotem z Brukseli po całym dniu spędzonym w stolicy Belgii i UE (czytaj: http://7mildalej.pl/spacerem-przez-bruksele-10-godzin-w-stolicy-belgii/). Stan wyjątkowy, który obowiązuje we Francji dotknął nas na lotnisku NCE – zaliczyliśmy obowiązkową kolejkę do kontroli paszportowej. Po około 20 minutach odbieramy bagaże z claimu i szukamy transportu do miasta.

Tramwaj niestety już nie kursuje, ale wielu pax-ów na niego wciąż czeka, widocznie to “tramwaj zwany pożądaniem… Kilka kroków dalej odnajdujemy przystanek autobusowy i pakujemy się to linii nr 98 jeżdżącej do miasta. 15 minut później wysiadamy na osławionej Promenadzie Anglików w dzielnicy Gambetta; z przystanku mamy 3 minuty do hotelu.

Po brukselskim chłodzie Nicea wita nas pięknym i ciepłym wieczorem.

Pierwsze kroki na Promenade des Anglais

Po drodze znajdujemy sklep z winem, taka nowa świecka tradycja, zawsze wpadamy do hotelu z butelką lokalnego wina. Okolice hotelu super – są knajpki, sklepiki, cisza – wszystko w pakiecie. Szybki check-in w Hotel La Villa Nice Promenade (o wrażeniach z hotelu możecie poczytać tutaj: http://7mildalej.pl/przytulny-i-klimatyczny-hotel-w-nicei/).

Poranna promenada jest jeszcze piękniejsza niż nocą.

7 kilometrów nadmorskiego bulwaru

Dzisiejszy dzień poświęcamy na spacer uliczkami Nicei i podróż do Monte Carlo. Z hotelu do dworca kolejowego mamy około 15 minut spaceru i można podziwiać architekturę i kamienice Nicei.

W końcu docieramy do głównego dworca miasta – Gare de Nice Ville. Stąd za parę minut ruszymy na podój Monte Carlo.

Architektura Gare de Nice Ville niczym nie odbiega od mijanych kamienic

MONTE CARLO

Podróż pociągiem z Nicei do Monako zajmuje nie więcej niż 20 minut. Połączenia są średnio co pół godziny, więc warto udać się do drugiego najmniejszego państwa świata (po Watykanie) aby skosztować atmosfery luksusu i przepychu. Na dwóch kilometrach kwadratowych żyje ponad 37 tysięcy osób, a obywatelstwo monakijskie jest jednym z najbardziej pożądanych na świecie. Spoglądając z perspektywy wieków, nikt by nie przypuszczał, że XIII-wieczne wydarzenia, które doprowadziły do uniezależnienia się Monako od władających tymi terenami rodów genueńskich dadzą początek jednemu z najbogatszych państw świata…

Ród Grimaldich, który do dnia dzisiejszego włada tym księstwem, wszedł w posiadanie monakijskich wzgórz w niezbyt chwalebny sposób. W 1297 roku jeden z mnichów – Franciszek Grimaldi – zwany Malizia (z włoskiego: złośliwość) podstępem zdobył znajdującą się tutaj twierdzę. Później wymordował całą ówczesną jej załogę. Ponad 7 wieków później książę Albert II już w całkiem pokojowy sposób – sukcesji – objął rządy tego najmniejszego europejskiego księstwa.

Przez pół życia, odkąd wiele lat temu odwiedziłem ten skrawek lądu wciśnięty na na wzgórza pomiędzy Genuą a Niceą, zastanawiam się nad jego fenomenem. Od 90 lat jego ulice zamieniają się w tor F1, w porcie cumują najdroższe jachty. Przez wiele lat kasę księstwa zasilały wpływy z jednorękich bandytów i popularnej gry na “r” gdzie do obstawienia jest jedna z 37 liczb.

W XX wieku, gdy wydawało się, że Monako będzie uzależnione kasy, którą zostawiają goście w kasynach, a Francja wchłonie tereny Monako, rządy objął książę Rainier III. Dzięki służbie w armii francuskiej, wprowadzeniu konstytucji, przyznaniu praw wyborczych kobietom (w 1962 roku!) ocalił niepodległość i niezależność księstwa. Małżeństwo z Grace Kelly “ściągnęło” Amerykanów”, a jednocześnie boom na nieruchomości spowodował rozkwit państwa monakijskiego.

MONAKO DESZCZOWO

Tymczasem Monako powitało nas… deszczem. W Nicei słońce i klar na niebie, w Monte Carlo ciepło, parno i deszcz, a to tylko 20 kilometrów. Tak czasem bywa na liguryjskim i prowansalskim wybrzeżu, że kilka kilometrów decyduje o pogodzie.

Widok na port przy L’Hermitage

Przy wyjściu ze stacji wita nas kościół – rzymsko-katolicka parafia Sainte Devote Chapel. Ulokowany między urwiskami sprawia wrażenie jakby znalazł się nie w tym miejscu i nie w tym czasie.

Jeden z dwóch kościołów rzymskokatolickich w Monako (ten znacznie mniejszy)

MONAKO SPORTOWO

Monako i Formuła 1 to dwa nierozerwalne światy. Ślady jej historii znajdziemy praktycznie na każdej ulicy.

Pomnik 1-go zwycięzcy GP Monako w 1929 (jeszcze nie F1) przy 1-szym zakręcie zwanym Sainte Devote

Co roku na ulicach tego państwa-miasta ścigają się najlepsi kierowcy i tak się dzieje od kilkudziesięciu lat. Wyścigi uliczne w Monako znane były już przed II wojną światową. Pierwszy zorganizowano w 1929 roku Wygrał Wiilliam Grover-Wiliams na Bugatti. Zawody inaugurujące sezon F1 w 1950 roku wygrał nie kto inny, jak J.M. Fangio na Alfie Romeo. Rekordzistą pozostaje nieżyjący już niestety Ayrton Senna – wygrał GP Monako 6x, z czego 5x z rzędu. Ostatni wyścig – jubileuszowy – w 2019 roku padł łupem Lewisa Hamiltona z Mercedesa.

Trybuna główna przy marinie – zakręt 12 (Tabac)

Wyścig jest uważany za jeden z najcięższych – 78 okrążeń toru o długości 3,34 km wiedzie głównie ulicami dzielnicy Monte Carlo. Jest to również jeden z najniebezpieczniejszych torów F1 i ma też swoją mroczną historię – w 1967 roku zginął Lorenzo Bandini.

Trybuny rozkładane są prawie dwa miesiące wcześniej, a 2 dni przed wyścigiem jest szansa na darmowe obejrzenie sesji treningowych. Cały, zresztą weekend to jedno wielkie święto motoryzacji i miłośników F1.

Silniki bolidów zaryczą 26. maja 2019 – widok na zakręt nr 12 (Tabac) oraz nr 13 (Louis Chiron)

Gdyby ktoś pragnął wybrać się na GP Monako budżetowo, to spieszę z informacją, że szanse na obejrzenie wyścigu są niestety niewielkie… Pomimo, że jest to wyścig uliczny, to wygrodzenia (wysokie i mało przeźroczyste) są wszędzie. Piękne widoki natomiast z okien pobliskich hoteli, cena za nocleg w tym czasie nie jest już taka piękna. Rośnie 2-3x w stosunku do tej z weekendu poprzedzającego wyścig. Jest też opcja obejrzenia wyścigu z okien któregoś z położonych przy jego trasie apartamentu… Można kupić – ceny najtańszych zaczynają się od 1,5 mln euro!

MONAKO BAROWO…

W związku z tym, że niestety pogoda w Monako nie była zbyt sprzyjająca to odwiedziliśmy knajpkę przy sławetnym zakręcie nr 12 w oczekiwaniu na poprawę pogody. Widok z okien kafejki – powalający. Jeśli kobieta może wyglądać jak milion dolarów, to niektóre z tych jachtów wyglądają na dziesiątki milionów USD.

La Condamine – siedziba między innymi Yacht Clubu Monako

Monakijskie ceny nie odstraszyły nas od złożenia chociażby skromnego zamówienia. Zresztą jak się powiedziało “A” (wchodząc do knajpy), to trzeba powiedzieć “B” czyli coś zamówić. Wybór padł na lokalne sałatki oraz butelkę liguryjskiego prosecco. O tym kulinarnym doświadczeniu oraz przysmakach “lazurowej” kuchni możecie przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/lazurowe-smaki/.

Pogoda była jednak mało gościnna tego popołudnia i wygoniła nas z Monte Carlo do Nicei. Nie pierwszy raz w Monako, pewnie i nie ostatni, więc żegnamy ten skrawek światowego luksusu. Swoją drogą można stać się jednym z najbogatszych państw przy zerowym podatku dochodowym…? Można!

Okolice Sainte Devote

Nie wiem czy ktoś to sprawdzał, ale Monako ma chyba przewodzi chyba stawce państw o najdłuższych liniach kolejowych położonych pod ziemią w stosunku do linii kolejowych łącznie, czy też na km2 🙂

Gare de Monaco schowana jest pod ziemią

STARY PORT (VIEUX PORT)

Wracamy do Nicei, ale tym razem nie wysiadamy na stacji Nice-Riquier. Stąd będziemy mieć bliżej do starego portu oraz na wzgórze zamkowe. Stary Port, to właściwie Port Lympia nazwany od starej doliny o tej samej nazwie. Port powstał, w 1748 roku, na zlecenie króla Sardynii Karola Emanuela III. W najgłębszym basenie cumują dzisiaj tu głównie jachty oraz miejscowi rybacy.

Stary Port (Port Lympia)

Port od strony zachodniej zamknięty jest przez wzgórze zamkowe, od północy Place de l’Île de Beauté wraz z kosciołem Notre-Dame du Port, od wschodu liczne kafejki, siedziba Yacht Clubu nicejskiego oraz terminal promowy, z którego kursują liczne promy na Korsykę oraz Sardynię. Atrakcją portu jest podziemny parking, który jest nie tylko podziemny, ale też podwodny, a jego sufit przykryty jest szklanymi taflami

Widok na terminal promowy

WZGÓRZE ZAMKOWE

Wychodząc ze starego portu obchodzimy wzgórze zamkowe (Colline du Château), które stanowi najlepszy punkt widokowy Nicei. To również interesujący kawałek historii tego jakże pięknego prowansalskiego miasta. Od strony portu w skale wykuto pomnik zwany Monument aux Morts – wszystkim, którzy zginęli walcząc za Francję w obu wojnach światowych XX wieku.

Monument aux Morts

Na 92-metrowe, dominujące nad miastem, wzgórze prowadzą schody, ale też można skorzystać z windy – wejście od Rue des Ponchettes przy Tour Bellanda. Jazda windą dla niektórych sama w sobie może być już atrakcją – wlecze się, skrzypi i telepie na wszystkie strony.

Wzgórze zamkowe to miejsce, gdzie już w starożytności osiedlili się Grecy zakładając osadę zwaną Nikaia. Zamek na wzgórzu powstał w XI wieku, ale w 1706 roku na polecenie króla Ludwika XIV został zburzony. W tym miejscu powstał w latach późniejszych park oraz cmentarz.

Park na wzgórzu zamkowym

Z Colline du Château rozciąga się przepiękny widok na miasto, a także wybrzeże sięgające lotniska (NCE). W związku z długą i bogatą historią wzgórza aktualnie prowadzone są tam liczne prace archeologiczne.

Widok ze wzgórza zamkowego na Promenadę Anglików
Widok ze wzgórza zamkowego na miasto

Codziennie o godzinie 12.00 ze wzgórza zamkowego słychać wystrzał armatni. W Nicei ta tradycja ma swoją dość zaskakującą genezę. W drugiej połowie XIX wieku mieszkający tutaj Brytyjczyk Sir Thomas Coventry-More miał notoryczny problem z żoną, która spóźniała się na obiad (obiad rzecz “święta”). Ekstrawagancki Anglik wpadł na pomysł, aby każdego dnia o 12.00 żonę przywoływał wystrzał z armaty. Armaty już nie ma, ale tradycja pozostała i odpalane są o tej godzinie fajerwerki przypominające do złudzenia armatni wystrzał.

Wzgórze słynie również ze sztucznego wodospadu; poniżej jego mniejszy brat

Ten wodospad jest malutki, a wrażenie robi jego większy brat

PROMENADA ANGLIKÓW (PROMENADE DES ANGLAIS)

To miasto to chyba najbardziej angielskie z francuskich miast, chciałoby się powiedzieć. Śladów anglosaskich co niemiara… W XVIII wieku zjeżdżali tutaj, aby korzystać z pięknej pogody (w przeciwieństwie do angielskiej) i właściwości klimatu, liczni arystokraci angielscy. Aby ułatwić spacery wzdłuż pięknego wybrzeża wybudowano, w XIXwieku, promenadę. Sfinansowali ją również Anglicy i tak już pozostało. Dzisiaj Anglików na bulwarze jakby mniej, a dominuje język francuski, choć słychać również… rosyjski i włoski. Mam tyko nadzieję, że nazwa pozostanie, pomimo, że nie jest naród przez Francuzów najbardziej umiłowany…

Ulubione miejsce spacerowiczów, biegaczy i (desko)rolkarzy

Promenada Anglików rozciąga się na długości 7 kilometrów od Ogrodu Alberta I (Jardin Albert I) do okolic portu lotniczego NCE. Na promenadzie można odpocząć na krzesełku lub ławeczce w kolorze niebieskim – innych nie ma. Taką mają tam tradycję – wszystkie krzesełka i ławeczki są tylko w kolorze niebieskim.

W kwietniu tłumów jeszcze nie ma, a pogoda zachęca do odwiedzin bulwaru

14. lipca 2016 roku miała miejsce jedna z największych tragedii ostatnich lat w Europie. Islamski zamachowiec w trakcie obchodzonego we Francji Dnia Bastylii wjechał na bulwar ciężarówką w świętujących i bawiących się tam ludzi. Zanim został zastrzelony przez policję, zdążył zabić 86 osób. Wystarczyło 5 minut pomiędzy 22.30 a 22.35 i niecałe 2 kilometry, aby rozjechać tylu niewinnych ludzi… Dzisiaj na promenadzie niedaleko ogrodu Alberta I znajduje się tablica upamiętniająca ofiary tego okropnego mordu. Po tej tragedii władze zabezpieczyły licznymi barierkami, słupkami oraz linami ten ulubiony teren spacerowy Nicejczyków oraz turystów.

Odwiedzający promenadę mogą czuć się bezpieczniej

PLAC MASSENA I OGRÓD ALBERTA I

Podobne zabezpieczenia zainstalowano między innymi na Placu Massena.

Znak współczesnych czasów – ochrona przed potencjalnym atakiem terrorystycznym w każdym miejscu

Place Masséna to serce miasta. Położony na skraju Vieille Ville oraz Jean-Medecin – dwóch najbardziej popularnych dzielnic miasta przyciąga rzesze odwiedzających. Nad placem góruje siedem postaci na wysokich słupach. Plac Massena to stosunkowo młody “twór”. Jeszcze w XIX wieku płynęła tędy rzeka Paillon, którą przykryto zapobiegając w ten sposób wylewom rzeki i zyskując piękny teren. Przykryte koryto rzeki nosi nazwę Promenady du Paillon.

Południowy kraniec placu wieńczy Fontanna Słońca (Fontaine du Soleil)

Z placem Massena graniczy Jardin Albert 1er czyli Ogród Alberta 1-go. Ten zielony kawałek stanowi łącznik pomiędzy Promenadą Anglików oraz Placem Massena. Park został założony w 1914 roku, a dzisiaj na jego terenie znajduje się kilka atrakcji takich jak:

namiastka lasu tropikalnego
łuku Veneta symbolizującego nicejskie wybrzeże
lub instalacji naśladującej rafę koralową

VIEILLE VILLE

Stara Nicea to obszar miasta pomiędzy placem Massena a wzgórzem zamkowym. Kamieniczki, uliczki, sklepiki knajpki, bazarki – to wszystko stanowi o nieco leniwej atmosferze i nadmorskim klimacie starej Nicei.

Rue Saint-François de Paule
Uliczki starej Nicei to również klimat nieco artystyczny
na pchlim targu kupicie wszystko (…w stylu prowansalskim)

Szczególnym miejscem jest Cours Saleya – targ z kwiatami, warzywami, lokalnym jedzeniem i wszystkim, czego tylko oczy lub podniebienie zapragnie.

Poniedziałek na Cours Saleya

Znalazłem też taki monotematyczny sklep:

Raj dla fanów sardynki i tuńczyka

Niestety, krótka przygoda z nadmorską stolicą Prowansji dobiegła końca… Z żalem żegnamy się z Niceą mając nadzieję na powrót.

Nicea widziana z pokładu startującego samolotu

WRAŻENIA Z POBYTU W NICEI

Nicea pozostawiła w moich wspomnieniach same pozytywne wrażenia. Przepiękne miasto, gdzie słońce świeci 300 dni w roku. Do tego dochodzi niewymuszona gościnność Nicejczyków, wspaniała nadmorska kuchnia francuska. Atmosfera miasta “poza sezonem” (był kwiecień) sprawiła, że nie było dzikich tłumów, które zabierają radość ze zwiedzania. Zabrakło niestety czasu na eksplorację okolic, a prowansalskie wybrzeże to liczne perełki, do których zamierzam wrócić. Zamiast słowa końcowego niech przemówi obraz, pod którym podpisuję się z całym przekonaniem:

Nic(e) dodać, Nic(e) ująć !

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Na trasie lotnisko (NCE) – miasto kursują 2 linie autobusowe: 97 oraz 98; obie dowiozą Was do Promenady Anglików; w dzień kursuje też tramwaj linii T2, a bilet lotniskowy to 6 EUR.
  • Bardziej opłaca się kupić (nawet u kierowcy) karnet 10-przejazdowy lub bilet 24h.
  • Bilety na F1 Monako kosztują od 70-80 EUR za miejsca stojące do 500-600 EUR za miejsca na zwykłej trybunie. Ilość jednak mocno ograniczona, więc należy rezerwować odpowiednio wcześnie.
  • Sklepy z pamiątkami F1 znajdziecie między innymi przy Rue Grimaldi.
  • Pociąg z Nicei do Monako jedzie ponad 20 minut i kosztuje (RT) 8 EUR.
  • Winda na wzgórze zamkowe jest bezpłatna i kursuje od 9.00 do 18.30 każdego dnia

BRUKSELA – MEKKA PIWA

Delirium Cafe zwane też Pink Elephant przy Impasse de la Fidélité

Nie frytki, nie gofry, nie czekolada, ani nawet specjały belgijskiej kuchni były celem wizyty w Brukseli (o czym tutaj: http://7mildalej.pl/bruksela-nie-tylko-gofry-frytki-i-czekolada/). Clou programu stanowiło oczywiście piwo. Jeśli piwo, to:

DELIRIUM TREMENS

Czy jest bardziej kultowa piwiarnia niż Delirium Cafe..? Oczywiście ilość browarów belgijskich i tym samym ich knajp “firmowych” jest przeogromna. Na 11 milionów mieszkańców Belgii przypada ponad 160 browarów, a liczba gatunków piwa sięga 1.500. W tym małym kraju o powierzchni 30 tysięcy km2 produkuje się rocznie około 19 milionów hektolitrów piwa, z których co najmniej 8 milionów hektolitrów jest wypijanych “na miejscu”. Statystyczny Belg wypija rocznie około 75 litrów litrów złocistego (i nie tylko) napoju. I zaznaczmy, że mówimy w tym miejscu o piwie przez duże “P”, a nie koncernowym produkcie piwodobnym.

Piwo i Belgia to nieodłączne skojarzenie, którego nie da się rozdzielić. Piwo jest fragmentem belgijskiej kultury, a smak belgijskich piw należy do tych najbardziej wysublimowanych na świecie. Jeśli miałbym wybrać lagera – udałbym się do Czech, weissbiera szukałbym w Bawarii, a po piwa ciężkie i ciemne pognałbym do Belgii. Ich “blondy”, “trapisty” czy “darki” pozostały moimi ulubionymi piwami. Zdradliwa potrafi być ich moc. Są to najczęściej piwa o zawartości alkoholu 6-10 procent, a mimo to w smaku niezalkoholizowane, wyważone i pełne.

Każdy znajdzie w Brukseli swoją ulubioną piwiarnię, przy ponad 160 belgijskich browarach nie jest o to trudno – uwierzcie mi. Ktoś, gdzieś napisał, że “prawdziwy Brukselczyk nie chadza do Delirium, tylko wybiera mały browar”…

Ksiądz Józef Tischner mawiał, że góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: świenta prowda, tys prawda i gówno prowda. To powyższe stwierdzenie jest tą trzecią prawdą. W Delirium spotkasz i lokalsa, i turystę japońskiego i smakosza piwa. Lokal jest jakby nie patrzeć legendą i taki pozostanie. 2400 gatunków piwa z całego świata, a znakomitą większość doskonałych piw belgijskich znajdziecie właśnie w Delirium Cafe.

DELIRIUM CAFE DZIŚ

Piwa delirium produkowane są w browarze HUYIGHE w miejscowości Melle nieopodal Gandawy. Pierwszy browar powstał tam w roku 1906, a pod nazwą Delirium, w 1938 roku, rozpoczęto produkcję zbliżonego do czeskich pilznerów piwa. Delirium Blonde uwarzono pierwszy raz w 1989 roku. Dzisiaj browar, który pozostał (na szczęście) browarem rzemieślniczym zatrudnia tylko 20 osób, a do jego najbardziej znanych trunków należą: Delirium, Campus i Floris.

Flagowa knajpa rozrosła się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Obecnie to już prawie przemysł. Kilka sal i barów przy Impasse de la Fidélité spokojnie pomieści kilkaset osób.

Około godziny 12-tej w Delirium nie ma jeszcze tłumów
W Delirium czasem można usiąść i wypić piwo w starej kadzi fermentacyjnej
Sufit i ściany to przekrój piw z całego świata
W gablotach można zapoznać się z historycznymi sposobami warzenia piwa

BAR

Sam bar w głównej sali wygląda imponująco. Ilość nalewaków wprost powala, a z każdego leje się “złoty nektar”. Tyle dobra na długości blatu…

Zaopatrzenie wygląda imponująco
Prawie jak w PRL – o 13-tej bar zaczyna tętnić życiem
Instalacja pod “parą”, a raczej pod ciśnieniem

Karta, jak wspomniałem oferuje około 2400 piw z ponad 60 państw świata. Znaleźć można też polskie piwa. Tzw. short-lista wisi nad barem i obejmuje głównie piwa z własnego browaru.

Poza własnymi piwami na pierwszej linii frontu – “trapiści”

PIWO

Stwierdziliśmy, że skupimy się na piwach od HUYIGHE. Od czego zaczęliśmy więc degustację…? Oczywiście od przypomnienia sobie sztandarowych produktów browaru czyli Delirium Blonde i Delirium Nocturnum.

Na początek: historia browaru w wersji blonde i dark

Delirium Blonde – górna fermentacja na wzór pilzneński, czyi czeski. Piwo o mocy 8,5% – zdradliwe, bo pije się go jak lekkiego lagera. Co do smaku – lekko zaskakuje i intryguje, gdyż dominują słodkie nuty owocowe. Pomimo, że nie lubię słodkości w piwie – w tym przypadku nie przeszkadzają mi, a wręcz dopełniają jego smak. Ocena – 4,0/5.

Delirium Nocturnum – w tym przypadku – poezja smaku ciemnego piwa; od goryczki przez czekoladę do ostrych nutek pieprzowych, ale na finiszu daje się wyczuć karmel. Również 8,5%. Ciemna, nieprzejrzysta barwa i drobnoziarnista piana (spodziewałbym się raczej bardziej gęstej). Dla mnie – jedno z najlepszych ciemnych piw, jakie przyszło mi spróbować. Ocena 4,5/5

Co jeszcze wybraliśmy..?

Campus Premium – 5% lager – lekki chmiel i słodowy aromat. Wyrób pilzneropodobny. Niestety na końcu wychodzi z niego pilznerowata goryczka, za którą nie przepadam. Ocena – 3,0/5.

Floris White – również 5%, ale tym razem witbier. W witbierach lubię połączenie słodkich, pszenicznych smaków z nutą cytrusów. Odpowiadają mi te, które zaczynają od słodkości a kończą na cytrusach. Pod jednym wszakże warunkiem, że nie są te cytrusy zbyt intensywne, a wręcz, jak to określam – miękkie, kolendrowe. I taki jest właśnie Floris White. Witbiery to belgijskie piwa pszeniczne, powstały w Brabancji, na wschód od Brukseli. Ten jest całkiem poprawny, nawet bardziej niż poprawny – 3,5/5 – to właściwa ocena.

Jeszcze jedna ważna informacja na temat belgijskiej tradycji piwnej, tam każde piwo pija się w odpowiednim dla siebie rodzaju szkła. Są szklanice dla lagerów, są również pucharki (pokale), które różnią się kształtem i wielkością. Tak też podawano nam poszczególne piwa w Delirium Cafe. Jeśli ktoś chce spróbować historii i współczesności belgijskiej tradycji piwnej niech odwiedzi Delirium Tremens w Brukseli. A jeśli już znajdzie swój ulubiony smak i aromat napoju bogów niech odwiedzi którąś z małych cafe.

ZAKOŃCZENIE – TROCHĘ HISTORII O PIWIE BELGIJSKIM

Pierwsi na terenie Belgii piwa warzyli oczywiście mnisi. Około 1100-ego roku zezwolono flamandzkim i francuskim opactwom na warzenie piwa. Ówcześnie bezpieczniej było pić piwo zamiast wody, której jakość pozostawiała – mówiąc eufemistycznie – wiele do życzenia. Po Wielkiej Rewolucji Francuskiej na tereny Belgii przybyli Trapiści, którzy już od 1685 roku w Normandii warzyli doskonałe piwa. W nowym klasztorze w Westmalle warzono piwo początkowo na własny użytek, od 1836 roku również na sprzedaż dla okolicznych mieszkańców. 15 lat później (1861) rozpoczęto masową sprzedaż klasztornego piwa. Dzisiaj na terenie Belgii działa 6 browarów trapistowskich, a ich piwa uznawane są za jedne z najlepszych na świecie. ACHEL, CHIMAY, WESTMALLE czy też WESTVLETERN będący świętym graalem browarnictwa to najważniejsze dla Belgów piwa. Warto spróbować też LAMBIEKA na dzikich drożdżach czy też KRIEKA z dodatkiem wiśni. Dla porównania z niemieckim witbierem można sięgnąć po jego flandryjskiego odpowiednika.

Belgijskie piwa odkryłem wiele lat temu po skosztowaniu DUVELA z browaru Moortgat. Warzony jest metodą górnej fermentacji w rodzaju belgian strong ale i zawiera około 8,5% alkoholu. Od tamtej pory jestem jego (i innych “belgów”) wiernym fanem, a życie bez belgijskiego piwa byłoby jakby smutniejsze…

BRUKSELA – NIE TYLKO FRYTKI, GOFRY I CZEKOLADA

Delirium Cafe to centralny punkt wizyty w Brukseli

Świętowanie urodzin zaczałęm od Brukseli (czytaj: http://7mildalej.pl/spacerem-przez-bruksele-10-godzin-w-stolicy-belgii/), a jeśli świętowanie w Brukseli, to oczywiście wspomnienie młodych lat: Delirium Tremens! Czy jest bardziej kultowe miejsce na świecie niż ta legendarna piwiarnia..? Pytanie pozostanie pewnie retoryczne.

Zanim jednak zajmiemy się wspomnieniem z tego przybytku rozpusty zajmijmy się innymi słabościami Belgów. Człowiek jest z natury sybarytą i hedonistą. Bruksela to miasto, które pozwala spełnić wszelkie zachcianki, a te kulinarne w szczególności!

La Grande Bouffe (“Wielkie Żarcie”) – tak brzmiał tytuł filmu filmu, który Marco Ferreri nakręcił w 46 lat temu. Nie licząc tego, że Bruksela to miasto… smerfów, to jest to mekka piwa, czekolady i frytek, ale nie tylko. Kuchnia belgijska zaskakuje bardzo pozytywnie i zaspokoi gusta nie tylko mięsożerców, ale też wegetarian.

Celem naszej wizyty było oczywiście wspomniane na wstępie DELIRIUM CAFFE, więc zmierzając pospiesznie w jego kierunku zatrzymajmy się na kilku przystankach z brukselskimi specjałami

FRYTKI BELGIJSKIE

Nigdzie frytki nie smakują jak w Belgii

Podobno Amerykanie przypisują sobie wynalezienie frytek. Nic bardziej błędnego. Francuzi też twierdzą, że to ich pomysł. Jeśli już ktoś wziął do ręki nóż i kartofla, to był to z pewnością Belg. Tezy, że Belgia to ojczyzna frytek obalić w żaden sposób się nie da. Ziemniak pokrojony w słupki i smażony pierwotnie w łoju wołowym miał swoje korzenie w Walonii. Tak już było, jest i będzie. Widzę frytki, myślę Belgia!

Być jednak w Brukseli i nie spróbować sztandarowego dania belgijskiej kuchni byłoby z mojej strony co najmniej faux pas. Jako, że czas nie pozwolił nam na poszukiwanie najlepszych frytek w Brukseli, to spacerując w okolicach Grand-Place i Giełdy Brukselskiej wybraliśmy pierwszy czynny lokal oferujący ten brukselski przysmak czyli FRITLAND. Olbrzymia porcja za stosunkowo niewielkie pieniądze: 3,70 EUR. Nie jestem fanem frytek, być może dlatego, że w Polsce rzadko trafia się po prostu smaczny produkt.

Te smakowały nieźle – były rzeczywiście chrupkie na zewnątrz oraz miękkie (maślane) w środku. Przyglądając się procesowi ich smażenia można było odnieść wrażenie, że były zgodnie z tradycją smażone dwa razy. Smak różnił się zasadniczo od polskich – nadmorskich. Natomiast czy były smażone w tłuszczu zwierzęcym, czy zwykłym oleju..? Na to pytanie już nie dam do końca jednoznacznej odpowiedzi. Frytki w bułce? Proszę bardzo. Frytki jak frytki, ale ilość sosów powaliła mnie już totalnie! W karcie było ich kilkadziesiąt! Co kto lubi, co kto chce.

GOFRY BELGIJSKIE

Podstawowa zasada – naucz się rozróżniać gofry z Brukseli od gofrów z Liege

W przypadku gofrów sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Zasadniczo istnieją dwa rodzaje gofrów zwanych tutaj waflami. Jeden z nich to gofr z Brukseli (gaufre de Bruxelles, lub Brusselse wafel), drugi natomiast, to gofr z Liege (gaufre de Liège, niderl. Luikse wafel). Ten ostatni zwany też gofrem cukrowym (suikerwafel).

Gofry z Brukseli są robione na bazie rzadkiego ciasta drożdżowego bez cukru, a więc z mąki pszennej, mleka, wody, jajek, drożdży i wanilii. Klasyczne brukselskie mają kształt prostokąta. Do gofrów z Liege oprócz tych wszystkich wyżej wymienionych dodaje się też granulki cukru perłowego zwane tutaj z flamadzkiego “parelsuiker”. Czy tak jest rzeczywiście, czy jest to zwykły cukier… nie miałem okazji sprawdzić. Kształt gofrów leodyjskich jest bardziej nieregularny, często owalny, a ich smak jest cięższy i słodki – zdecydowanie nie moja bajka.

Skoro mamy całą już nomenklaturę za sobą, to czas sprawdzić czym się różnią. Gofry, jak powszechnie wiadomo, je się… oczami, a belgijskie już szczególnie. Gofry je się tutaj ze wszystkim: czekoladą, owocami, cukrem pudrem, bitą śmietaną. Oprószane są każdym możliwym rodzajem posypki. Od samego patrzenia można dostać oczopląsu, a chwila zamawiania przeciąga się w nieskończoność.

CZEKOLADA BELGIJSKA

Czekolada belgijska to smak i jakość na najwyższym poziomie

W czym tkwi sukces belgijskiej czekolady? Odpowiedź jest prosta – w smaku! A smak, to jakość ziaren kakaowca. I tutaj koło się zamyka. Belgijskie czekolady i wyroby na jej bazie oraz ciasta z czekoladą są jednymi z najlepszych na świecie. Wszelkiej maści “czekolaterie” znajdziecie na każdym rogu. Piwa nie zapakujecie do cabin baga, czekoladę – tak, a naprawdę warto to przywieźć z Brukseli.

Czekoladowe pyszności przygotowywane są na Waszych oczach

BELGIJSKIE SPECJAŁY

“L’Arlequin” przy Rue des Bouchers – raczej niedoceniony w “recenzjach”

Wychodząc z DELIRIUM TREMENS wpada się w ulicę, którą ktoś kiedyś nazwał “brzuchem Brukseli”, czyli Rue des Bouchers. Skorzystaliśmy z restauracji L’ARLEQUIN i wybraliśmy dania typowe dla belgijskiej kuchni. A kuchnia belgijska to tak naprawdę dwa (przenikające sobą) światy: flamandzki i waloński. W ten sposób postanowiliśmy zapoznać się z całym światem kuchni belgijskiej.

CARBONNADE A’LA FLAMANDES

Z kuchni flamandzkiej wybór padł na CARBONNADE A’LA FLAMANDES – nic innego jak gulasz z wołowiny, ale gulasz to szczególny, bo duszony w ciemnym piwie. Do lepszej jakości wołowiny pokrojonej w grubą kostkę dodaje się ciemne piwo – oczywiście belgijskie. To wszystko zaciąga się ostrą musztardą francuską oraz… brązowym cukrem.

Carbonnade flamande spróbuję zrobić w swojej kuchni

Niektórzy dodają jeszcze do sosu jako naturalny zagęstnik – chleb. Kluczem do uzyskania słodko-gorzkiego smaku (takiego bitter) jest oczywiście obłędnie dobre któreś z belgijskich ciemnych piw. Gulasz z L’Arlequina w Brukseli smakował więcej niż poprawnie – mięso miękkie, sos o pożądanej gęstości, choć smak nie do końca był tak wyraziście słodko-gorzki, to należy danie uznać za smaczne. Post factum przeczytałem recenzje knajpy na googlach. Stanowczo za nisko oceniony przynajmniej według mnie. Również czas oczekiwania i obsługa mieściły w przyjętych standardach. Chyba w związku z małym ruchem otrzymaliśmy w gratisie piwo – belgijskiego lagera.

CHICONS AU GRATIN

Drugie danie – CHICONS AU GRATIN – czyli cykoria zawijana w szynce i zapiekana w serowym sosie beszamelowym była raczej wersją de lux w stosunku do tej widniejącej w karcie.

Chicons gratin to jedno z klasycznych dań kuchni walońskiej

Na czym polega smak tej potrawy – oczywiście na prawdziwym beszamelu z gałką muszkatołową oraz serze. W tym przypadku Belgowie wezwali na pomoc Szwajcarów. Klasycznie używa się sera szwajcarskiego Gruyere’a, ale także pożądany jest francuski Comte, produkowany w pobliżu granicy szwajcarskiej w okolicach Besançon. Aha… jeszcze jedno: cykorie. Te, których kosztowaliśmy były specyficznej odmiany – wąskie, prawie jak szparagi i w smaku zbliżonym do szparagów. Dla mnie nowość. Podana całość była zapieczona w olbrzymiej ilości serowego beszamelu. Pychotka. Tak i w tym przypadku L’Arlequinowi należy się więcej gwiazdek niż googlach. Knajpę – dania, obsługę, czas oczekiwania oceniłbym na 4,0.

No ale nie frytki, nie gofry, nie czekolada, ani nawet specjały belgijskiej kuchni były celem wizyty w Brukseli – clou programu stanowiło oczywiście piwo. Jeśli piwo, to:

DELIRIUM TREMENS

ale o tym już w następnym poście: http://7mildalej.pl/bruksela-mekka-piwa/

W Belgii piwo pija się w… cafe

SMAKI I AROMATY BRUKSELI ZAMIAST PODSUMOWANIA

Nie tylko “motocykliści są wszędzie”, w Brukseli wszędzie są: frytki, gofry i czekolada. Czym więc pachnie Bruksela..? Belgijska tradycja kulinarna to nie tylko frytki i czekolada, chociaż te specjały należy uznać za wyjątkowe. Zapach frytek, gofrów to zapach belgijskiej ulicy. Bynajmniej nie jest to zapach oleju, ale pociągający aromat.

Odkryciem były dania kuchni belgijskiej – gulasz flamandzki – coś nowego, co spróbuję przenieść do mojej kuchni. Zwykły polski, węgierski pörkölt, czy bawarski gulasz piwny już niejednokrotnie rządziły na naszym stole. Flamandzkiej carbonady przyznaję, że pomimo wizyt w Belgii, skosztowałem po raz pierwszy.

Endywie, czyli “chicony”, czyli cykorie pod beszamelem pełnym orzechowego sera były już ćwiczone w naszej kuchni ponad 10 lat temu, ale w wersji bez sera. Tym razem spróbujemy zapiec to w serze. Może już na dzisiejszą kolację…

Zresztą w belgijskiej kuchni znaleźć można mnóstwo pyszności: waterzooi (kurczak w rosole pod śmietaną), zupa belgijska (bardzo pożywna na wołowinie z cebulą, kapustą i jabłkiem), suflety z cebuli, zapiekane jabłka i wiele innych. Brabanckie kiszki znane są w zachodniej Europie, a owoce morza (słowo, którego nie lubię) – jak na przykład krewetki w pomidorach, to również belgijska tradycja kulinarna. Nic tylko lecieć i nie poprzestać na Brukseli.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • FRITLAND mieści się przy Rue Henri Maus 49 – czynny codziennie od 11.00 do 1.00 – 3.00 w nocy (w zależności od dnia tygodnia).
  • Z innych frytkowni chwalone są: MAISON ANTOINE w dzielnicy europejskiej, FRITERIE TABORA niepodal Grand-Place i wiele innych. Każdy znajdzie coś dla pod własne gusta.
  • Gofry znajdziecie praktycznie wszędzie, gdzie znaleźć te najlepsze..? Nie mam pojęcia! Miejska legenda niesie, że na przykład THE WAFFLE FACTORY na rogu Rue du Lombard.

SPACEREM PRZEZ BRUKSELĘ – 10 GODZIN W STOLICY BELGII

Bruksela – mekka piwa, czekolady, frytek i… smerfów. O tym będzie jednak w oddzielnym poście. Co można więc robić mając kilka godzin w stolicy zjednoczonej Europy..? Lot WAW – NCE miał tę niezaprzeczalną zaletę, że miał stopa w BRU. Było coś dla ducha i oka, a także coś dla ciała – czytaj: podniebienia.

Do Brukseli przylecieliśmy porannym lotem Brusselsem. Kwiecień 2019 roku przywitał nas w tym mieście przepięknym słońcem, ale też chłodem wiejącym z nad północnego Atlantyku. Cóż.., taki mamy klimat… jak mawiała jedna z naszych europosłanek.

Lądujemy na Zaventem, największym belgijskim lotnisku, położonym ok. 12 km na północny wschód od centrum Brukseli.

Zachodnie podejście na Zaventem

Szybko i bezproblemowo odnajdujemy drogę do lotniskowej stacji kolejowej i po 20-minutowej podróży pociągiem wysiadamy na Brussel-Centraal. Zanim przejdziemy do naszego, ukrytego celu wizyty w Brukseli, kilka słów o spacerze po centrum Brukseli.

Pierwsze kroki kierujemy w kierunku niewielkiego parku Mont des Arts oraz Place d’Albertine, gdzie znajdziecie między innymi Statue du Roi Albert 1er. Albert I, panujący w latach 1909-1934, był jednym z najbardziej uwielbianych władców Królestwa Belgii. Belgowie docenili jego postawę szczególnie w czasach I wojny światowej, kiedy to przeciwstawił się Niemcom i osobiście dowodził armią belgijską w kilku bitwach.

Widok na Place d’Albertine spod pomnika Króla Alberta I

Wędrując wzdłuż Rue de Hopital oraz Vieille Halle aux Blés odnajdujemy na plac, na którym mieści się pomnik Jaques Brela – najsłynniejszego belgijskiego barda i piosenkarza. Obok pomnika, w jednej z uroczych kamieniczek znajduje się muzeum poświęcone Brelowi.

Pomnik Jacquesa Brela w centrum miasta

MANNEKEN PIS

Zaledwie 200 metrów od pomnika upamiętniającego Jacquesa Brela, u zbiegu ulic du Chene i de l’Etuve znajdziecie jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta – niewielką figurkę sikającego chłopca zwanego Manneken Pis. Zawsze zastanawiałem się nad fenomenem tego miejsca i tej figurki…

Chyba najbardziej znana na świecie figurka sikającego chłopca – Manneken Pis

Niezliczone tłumy pielgrzymują do tego miejsca, jakby było święte. Tymczasem takie figurki, ze znacznie bogatszą przeszłością znaleźć można w innych miastach Europy. Ale cóż, Manneken Pis jest tylko jeden… w Brukseli. Statua, a raczej statuetka stoi w tym miejscu od XV wieku. Pierwotnie wykonana z kamienia, później, od XVII wieku z brązu ma swoje korzenie w legendzie. Która jednak z dwóch legend jest prawdziwa..? Tego nie wie nikt. Jedna z nich głosi, że, chłopiec był synem jednego z królów belgijskich. Podczas polowania królewicz miał zaginąć. Przeszukano wszystkie lasy, jednak dziecka nie odnaleziono. Dopiero po kilku dniach, lokalny leśniczy usłyszał szemrzący strumyczek, a tam ujrzał nagiego, sikającego chłopca będącego zaginionym dzieckiem. Druga legenda mówi, że w XIV wieku Bruksela została zaatakowana. Najeźdźcy podłożyli materiały wybuchowe w murach miasta. Jednak chłopiec (Juliaanske) odkrył miejsce, gdzie zaraz miał nastąpić wybuch. Wtedy oddał mocz na palący się lont, czym uratował miasto.

Figurka była wielokrotnie ” uprowadzana”, czyli kradziona. Ostatni raz, w roku 1965, kiedy to po roku odnaleziono ją w jednym z brukselskich kanałów. Od tego czasu, “oryginał” przechowywany jest w muzeum, a w pierwotnym miejscu posadowiła się kolejna jego kopia.

JEANNEKE PIS

Jeśli jest sikający chłopiec, to dla poprawności politycznej powinna być również sikająca dziewczynka. Takową, zwaną Jeanneke Pis znajdziecie przy Impasse de la Fidelte, czyli z drugiej strony Grand Place.

Siostrzyczka Mannekena, czyli Jeanneke Pis

Figurka powstała w 1987 roku, gdy belgijskie feministki zażądały damskiej wersji Mannekena, a może to tylko legenda…?

Przecznicę od Halles Saint-Gery – Agory jest ostatnia z sikającej świętej trójcy – tym razem – psa, zwana Zinneke Pis. Odwiedziny sikającego pieska zostawiam next time.

GRAND-PLACE

Bruksela ma szczęście posiadać jeden z najpiękniejszych rynków miejskich w Europie. Grand-Place, wpisany na listę światowego dziedzictwa w 1998 roku, powstał około XII wieku, a wytyczony został w połowie XIV wieku. Plac został zniszczony w 1695 roku przez wojska francuskie.

Dzisiejsze piękno tego pięciokątnego placu wyraża się głównie w bogato zdobionych kamienicach, które stanowią jakby odzwierciedlenie Belgii z jej historią i bogactwem. Każda z nich, kiedyś będąc siedzibą różnych cechów, ma swoją nazwę i charakterystyczne zdobienia. Z placu promieniście wychodzi siedem ulic, którymi można udać się na dalsze zwiedzanie miasta, a każda z nich zaprowadzi nas do kolejnych atrakcji Brukseli.

Północna pierzeja Grand-Place – po lewej stronie słynny ratusz, po prawej muzeum miejskie

Na głównym placu Brukseli, po południowej stronie ratusza, znajduje się muzeum piwa – wstęp 5 EUR i można sprawdzić jak warzono słynne belgijskie piwa. Niestety bez możliwości degustacji.

W 1401 roku rozpoczęła się budowa najwspanialszej budowli na Grand-Place – gotyckiego ratusza, którą ukończono w połowie XV wieku. Po tym, jak w 1695 roku ratusz zniszczyły francuskie wojska, Belgowie odbudowali go w stylu gotyku brabanckiego. Ratusz stanowił niejednokrotnie inspirację dla wielu architektów. Jeśli miałbym znaleźć pewne podobieństwa w innych miastach, to jako pierwszy przychodzi mi na myśl Neues Rathaus w Monachium…

Ratusz wypełnia znaczną część zachodniej pierzei Grand-Place

Jego strzelista wieża, wysoka na 96 metrów góruje nad całym Grand-Place. Wybudowano ją w latach 1449-1454. Na wieży znajduje się posąg patrona Brukseli – Archanioła Michała. Z jej budową wiąże się też jedna z brukselskich legend. Budowniczy ratusza i wieży rzucił się z niej gdyż wyszły niesymetryczności. Nie rozumiem tego, efekt zachwyca swym pięknem do dziś.

Wieża ratuszowa zachwyca lekkością swojej konstrukcji

OKOLICE GRAND-PLACE

Atmosfera i architektura flamandzkich uliczek zawsze mnie urzekała, a Bruksela takowe mi przypomina. Niejednokrotnie odrestaurowano je z poszanowaniem dla ich historii.

Spacer w okolicach Grand-Place pozwala poczuć atmosferę starego miasta

Wiele ulic zamieniono w deptaki z ograniczonym ruchem. Wszystko przyjazne dla mieszkańców i spacerowiczów. Dbałość o zgodność współczesnych trendów z historią jest dominująca dla magistratu.

Sobotni ranek na Boulevard Anspach
Okolice dworca Brussel-Centraal
Dekor na dworcu Brussel-Centraal
Okolice fontanny Charlesa Bulsa – XIX-wiecznego burmistrza Brukseli

Zdążyliśmy też odwiedzić jedną z pierwszych galerii handlowych świata – Galeries Royales Saint-Hubert. Galerię wykonano w stylu renesansowym, a całość przykryto szklanym dachem.

Galerie du Roi

Galerię otwierał król Leopold I, a działo się to w roku 1847. Natomiast w 1896 roku na jej terenie odbyła się pierwsza projekcja kinowa braci Lumiere.

KILKA SŁÓW NA KONIEC

Brukseli w 10 godzin oczywiście nie da się zwiedzić. Skupiliśmy się na okolicach Grand-Place pomijając całkowicie Atomium, dzielnicę Europejską czy też inne, a równie ciekawe tereny miasta. Tłumy towarzyszyły nam na Grand-Place, przy figurkach Mannekena czy Jeaneke. Poza tym nie było tak źle. Zaskoczenie raczej pozytywne, ale to zależy co kto lubi. Zabrakło też czasu na muzea, a na kilka z nich naprawdę warto poświęcić chwilę czasu. Już czekał na nas samolot do Nicei: http://7mildalej.pl/weekendowa-nicea/.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Lotnisko BRU (Zaventem) jest bardzo dobrze oznakowane; do wyjścia trafia się szybko; autobusy do centrum odjeżdżają z poziomu “0”, pociągi natomiast z “-1”.
  • Podróż pociągiem do stacji Brussel-Centraal trwa niecałe 20 minut; bilet na pociąg RT (tam i z powrotem kosztował w 04.2019, ze zniżką weekendową – 15,20 EUR.
  • Raz na dwa lata Grand-Place zamienia się w wielki kwiatowy dywan – najbliższe takie wydarzenie to czerwiec 2020 roku – wystarczający czas aby kupić bilety i przygotować się do odwiedzenia Brukseli!
  • Śródmieście Brukseli najlepiej zwiedza się per pedes – spacer obejmujący centralną część miasta zajmie więcej niż pół dnia; odległości nie są wielkie. Czas można więc poświęcić na odkrywanie kulinarnej strony miasta, ale o tym już w oddzielnym poście.

PRZYTULNY I KLIMATYCZNY HOTEL W NICEI

Na Lazurowe wybrzeże przybyliśmy z Brukseli (więcej: http://7mildalej.pl/spacerem-przez-bruksele-10-godzin-w-stolicy-belgii/ ). W sobotni wieczór lądujemy w Nicei – niech żyje Lazurowe Wybrzeże! Kilka dni wcześniej udało się zarezerwować, w cenie, która nie przewietrzyła jeszcze portfela hotel w Nicei. Miało być: blisko morza, w mieście, z dobrym dojazdem na lotnisko. Hotel miał być oczywiście przytulny i klimatyczny, taki… prowansalski. Wybór padł ostatecznie na LA VILLA NICE PROMENADE.

LOKALIZACJA

Hotel zlokalizowany jest przy 11 Rue Saint-Philippe, w zachodniej części miasta, w dzielnicy Gambetta. Mieści się w starej, ale odrestaurowanej kamienicy przy skrzyżowaniu z Rue de France. Do Promenade des Anglais dojść można spacerem zaledwie w 2-3 minuty. Z promenady kursuje linia autobusowa nr 98, która zawiezie Was na lotnisko – czas przejazdu – ok. 25 minut. Parę kroków dalej jest również linia tramwajowa, która również jeździ na lotnisko.

Do dworca kolejowego – Gare de Nice Ville – spacer zajmie nie więcej niż 15-20 minut. W podobnym czasie dotrzecie do Placu Massena. Odległość do zamkowego wzgórza – Colline du Château – wynosi prawie 2 kilometry. Naprzeciwko wejścia do hotelu znajdziecie czynny 7 dni w tygodniu sklep Carrefoura, a w najbliższej odległości jest kilka ciekawych knajpek, w tym marokańska DELLYS.

POKÓJ

Pokój, utrzymany w prowansalskiej tradycji, sprawia bardzo przyjemne wrażenie. Wszystko, pomimo prostoty, utrzymane w spokojnej naturalnej tonacji.

Wygodne, szerokie łóżko

Zabudowana szafa z sejfem, a nawet deską do prasowania, TV, lustro oraz klimatyzacja uzupełniają wyposażenie pokoju.

Wielkość pokoju odpowiada ***

Ciekawostką jest fakt, że łazienka i toaleta to oddzielne lokum.

Wanna z prysznicem, suszarka, zestaw kosmetyków, codzienna wymiana ręczników

O ile łazienka spełnia swoją rolę z naddatkiem, to toaleta jest raczej klaustrofobicznym pomieszczeniem…

W toalecie przestrzeni nie doświadczycie

Pokój spełnił nasze oczekiwania. Łóżko było wygodne – materac średnio-twardy – idealny odpoczynek dla kręgosłupa i nie tylko. Czystość na najwyższym poziomie.

ŚNIADANIE

Sala na parterze obok recepcji oferowała codzienne śniadania. Utrzymana w podobnym, jak cały hotel stylu.

Śniadanie we francuskich hotelach czyli petit déjeuner jest dla mnie zagadką. Jeśli dostępna jest tylko wersja konserwatywna, oparta na kawie i rogaliku, to nie ukrywam, że mam wtedy problem. Tym razem poranną, francuską tradycję kulinarną potraktowano lajtowo… Wybór pieczywa, również ciemnego był dużym plusem. Wbrew francuskim wzorcom obecne były również dania na ciepło. Jajecznica (niestety z “proszku”) oraz kiełbaski (podobne jedliśmy w Paryżu) i obsmażany, zarumieniony boczek. Do tego kilka wędlin i to co uwielbiam – francuskie sery! Zaskoczeniem in minus – brak warzyw, co dla mojego podniebienia było niepowetowaną stratą 🙁 Całość uzupełniały: kawa, herbata, soki, woda, owoce, francuskie dżemy i ciasta. Obsługa kulturalna i dyskretna – całość tej części pobytu: 4 z plusem.

WRAŻENIA Z POBYTU

Hotel jest bardzo sympatyczny, utrzymuje swój lekko butikowy styl.

Klimat hotelu nawet na klatce schodowej…

Zameldowanie zajęło nam dosłownie chwilę. Obsługa bardzo sympatyczna i pomocna. Bez problemu użyczy Wam kieliszków i korkociągu do wina. I zrobi to uśmiechem. Obok recepcji przyjemne lobby, gdzie za free napijecie się kawy i herbaty, a nawet skosztujecie ciasteczek.

…nie mówiąc o lobby

Co zostawiło w nas pozytywne wrażenia..?

  • ogólny klimat hotelu (czegoś takiego oczekiwałem)
  • obsługa – miła, sympatyczna i pomocna
  • lokalizacja – bliskość morza i promenady oraz knajpek, dobry i szybki dojazd do NCE
  • czystość, codzienne sprzątanie i standard (zasługuje na ***)
  • mimo wszystko – śniadanie (chociaż paryskie oceniłbym lepiej)

Co nas rozczarowało..?

  • brak warzyw na śniadanie
  • niezbyt dobre wyciszenie pionów łazienkowych

Po powrocie dowiedziałem się, że hotel według portalu: https://pl.hotels.com/ zdobył tytuł LOVED BY GUESTS 2018. Według mnie jak najbardziej zasłużenie! Jeśli ktoś szuka przytulnego hotelu w Nicei – LA VILLA na pewno spełni jego oczekiwania.

PO SŁOWACKIEJ STRONIE TATR

Kilka wolnych chwil znalezionych w lipcu 2013 roku skierowało naszą podróż w kierunku utęsknionych gór. Pierwszy wybór padł na Tatry. A podstawowe pytanie było gdzie w Tatry..? Jako, że przekomercjalizowane, drogie oraz zatłoczone Zakopane nie jest moim ulubionym miejscem wypadowym w góry, to wybór był prosty – zaatakujemy Tatry od strony południowej. Wybór padł na Stary Smokovec.

VILLA DR. SZONTAGH – MOJA MIEJSCÓWKA W SMOKOWCU

Byliśmy w piątkę, szukaliśmy noclegu ze śniadaniami i najlepiej w postaci co najmniej dwupokojowego apartamentu. Wymagania z górnej półki, a miało być jeszcze ekonomicznie. Może niekoniecznie materac na podłodze w schronisku, ale jakiś tam standard musiał być zachowany…

Dzięki uprzejmości naszego przyjaciela prowadzącego interesy z właścicielami hotelu otrzymaliśmy jedyny taki pokój spełniający nasze wygórowane żądania w hotelu Villa Dr. Szontagh. Później okazało się, że nasz apartament jest użytkowany przez właścicieli lub ich przyjaciół, lub specjalnych gości. Poczuliśmy się wyróżnieni.

Hotel posiada piękną i bogatą historię. Pierwotnie był rezydencją rodziny Szontagh, której członkowie byli pionierami rozwoju miejscowości w XIX wieku. Bajkowo położony, spełnia bardziej funkcje rodzinnego pensjonatu niż typowego hotelu. Tym niemniej standard odpowiedni dla kilku gwiazdek trzyma. Śniadania są pyszne, a obsługa szalenie miła. Dostępna restauracja ze słowacką kuchnią również zaspokoi wszelkie kulinarne gusta.

Zieleń, góry, spokój i cisza – wszystko czego człowiek oczekuje od widoku z hotelowego balkonu letnią porą można właśnie otrzymać w Villi Dr. Szontagh.

Ten hotel to historia Smokovca i rodziny Szontagh. Już po przekroczeniu progu znajdujesz się w innym świecie, a historii i czasów minionych dotykasz w tym domu w każdej chwili. Każdy pokój czy apartament to oddzielny wystrój, daleki od komercji i powtarzalnych standardów. Każda ściana, drzwi, każdy mebel ma swoją długą historię. Piękno tego budynku tkwi właśnie w jego historii i wspaniałej atmosferze oraz gościnności właścicieli.


Gdybym miał zatrzymać się w Starym Smokovcu – Villa Dr. Szontagh byłaby moim pierwszym wyborem. W skali 0-5 ocena = 4,5 chyba najlepiej oddaje wrażenia z pobytu.

STARY SMOKOVEC – PEREŁKA PO SŁOWACKIEJ STRONIE TATR

Początki historii tej miejscowości sięgają końca XVIII wieku. Największy jego jednak rozkwit, jako uzdrowiska datuje się na XIX wiek. Wtedy to właśnie węgierski lekarz, botanik i taternik Miklos Szontagh prowadził w Smokovcu zakłady przyrodolecznicze, a także założył sąsiednią miescowość – Novy Smokovec. Trzeba też przypomnieć, że Stary Smokovec, to najwyżej położone tatrzańskie uzdrowisko – ok. 1000 m.n.p.m.

Smokovce są tak naprawdę cztery: Stary, Nowy, Dolny i Górny. Stary Smokovec jest najstarszym z tatrzańskich uzdrowisk. Dzisiaj, miasto jest idylliczną, nieco staroświecką osadą pełną zieleni, starych willi. Znaczna ich część pochodzi jeszcze z XIX wieku, lub początku XX wieku, jak na przykład Grand Hotel z 1904 roku.

Trzeba jednak dodać, że częściowo stary charakter miejscowości został zniszczony przez nowoczesną zabudowę pochodzącą głównie z lat siedemdziesiątych XX wieku. Jednakże, jeśli ktoś chce odpocząć od zgiełku Zakopanego, to jest to idealna alternatywa. Cisza, spokój, piękne widoki na tatrzańskie szczyty. Do tego wspaniała kuchnia, wyśmienite piwo. Jak dla mnie to czeskie i słowackie piwa z małych browarów są najlepsze na świecie! Dobrze oznakowane szlaki turystyczne prowadzą w Wysokie Tatry. Zimą liczne wyciągi i trasy zjazdowe – to wszystko + cena (która czyni cuda, a nie odchudza portfela) sprawia, że wszystkie cztery Smokovce mogą być fajną alternatywą dla Zakopanego.

Na najbliższy szczyt zwany Hrebienok (1.285 m.n.p.m.) dojechać można również naziemną kolejką linową. Słowacy dumni są faktu, iż korzystała z niej królowa angielska Elżbieta II podczas swojego pobytu w Tatrach.

TATRZAŃSKIE SZLAKI – FOTORELACJA

Jeśli chodzi o górskie wędrówki i trekking, to szlaków jest mnóstwo, dobrze oznakowane, o różnym stopniu trudności. Widoki tatrzańskie gwarantowane i równie piękne jak po polskiej stronie. Jako, że góry mają w sobie tyle piękna, że słów nie starczy na oddanie wszystkich ich wspaniałości, to… niech foto będzie z wami!

Bilikova Chata – pierwszy przystanek za Hrebienokiem
Vodopady Studeneho Potoka
Rainerova Chata (1.301 m.n.p.m.)
Veľka Studena Dolina
W dole – Stary Smokovec
Widok ze Slavkovskiej Vyhliadki zwanej Maximilianką

SŁOWACKI LIS TATRZAŃSKI 🙂

Najczęstszym gościem na górskich szlakach były lisy. Podchodzą blisko ludzi, a najczęściej można ich spotkać w okolicach górskich schronisk. Tam urządzają polowania na kanapki i kradną plecaki (prawie jak magoty na Upper Rock w Gibraltarze). Jeden z takich egzemplarzy i jego atak poniżej.

Faza pierwsza – przygotowanie.

W II fazie obserwujemy – wspinanie się.

III etap – przed atakiem szczytowym.

Fazy IV nie zarejestrowałem – wbiegł na górę, ukradł kanapki z plecaka siedzących obok nas Słowaków i… tyle go widziano. Znaczy się – do następnego ataku.

VEL’KA KALAMITA czyli…

Wielka Katastrofa jak Słowacy nazwali olbrzymi huragan z 19. listopada 2004 roku. Huraganowy wiatr, który nawiedził okolice Starego Smokovca wiał z prędkością ponad 120 km/h, a w porywach osiągał prędkość 160 km/h. Około 15 tysięcy hektarów okolicznych lasów na południowych stokach Tatr uległo całkowitemu zniszczeniu i powaleniu. Samo usuwanie skutków huraganu trwało ponad 2 lata, a skutki jego były widoczne również w 2013 roku. Szacuje się, że odrodzenie zniszczonych połaci świerkowego lasu potrwa nawet do 100 lat.

STRBSKE PLESO (SZCZYRBSKIE JEZIORO)

Szczyrbskie Jezioro czyli Štrbské Pleso leży około 15 kilometrów na zachód od Starego Smokovca. Znane było między innymi ze skoczni narciarskich (K-120 oraz K-90), na których odbyły się mistrzostwa świata w skokach narciarskich w 1970 roku. Do 1990 roku odbywały się również konkursy pucharu świata w skokach oraz pucharu świata w kombinacji norweskiej.

Ta podtatrzańska miejscowość swój rozkwit przeżywała, podobnie jak Smokovec, w XIX wieku; w 1885 roku nadano jej status uzdrowiska. Wokół górskiego jeziora o tej samej nazwie prowadzi malowniczy szlak turystyczny, którym mieliśmy przyjemność wędrować.

POPRAD – MIASTO NA JEDNO POPOŁUDNIE

Największe miasto w okolicy, stolica powiatu, leży ponad 330 metrów poniżej Starego Smokovca, a to tylko 12 kilometrów. Warto tam spędzić chociaż jedno popołudnie. Miasto nie jest wielkie, a jego część, którą warto odwiedzić zamyka się w granicach Starego Miasta.

Starówka nie obfituje w oszałamiającą ilość zabytków, ale na kilka z nich warto poświęcić trochę czasu. Dwa najważniejsze zabytki to budowle sakralne: wczesnogotycki kościół św. Idziego oraz neoromański ewangelicki kościół św. Trójcy.

Kościół ewangelicki św. Trójcy

Miasto ma również polską historię. W 1412 roku znalazło się wraz ze Spiszem w granicach Rzeczpospolitej. Król Władysław Jagiełło udzielił królowi węgierskiemu – Zygmuntowi Luksemburskiemu pożyczki, której zastawem były właśnie ziemie spiskie wraz z Popradem. Węgrzy pożyczki nie oddali, więc w ramach windykacji skorzystano z hipoteki 🙂 Tak pozostało do czasów rozbiorów w XVIII wieku. Miasto przeżywało w tym czasie jedne z najlepszych swoich czasów. Drugim impulsem do rozwoju miasta była budowa kolei z Ostrawy do Koszyc.

Zwiedzanie miasta zajmie Wam nie więcej niż pół dnia – śródmieście nie jest rozległe, a powolny spacer deptakiem jest przyjemnością.

Rzeka Poprad

Nowa architektura próbuje dość nieudolnie naśladować historyczną zabudowę.


Przy rozwidleniu dróg na Liptowski Mikulasz (D1) oraz Wysokie Tatry (534) znajduje się jedyne tatrzańskie lotnisko Poprad – Letisko Poprad-Tatry – (TAT). Niestety aktualnie brak połączeń lotniczych z Polską.

JASKINIA WAŻECKA

Przy drodze D1 w kierunku Liptowskiego Mikulasza na skraju wsi Ważec znajduje się jedna z okolicznych jaskiń – krasowa Važecká Jaskyňa. Niezbyt rozległa, ale warta odwiedzin.

Długość korytarzy wynosi ponad 530 metrów, a te udostępnione do zwiedzania mają około 250 metrów. Swoją nazwę jaskinia zawdzięcza odnalezionym w jej komorach licznym kościom niedźwiedzi jaskiniowych. Odkrył ją, w 1922 roku, student Ondrej Huska, a w 1934 roku udostępniono jej trasy turystom. Pomimo niewielkich rozmiarów ma dosyć bogate formy: stalaktyty, draperie naciekowe, itd., itd. Ciekawostką jest fakt, że część trasy pokonuje się w całkowitej ciemności.

COŚ DLA CIAŁA

Ze słowackich aquaparków nasz wybór padł na ten położony we wsi Bešeňová (Beszeniowa). Nie jest tak znany i tak rozległy jak popradzka Tatralandia. Mniej tłumów, niższe ceny, niewiele skromniejsze atrakcje mogą być również zaletą tego kompleksu.

Aquapark Besenova

SŁOWACKIE TATRY – JESTEM NA TAK!

Zawsze lubiłem jeździć do naszych południowych sąsiadów, czy to do Czech, czy na Słowację. Odpowiada mi ich kuchnia, piwa uznaje za jedne z najlepszych na świecie. Słowację znam nie tylko od południowej strony Tatr, ale też okolic Bratysławy, Spiszu, Bardejowa. Więcej o słowackich podróżach możecie poczytać w tych postach: http://7mildalej.pl/bratyslawa-weekend-w-zimowej-aurze/, natomiast o słowackich pysznościach tutaj: http://7mildalej.pl/delicje-ze-slowacji/

Południowe stoki Tatr okazały się dobrym wyborem na powrót w góry. Nigdy nie przepadałem za atmosferą, a raczej jej brakiem takowej w Zakopanem. Tutaj mam – te same szczyty i krajobrazy, ale w znacznie przyjemniejszej oprawie. Jest jakby ciszej, spokojniej, a przy okazji taniej. Szlaki nie są tak zapchane i gwarne. Stary Smokovec to wręcz senna mieścina, ale piwo, beherovka i kuchnia słowacka są vyborne!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Dojazd do Starego Smokovca – samochodem najlepiej skręcić z “zakopianki” na Łysą Polanę, stamtąd kierować się na Tatrzańską Łomnicę i dalej drogą 537 na Stary Smokowiec.
  • Z Popradu natomiast dojazd jest jeszcze prostszy – droga 534 prowadzi bezpośrednio w Vysoke Tatry i do Smokovca. Z Popradu kursuje też transport publiczny
  • Parę lat temu PLL LOT latał na trasie WAW – TAT; niestety loty do Popradu zawieszono, a szkoda…
  • Dla wielbiciel gastroturystyki poleciłbym dwie knajpy: Kolibę Stary Smokovec oraz Kolibę Kamzik.
  • W Smokovcu musicie spróbować z pewnością dziczyzny – wyśmienita! Najlepsze utopence znajdziecie natomiast w barze na stacji kolejowej!
  • Na szlaku z Hrebienoka najlepsze jedlo znajdziecie znajdziecie w Bilikovej Chacie – polecam!
  • Kolejka na Hrebienok kursuje do godziny 19.00 – warto o tym pamiętać planując wjazd lub zjazd
  • Zwiedzanie Jaskini Ważeckiej zajmuje niewiele prawie 30 minut. Panuje stała temperatura – ca. 7 stopni Celsjusza. Koszt biletów to 3-5 EUR.

ŚWIĘTA NA SZLAKU PIZZY I PASTY

Jak przeżyć kulinarnie Boże Narodzenie we Włoszech? Najlepiej podążając szlakiem pizzy i pasty! Kulinaria to przecież jeden z trzech filarów naszych podróży. Jedz, pij, zwiedzaj – co po włosku będzie brzmiało mniej więcej: mandziare, bere, esplorare!

Przez sześć dni we Włoszech (o podróży tutaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie/) sprawdzaliśmy gdzie w Rzymie można dobrze zjeść. Giro di Roma – tak nazwaliśmy nasz kulinarny tour po rzymskich trattoriach, restauracjach i barach. Allora! Cominaciamo la nostra pista! 

ETAP I – L’ANGOLO NAPOLI

Pierwszy etap – L’angolo Napoli – knajpka, leży w centrum Rzymu na rogu via Agostino Depretis oraz via Cesare Balbo, a nie na rogu Neapolu jakby nazwa sugerowała. Znajdziecie ją pomiędzy bazyliką Santa Maria Maggiore oraz Piazza Viminale.

Sale jadalne umieszczono na dwóch poziomach. Przy wejściu znajduje się oczywiście tradycyjny opalany drewnem piec do wypieku pizzy.

W sali na piętrze obowiązkowy ekran TV dla tifosi  (pl: kibiców) – bez tego urządzenia nie można sobie wyobrazić wielu włoskich knajp.

Menu typowo włoskie, a że postawiliśmy sobie za cel oczywiście klasykę la cucina italiana, to kulinarna uczta właśnie się zaczęła… od vino della casa.

Wersja rosso podana w zamykanej na ceramiczny korek butelce było jednym z lepszych vino da tavola, na jakie trafiliśmy jakie trafiliśmy w trakcie tego pobytu. Nie przesadzałbym z opisem jego bukietu, w końcu to tylko vino da tavola, ale rzeczywiście brak kwasowości, nuta leśnych owoców były fajnym uzupełnieniem podanych potraw. Można je również zamówić na wynos (a portare via) w firmowej butelce.

Zamówienie – 3x pasta 1x pizza – czyli: lasagne. Tym razem podana w fajny sposób, zapieczona z wierzchu, rozpływająca się w środku. Spróbowałem, jedna z lepszych.

Druga pasta – spaghetti carbonara – super! Klasyka na guanciale z pecorino. Wszystko zrównoważone i – zgodnie ze sztuką – oczywiście bez śmietany. Carbonara ze śmietaną to jak sex w skarpetkach jak mawiał klasyk.

Kolejna pasta – spaghetti amatriciana – przypadła mi w udziale – tak naprawdę było to bucatini (czyli grubsze spaghetti). Matriciana to sos składający się pomidorów (każdy region ma swoją odmianę), guanciale (rodzaj boczku, a raczej podgardla wieprzowego) oraz cebuli i sera pecorino. Moje danie było wyborne, bucatini oczywiście al dente, guanciale – smak i konsystencja bez zarzutu.

No i oczywiście pizza – crudo bianco. Długodojrzewająca szynka w wersji prosciutto di parma. Jedyna pizza w trakcie pobytu mająca zawinięte na grubo brzegi – ten zapach, ten smak… A wszystko przy udziale rozpływającej się mozzarelli bufana i lekko potraktowanej oliwą z oliwek.

Pierwsze wrażenia kulinarne z Rzymu jak najbardziej pozytywne. Knajpa spełniła nasze pierwsze oczekiwania, zarówno pasty jak pizza wszystkim smakowały. Olbrzymi plus za pełną listę alergenów oraz dania wegetariańskie. Serwis – uprzejmy i profesjonalny. Czas oczekiwania – w standardzie. Potrawy przywędrowały ciepłe. Restauracja w googlach oceniona na 4/5 (280 opinii) – w pełni podzielamy opinie, a za pasty i wino dałbym nawet wyższą notę.

ETAP II – CAFFE ARGENTINA (POD SZYLDEM TRATTORIA, PIZZERIA, LUNCH CAFFE)

Na drugim etapie ponieśliśmy niestety klęskę… Adres podam tylko ku przestrodze – omijajcie to miejsce: Largo delle Stimmate 16, czyli przy północno-wschodnim krańcu Largo Torre di Argentina.

O ile na zewnątrz i wewnątrz klimatycznie, a personel krząta się z właściwym sobie włoskim ni to pośpiechem, ni to lenistwem, to już to, co wylądowało na stole było szczególnie w moim przypadku było (totale) fallimento culinario.

Tym razem zdecydowałem się na risotto. W karcie dobrze wyglądało risotto con porcini (z prawdziwkami), więc zamówienie powędrowało w kierunku tej potrawy. Niestety, poza prawdziwkami, cała reszta było kompletnym nieporozumieniem, a ogólne wrażenie fatalne. Sos był bezsmakową wodą o lekkim zabarwieniu, ryż nie był z pewnością arborio czy też carnaroli. Przede wszystkim używa się do risotto takiego rodzaju ryżu, gdyż doskonale wchłaniają smak i aromat innych składników. W tym przypadku każdy z nich żył na talerzu oddzielnym życiem. Ocena 1/5

Inne, zamówione przez nas potrawy podam tylko z reporterskiego obowiązku. Pizza campagnola – o ile ciasto jeszcze ok, to już reszta czyli tzw. “góra” – kwintesencja pośpiechu. Niedbale rzucona rukola i jeszcze gorzej komponujące się z tym kawałki pomidorów to pełny obraz tego niechlujstwa. Nie tego spodziewam się po włoskiej pizzy. Ocena 2/5

Fettucine con funghi – makaron pewnie nie przypominał tego, co jako pierwszy zrobił w 1914 roku Alfredo di Lelio, ale przynajmniej całość w miarę się komponowała. Całość możemy ocenić na 3/5.

Ostatnia pasta to penne amatriciana. Jeżeli moja matriciana z “L’angolo Napoli” to 4/5, to tej paście nie dałbym więcej niż 2,5/5.

Wino nie rozpieściło nas swoim bukietem. Czas oczekiwania na potrawy mieścił się w normie, ale na rachunek czekaliśmy już masakrycznie długo. Obsługa nie zareagowała na uwagi odnośnie potraw. Doliczony “urzędowo” napiwek – 10% – uniemożliwił mi “wynagrodzenie” kucharza za tą porażkę. W googlach mają 2,4/5 – o 0,5 za wysoko. Jeśli odwiedzicie koty w Largo Torre di Argentina poszukajcie innej miejscówki na obiad.

ETAP III – L’AQUILA NERA

Wieczorem opanowało nas lenistwo i zamiast eksploracji dalekich zakątków miasta w poszukiwaniu świętego graala la cucina romana postanowiliśmy odwiedzić jeden z przybytków przy naszej ulicy. Lokal pod nazwą L’aquila Nera przy via Principe Amadeo 51 prezentuje oczywiście typową włoską kuchnię. Sama nazwa (pl: czarny orzeł) oraz wiszące nad wejściem logo nie myliły mnie jednak. Knajpa prowadzona przez Albańczyków.

Nie byłbym sobą gdybym nie spróbował w końcu czegoś z frutti di mare.

Spaghetti vongole jest co prawda potrawą, która swoje korzenie ma w Neapolu, ale rozlała się na całą Italię. Vongole, czyli małże mogą być veraci (duże) oraz lupini (małe). Smak tej prostej potrawy zależy oczywiście od smaku małży. Było poprawnie, ale rękawów nie urwało. Małże świeże, ale czegoś mi jednak zabrakło.

Smak włoskiej zupy – zuppa fagioli – w wersji romana nie ma nic wspólnego z zupami jakie jadałem w Trydencie czy Lombardii. Generalnie taka zasada panuje we Włoszech – im bardziej na północ, tym pożywniej. Logiczne – chłodniej i wyżej, więc więcej kalorii potrzeba człowiekowi. Rzymski jej odpowiednik jest płynny i daje się wyczuć nuty pomidora oraz papryki. Bez fajerwerków, ale też nie mam skali porównawczej innych fasolowych alla romana. Generalnie – preferuję fasolową z północy tego kraju.

Jeśli chodzi o pizzę, to dwa bieguny – ciasto OK, nawet bardzo poprawne. Nie suche, a miękkie, z przypieczonym brzegiem. Miała być con prosciutto – wyszło, jak na foto, dwa plastry szynki rzucone na wierzch i pokryte miękkim serem. Niestety clou tej pizzy, czyli szynka bardziej popsuła niż wydobyła smak pizzy.

Podsumowując L’AQUILA NERA zasługuje na ocenę 3,5/5. Obsługa miła, czas oczekiwania na potrawy standardowy, mieszczący się w granicach normy. Jedzenie było ogólnie poprawne. Jeśli na jednym biegunie znalazłyby się poprawne małże, to na drugim pizza. Ceny przystępne.

IV ETAP – DA TONINO (TRATTORIA BASSETTI)

Znam miejścówkę u Tonia – takim napisem powitała nas maleńka tawerna (Conosco un posticino… da Tonino).

W trakcie wigilijnego spaceru z Watykanu, pomiędzy Ponte Wittorio Emanuele II a Piazza Navona, natknęliśmy się niewielką rodzinną trattorię. Ciasne wnętrze, tłum nie tylko przy stolikach, ale też oczekujący na stolik, z czego 90% to Włosi. Zapowiadało się nieźle. A było..?

Karta bardzo prosta – ich specjalność to pasta. Będąc więc na szlaku pizzy i pasty – 4x pasta.

Zacznę od mojej pasty – pasta cacio e pepe – tak proste, a chyba jedne z najlepszych, jakie zdarzyło mi się zjeść we Włoszech. A czasu spędziłem w tym kraju, że… ho, ho (jakby powiedział św. Mikołaj). To u Tonina, w tej maleńkiej trattorii było prawie ideałem. Dwoma składnikami – czarnym grubo zmielonym świeżym pieprzem i pecorino romano – kucharz wyciągnął takie smaki i aromaty z tego dania, że zapragnąłem powtórzyć to w domu. Dla mnie bomba – 5/5!

Jednym z dań kuchni laziale (czyli z regionu Lacjum, inaczej mówiąc – z regionu Rzymu) jest pasta gricia. W tym przypadku było to penne alla gricia. Makaron penne wynaleziono gdzieś na południe od Rzymu. Jeśli jest rowkowany, jak ten na zdjęciu, to zwą go penne rigate. Jeżeli gładki, to chyba penne lisce… (mogę się mylić). Jak przygotowuje się tradycyjne penne gricia? Guanciale – rodzaj boczku, a raczej długo dojrzewającego w soli oraz pieprzu podgardla/policzka wystarczy pokroić w niewielkie słupki i podsmażyć. Następnie ugotować (al dente) makaron (oprócz penne popularne jest spaghetti oraz bucatini), a część wody z gotującego się makaronu przelać na patelnię z boczkiem i dodać do tego makaron. Co nam daje taka operacja..? Pełną symbiozę pasty i mięsiwa. Tak też była zrobiona gricia “da Tonino”. Do tego znowu starte pecorino romano i mamy niebo w gębie, czyli il cielo nella bocca! Kolejny majstersztyk w tej maleńkiej kanjpce.

Fettuccine, a raczej fettuccelle z mięsnym ragu – szalenie aromatyczne i cudowe w smaku.

Penne pesto – spróbowałem tylko kilka kęsów, ale też niczego mu nie brakowało. Zawsze mnie zastanawia smak pesto w Polsce i smak pesto we Włoszech.

Un posticino… da Tonino, to kultowe miejsce dla mojego podniebienia. Nie wyobrażam sobie, będąc w Rzymie, nie zjawić się tam ponownie. Kolejny raz potwierdziła się zasada – proste wnętrze, ceraty na stole, rodzinny biznes z tradycją. Krótkie menu, ale całe serce włożone w każdą potrawę. Moje kubeczki wyszły totalnie zadowolone. Ceny nie zrujnują portfela, a vino della casa z dzbaneczka również ma swój smak. Czy jest coś, co można zapisać na minus..? Tak – fakt, że trattoria czynna jest tylko od 12.00 do 19.00 i to z przerwą… Ale dobro luksusowe podobno musi być limitowane.

NIESPODZIANKA W “LA CASA DI AMY”

Tymczasem po powrocie do hotelu zastaliśmy niespodziankę. W każdym pokoju na gości czekał świąteczny prezent – butelka prosecco oraz tradycyjna, włoska wigilijna babka. Che sorpresa! Jakież to miłe i niosące ze sobą długofalowe, pozytywne wspomnienia z pobytu w hotelu.

V ETAP “KRÓLEWSKI” – LA CENA DI NATALE

Kolejna z odwiedzonych knajp musiała być królewska – to była wigiljna kolacja (la cena di Natale). Problem zaczął się już wieczorem. Włosi zamykają sklepy, restauracje i zasiadają do wieczornej kolacji wigilijnej. Różnica jest między innymi taka, że robią to znacznie później niż nakazuje polska tradycja. U nich standardem jest biesiadowanie od godziny 20-tej, u nas w wielu domach nawet od 16-tej (czego nigdy nie byłem w stanie zrozumieć). Zamknięte 90% restauracji to olbrzymi problem, a w wielu tych, co są czynne menu wigiljne to wydatek od 60 EUR do 270 EUR (!) oczywiście za osobę. Wyższa cena niejednokrotnie obejmuje również bożonarodzeniowy obiad.

Wracając do hotelu i oglądając zamykające się wrota kolejnych gastronomicznych przybytków stwierdziliśmy, że nie będziemy ryzykować dalekich wypraw w poszukiwaniu wigilijnej strawy. Niestety miejsc jak na lekarstwo, a przed jednym ristorante pod mało włoską nazwą Elettra kolejka na 30 minut stania; dobrze, że wieczór ciepły. Po ominięciu znacznej części kolejki zostaliśmy zaproszeni do środka – tu pewnie pomogła moja “niekwestionowana” znajomość la lingua italiana, a tak naprawdę blond włosy i kreacje moich kobiet. Zanim usiedliśmy otrzymaliśmy szampana – nigdy jeszcze tak nie zaczynałem kolacji wigilijnej, ale nie odmówiliśmy tej “włoskiej tradycji” 🙂 Tak więc zaczynaliśmy kolację wigilijną, podczas gdy niektórzy w kraju już łykali po niej rapacholin…

Wigilia bez ryby to nie wigilia, więc talerz “morskości” był dobrym opcją. Okoń morski, czyli labraks udawał karpia, krewetka robiła za rybę faszerowaną, a kałamarnica była substytutem pierogów. Trzeba sobie radzić na obczyźnie.

Inni woleli jednak dochować nowej, wyjazdowej tradycji bożonarodzeniowej. Z wigilijnych potraw wybrali: pizza con prosciutto parma, bardzo dobra, na cienkim cieście, z rozpływającym się w ustach serem…

…oraz lasagna – tym razem zapieczona w ceramicznej miseczce – inna niż w L’Angolo Napoli, ale równie smaczna.

Jeśli wigilia, to musi być wino. Wzięliśmy butelkę syraha, czyli sziraza z lokalnych winnic z regionu Lazio – Willa Simone . Kolor – głęboki, kwasowość – średnia. W bukiecie dało się wyczuć nuty wiśni. Jak do kolacji – można polecić, ale nie porywa.

Kolacja wigilijna musi trwać, ilość potraw musi się zgadzać, więc zaczęliśmy następny jej etap – słodkości. Zacznijmy od gelato al tartufo – kulki kawowego lodu z orzechową posypką oraz nadzieniem z czarnych trufli. Na ogół nie zamawiam deserów – nie jadam słodkości, ale atmosfera świąt na obczyźnie sprawiła, że się zapomniałem i… nie żałowałem.

Tiramisu na sposób “rzymski”. Choć deser ten został wymyślony około 60 lat temu, a przyznają się do niego i Wenecja, i Florencja, i Siena, to przyznam, że taką wariację na jego temat widziałem po raz pierwszy. Nie próbowałem, więc zacytuję opinię tego, kto jadł: “doskonały”.

Na finisz było jeszcze tiramisu bez serka mascarpone, czyli mus czekoladowy – też podobno smaczny.

Nasz wyścig wyjechał z historycznego centrum Rzymu , a jego kolejna odsłona miała miejsce w Ostiense:

VI ETAP – DA NOANTRI (AL 41)

Na początku był głód. Głód wziął się z faktu, iż w Boże Narodzenie niewiele jest czynnych jadłodajni. Na dodatek nie kursowały pociągi do Ostii, więc nie mogliśmy się nałykać nawet nadmorskiej bryzy… Tak więc głód wypędził nas na via Ostiense 41. Tam znaleźliśmy Ristorante Da Noantri.

Trafiliśmy na świąteczne menu, ale a la carte – w normalnych cenach. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że tych dań na co dzień w karcie nie ma. Niestety pierwsze wrażenie popsuła obsługa… Zamawiając nasze dania próbowaliśmy zamówić do tego wino, a kelnerka próbowała nam wcisnąć butelkę markowego (oczywiście droższego) zamiast karafki domowego. Na dodatek odradzano nam za wszelką cenę tą tańszą opcję, próbując wcisnąć najdroższą butelkę jak była karcie win. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z wina, a kelnerka strzeliła włoskiego focha. Nie mniej to co nam podano było rzeczywiście warte pozostania. Zresztą nie mieliśmy innego wyjścia, wszystko było zamknięte. Wnętrze było świątecznie przystrojone i sprawiało ciepłe i sympatyczne wrażenie.

Z tego co było warte zapamiętania, to: gnocchi di patate con ragu in bianco l’agnello. Ziemniaczane minikopytka w towarzystwie ragu z białej jagnięciny – szkoda, że to tylko danie świąteczne. Całość doskonale skomponowana smakowo, a gnocchi bezbłędne w swojej konsystencji. Do tego zaostrzony aromat poprzez pecorino. Poezja smaku.

Fettuccine carciofi, guanciale e pecorino – na nasz równie piękny język brzmi to następująco: karczochowe fetucine z boczkiem i serem pecorino. Kolejne kulinarne mistrzostwo, które podbiło nasze podniebienia. Niby zwykły makaron z boczkiem, ale karczoch nadał mu miękkości w smaku i nuty, którą nazywam “zieloną”.

Po wizycie w Da Noantri pozostały pozytywne wrażenia. Wyszliśmy zadowoleni, a na koniec ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z właścicielem. Za jedzenie 4,5/5.

Ostatnie etapy naszego kulinarnego rajdu rozegrały się w Ostii.

ETAP VII – ANTICO TRAIANO

Na deptaku (via Lucio Coilio 28) znaleźliśmy lokal dobrze oceniony w google (4,3/5). Już z zewnątrz Antico Traiano wygląda zachęcająco. W środku tłum ludzi i bogata karta. Skusiliśmy się więc na ostatnią kolację tej podróży.

Zaczynamy od czegoś da bere; tym razem nietypowo – vino bianco, a skoro zaczęliśmy święta na szlaku pizzy i pasty, to tak też zakończymy. Pierwszy rzut: Tonnarelli alla gricia tartufata. Gricia, tyle, że poza tradycyjnymi składnikami: guanciale, pieprzem, pecorino dorzucono krem z trufli. Pecorino, tym razem starte na grubej tarce, powoli rozpływało się na talerzu delikatnie zaostrzając potrawę. W ten sposób w mej głowie do dzisiaj wybrzmiewa pytanie – gdzie zjadłem najlepszą pastę: w Da Tonino czy w Antico..? Jedno i drugie było genialne, doskonale skomponowane, z przenikającymi się wzajemnie smakami. Coś wspaniałego.

Fettuccine all’uovo con vero ragu alla bolognese – druga pasta równie w swym smaku pełna poezji.

Pizza toscana w całkowicie innym wydaniu – z wyglądu calzone, ale wyszła raczej klasyka na grubym cieście z wysoko zawiniętymi brzegami. Taka oto ciekawostka kulinarna.

Na koniec burger traiano – jak wygląda włoski burger – jak poniżej. Z cyklu zaskoczenia: zamiast tradycyjnej bułki – pinsa romana czyli coś, co przypomina focaccię. Ciasto miękkie i chrupiące, wyrabiane ze specjalnej mąki. Dodatkowo formaggio fuso, czyli swoisty ser topiony. Burger liczył sobie 300 g – czyli był słusznej wielkości.

Antico Traiano było doskonałą klamrą spinającą nasz nietypowy świąteczny stół anno domini 2018. Nietypowy, bo składający się głównie z pizzy i pasty. Ocena tej restauracji w google jak najbardziej zasłużona. Trzyma poziom, obsługa również miła, aczkolwiek trochę zaganiana. Czas oczekiwania na potrawy i rachunek – bez zastrzeżeń.

W ten sposób dotarliśmy do ostatniego etapu – etapu przyjaźni:

VIII ETAP (PRZYJAŹNI) – SPIAGGIA 🙂

Było na bogato, było też na luzie. Nigdzie pizza*) i prosecco nie smakują, jak na plaży! Słońce, szum morza, lekka bryza, błekit nieba. Oprócz czegoś na ząb dostarczymy organizmowi również witaminy D3 oraz jodu. A także czegoś totalnie bezcennego – spokoju i odpoczynku…, czego każdemu w święta Bożego Narodzenia życzę!

*) pizza bufala pochodziła z Ost Friendly Food. Najlepsza pizza na wynos w Ostii

PODIUM

Patrząc z perspektywy czasu i właściwego już dystansu mogę pokusić się o mój subiektywny ranking potraw. The winner is…

1st place – Tonnarelli alla gricia tartufata (team ANTICO TRAIANO)

2nd place – Pasta cacio e pepe (team POSTICINO DA TONINO)

3rd place – Gnocchi di patate co ragu in bianco l’agnello (team DA NOANTRI)

Specjalne wyróżnienie: Lasagna (team: L’ANGOLO NAPOLI)

W kategorii drużynowej:

1st place – UN POSTICINO DA TONINO (Rzym)

2nd place – ANTICO TRAIANO (Ostia)

3rd place – L’ANGOLO NAPOLI (Rzym)

Specjalne wyróżnienie: LA SPIAGGIA (plaża)

Szlak pizzy i pasty pokonaliśmy bezbłędnie, bez żadnej kontuzji. Każdy etap pokonaliśmy uczciwie. Mieliśmy olbrzymie szczęście trafiając prawie za każdym razem na doskonałą kuchnię. Da Tonino czy też w Antico kubeczki wręcz oszalały. Większość tych miejsc możemy z całą odpowiedzialnością polecić.

Kuchnia włoska to jedna z moich ulubionych. Jest oczywiście znacznie bogatsza niż tylko pizza i pasta, ale takie mieliśmy tym razem założenie. Trochę monotematyczne, jakby niektórzy rzekli. Mieliśmy też na celu poszukiwanie nowych smaków do odtworzenia we własnej kuchni. Na pewno takie znaleźliśmy, na pewno je sprawdzimy, a kulinarnym sukcesem podzielimy się na vlogu.

Poza pamięcią smaku i wspomnieniem atmosfery rzymskich trattorii zdobyliśmy jeszcze jedną cenną rzecz – doświadczenie, które zamierzamy wykorzystać w przyszłości – więcej takich świąt Bożego Narodzenia.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Jadąc na Boże Narodzenie do Włoch pamiętać należy, iż podobnie jak u nas wiele restauracji i sklepów może być w tych dniach zamkniętych. To samo dotyczy komunikacji miejskiej – znaczne ograniczenia i przerwy dadzą się we znaki.
  2. W wielu knajpach na stole może już oczekiwać chleb i woda – zawsze płatne.
  3. Radzę patrzeć w kartę, również w menu, które jest na zewnątrz restauracji – sprawdzicie czy doliczony został obowiązkowy serwis, który wynosi od 1 EUR do 2 EUR za osobę.
  4. Nie spotkaliśmy w żadnej knajpie tzw. coperto, czyli popularnej niegdyś opłacie za nakrycie; w wielu regionach Włoch uznaje się ją jako niezgodną z prawem, ale powyższe dwa punkty doskonale ją zastępują – cóż – życie nie znosi próżni…
  5. Koszt pizzy lub pasty w Rzymie w dobrej miejscówce – od 8 EUR do 12 EUR.
  6. W Ostii – “Ost Friendly Food” serwuje naprawdę bardzo dobrą bufalę na wynos (a portar via) za 7 EUR.
  7. Vino della casa do obiadu od 6-7 EUR za karafkę.

RZYMSKIE BOŻE NARODZENIE – CZĘŚĆ II – OSTIA

Trzy i pół dnia w Rzymie wystarczyło aby poczuć atmosferę włoskiego Bożego Narodzenia. O tym czasie możecie przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie/. To były piękne dni. Po rzymskich atrakcjach przyszedł czas na kolejne trzydniowe totalne dolce-far-niente nad pobliskim morzem.

Podróż do Ostii do najprostsza rzecz na świecie. Jedziesz na Piramide metrem (niebieska linia) i wsiadasz w pociąg do Lido di Ostia. Robisz to na zwykłym miejskim bilecie! Proste? Proste, tylko nie w Boże Narodzenie. Ten dzień, a zwłaszcza rzymska komunikacja w tym dniu rządzi się swoimi prawami. W momencie gdy dotarliśmy do metra, stację właśnie zamykano. Niestety 4-godzinna świąteczna przerwa w kursowaniu metra dopadła właśnie nas. I to akurat gdy mieliśmy za godzinę pić prosecco na odległej zaledwie o 30 kilometrów plaży… Zawsze musi być świąteczna wpadka.

Mamy jednak duże doświadczenie w docieraniu do upragnionego celu. Gdy odwołano nam lot ze Skiathos do Aten, dotarliśmy tam, mimo sztormu i ulewy, jeszcze tego samego dnia: promem, autobusem i taksówką! Jako mistrzowie improwizacji ruszamy pociągiem z pobliskiej Stazione Termini. Ferrovie dello Stato jeżdżą! Do Ostiense tylko 10 minut, a pociąg rusza za pół godziny. Jesteśmy uratowani!

Nie doceniliśmy jednak zamiłowania Włochów do świątecznej sjesty. Na miejscu zastaliśmy oczywiście… dalszy ciąg sjesty. Nie tylko pociąg w kierunku Ostii odjeżdżał dopiero za ponad dwie godziny, zamknięta była nawet stacja kolejowa. Jak się bawić, to się bawić…

Czas poświęciliśmy na zwiedzanie okolic Ostiense oraz znalezienie czynnej knajpy, co nie jest prostą sprawą w ten dzień. Jedno i drugie zakończyło się sukcesem.

POKÓJ Z WIDOKIEM NA…

Hotel “Sirenetta” leży w w tzw. pierwszej linii zabudowy; od brzegu morza dzieli nas tylko plaża oraz ulica. Stąd też wieczorny widok na Morze Tyreńskie jest wspaniały. Pomyśleć tylko, że będzie nam towarzyszył przez najbliższe 3 dni Affascinante!

Recepcja hotelu jest równie affascinante jak widok z balkonu naszego pokoju. Jej wystrój jakby zatrzymał się w minionych latach 40-tych, 50-tych, 60-tych. Takie rzeczy tworzą niezapomniany klimat i oddziaływują na ludzką wyobraźnię.

Szybki i bezproblemowy check-in, miła i pomocna obsługa – takie jest pierwsze wrażenie.

Pokój niestety też jakby zatrzymał się w poprzedniej epoce – przydałby się mu chociażby lifting. Niemniej jednak ogólne wrażenie jest pozytywne, a położenie i widok na… rewelacyjny. O to właśnie chodziło.

Jak na niejeden śródziemnomorski hotel przystało – “wyposażony” jest w swojego psa (na zdjęciu) i kota (oczywiście gdzieś poszedł).

Śniadania w formie szwedzkiego stołu może nie powalają, ale uwzględniając włoskie przyzwyczajenia śniadaniowe nie jest źle. Ogólnie polecam – tzw. stosunek jakości do ceny, albo ceny płaconej za jakość (jak kto woli) – wart jest wydanych pieniędzy.

Poza tym – prosecco na balkonie pokoju z widokiem na… – to już bezcenne!

OSTIA – DOLCE FAR NIENTE

Co można robić w Ostii w grudniowe święta..? Nie przyjechaliśmy nad to piękne morze “coś robić”. Przyjechaliśmy na wspomniane już dolce-far-niente. I to nam się udało bezbłędnie. Po rzymskim melanżu spacerów, zabytków, historii, widoków Ostia jest miejscem wyciszenia. Taka nadmorska stacja ładowania akumulatorów… Delikatny szum fal, bezkres morza na którego krańcu leży Sardynia (7-8 godzin promem z Civitavecchia) – to miejsce to cisza i spokój.

Świąteczne dekoracje w mieście są również wszechobecne.

Ostianie.., Ostiańczycy.., Ostiaki.., – poddaje się – mieszkańcy Ostii nie mają problemu z choinką jak Rzymianie. Oni przyozdabiają lokalne palmy 🙂 Też tradycja!

Poza sezonem – nawet w czasie świąt Bożego Narodzenia – przez miasto nie przelewają się tłumy turystów. Jest cicho; czasem tylko pies (prawdziwy) obszczeka psa (chodzącą zabawkę). I nic wielkiego poza tym się nie dzieje.

Ten rzymski kurort – tak, tak, bo Ostia jest jest częścią Rzymu. Dawno temu nosiła zresztą nazwę Lido di Roma. Później papież Grzegorz IV zmienił ją na Lido di Ostia. poza sezonem wiedzie leniwe, niczym nie zmącone nadmorskie życie.

Zabytków zbyt wiele tam nie ma; w mieście znajdziecie kościół Santa Maria Regina Pacis, którego ośmiokątna kopuła wznosi na wysokość 42 metrów.

W pobliżu Ostii odnaleźć natomiast można miejsce, gdzie pierwotnie leżała Ostia, a było to u ujścia Tybru do morza. Przez około 2.700 lat linia brzegowa przesunęła się około 2,5-3 km! Dzisiaj Ostia Antica to olbrzymi kompleks wykopalisk archeologicznych udostępnionych do zwiedzania. Niestety tym razem obejrzeliśmy tylko zza szyb samochodu.

IL MAR TIRRENO

Ostia założona przez Marka Ancjusza w 620 roku p.n.e. dzisiaj stanowi ulubione miejsce wypoczynku Rzymian. W sezonie miasto zalewają tłumy żądnych słońca i morskiej bryzy miłośników nadmorskiego relaksu. Zimą miasto pustoszeje, ale przy temperaturach sięgających w grudniu 15-20 stopni Celsjusza, idealnie nadaje się na wyciszenie i spacery brzegiem morza.

Piasek na plaży, a raczej jego barwa jest wprawdzie daleka od ideału, ale mimo to nadaje się do błogiego lenistwa.

Dodatkowo, ten kolor morza… azzuro, wynagradza wszelkie niedoskonałości piasku.

Czasem na włoskiej plaży można spotkać takie widoki jak poniżej.

Centralnym punktem wybrzeża w mieście jest niewielkie molo.

Zawsze lubiłem morze poza sezonem, bez tych dzikich, krzykliwych tłumów. Tutaj to znalazłem. A do tego jeszcze pogoda i doskonała la cucina italiana. W mieście znajdziecie kilka naprawdę wyśmienitych knajpek (coś o jedzeniu w Ostii znajdziecie tutaj: http://7mildalej.pl/swieta-na-szlaku-pizzy-i-pasty).

Jest jeszcze jedna zaleta Ostii – dojazd na lotnisko Fiumicino zajmuje samochodem nie więcej niż 20 minut.

PODSUMOWANIE

Jakie było rzymskie Boże Narodzenie..?

Odpowiem, że cały wyjazd świąteczny okazał się strzałem w dziesiątkę. Udało się wszystko. Piękne miejsca, pogoda. Przede wszystkim towarzyszyła nam świąteczna atmosfera zbliżona do tej, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce.

Doskonałym pomysłem był również plan naszej podróży – 3 dni w Rzymie (intensywne) + 3 dni w Ostii (leniuchowanie) sprawił, że nie czuliśmy, aby coś nam uciekło. Zobaczyliśmy piękne miejsca, zaspokoiliśmy nasze podniebienia, znaleźliśmy fajny guesthouse w Rzymie. Pomimo, że uważam, że świat jest zbyt piękny, a życie zbyt krótkie aby non-stop wracać w te same miejsce, to chętnie wrócę do La Casa di Amy, aby odkryć to, czego jeszcze w Rzymie nie zdążyłem odkryć.

Do wigilijnej kolacji Włosi zasiadają wieczorem – u nich prawdziwa la cena di Natale zaczyna się około godziny 20-tej. Złudzeniem jest więc fakt, iż sklepy i restauracje są czynne tego dnia. Około 18-tej miasto się wyludnia i rozpoczyna się świętowanie. Większość restauracji zamyka się i tylko nieliczne są czynne. Zawsze jednak da się coś znaleźć. Z podobną sytuację zetkniecie się też następnego dnia. To trzeba przyjąć jako fakt i tyle.

Po tym jakże pięknym czasie pozostało nie tylko miłe wspomnienie, ale też nowe doświadczenie i nauka. Święta poza krajem mogą być równie piękne.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Do Ostii najlepiej dojechać komunikacją miejską. Metrem – niebieską linią najpierw do stacji “Piramide”, później przesiadka na Stazione Porta San Paolo do podmiejskiego pociągu i 30-minutowa podróż do Ostii.
  2. Działają bilety ATAC – wystarczy więc zwykły miejski bilet, nawet jednorazowy za 1,50 EUR i jesteście w Ostii.
  3. Podróż na FCO – najlepiej zamówić w hotelu busa lub taxi – podróż zajmie max. 20 minut. Dojazd środkami komunikacji miejskiej jest dłuższa i bardziej skomplikowana – przez Rzym.

RZYMSKIE BOŻE NARODZENIE

Były “Rzymskie Wakacje”, może być rzymskie Boże Narodzenie. Nie ma to jak uciec od świątecznego zgiełku, obowiązków, prezentów dla całej rodziny, gotowania i… jedzenia kolejnego pieroga oraz ciasteczka. Zamiast tego wystarczy kupić bilety i wyjechać. Proste..? Nie tylko proste, ale i fantastyczne!

Plan prosty 3 dni w Rzymie (nieraz już odwiedzonym – można przeczytać tutaj: http://7mildalej.pl/roma-la-citta-eterna/) i 3 dni dolce-far-niente nad morzem, nad które można dojechać szybko i tanio, czyli w Ostii!

Lecimy ***** linią, czyli LUFTHANSĄ z krótką przesiadką w MUC. Nomen omen – w terminie rezerwacji nie wyszło drożej niż popularnym low-costem zaczynającym się na literę “W”. Obydwa odcinki: WAW-MUC i MUC-FCO obsługuje A320. Nowej, świeckiej tradycji stało zadość – 22. grudnia Warszawa żegna nas deszczem, zamiast śniegiem. Miejsce 11F – przy emergency exit pozwala rozprostować nogi. Czasu na lotnisku Franza Josefa Straussa (MUC) na przesiadkę niewiele, ale wystarczająco, żeby “wciągnąć” bawarskie przysmaki czyli precle. O monachijskiej kuchni czytaj: http://7mildalej.pl/bawarskie-smaki/.

Lecimy na południe, ale pod nami (na trasie MUC – FCO) mijamy pokryte śniegiem szczyty. O tej porze roku w Alpach – normalne zjawisko.

Rzym wita nas pochmurnym niebem, ale wysoką temperaturą – jest około +18 stopni Celsjusza. Z Fiumicino do hotelu podróżujemy tym razem nie lotniskowym expresem LEONARDO, a busem (jest tańszy, z “dostawą” pod hotel, a czas przejazdu zbliżony).

Hotel zarezerwowałem tradycyjnie – w centrum, w pobliżu Stazione Termini – dodatkowo blisko dwóch linii metra i dworca autobusowego. La Casa di Amy okazał się strzałem w dziesiątkę. Jeśli ktoś nie oczekuje **** i full service’u można go jak najbardziej polecić. Jakość w tym przypadku wręcz wyprzedza cenę (więcej: http://7mildalej.pl/nocleg-w-rzymie/).

W związku z tym, że byliśmy stosunkowo wcześnie, to bagaże przechowano nam w recepcji, a pokój przygotowano przed godziną, od której zaczyna się doba hotelowa. Pierwsze kroki skierowaliśmy w okolice wzgórza Eskwilinu, gdzie znajduje się papieska Basilica Santa Maria Maggiore. Bazylika zwana jest również bazyliką Matki Boskiej Śnieżnej – z czym wiąże się pewna legenda. Jeden z papieży, a mianowicie Liberiusz, na początku swojego 14-letniego pontyfikatu, w 352 roku miał sen. Matka Boska nakazała mu wybudować kościół w miejscu, w którym spadnie latem śnieg. Jak powiedziała, tak się stało – nocą z 4. na 5. sierpnia 352 roku na wzgórze eskwilińskie spadł śnieg! Papież wytyczył zarysy przyszłej bazyliki, którą ostatecznie wybudował 80 lat później papież Sykstus III na miejscu świątyni Junony.

Bazylikę odwiedziliśmy raz jeszcze – ostatniego dnia pobytu w Rzymie.

Nad jej wejściem góruje ponad 70-metrowa kampanila (dzwonnica), a trójnawowe ponad 80-metrowe wnętrze charakteryzuje się dwustronną kolumnadą – zgodnie z podaniami – zabranymi ze świątyni Junony. Wnętrze dosłownie powala – szkoda opisu, to po prostu trzeba “naocznie” zobaczyć.

RZYM ZNANY, RZYM ODWIEDZANY

Nie o bazylice miało być na początku! A o zabytkach Romy w wersji light.

Amfiteatr Flawiuszy… Któż go nie zna!

Po odstaniu 40 minut w kolejce, Koloseum można podziwiać od wewnątrz.

Piazza della Repubblica – któż będąc w Romie nie odwiedził tego jakże charakterystycznego placu związanego ze zjednoczeniem XIX-wiecznych Włoch..?

Łuk Konstantyna Wielkiego (Arco di Costantino) z 315 roku – ciężko go nie zauważyć odwiedzając Colosseo.

“Maszynę do pisania” jak mówią miejscowi na Altare della Patria (Ołtarz Ojczyzny) też pewnie widzieliście…

O Fontannie di Trevi, a której kąpała się Anita Ekberg nawet nie wspomnę…

O Schodach Hiszpańskich, zwanych tak naprawdę Scalinata di Trinita dei Monti (tym razem niezatłoczonych!) już szkoda pisać…

Piazza del Popolo – jeden z żelaznych punktów zwiedzania Rzymu – z samej już nazwy – Plac (wszystkich) Ludzi… Swoją drogą – znajdujący się tam obelisk, który został “podprowadzony” przez Oktawiana Augusta z Egiptu wybudował faraon Ramzes II zwany Wielkim.

Dom Westalek, Foro Romano, Palatino, Circus Maximus to takie miejsca, w których wypada być w Rzymie. Oczywiście, że tam byliśmy, spacerując w świąteczne dni okraszone do tego przepiękną pogodą i słońcem.

O historii i zabytkach Romy możecie poczytać tu: http://7mildalej.pl/roma-la-citta-eterna/. Zajmijmy się więc innym Rzymem…

RZYM ŚWIĄTECZNY

W bożonarodzeniowym okresie miasto jest świątecznie przystrojone i żyje głównie jarmarkami. O świętach przypominają dekoracje wręcz na każdym kroku. W końcu to naród (podobno) katolicki, aż 84% Włochów deklaruje ten odłam wiary chrześcijańskiej! W praktyce różnie to wygląda, ale święta Bożego Narodzenia są dla nich ważne.

A jeśli są ważne, to ważna jest również choinka, szczególnie rzymska choinka ustawiana corocznie na Piazza Venezia przed Altare della Patria. Po olbrzymiej wpadce w roku 2017, kiedy to przywieziona z alpejskiego Piemontu choinka po prostu… uschła jeszcze przed Wigilią, jest to obowiązkowy punkt wypraw i dyskusji Rzymian. Coś takiego stało się pierwszy raz – dobrze, że tej rzymskiej choince nie towarzyszy legenda Colosseo, bo Rzym być może nie miałby szans na przetrwanie… Po “spelacchio” (czyli: drapaku) pozostały gorzkie wspomnienia, żeby nie powiedzieć “kac”. Nadzieja na odbudowę rzymskiej godności rosła z każdym miesiącem, by w grudniu 2018 kolejny raz ustąpić miejsca rozczarowaniu…

Drzewko z okolic Varese za niebagatelne 370 tysięcy euro zostało już w czasie transportu ogołocone z niektórych gałęzi przez firmę je wiozącą i po ustawieniu otrzymało “dumnie” brzmiące imię: “spezzacchio” (czyli: połamaniec). Po protestach Rzymian gałęzie… doczepiono, tak więc w wigilijne popołudnie mogliśmy oglądać najsławniejszą choinkę Europy po liftingu.

Świąteczne dekoracje są obecne niemal wszędzie. Od Via dei Condotti – ulicy ociekającej złotem i nieprzyzwoitym wręcz bogactwem. Chociaż, co tak naprawdę nieprzyzwoitego jest w bogactwie – chyba tylko czasem sposób jego osiągnięcia…

do prostej kwiaciarni na Via Catanzaro

Choinka przy Piazzale di Porta Pia przybrała włoskie barwy narodowe

Liczba bożonarodzeniowych jarmarków jest praktycznie równa ilości placów w Rzymie. Stragany ze wszystkim, co można sobie wyobrazić albo i więcej, znajdziecie i na Piazza Repubblica, i przy Stazione Termini, ale jeden z największych jarmarków znajduje się na Piazza Navona.

W tym przypadku to nie tylko świąteczne gadżety, ale również tradycyjne i lokalne włoskie przysmaki – formaggi, prosciutti, pancette, vini i liquori maraschini. Oprócz tego strzelnice, a nawet… teatrzyk kukiełkowy. Taka jest właśnie bożonarodzeniowa Piazza Navona… W końcu miejsce zobowiązuje – od 1477 do 1867 (prawie 400 lat) – działał tutaj targ przeniesiony z Kapitolu.

Jeśli już macie dosyć grudniowych świecidełek i bazarowej “rozpusty”, wszędzie – nie tylko w kościołach – znaleźć można bożonarodzeniowe szopki. Są dosłownie na każdym kroku – zarówno w Koloseum (podobno to miejsce kaźni chrześcijan, ale tylko podobno):


jak też na Piazza Spagna,

gdzie przyjmuje już słuszne rozmiary. Jako, że dzień wigilijny, to udajemy się do najmniejszego państwa świata – Stato della Citta del Vaticano.

RZYM WIGILIJNY

Z Piazza del Risorgimento udajemy się w kierunku Via di Porta Angelica – jednej z watykańskich bram.

Na Piazza San Pietro zastaliśmy bożonarodzeniową szopkę z piasku. Całość konstrukcji ma 16 metrów szerokości oraz 5 metrów wysokości, a piasek pochodził z położonego w Wenecji Euganejskiej miasteczka Jesolo. Setki ton piasku w blokach zlanych wodą ustawiono na Placu św. Piotra, a następnie rozpoczęto rzeźbienie. Tego dokonał przez dwa tygodnie międzynarodowy zespół kilkunastu artystów, między innymi z USA, Rosji, a nawet tak świeckich państw jak Czechy czy też Holandia.

Choinka, której historia sięga pontyfikatu Jana Pawła II, została ufundowana i dostarczona przez gminę Pordenone w północno-wschodnich Włoszech. Tegoroczna miała 21 metrów wysokości i prezentowała się nie gorzej niż ta z Piazza Venezia.

Do kaplicy sykstyńskiej oraz bazyliki św. Piotra kolejka prawie dookoła Watykanu, więc tym razem nie próbujemy nawet się dostać do środka.

Plac jest oblegany, ale bywałem na nim w dniach, kiedy tłum był znacznie większy. Generalnie odwiedzający Watykan w ten wigilijny dzień skupiają się bardziej na wizycie w sakralnych przybytkach niż podziwianiu architektury.

Wizyta w Watykanie dobiega końca… Poprzez Via della Conciliazione jedną z najkrótszych, a najbardziej znanych ulic na świecie opuszczamy Watykan…

…i udajemy się w kierunku Tybru oraz zamku św. Anioła (Castel Sant’ Angelo) – stanowiącego jednocześnie mauzoleum cesarza Hadriana.

Watykan również można zaliczyć do Rzymu – tego znanego i tego odwiedzanego, a…

RZYM MNIEJ ZNANY

jest równie piękny i zaskakujący. Mając dużo czasu postanowiliśmy odwiedzić mniej uczęszczane miejsca wiecznego miasta. Na pierwszy ogień poszła dzielnica EUR. Nie ma nic wspólnego z ani z unią europejską, ani z powszechną dzisiaj walutą. To po prostu akronim od Esposizione Universale (di) Roma. Dzielnica zaczęła powstawać w połowie lat 30-tych XX wieku i miała być gotowa na wystawę światową planowaną na rok 1942, a z drugiej strony miała uświetnić 20-letnie (od 1922 roku) rządy włoskich faszystów. Po wystawie miała stać się siedzibą duce i jego urzędników. Wystawa nie odbyła się z wiadomej przyczyny, ale dzielnica, choć niedokończona, do dzisiaj funkcjonuje.

Jedną z jej głównych budowli jest kwadratowe koloseum (colosseo quadratto). Chociaż pierwotnie miał powstać kolejny łuk triumfalny ku czci Mussoliniego, to powstał budynek, który naśladuje ni to mauzoleum, ni to ser szwajcarski, tyle, że zrobiony z trawertynu, podobnie jak paryska Sacre Coeur. Oficjalna nazwa to Pałac Włoskiej Cywilizacji (Palazzo della Civilta’ Italiana). Ze wzgórza, jednego z wyższych w Rzymie, na którym umiejscowiono ten budynek rozciąga się piękna panorama miasta.

Włosi po wojnie nie zawiesili koncepcji budowy tej dzielnicy, tylko sukcesywnie zmieniali jej przeznaczenie. Chociaż nawet dzisiaj spacer po tej monumentalnej dzielnicy sprawia, ze człowiek czuje się jak w Roku 1984 Orwella – to pierwsze skojarzenie, jakie mi przyszło przechadzając się ulicami EUR.

Puste, jakby wymarłe ulice, z architekturą, jakiej nie powstydziłby się niejeden dyktator (jak powyżej budynek Palazzo dei Congressi) mają w sobie coś tajemniczego i przerażającego. Jakby czas się zatrzymał na planie kiedyś kręconego filmu o jakimś totalitarnym systemie. Dzielnica rzeczywiście niejednokrotnie służyła jako plenery filmów Antonioniego czy Felliniego.

Centralny plac dzielnicy to Piazza Marconi z obeliskiem i licznymi kolumnadami.

To nie jest ten Rzym, który każdy z nas zna z jego historycznego centrum. – Zamiast tego idealne połączenie architektury z polityką i propagandą. Ma być ciężko, prosto i pompatycznie – taka mieszanka zawsze zrobi wrażenie!

Po II wojnie światowej Włosi próbowali EUR zbliżyć do człowieka. Dzisiaj w tych, wyglądających znajomo, bo socrealistycznie budynków mają swoje siedziby liczne firmy. Mieszkania przez pewien czas były jednymi z droższych w Romie – mieszkać w EUR – było po prostu “trendy”. W 1960 roku na potrzeby odbywających się igrzysk olimpijskich wybudowano piękny Palazzo dello Sport, który służy swoją areną do czasów nam współczesnych.

Jadąc do Ostii zatrzymaliśmy się w Ostiense – Przy jednej ze starożytnych bram Rzymu – Porta San Paolo w obrębie murów Aureliusza znajduje się budowla, jakiej spodziewać się można w Egipcie, ale nie w środku Półwyspu Apenińskiego. Piramida (Piramide di Caio Cestio) – na wzór tych egipskich – wygląda jakby była sztucznie wklejona w stare, okalające w III wieku naszej ery Rzym, miejskie mury. Pierwsze wrażenie – happening artystyczny w skali makro, ale…

…jest to prawdziwa, pochodząca z 12 roku naszej ery piramida – grobowiec Gajusza Cestiusza (jednego z bardziej znanych rzymskich pretorów i epulonów). Wielka bryła o kształcie ostrosłupa wysokiego na 36 metrów i podstawie o długości 30 metrów jest współcześnie jedną z niekoniecznie najczęściej odwiedzanych atrakcji la citta eterna.

Czy wiecie, że do dnia dzisiejszego w Rzymie stoi obelisk Mussoliniego? Przy wejściu na Stadio Olimpico – na co dzień obleganym przez tifosi piłkarskiego klubu AS Roma – stoi 17,5 metrowy monument z karraryjskiego marmuru z napisem “Mussolini Dux”.

Cały kompleks zwany Foro Italico, poza stadionem olimpijskim

obejmuje siedzibę włoskiego komitetu olimpijskiego

oraz Stadio dei Marmi.

Być może z internetu znacie tę postać… Papież Jan Paweł II miał na Słowacji swojego sobowtóra. To Julius Pilsko – 59-letni performer mieszkający we Włoszech.

Można go spotkać w weekendy przed wieloma rzymskimi atrakcjami. Przypomina nie tylko turystom, ale też Rzymianom postać lubianego przez nich biskupa Rzymu.

RZYM – MIASTO KOTÓW (LA CITTA DEI GATTI)

Ktoś, kto jest w Rzymie, a przy tym jest jeszcze miłośnikiem tych futrzaków nie może sobie odpuścić wizyty w Largo di Torre Argentina. Miejsce w starożytności chyba najbardziej znane ze śmierci Juliusza Cezara – na miejscu dzisiejszych odkryć archeologicznych rozciągał się Teatro di Pompeo. 15. marca 44 roku p.n.e. w tym właśnie miejscu Brutus zadał sztyletem ostatni, śmiertelny cios Cezarowi.

Dzisiaj jest to miejsce, gdzie od lat 90-tych XX wieku, działa wspierane przez magistrat schronisko dla miejskich kotów. Colonia Felina di Torre Argentina – taką nazwę oficjalną nosi ten przybytek zajmuje się opieką, sterylizacją i dokarmianiem swoich futrzastych podopiecznych.

Mają tam swoje legowiska, miski i kuwety. Każdy, kto chce wesprzeć może to zrobić kupując na miejscu kocie gadżety.

Wszystkie dobrze odkarmione, zadowolone i domagające się miziania 🙂

Szalenie mili i zaangażowani wolontariusze pod opieką mają ponad 100 kociaków!

Nie jest jedyna taka kolonia kotów, równie wspaniałą, zwaną Gatti di Piramide znajdziecie przy piramidzie Cestiusza w Ostiense.

RZYMSKIE ULICZKI

Święta w Rzymie to także czas błogiego relaksu pod znakiem spacerów. Pogoda sprzyjała. Lekko opustoszałe uliczki w dzień Bożego Narodzenia służyły kontemplowaniu piękna starych, klimatycznych, romantycznych uliczek i zaułków…

…oraz typowych, włoskich kamienic 🙂

Niestety Rzym świąteczny, to również Rzym “zamknięty” – wiele atrakcji, podobnie jak w Polsce jest nieczynna. Nie dane więc nam było zobaczyć filmowego miasteczka – sławnej Cinecitta. Może następnym razem..?

Jako, że pogoda była przepiękna, drugą część naszego świątecznego wyjazdu postanowiliśmy spędzić w Ostii nad pięknym Il Mar Tirreno (Morze Tyreńskie). Ale o tym i o świątecznych rzymskich niespodziankach już w drugiej części naszej wigilijnej opowieści. Czytaj: http://7mildalej.pl/rzymskie-boze-narodzenie-czesc-ii-ostia/ .

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  1. Pierwszy raz w Romie wypróbowałem inny środek transportu z FCO niż pociąg. Licencjonowane busy wożą chętnych do hoteli, cena – ok. 2-3 EUR niższa niż LEONARDO, a wysiada się przed drzwiami hotelu, a nie tylko na Stazione Termini. Gdyby był ktoś chętny mam namiar na “zaprzyjaźnionego” już kierowcę. Zresztą tzw. naganiaczy-nagabywaczy znajdziecie bez problemu przed automatami biletowymi i wejściem na stację kolejki.
  2. Część rzymskich atrakcji młodzież pochodząca z państw UE, a mająca poniżej 18 lat zwiedza za darmo. Wspaniała idea edukacyjna – oby więcej takich. Część jest dla wszystkich odwiedzających nadal bezpłatna, jak np. Panteon. Ale podobno za Bocca di Verita trzeba już uiścić opłatę 2 EUR.
  3. Zarówno do EUR jaki i do Ostiense dojechać można niebieską linią metra w kierunku “Laurentina” – możliwość zwiedzenia za jednym zamachem.
  4. Komunikacja miejska w Rzymie – ceny biletów poniżej – każdy wybierze coś dla siebie: